Ostatnia słabość komtura

2017-03-28
Ostatnia słabość komtura

Zamawiali cukierki oblekane złotem, raczyli się doskonałym piwem i grali w tryktraka. Choć „szeregowi” Krzyżacy spędzali czas głównie na pracy i modlitwie, to ich zwierzchnicy potrafili się bawić. Franz Heinrich von Hettersdorf, komtur z Namysłowa, nawet się ożenił.

Namysłów leży dokładnie 60 kilometrów od Wrocławia i tyle samo od Opola. Na obrzeżach miasta stoi potężny zamek, którego mury pamiętają jeszcze Karola IV Luksemburskiego, Świętego Cesarza Rzymskiego. Kiedy władca zaczął wznosić tę budowlę, Krzyżacy – którzy respektowali jego władzę – już od ponad stu lat rezydowali na ziemi chełmińskiej i michałowskiej, dokąd w 1226 roku zaprosił ich Konrad Mazowiecki. Malbork też już stał, a życie codzienne krzyżackiej siedziby obrastało legendami. „Rosłe i silne ich postawy (słabych nie chcieli Krzyżacy przyjmować), szerokie ramiona, kręte brody i srogie spojrzenia czyniły ich podobniejszymi do drapieżnych zbójów-rycerzy niemieckich niż do mnichów. Z oczu patrzała im odwaga, hardość i pycha niezmierna” – taki opis zakonnych braci umieścił Henryk Sienkiewicz w powieści Krzyżacy. I opis ten jak ulał pasuje do ukształtowanego przez stulecia wizerunku rycerza Zakonu Najświętszej Marii Panny. Tymczasem, oprócz bezwzględnego łupienia i toczenia wojen, bracia wiedli też życie spokojne i raczej skromne. Kąpali się raz na dwa tygodnie, jedli dwa razy dziennie i sporo się modlili. Wizyty gości były okazją do zabawy. XIX-wieczny historyk Karol Szajnocha pisał, że „najmilszą rozrywkę drogo nieraz opłacany widok uczonych pląsów niedźwiedzi, uciesznych skoków jeleni albo popisów tłuszczy kuglarskiej rozweselającej panów pruskich: wywracanymi w powietrzu koziołkami”. W końcu zakonnicy to też tylko ludzie. Przy okazji wspomnieć wypada, że w krzyżackich piwnicach nie brakowało też miodów, win i piwa. Jak wynika z ksiąg rachunkowych skarbnika zakonu, do stolicy Państwa Krzyżackiego w Malborku przyjeżdżało przynajmniej 19 gatunków najprzedniejszych win i 12 rodzajów piwa.

 

Późnorenesansowa studnia z ok. 1600 roku na dziedzińcu zamku w Namysłowie.

 

Na piwnych skrzydłach

To właśnie na piwie zakon postanowił zarobić w Namysłowie. Krzyżacy zawsze byli dobrymi przedsiębiorcami.Kiedy po utracie Prus w XVI wieku zaczęli tracić majątki, a co za tym idzie i znaczenie, z podwójną mocą musieli wziąć się do pracy. W 1703 roku kupili więc majątek namysłowski wraz z sześcioma wsiami. Za całość zapłacili 110 tysięcy węgierskich guldenów; dla porównania – za 6 guldenów można było wtedy kupić wołu. Wielki Mistrz Franz Ludwig von Pfaltz-Neuburg miał – jakbyśmy to dzisiaj określili – przełożenie u cesarza, dzięki któremu transakcja przebiegła szybko i bezkonfliktowo.

 

Dlaczego zakonnicy zwrócili uwagę właśnie na Namysłów? Pewnie dlatego, że mogli tu przyjść na gotowe, kupowali zamek z browarem, a tradycja warzenia złotego napoju sięgała w mieście XIV wieku. Bracia szybko się rozgościli. Jedyny problem, który spędzał im wymodlony sen z powiek, to ogólna dostępność piwa, jako że w Namysłowie niemal każdy produkował własne. Zakon szybko więc wydał nakaz kupowania piwa wyłącznie z browaru zamkowego. Cesarz, który przychylnie spoglądał na piwny interes, zwolnił Namysłów z płacenia podatków na cztery lata. Interesy szły tak dobrze, że w 1771 roku bracia mogli sobie pozwolić na dobudowanie do zamku dodatkowego skrzydła. Dzięki temu najwspanialsza budowla w Namysłowie otrzymała dziedziniec, na którym – to oczywiście tylko przypuszczenie – mogli bezstresowo oddawać się degustacjom. Choć nie urządzali tak wystawnych uczt, jak ich dawni koledzy w Malborku, to pamiątki, które zachowały się po Wielkim Mistrzu von Pfalz mówią same za siebie. To pokale z hut u stóp Karkonoszy, z tych samych miejsc, które potem zainspirowały Wernera Herzoga do nakręcenia Szklanego serca – opowieści o tajemnicy czerwonych jak krew kielichów. Choć braciszkowie pijali raczej z białego szkła, to pokale komturów były jednak pięknie zdobione. Piwo z Namysłowa słynęło zresztą z doskonałej jakości. Tym bardziej trudno zrozumieć, z jakiego powodu pod koniec XVIII wieku Krzyżacy o mało nie zbankrutowali.

 

Zamek do dziś należy do Browaru Namysłów.

 

Hazardzista w habicie

W 1802 roku, czyli niemal sto lat od zakupu zamku, komendanturę w Namysłowie objął Franz Heinrich von Hettersdorf. Miał 42 lata i pochodził ze starej południowoniemieckiej szlachty. Sławomir Oxenius, historyk badający zasoby Tajnego Archiwum Pruskiego w Berlinie, podejrzewa, że Franz miał lekkie podejście do kwestii stanu duchownego i wiele słabości. Z pewnością lubił płeć przeciwną i dość wcześnie wpadł w szpony hazardu.

 

W Namysłowie nowy komtur miał twardy orzech do zgryzienia. Przez Europę przetaczały się wojny napoleońskie, niepokoje nie sprzyjały interesom. Hettersdorf z trudem usiłował powstrzymać upadek krzyżackiego przedsięwzięcia, z czasem jednak zaczął wykorzystywać swoją pozycję dla prywatnych interesów. Jako że sam był nieźle zadłużony, dwa lata po objęciu namysłowskich dóbr musiał wydzierżawić zamek Untersbessanbach w Bawarii, który od wieków należał do jego rodziny. Sprawy jednak szły coraz gorzej. Komtur ratował się, defraudując dochody z namysłowskiego browaru.

 

W końcu władze miasta zaczęły patrzeć na Krzyżaków nieprzychylnym okiem. Posiadanie zamku wiązało się z obowiązkami, m.in. remontem mostów i murów miejskich. Hettersdorf nie dbał o takie drobiazgi. Tym bardziej, że wkrótce utracił zamek Untersbessanbach i musiał ogłosić bankructwo. Jego prywatny majątek został zlicytowany.Był teraz biedny, jak mysz kościelna. Rządy komtura trwały zaledwie osiem lat. 30 października 1810 roku król Fryderyk Wilhelm II odebrał zakonom wszystkie dobra kościelne na terenie Prus.

 

 

– Sekularyzacja spadła naszemu komturowi z nieba – tłumaczy Sławomir Oxenius. – Mógł teraz ukryć swoje nadużycia i ustawić się na resztę życia. Krzyżacy, w tym zarządcy komandorii, mieli otrzymać odszkodowanie od państwa pruskiego. Hettersdorf skwapliwie skorzystał z tej możliwości. Nie zdecydował się jednak na odszkodowanie pieniężne, wybrał prawo do pozostania na Śląsku i przejęcie dóbr w Wabienicach, które wcześniej należały do komandorii. Prawdziwa bomba wybuchła jednak kilka lat później.

 

Córka zakonnika

W zbiorach Tajnego Archiwum Pruskiego w Berlinie znajduje się korespondencja pomiędzy Hettersdorfem a Kurią Rzymską, z której wynika, że po zrzuceniu habitu komtur postanowił się ożenić. Jego wybranką została Anna Wolfarth, o której wiadomo tylko tyle, że była dość długo w związku z naszym bohaterem. Z danych genealogicznych wynika, że córka Hettersdorfa, Eleonora Franciszka, urodziła się w 1809 r., czyli kiedy jeszcze był komturem! Jak widać, namysłowski zarządca był hazardzistą także w życiu, igrał z losem i nie bał się utraty pozycji w imię uczuć. Co prawda historia zna wielu biskupów, którzy miewali metresy, ale u surowych Krzyżaków…

 

Potomkowie kochliwego komtura mieszkali na Śląsku do końca XIX wieku. Później rozeszli się po Europie. Najsławniejsi z nich to generał Mortimer von Buddenbrock-Hettersdorf – ostatni komendant Strasburga przed I wojną światową oraz znany zoolog Wolfgang von Buddenbrock-Hettersdorf – ojciec porównawczej fizjologii zwierzęcej. Może i dobrze, że mury namysłowskiego zamku nie potrafią mówić, bo licho wie, jakie jeszcze krzyżackie sekrety mogłyby ujawnić.

 

Autor: Joanna Lamparska – podróżniczka, pisarka, autorka książek o tajemnicach historii.

 

Materiał partnerski

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska