Kto płaci za randkę: ty, ona, a może pół na pół?

Kto płaci za randkę: ty, ona, a może pół na pół?

Wyjście do kina, elegancka kolacja w restauracji, nawet wizyta na festiwalu food trucków. Fajnie jest wspólnie pobyć z nową dziewczyną lub stałą partnerką. Tylko że wszystko, co nie jest siedzeniem na kanapie i oglądaniem po raz szesnasty „To właśnie miłość”, kosztuje. Kto powinien płacić za randkę?

Zasad dotyczących płacenia, zwłaszcza na pierwszej randce, jest całe mnóstwo. Co najciekawsze, często są one ze sobą sprzeczne. Żeby je w jakiś sposób usystematyzować, postanowiliśmy pójść sprawdzonym tropem i zerknąć na strony przeznaczone dla kobiet. Któż jak nie one, wiedzą najlepiej? Już pobieżna lektura Polki.pl, finansenaobcasach.pl, snobka.pl i kobiecych serwisów Onetu czy WP, daje pogląd, że nasze, męskie i stereotypowe podejście do tematu („facet płaci”) ma się nijak do prawdy.

 

Czasy się zmieniły panowie, one wcale nie chcą, żebyśmy to my sięgali po portfel. A już na pewno nie zawsze, nie za każdym razem i – to najważniejsze – nie bez pytania. Nic nie drażni kobiet bardziej niż traktowanie ich jako bezwolnych istot, którymi rządzimy, których wolność do podejmowania decyzji naruszamy. Władcze „ja płacę” prędzej randkę pogrzebie niż uczyni ją wstępem do kolejnych spotkań, zatem – po pierwsze ostrożnie! Co waleczniejsze, sfeminizowane dziewczyny (a są dziś inne?) mogą nawet zareagować agresywnie. A wówczas czar pryśnie bez wątpienia.

 

Zatem co mamy robić? Czy to oznacza, że nie powinniśmy nawet próbować płacić za swoje wybranki, chociażbyśmy mieli pieniądze i chociażby sprawiałoby to nam ogromną radość? Tak źle też nie jest. Wszystko jednak trzeba zaplanować, obgadać i – znów ważna rzecz do zapamiętania – uzyskać zgodę lub przynajmniej aprobatę.

 

Zacznijmy od początku. Poznajemy dziewczynę, mamy kasę na koncie, chcemy, by było miło. Co robimy? Zapraszamy! Ale nie na zasadzie „może byśmy gdzieś wyskoczyli wrzucić coś na ząb”, tylko „zapraszam cię na kolację/hamburgera/KFC” (niepotrzebne skreślić). To podstawowe prawo, ten kto zaprasza, jest zobowiązany zapłacić za oboje.

 

Tutaj pojawia się wyjątek. Ona może powiedzieć „z przyjemnością, ale płacimy na pół”. Wówczas mamy do wyboru trzy opcje: albo negocjować („a nie pozwoliłabyś, żebym tym razem ja wziął to na siebie, sprawi mi to ogromną przyjemność”), albo się zgodzić (można zrobić smutno-zranioną minę, spróbować wziąć ją na litość), albo... odmówić.

 

Ta ostatnia opcja jest idiotyczna. Z miejsca stawia was w roli tępych macho, kłótliwych i niezdolnych do kompromisu. „Skoro on nie potrafi dogadać się co do głupiej randki i jest upartym osłem, to co będzie w łóżku/życiu?” - pomyśli ona. Bo tak naprawdę ona zawsze widzi nas na ślubnym kobiercu (komu się to nie podoba, niech na randki w ogóle nie chodzi).

 

I to właściwie tyle, jeśli mówimy o pierwszej randce. Kobieta ma dwie opcje, albo z nami pójść „za nasze”, albo „za wspólne”. Sprawa komplikuje się, kiedy randka się udała, a my chcemy wziąć ją na kolejną.

 

Naprawdę niewiele jest kobiet, które zawsze będą godziły się na fundowanie wieczoru. To nie te czasy. I nawet – przynajmniej części z nich – nie chodzi o to, że robią to z powodu poczucia przyzwoitości. One po prostu chcą dobrze wypaść, nie zapaść w naszej pamięci jako łapczywe. Nie chcą, żeby w głowie zapaliła się nam lampka „czy ona przypadkiem nie leci na mnie dla pieniędzy?”. To z pozytywnie rozumianego wyrachowania raczej niż z faktycznego dbania o nasze portfele.

 

Kolejne randki – już się przecież znacie – powinny być przez was szczerze omawiane. O ile rozmów o pieniądzach nie polecamy na pierwsze spotkanie, to na drugie i kolejne, czemu nie! Możecie płacić na pół, możecie na zmianę, możecie się umówić, że robicie to częściej, ale raz na jakiś czas pozwolicie na rewanż (i obietnicę spełniacie). Ta ostatnia opcja jest chyba najlepsza, bo ustala proporcje. 7 randek płacicie wy, 3 ona, wiadomo kto tu rządzi i kto jest dżentelmenem, a odpadają zarzuty o to, że jesteście macho z połowy XX wieku. Sprytne, prawda?

 

Płacenie za randki ma oczywiście więcej pułapek. Kto ma płacić, jeśli wiadomo, że to ona zarabia więcej? Albo odwrotnie: czy jeśli to wy macie wypchane portfele, a ona jest skromną studentką, to czy zobowiązuje to was do pokrywania kosztów? Nic z tych rzeczy. Nie płaci ani bogatszy, ani biedniejszy. Nie płaci ani kobieta, ani mężczyzna. Płaci ten lub ci (pół na pół), którzy to wcześniej ze sobą ustalą. Wracamy zatem do rozmowy, kompromisu i umiejętnych negocjacji. W dzisiejszych czasach bez tego nie da się ułożyć życia z kobietami. Nawet randki.

 

Na koniec mała uwaga: temat, który omawiamy, na Zachodzie właściwie jest już nieznany. Zasady savoir vivre'u jasno określają, że płacicie oboje. Jakikolwiek upór, którejkolwiek ze stron, jest nie na miejscu, nawet na pierwszym spotkaniu. Ten trend już do nas doszedł, szybko się zadomawia. Prawdopodobnie za kilka lat tematu w ogóle nie będzie. Zatem spieszmy się zapraszać dziewczyny, „za nasze”, bo wkrótce może to być niewykonalne.

 

Foto: iStock

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska