Runmageddon – witaj w piekle!

Runmageddon – witaj w piekle!

6 kilometrów morderczego biegu, 30 ekstremalnie trudnych przeszkód, ogień, lód, błoto po kolana a to wszystko w czarną noc... welcome to hell!

W pierwszy weekend września w Gdyni odbyła się kolejna edycja ekstremalnego biegu z przeszkodami Runmageddon, czyli wyścigu na ekstremalnym torze przeszkód. Wyścigu, na trasie którego czekają cię gęste błoto, lodowata woda, bagno po szyję, przeszkody linowe, skośne i pionowe ścianki zasieki okopy i wiele innych atrakcji, dzięki którym zedrzesz sobie skórę z dłoni, a jeśli się dobrze postarasz to nawet z twarzy. Nadwerężysz mięśnie wszystkich kończyn, narazisz na kontuzje absolutnie wszystkie części ciała a na koniec zafundujesz sobie hipotermie. Maraton miejski przy Runmageddonie to rodzinny piknik na zielonej trawce.

Jeżeli uważasz, że Runmageddon nie jest dla Ciebie, to się mylisz! Od dawna chciałem wziąć w nim udział, ale wahałem się. Myślałem, że to impreza dla byłych komandosów i weteranów jednostek specjalnych. To prawda, że połowa uczestników była dwa razy większa ode mnie ale na szczęście pozostali rekruci nie wyglądali jakby spędzali 300 godzin tygodniowo na siłowni. To jak spędzisz najbliższe dwie godziny zależy jedynie od twojego podejścia. Jeżeli masz zamiar bić rekord toru, twoja sprawa. Robisz trasę po trupach. Ale Runmageddon to połączenie rywalizacji i współpracy między zawodnikami. Szybko się o tym przekonałem na jednej z pierwszych przeszkód. Ale o tym za chwile. Na Runmageddonie dostałem na czas biegu niezniszczalny smartfon Cat S60, którym udokumentowałem cały wyścig.

 

 

 

Welcome to hell

Dziś są dwa biegi. Dzienny Elite na 12 km, 50 przeszkód i nocny dla Rekrutów 6 km i 30 przeszkód. Stratuje o 21:40. Przyjechałem wcześniej na stadion miejski w Gdyni ok. ósmej. Rejestracja, ziewam, kolejka, ziewam, wpis, ziewam, odbieram pakiet startowy, ziewam. Coś mi jednak podpowiadało, że za chwilę się obudzę. Większość startujących była świetnie przygotowana. Latarki czołówki, ochraniacze na łokcie i kolana, bielizna termiczna, buty trekkingowe i rękawiczki. Zaraz się zacznie, więc idę, szukam startu. Okazuje się, że spóźniłem się na rozgrzewkę, właśnie się kończy. Słaby początek. Żeby dołączyć do grupy muszę pokonać dwu metrową ściankę. Łatwizna. Skacze i kiedy ląduje po drugiej stronie, słyszę strzał z pistoletu startowego, chmurę dymu z rac i głośną muzykę. Pobiegli a ja za nimi, jako ostatni.

 

Pierwsze koty za płoty

Zaczynamy jedną rundą wkoło stadionu i wbiegamy w las. Na początek absolutny starter, „koszmar wulkanizatora“ czyli dywan ze zużytych opon i kilka zwalonych drzew. Wyprzedam kilka osób, które włożyły za dużo serca na starcie. Jest ciemno, nic nie widać, absolutnie nic tylko ok. setki ruchomych czołówek migoczących niczym świetliki. Trzeba uważać, łatwo można skręcić kostkę. Na początku jest dość tłoczno ale po kilku kilometrach pod górę i kilku przeszkodach zaczęło się robić luźniej. Niektórzy zwalniają tempa. O dziwo wśród uczestników panuje absolutnie imprezowa atmosfera. Cały czas słyszę dowcipy, wszystkim dopisuje humor, jeżeli ktoś zwalnia, inni czekają. Zupełnie już zapomniałem, że jeszcze przed chwilą ziewałem. Adrenalina zaczyna robić swoje. A to wszystko dzięki „spacerowi z pieskiem“. Okazuje się, że mój Azor jest wyjątkowo uparty i waży 33 kilogramy. I tak ciągnę kawał betonu przymocowany grubą liną przez jakieś sto metrów. Dłonie palą, plecy bolą, ledwo łapię oddech i zaraz potem czeka mnie wspinaczka na cholernie wysoką, pionową, śliską ścianę. Ledwo udaje mi się zejść a nie spaść twarzą w trawę a ląduje po kolana w błocie. Ręce mi jeszcze nie odpoczęły po spacerze z pieskiem gdy docieram na „wciąganie kloca“ czyli podciąganie betonowej płyty o wadze ok. 35 km na wysokość trzech metrów a następnie powolne spuszczenie jej na ziemię. Jeżeli spadnie, zaczynam od nowa albo pompuje dwadzieścia. Jezu jak to bolało a to dopiero początek...

 

 

Trzęsienie ziemi i zimny finisz

Przeszkody, które spotkasz na trasie są o różnym stopniu trudności i w 90% są nie do pokonania w pojedynkę. Są takie, które pokonasz dosłownie w kilka sekund jak „pajęczyna“ ale są też takie, których pokonanie zajmie Ci nawet kilka minut jak „domek“ czy „ścianka“. Niektóre z nich przejdziesz bez większego wysiłku jak „zasłona dymna“ ale są też takie, które dosłownie wyciągną wszystkie twoje zapasy energii jak „tarzan“ czy „spacer z pieskiem“. Są też takie, które zaprojektowano byś ich nie pokonał jak „Indiana Jones“ czy „oponka“ lub nie pokonał sam jak „Pro skater 4“. Ale najlepsze i tak czeka cię na mecie. To tak zwana „lodówa“ czyli nurkowanie w kontenerze wypełnionym wodą z lodem! Gdy jakimś cudem udało mi się wydostać o własnych siłach z przerażająco, lodowatej wody, szedłem do mety jak zobmie na sztywnych kolanach, zastanawiając się kiedy w końcu poczuje trochę ciepła. Przy okazji przeczołgałem S 60 Cata w błocie, wodzie, pisaku i mogę powiedzieć śmiało, że chyba żaden inny telefon nie dotarłby do mety w jednym kawałku. Tej nocy przebiegłem sześć kilometrów i pokonałem 30 przeszkód w niecałe dwie godziny. Spotkałem fantastycznych ludzi, dobrze się bawiłem, pokonałem swoje granice wytrzymałości. Runmageddon to wyzwanie dla twojej sprawności, wytrzymałości i odporności fizycznej i psychicznej. Chcesz się sprawdzić? Nie czekaj. Wejdź na www.runmageddon.pl.

 

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska