Horizon: Zero Dawn – recenzja

Horizon: Zero Dawn – recenzja

Trochę „Fallouta", sporo „Tomb Raidera", garść „FarCry’a" i „Shadow of Mordor", nieco „Wiedźmina" i tajemniczy składnik X w postaci pięknego, otwartego świata – tak w dużym uproszczeniu wyglądał przepis Guerrilla Games na „Horizon: Zero Dawn". I w żadnym wypadku nie jest to krytyka.

Horizon wciąga już od samego początku. Aloy, czyli bohaterkę, której poczynaniami będziemy kierować w grze poznajemy, gdy jest zaledwie niemowlęciem – dowiadujemy się wówczas, że dziewczyna jest wyrzutkiem i jest zmuszona dorastać na uboczu, z dala od swojego plemienia, które w najlepszym przypadku traktuje ją jak powietrze, a czasami z nieukrywaną wrogością. Dziewczyna niczego nie pragnie tak, jak dowiedzieć się jak najwięcej na temat swojej przeszłości i aby uzyskać odpowiedzi na nurtujące ją pytanie, staje do Próby – jeśli dowiedzie w niej swojej odwagi i sprawności, starszyzna powie jej wszystko. Przebieg próby zostaje jednak zakłócony… Więcej fabuły nie będę zdradzał, nie chcę nikomu psuć przyjemności z rozgrywki.

 

Największym atutem Horizona jest bez wątpienia piękny (zarówno ze względu na konstrukcję, jak i grafikę, która robi niesamowite wrażenie) otwarty świat, po którym przyjdzie nam wędrować i w miarę rozwoju rozgrywki odkrywać jego tajemnice. Na początku wiemy na jego temat niewiele – z pewnością nastąpiła jakaś katastrofa, która spowodowała, że ludzkość wyginęła niemal całkowicie, a rolę dzikich, niebezpiecznych zwierząt przejęły maszyny. To one są naszym głównym przeciwnikiem – występują w wielu rodzajach, a każdy z nich ma swoje silne i słabe strony, które musimy wziąć pod uwagę podczas starcia. Z pewnością taktyka otwartej walki to kiepski pomysł – najlepiej będzie eliminować wrogów po cichu, skradając się jak najbliżej, co kojarzy się mocno z Shadow of Mordor. O atutach i słabościach wrogów mówi nam urządzenie zwane Fokusem, które Aloy znajduje na samym początku gry. To niewielki komputer, noszony na skroni, który jest rozwiniętą formą wiedźmińskich zmysłów – dzięki niemu zobaczymy zaprogramowane ścieżki, po których poruszają się maszyny, odnajdziemy ledwo widoczne ślady, a także dowiemy się więcej na temat świata. Co jakiś czas Aloy znajduje bowiem strzępy informacji pochodzące sprzed katastrofy, w formie informacji tekstowych, dźwiękowych oraz holograficznych. Broń, której używamy do eliminowania wrogów go przede wszystkim łuk (co od razu przywodzi na myśl ostatnie odsłony Tomb Raidera) oraz włócznia, ale na szczęście nie musimy się ograniczać tylko do nich – u handlarzy możemy zaopatrzyć się w proce miotające ładunkami wybuchowymi, a także sprzęty służące do zastawiania pułapek. Spory wybór mamy również jeśli chodzi o zbroje – twórcy postanowili jednak zbytnio nie kombinować i nie musimy osobno kupować butów i rękawic.

 

 

Świat jest spory, ale na szczęście nie musimy przemierzać go na piechotę – w pewnym momencie gry znajdujemy urządzenie, które umożliwia nam dominację nad napotkanymi maszynami. Dzięki niemu możemy „oswajać” bieguny (robotyczny odpowiednik koni) i podróżować na ich grzbiecie. Sprzęt ma także inne zastosowanie – możemy nim wpływać na inne maszyny i zmuszać je do walki między sobą. Nasz wierzchowiec również posiada atak, co po raz kolejny przypomniało mi o Shadow Of Mordor i jeździe na karagorach.

 

Naszą postać możemy „uczyć” nowych umiejętności dzięki wykupywaniu ich w drzewku, znanym z wielu innych gier RPG. Na szczęście twórcy zadbali o to, aby nie była to tylko sztuka dla sztuki – każda z dostępnych umiejętności jest w jakiś sposób przydatna i ma wpływ na rozgrywkę. Aloy może się rozwijać w trzech głównych kierunkach – od nas zależy, czy jej największym atutem będzie umiejętność pozostania niezauważoną i ciche eliminowanie wrogów, stawiani im czoła w otwartej walce czy może zdolności związane z ziołolecznictwem i wytwarzaniem przedmiotów.

 

Teraz o minusach, których na szczęście nie ma zbyt wiele. O ile główny quest jest interesujący i aż chce się zarwać noc, żeby dowiedzieć się więcej o Aloy i świecie, w którym przyszło jej żyć, to niestety nie można tego powiedzieć o misjach pobocznych. Zdarzają się ciekawe, ale często mamy do czynienia z zadaniami typu „znajdź 5 sztuk czegoś”, co na dłuższą metę jest nużące i raczej nie zachęca do przejścia gry na sto procent. Kolejny minus to polski dubbing – nie wiem dlaczego, ale w niektórych przypadkach wydawał mi się nienaturalny i nie najlepiej dobrany do postaci.

 

Guerrilla Games udało się odwalić kawał naprawdę solidnej roboty. Sięgnęli po sprawdzone rozwiązania z innych gier, zaadaptowali je na swoje potrzeby i umieścili akcję w fascynującym świecie, po którym chce się podróżować dopóty, dopóki nie poznamy wszystkich jego sekretów. Nie jestem typem gracza, który łatwo wciąga się w kolejne tytuły i długo szukałem gry, która wypełniłaby pustkę po Wiedźminie. I chociaż Aloy nie jest Geraltem, to wygląda na to, że w końcu udało mi się ją znaleźć. Gra jest dostępna tylko dla posiadaczy PlayStation 4 – gracze pecetowi oraz ci, którzy wybrali Xboxa One niestety muszą obejść się smakiem.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska