Obejrzeliśmy „Szybkich i wściekłych 8”

Obejrzeliśmy „Szybkich i wściekłych 8”

Wiemy już, że ósma odsłona tego niezwykle popularnego cyklu już odniosła niesamowity sukces – w pierwszy weekend wyświetlania w kinach film zarobił więcej, niż dotychczasowy rekordzista, czyli „Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy”. Czy jednak warto wybrać się na niego do kina?

Szybcy i wściekli nie są już tym samym, czym byli na początku XXI wieku, gdy ukazała się pierwsza odsłona cyklu. Gdy twórcy filmu stwierdzili, że formuła samych wyścigów ulicznych się wyczerpała, postanowili sięgnąć do bogatej tradycji heist movies, nadając serii zupełnie inny klimat. Od piątej części kulminacją nie jest już zwykły wyścig na jedną czwartą mili, a pościgi ze zdecydowanie większym rozmachem, w których nierzadko dochodzi do demolki sporej części miasta.

 

Warto o tym pamiętać, wybierając się do kina na ósmą część cyklu. Fani pierwszych odsłon, którym nie podobały się przeczące prawom fizyki (a przy tym zdrowemu rozsądkowi) sceny z „siódemki” i „szóstki”, nie mają tutaj czego szukać. Tworząc najnowszą część, twórcy postąpili zgodnie ze starym prawem robienia sequeli – akcji jest więcej, jest bardziej intensywna, a sceny jeszcze bardziej spektakularne.

 

 

Przeciwnikiem naszych bohaterów jest tym razem genialna hakerka Cypher (w tej roli piękna Charlize Theron), która szantażem zmusza Dominica Toretto (Vin Diesel), aby zdradził swoją rodzinę i pomógł jej w realizacji nikczemnego planu. Skoro Dom zmienił stronę, do ekipy musi dołączyć ktoś, kto godnie go zastąpi. Tu również sięgnięto po sprawdzony patent i nowym sprzymierzeńcem stał się dawny wróg, czyli Deckard Shaw (Jason Statham). Będzie to powodem częstej wymiany pyskówek pomiędzy nim a Hobbsem (Dwayne Johnson), a moment kulminacyjny tego konfliktu jest jednym z najzabawniejszych momentów całego filmu. Humoru w całym obrazie nie brakuje, ale jest dawkowany w rozsądny sposób, a twórcy serwują całkiem solidną dawkę autoironii i nawet Roman Pearce (Tyrese Gibson) w swoim standardowym pajacowaniu nie jest irytujący.

 

Jeśli chodzi o innych bohaterów, to z pewnością należy docenić Kurta Russella w roli typowego tajemniczego agenta rządowego – aktor doskonale się w niej odnajduje. Scott Eastwood (syn słynnego Clinta) wypada całkiem nieźle w roli mało doświadczonego agenta, ale na tle innych bohaterów wydaje się być nieco zachowawczy. Trudno cokolwiek pozytywnego lub negatywnego powiedzieć o Letty (Michelle Rodriguez), Teju Parkerze (Ludacris) czy Ramsey (Nathalie Emmanuel) – są po prostu tymi postaciami, które widzowie znają i lubią.

 

Sceny akcji pod względem realizacyjnym stoją na najwyższym poziomie – jeśli ktoś idzie do kina, aby zaznać prostej, niezobowiązującej rozrywki i nie przeszkadza mu CAŁKOWITY brak jakiegokolwiek realizmu, to z pewnością będzie usatysfakcjonowany. Jeśli jednak ktoś zacznie się zastanawiać nad logiką poszczególnych scen, to cóż… Należy jednak uczciwie powiedzieć, że jeśli ktoś swoją krytykę Szybkich i wściekłych opiera na tym, że filmowi brakuje realizmu, to równie dobrze mógłby się oburzać na słońce za to, że świeci lub na morze za to, że jest mokre.

 

 

Problemem filmu jest jednak jego tempo – sceny, gdy bohaterowie akurat nie pędzą na złamanie karku i są zmuszeni ze sobą rozmawiać są nieco za długie (dotyczy to zwłaszcza tych z udziałem Charlize Theron i Vina Diesla – trudno zarzucić cokolwiek aktorom, ale wydają się być zbyt wydłużone).

 

Jeśli zatem podobały wam się ostatnie trzy części cyklu, od kina oczekujecie przede wszystkim rozrywki i nie przeszkadzają wam sceny totalnie oderwane od rzeczywistości, jak najbardziej powinniście wybrać się do kina. Jeśli jednak wolicie pierwsze odsłony serii, a na czerstwe, twardzielskie one-linery reagujecie alergicznie, to lepiej w tym przypadku odpuśćcie sobie seans.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska