Co zjadłem na Islandii?

Islandia to nie tylko inna planeta pod względem natury. Inną planetę znajdziesz tam też na talerzach. Nasze ozorki czy czernina mogą się schować przy dziwactwach, które jadają Islandczycy.

Bardzo można się rozczarować, szukając głowy owcy (Svið) czy marynowanych jąder (Súrsaðir Hrútspungar) w menu tamtejszych knajp. To tak, jakby przejść się po Nowym Świecie szukając kutii czy chociażby dobrych flaczków. Dlatego dania, po które trzeba jechać na drugi koniec Rejkjawiku (czyli jakieś 10 minut) odpuściłem, choć szkoda, bo ponoć rybie flaki, popularne na północy wyspy, czy kiszone płetwy fok, zostawiają wspomnienia na długie lata. Jeśli nie serwują czegoś w trzech knajpach w centrum opatrzonych znaczkiem znakiem „islandic food", znaczy, że to danie zbyt wyszukane jak na pierwszy pobyt. Co tymczasem ciekawego znajdziesz w lokalnych restauracjach bez nadmiernych poszukiwań?

 

fot. grillowane plastry maskonura podane w słoiczku

1. Maskonur z grilla

O ile polska nazwa nie zwiastuje za bardzo tego miłego ptaszka i brzmi raczej jak z podręcznika do paleontologii, to już angielskie „puffin" brzmi miło i serdecznie. Maskonury to symbol Islandii - są na większości pocztówek, znaczkach pocztowych, można sobie w porcie kupić wycieczkę „puffin expressem", by podziwiać je w ich naturalnym środowisku (o ile jest sezon). Aparycja: duża głowa, krótkie nóżki, szczery uśmiech. Umie latać, pływać i nurkować. Maskonury trafiły kilka lat temu na „Czerwoną listę ptaków", czyli spis zagrożonych gatunków. Nie przeszkadza to Grenlandczykom, mieszkańcom Wysp Owczych czy Islandczykom, by maskonury z uśmiechem na ustach pałaszować na obiad. Po islandzku mięso maskonura to lundi. Potrafią je wędzić, gotować, mielić i serwować w formie kotlecików. Mi w udziale przypadła przystawka z grillowanego maskonura. Kucharz zaserwował ją z jagodami, tradycyjnym islandzkim jogurtem skyr i konfiturą z czerwonej cebuli. Całość zaserwowana została w małym słoiczku. Plastry maskonura przypominały zarówno konsystencją, jak i wyglądem po prostu polędwicę wołową i może dlatego taki też wydał mi się ich smak, choć towarzyszący mi Islandczyk twierdził, że maskonur smakuje jak kurczak. Ten sam Islandczyk widząc moje opory, że w sumie szkoda takiego małego, ładnego ptaszka, powiedział „myślisz, że jakby on był większy od ciebie, to by nie chciał ciebie zjeść?".

 

 

fot. forma podania mięsa z wieloryba

2. Wieloryb

Ekolodzy twierdzą, że mięso rekina jest rakotwórcze i niezdrowe. Lobbują, by Światowa Organizacja Zdrowia wpisała wieloryby na listę produktów niezdatnych do spożycia, bo ponoć ich mięso zawiera szkodliwe ilości rtęci. Najpopularniejszą formą podania jest tzw. hvalspik, czyli po prostu stek, smażony metodą tataki, czyli rzucony na gorący ruszt na kilkanaście sekund z każdej ze stron. Mi został zaserwowany z puree ziemniaczanym, plastrami bekonu i sałatką w sosie ziołowym. W smaku to coś pomiędzy wołowiną a jagnięciną, choć zostawia posmak ryby i błota. Niektórzy upatrują w nim smak wątróbki, choć za to złudzenie odpowiada raczej jego konsystencja. Informacja dla opornych: na Islandii dozwolone jest wyłącznie jedzenie niezagrożonego gatunku wieloryba karłowatego.

 

 

fot. suszony dorsz w kompozycji dań islandzkich serwowany w restauracji Lækjarbrekka

3. Suszony dorsz

To właściwie żadna nowość. Suszoną rybą zajada się połowa wschodniej Europy - często można znaleźć je sprzedawane obok chipsów czy orzeszków. Pamiętam, jak Białorusin zajadał się nimi w mińskim kasynie, popijając piwko i grając w ruletkę. O ile w Rosji czy na Ukrainie zawsze serwowano mi je w zestawie z jakimś alkoholem (głównie wódką), na Islandii podawano mi je zawsze z... masłem. Albo, żeby było bardziej precyzyjnie: raczej było to masło z odrobiną suszonych ryb. Ich smak właściwie jest żaden - coś między ekologiczną przekąską z jakiegoś dziwnego ziarna sprzedawaną na BioBazarze, które kupuje moja dziewczyna, a starym, wysuszonym chipsem, który przeleżał trzy dni i stracił swój smak. Jeszcze mniej atrakcyjny jest wygląd - kolorem przypomina trociny do kociej kuwety. Najgorsza jest jednak konsystencja - nie da się go przeżuć. To tłumaczy czemu tak hojnie smarują go masłem. By szybciej prześlizgnął się do brzucha.

 

 

fot. Hakarl w markecie (cena ok. 40 zł)

4. Rekin

Osławiony „hakarl", czyli siejąca postrach potrawa z Islandii. Pamięta czasy biedy, kiedy to Islandczycy nie jeździli jeszcze wielkimi Land Cruiserami i nie grali w golfa co weekend. Wersja do przewodników turystycznych i zestawień "kulinarne dziwadła z Islandii": rekin zakopywany jest w ziemi, gdzie gnije przez pół roku, po czym "doprawiany jest moczem" i wówczas trafia na talerze. To nieprawda. Zgadza się tylko okres jego "obróbki", mianowicie rzeczywiście fermentuje się 6 miesięcy, ale nie pod ziemią, i nikt nie dodaje do niego żadnych moczanów - mięso rekina ma ich wystarczająco dużo, więc co najwyżej usuwa się je przy wykorzystaniu nowych technologii. Ogólnie hakarl można znaleźć w każdej rejkjawiwskiej restauracji serwującej kuchnię islandzką. Dużo trudniej jednak znaleźć Islandczyka, który twierdziłby nie tylko, że go regularnie jada, ale nawet, żeby próbował go kiedykolwiek w życiu! Mam nawet podejrzenie, że patrzenie na skrzywione twarze turystów smakujących "traditonal icelandic meal" to ich hobby i powstało tylko dla ich rozrywki (ile w końcu można oglądać te zorze polarne?). Natomiast ja uważam, że legenda o tym daniu jest znacznie przesadzona. Serwowany jest w formie kilku małych kosteczek, zazwyczaj w hermetycznie zamkniętym słoiku, by spotęgować strach przed konsumpcją. Po otworzeniu rzeczywiście śmierdzi amoniakiem, ale gdy po 5 minutach "wywietrzeje" i człowiek przechodzi do konsumpcji, to właściwie w smaku jest żaden. Ma konsystencję podobną do palucha krabowego - ale raczej takiego z "tygodnia azjatyckiego" w Lidlu niż z japońskiej knajpy w Tokio.

 

 

fot. Pulpety z renifera w restauracji Klausturkaffi

5. Pulpety z renifera

Szkoda strasznie tych reniferów. W końcu od dziecka budzą wyłącznie dobre skojarzenia - gdyby nie one, Mikołaj nie przywoziłby dzieciom prezentów itd. Jadłem kiedyś mięso z renifera w Helsinkach, serwowane z żurawiną i puree ziemniaczanym w świetnej knajpie Lappi. Smakowało jak dobrej jakości dziczyzna, taki najlepszy kawałek, który myśliwy odkłada dla ukochanego wnuczka. Już wtedy moja moralność nieco ucierpiała, ale Finowie przekonywali mnie wówczas, że "spokojnie, reniferów u nas pod dostatkiem". Na Islandii renifer zaserwowany został w formie klopsików w sosie, nazwijmy go, pieczeniowym. Gdybym nie wiedział, że to renifer, uwierzyłbym, że to po prostu zwykła wołowina, a nawet wieprzowina. Co ciekawe - swego czasu nawet Ikea oferowała dania z renifera w niektórych krajach, ale ekologowie podnieśli bunt. To ciekawe. Przecież w krajach skandynawskich dania z tego mięsa można kupić w każdym dziale mięsnym.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska