"Niebezpieczne kobiety" Patryka Vegi. Przeczytaj fragment książki!

2016-11-10
"Niebezpieczne kobiety" Patryka Vegi. Przeczytaj fragment książki!

Miewacie fantazje o seksownych policjantkach? Cóż, najczęściej to "tylko" fantazje... Ale niejeden zdziwi się jak silne potrafią być prawdziwe funkcjonariuszki. Zapraszamy do lektury fragmentu pochodzącego z książki "Niebezpieczne kobiety", w której Patryk Vega przeprowadził serię szczerych rozmów z polskimi policjantkami. Warto tym tym bardziej, że zbieżność tytułów z nowym "Pitbullem" nie jest przypadkowa!

Patryk Vega: Ile razy pobił cię mąż?
Młodszy aspirant Katarzyna Wach: Kilkadziesiąt.


Czy to, że się nad tobą znęcał, pomaga ci, kiedy bierzesz udział w podobnych interwencjach, pracując w policji?
Na pewno lepiej rozumiem, co czują kobiety, które są ofiarami przemocy domowej.


Pamiętasz pierwszą taką interwencję? Co czułaś? Déjà vu?
Wydawała mi się z jednej strony śmieszna, z drugiej straszna. Kobieta zgłosiła, że mąż ją bije, wykorzystuje seksualnie, do tego ona jest w ciąży, a on zachowuje się agresywnie. Jak już tam przyjechaliśmy, facet sobie spał. Obudziliśmy go, ale wywiązała się między nami mała awantura. No to trzeba było gościa trochę szarpnąć, skuć i zawieźć na dołek. Wyobraź sobie, że jak ta kobieta to zobaczyła, to zaczęła mówić, że ona go bardzo kocha, nigdzie go nie wypuści i w ogóle jakim prawem my takie rzeczy robimy!


Czym to tłumaczysz?
Wiesz co? W tych kobietach, które są ofiarami przemocy, zachodzą bardzo dziwne procesy. One są w jakiś sposób uzależnione od tych facetów.


To jest syndrom sztokholmski czy raczej sytua­cja, w której ona się boi, że on wróci i ją zleje?
Są dwie grupy. Jedne się boją, że jak ten facet wróci, to po prostu dokona na nich zemsty. Czyli wleje im albo przestanie dawać pieniądze. Natomiast są też takie, w których nagle budzi się miłość do tego faceta, i to taka autentyczna. W takiej sytuacji policjant nagle staje się oprawcą, a nie tym, który przychodzi pomóc. Tak że nigdy nie wiadomo do końca, czego można się spodziewać na takiej interwencji. Cały czas trzeba zachowywać czujność. Tym bardziej że kobiety potrafią być czasami bardziej agresywne niż faceci. Tak bardzo chcą nieść pomoc swoim partnerom, że trzeba na nie uważać.


Mundur cię jakoś „tuninguje”?
Nie. Bo ludzi się uczy, że policjant to ma mieć czapkę na głowie, powiedzieć „dzień dobry”, przedstawić się i zachować wszelkie procedury. No a my mamy ograniczone możliwości. Zobacz, ja na przykład ważę sześćdziesiąt kilo. Kiedyś jeździłam z chłopaczkiem, który był mniej więcej mojej postury. No to jak taki duet wchodzi do mieszkania, gdzie stoi chłop sto dwadzieścia kilo żywej wagi, to ciężko go obezwładnić.


Jak postępujesz w pracy ze sprawcami, którzy dopuszczają się przemocy domowej?
Ze swoją siłą fizyczną – nie oszukujmy się – nie dam sobie rady z wielkim chłopem. No więc najczęściej zachowuję się tak, żeby go nie rozjuszyć. Czyli wykorzystuję to, że jestem kobietą. Staram się uśmiechnąć, rozluźnić atmosferę. Można gościa w ten sposób uspokoić. Natomiast jak on zachowuje się agresywnie, to powiem ci, że ja się boję. Naprawdę. I to nawet nie o siebie, bo zawsze jestem na takiej interwencji z kolegą. Ale właśnie o kolegę, któremu nie będę mogła pomóc. W takich sytuacjach najczęściej wyciągam gaz. Bo jak chłopa walnę pałą w plecy, to on nawet nie poczuje. Zwłaszcza jak jest rozjuszony albo pijany i działa na adrenalinie. Byłam kiedyś na interwencji z przemocy, gdzie bardzo, bardzo się bałam.


O co chodziło?
Pojechaliśmy na interwencję na domówkę. Chłop znęcał się nad kobitą. Jak przyjechaliśmy, facet uciekł z domu, ale poczekaliśmy za rogiem, przy okazji porozmawialiśmy sobie z tą babeczką – a ona taka drobna, szczupła, mniej więcej mojej postury. Tymczasem jak wrócił gościu, to okazało się, że to kawał byka.


Bywały wcześniej ostre awantury w tym domu?
Generalnie bił ją tylko po pijaku. Ale to nie zdarzyło się pierwszy raz, a ona nie wytrzymała, bo zaczął jej ubrania z szafy wyrzucać, a w domu były dzieci. Facet miał forsę i utrzymywał ją w dużej mierze. Ale u niektórych kobiet istnieje granica. Jak mężczyzna ją przekroczy, to do widzenia – nie wytrzymuje i dzwoni na policję, bo boi się o swoje zdrowie i życie. Wtedy tak właśnie było.

Gość wrócił, nie chciał nam dać dowodu, wywiązała się pyskówka. A to było osiedle domków jednorodzinnych, gdzie wszyscy się ze wszystkimi znali. Wokół zaczęli się więc zbierać jego koledzy, którzy byli bardzo agresywni i nam ubliżali. To jeszcze bardziej rozjuszyło delikwenta.
W końcu zdjął kurtkę i chciał się bić na solo z moim kolegą. Wyciągnęłam gaz, ale nie mogłam go nacisnąć, bo bałam się, że w szamotaninie prysnę partnerowi w oczy. Wtedy nie zrobilibyśmy już nic, ani on, ani ja.
Stałam zatem i patrzyłam na to wszystko jak w zwolnionym tempie. I wtedy przyjechały posiłki. Chłopaki musiały kuć gościa we czterech.


Jak generalnie u ciebie ze sprawnością fizyczną?
Nieźle. Ale u jakichś pięćdziesięciu procent policjantów to tragedia. Nic nie robią – nie ćwiczą ani nie przestrzegają żadnej diety. Siedzą w radiowozie, jedzą McDonalda i brzuszek rośnie.
Na początku, jak zaczęłam pracę w patrolu, to nawet jeszcze schudłam. Bo jak założyłam pas z bronią i kajdankami, a do tego torbę, to jak wsiadłam i wysiadłam parę razy z radiowozu, miałam zakwasy! (śmiech) No ale później zaczęły się nocki… A powiem ci, że w nocy człowiek pochłania takie ilości jedzenia, że to się w głowie nie mieści. No więc wiesz: hamburgerek, hot dożek, cukierasek, kaweczka, coca-cola, i dupsko rośnie. Ogarnęłam się dopiero w pewnym momencie. Powiedziałam sobie: „Nie, ja się absolutnie nie doprowadzę do takiego stanu”. I wzięłam się za siebie.


Co robisz?
Chodzę na siłownię i biegam. Problem w tym, że nie zawsze mam kiedy. Rano wstaję, ogarniam córki, zaprowadzam je do szkoły, potem służba, odbieram dzieci, czasami jeszcze gdzieś tam z nimi jadę… A moja najmłodsza córka jest niepełnosprawna. To dziecko autystyczne.


Ile ma lat?
Pięć. No więc muszę jeździć z nią na terapię i generalnie poświęcać jej więcej czasu.


A jaki jest kontakt z nią?
Ona jest wysoko funkcjonującym autystą. Ale ma też echolalię. Czyli powtarza. Na przykład obejrzy bajkę, a potem siada i powtarza całe dialogi. Nieraz bardzo długie. Chociaż teraz już jej się na tyle poprawiło, że jak usłyszy jakiś tekst, to potrafi go sobie przerobić stosownie do sytuacji.
Jest coraz starsza i coraz mądrzejsza. Ale ma orzeczenie o niepełnosprawności i wymaga stałej opieki. Dzięki temu, można powiedzieć, mam ułatwienia w pracy. Jako matka samotnie wychowująca trójkę dzieci nie pracuję w niedziele i święta, i w nocy od dwudziestej drugiej do szóstej rano. To na szczęście gwarantuje mi państwo, bo przełożeni z komendy w Szczecinie by na to nie patrzyli.


Dlaczego rozwiodłaś się z mężem?
Powiem ci tak: moje małżeństwo dla kogoś z zewnątrz to była bajka. No bo wiesz, miałam przystojnego męża, który zarabiał kasę, mieliśmy dzieci. Nawet koledzy w pracy postrzegali mnie jako taką pindzię-niundzię. Bo miałam nowego smartfona, niezły samochód, fajne ciuchy, jeździłam na wycieczki zagraniczne.


A co robił twój mąż?
Prowadził firmę: mydło i powidło, hurtownię niemieckiej chemii i kosmetyków.


Co się popsuło?
Miał takiego wspólnika, z którego był kawał skurwysyna i oszusta. Gość, który nie wiadomo skąd miał kasę. W dodatku zdradzał swoją żonę cały czas i ogarniał najdroższe prostytutki w mieście. No i zaczął w to wciągać mojego męża.


Czyli?
Zaczęły się wyjazdy, dupy, alkohol. Ja siedziałam w domu z trójką córek, jeszcze pomagałam w firmie, a mój mąż sobie fruwał. Bo ten wspólnik go mamił, że nie wiadomo ile forsy przy nim zarobi. W każdym razie w końcu się dowiedziałam, że mój mąż mnie zdradzał.


Jak to wyszło na jaw?
Powiedział mi o tym.


W jakich okolicznościach?
Pojechał na wycieczkę do Japonii ze wspólnikiem. Jak wrócił, okazało się, że jestem w ciąży. Czwartej. A przed wyjazdem powiedział mi, że nie chce mieć więcej dzieci. Jak się dowiedział po powrocie, że jestem w ciąży, stwierdził, że mnie zdradzał. Najpierw zaczął od jednej, potem wyszło na jaw, że tych kobiet było więcej. Skończyło się tak, że to dziecko poroniłam. Byłam załamana.


A jak on zareagował?
Płakał. Bo też się jakoś przyzwyczaił do tego dziecka. Widzisz, mój były mąż to bardzo dziwny człowiek. Dziwny i niedojrzały emocjonalnie. Teraz, jak już jesteśmy daleko od siebie, potrafi okazać mi szacunek.


Daleko w jakim sensie?
Nie oddaję mu już wszystkiego. Kiedy wyszłam za mąż, cały mój świat kręcił się wokół niego.


Ile miałaś lat?
Dwadzieścia. Do tej pory zastanawiam się, jak to się stało


Płaci ci alimenty?
Nie, bo narobił sobie przy tym wspólniku takich długów, że do końca życia z nich nie wyjdzie. Po prostu nie ma pieniędzy, żeby mi płacić alimenty.


Dużo miałaś facetów przed nim?
Miałam jednego faceta, z którym byłam dwa lata.


Z jakiego domu pochodzisz?
Mój ojciec był najpierw milicjantem, a potem policjantem. Były więc imprezy, dupy i generalnie poszarpane życie. Moja mama była wrażliwą kobietą, ale jak wypiła, to potrafiła startować z rękami do ojca. Dlatego ja chciałam mieć fajną, spokojną rodzinę. Kiedy więc poznałam swojego przyszłego męża, wszystko bardzo szybko się potoczyło. Dwa miesiące chodziliśmy ze sobą i od razu ślub. Gdy wróciłam ze szkółki policyjnej, wprowadziłam się do niego.


Jak się poznaliście?
Przez internet. Na czacie.


Seksczacie?
Coś ty, aż taka wyuzdana nie jestem! Rozmawiałam z różnymi facetami, a jak mi się spodobał, to umawialiśmy się na randkę. Na początku się stresowałam, ale potem już poszło.


Czemu poznawałaś facetów na czacie?
To było fajne. Jak widzisz mężczyznę na ulicy, ciężko odgadnąć, jaką ma osobowość. Możesz minąć fajnego, interesującego człowieka, który wygląda nie do końca tak, jak tego oczekujesz. A na tych czatach szybko wyłapywałam gości, którzy mają coś więcej do powiedzenia niż tylko: „Lubisz seks?”. Ja lubię poczytać, obejrzeć dobry film, podyskutować i chciałabym mieć faceta, który funkcjonuje na podobnym poziomie. Chciałam też, żeby mi imponował. Bo ja niestety zawsze miałam szczęście do ciap. No i w pewnym momencie pojawił się On. Pewny siebie, w sportowym mercedesie, w garniturze. A ja – świeżo upieczona pani policjantka. I on zaczął mi obiecywać złote góry.

Problem w tym, że nie dostrzegałam pewnych rzeczy. Próbowały mi to sygnalizować koleżanki i matka. Ale byłam zakochana i bardzo chciałam mieć rodzinę.
Nie wiem, z czego to wynikało. Być może z tego, że w moim domu nie było ciepła i spokoju, a w nim widziałam taką ostoję. Mówię: no fajny facet, z perspektywami, będzie w stanie zarobić na rodzinę. No i wiesz, rajcował mnie. To nie było takie zimne i wykalkulowane, co mi później zarzucał w wielu kłótniach.


W tych kłótniach następowała ciągła eskalacja?
Powinnam była od niego odejść w momencie, kiedy mnie pierwszy raz uderzył. A to się stało raptem miesiąc po ślubie.


Jak do tego doszło?
Byliśmy na wakacjach na Kanarach. W pewnym momencie męża wcięło – poszedł pograć w pokera. A ze mną zaczął rozmawiać chłopak, który był wśród prowadzących kasyno. Bardzo sympatyczny gość. No i jak wrócił mój mąż, to zrobił mi awanturę.

– Co ty robisz w ogóle!? Wstyd mi przynosisz! Zachowujesz się jak jakaś szmata!
Potem poszliśmy do pokoju. Wtedy uderzył mnie z liścia i zwyzywał. Później mnie przepraszał. Ale od tego się zaczęło.
Drugi raz mnie poszarpał w sylwestra, jak byłam w ciąży. Dalej nie było lepiej.


Bił cię tylko po pijaku czy na trzeźwo też?
Jak był pijany. Któregoś razu mu powiedziałam, że to wszystko przez alkohol i że nie może tyle pić. On mi na to, że w takim razie pokaże mi, że na trzeźwo też tak umie. No i uderzył mnie znowu. Miarka się przebrała, jak zaczął mnie bić przy dzieciach.
Pamiętam, jak kiedyś wróciliśmy z imprezy, a on zaczął wrzeszczeć na naszą córkę. Miała wtedy z cztery lata. Powiedziałam, żeby ją zostawił, bo to przecież maluch. Ale on był pijany i w furii. Jak stanęłam w jej obronie, zaczął mnie dusić. Przestraszyłam się i zaczęłam krzyczeć. Ogarnął się, jak powiedziałam:
 – Słuchaj, zabijesz mnie, pójdziesz siedzieć, twoje dzieci wylądują w domu dziecka, bo nikt się nimi nie zajmie, ani twoi rodzice, ani moi. Ostatni raz to zrobiłeś. I jeszcze raz mnie uderzysz, to już nie będę milczeć.


To szokujące w zderzeniu z tym, że jednocześnie byłaś policjantką.
Czasem słyszę w pracy, jak moi koledzy śmieją się z ofiar przemocy domowej i mówią, że same są sobie winne. A to wcale nie jest tak. To wydaje się proste dla kogoś, kto stoi z boku. Ja chciałam od niego odejść wielokrotnie.
Ale to jest tak, że kiedy ten człowiek się nad tobą wytrząsa i cię leje, to go nienawidzisz. Za chwilę jednak, gdy cię przeprasza, to myślisz: „O Boże! To jest ostatni raz, on się zmieni”. I ja rzeczywiście wierzyłam w to, że on się zmieni, wiesz?
Były momenty, kiedy potrafił okazywać uczucie, miłość. Ale to są właśnie cykle przemocy. Facet cię pobije, później przeprasza, potem jest okres „miesiąca miodowego”, następnie okres narastającego napięcia, kiedy zaczyna się już oczekiwanie na kulminację, a potem najczęściej ofiara przemocy sama prowokuje ten moment. Bo jak już dostanie i spadnie napięcie, to znowu będzie fajny czas, kiedy facet przeprasza, przynosi kwiaty i wydaje się, że wszystko uratujesz. Ale nie, tego się nie uratuje.


Sama się o to obwiniałaś? On ci wmawiał, że to twoja wina?
Wmawiał mi, że jestem niewdzięczna, rozrzutna, że mu nie pomagam. Wiem, że zdarzało mu się wcześniej podnosić rękę na inne kobiety. Ale twierdził, że to ja go denerwuję.


Myślałaś, że to z tobą jest coś nie tak?
Miałam takie momenty. Aczkolwiek nigdy nie uważałam, że on ma prawo to robić. To bardzo złożony problem.
Nigdy nie byłam typem gospodyni domowej, która przychodzi do domu i piecze ciasto. Zdarzały mi się takie zrywy, ale generalnie byłam chodzącym chaosem. Nie czułam też zrozumienia z jego strony. On nie próbował się zagłębić w moje postrzeganie świata. Ja uwielbiałam z jednej strony sztukę, poezję, dobrą muzykę, a z drugiej techno, disco i szybką jazdę samo­chodem. To, co niektórzy widzieli we mnie jako zaletę, on postrzegał jako wadę. Na przykład nigdy nie potrafiłam chamsko zwracać uwagi rodzicom albo się od nich odciąć. Było mi z tym ciężko, a on uważał, że robię to przeciwko naszemu małżeństwu i przeciwko naszemu życiu. Że nie stoję po jego stronie.
Tłumaczyłam mu:
 – Słuchaj, nigdy nie zadzwoniłam na policję, nigdy nie robiłam ci na złość, nie straszyłam, że złożę na ciebie doniesienie. Człowieku, ogarnij się!
Ale takim ludziom nic się nie da wytłumaczyć. On twierdził, że jestem najbardziej nielogiczną istotą na tym świecie. Dopiero teraz, gdy jesteśmy po rozwodzie i ja mam swoje życie, traktuje mnie zupełnie inaczej.


Jak?
Z szacunkiem. Twierdzi, że jestem fajną, atrakcyjną i inteligentną babką.


Może dlatego, że mu się postawiłaś.
Właśnie tak. Z takim człowiekiem trzeba postępować w ten sposób.


A jak wyglądało twoje odejście od niego? Pewnego dnia spakowałaś rzeczy, wzięłaś dzieci i wyszłaś?
Nie do końca. Najpierw zaczęłam głośno mówić o tym, że on mnie bije.


Komu?
Jak mnie pobił przy dzieciach, powiedziałam sobie „koniec”. Złapałam za słuchawkę, zadzwoniłam do teściowej i dałam go do telefonu. On się rozłączył i jeszcze raz mnie skopał. Za to, że zadzwoniłam przy dzieciach. Ale ja już wtedy naprawdę miałam dość.
Stwierdziłam, że moje córki nie mogą na to patrzeć, bo będą miały wypaczone dzieciństwo. Znalazłyby sobie potem takich samych facetów, a ja nie mogłabym sobie tego wybaczyć.


Mocno cię przy nich pobił?
Nie potrafię tego dokładnie odtworzyć. Na pewno leciała mi krew z nosa. Oprócz tego, że mnie skopał, jeszcze okładał mnie pięściami. Ale lepiej niż ciosy pamiętam to napięcie, poczucie krzywdy, niesprawiedliwości. Że ja tego faceta kochałam, szanowałam, oddałam mu wszystko, całe swoje życie podporządkowałam jemu, a on mnie teraz tak traktuje. Lepiej zapamiętałam ten psychiczny ból niż fizyczne maltretowanie. Nie myślałam, że moje życie albo zdrowie jest zagrożone. Ja nie jestem wrażliwa na ból.


No ale jak cię kopał, to przecież mógł doprowadzić do wewnętrznego wylewu.
To już kulminacja, kiedy przeszedł samego siebie. A wkrótce potem poznał inną kobietę i się rozstaliśmy. To znaczy… wyobraź sobie, że ja jeszcze o niego walczyłam. Byłam tak głupia, że w momencie, kiedy pojawiła się inna kobieta, we mnie ­wybuchła ­miłość.


Czy raczej to reakcja samicy broniącej stada?
Może i to. Nie wiem. Dla mnie to było chore. W tej chwili jestem szczęśliwym człowiekiem. Jak wchodzę do mieszkania, to mogę się zabić o buty i nikt mi nie powie nic złego. Przychodzę do domu, dam córkom jeść, włączę im bajkę, sama poczytam jakąś książkę albo obejrzę film i nikt nie stoi mi nad głową, i nie mówi: „Zrób mi jeść”, „Zrób mi herbatę”, „Posprzątaj”, „Opierz mnie”, „Wyprasuj”. Nikt nie tworzy tego napięcia. Bo mój były mąż wytwarzał taką dziwną atmosferę, że wszystko musiało być pod jego dyktando.
Jak szłam z nim na przykład do marketu, to mówił mi czasem: „Zobacz, jaką ty masz minę!”, „Zobacz, jak ty wyglądasz!”. A wiesz, jak takie coś słyszysz, to starasz się nerwowo dogodzić temu człowiekowi. Jednak im bardziej się starasz, tym bardziej się nad tobą pastwi i znęca. Bo gdybym powiedziała od razu: „Weź spierdalaj”, to dzisiaj nie byłabym w tym punkcie. Ale to nie jest takie proste.
Ja się bałam. W mojej głowie kiełkowały myśli: „Co, jeśli odejdę? Przecież mam trójkę dzieci. Skąd wezmę pieniądze na utrzymanie?”. Jednocześnie w tej paranoi zdarzały się momenty, kiedy potrafił mnie docenić. Kiedyś nawet postawił mi wycieczkę. Byłam dwa tygodnie na rejsie razem z koleżankami, odpoczęłam, przyjechałam szczęśliwa, zrelaksowana, zadowolona. Przez chwilę było dobrze.


Liczyłaś te razy, kiedy cię pobił?
Zależy, co rozumiesz przez pobicie. Tak konkretnie, żeby mi krew leciała, to może z piętnaście albo dwadzieścia. Wiesz, ja nigdy nie walczyłam… Jak on próbował mnie bić albo stwarzał prowadzące do tego sytuacje, to ja się wycofywałam, schodziłam mu z drogi. Próbowałam to obrócić w żart. Ale on był nieprzewidywalny. Potrafił na przykład rzucić kubkiem.


Jak to?
Pamiętam, jak trzymał kiedyś kubek z herbatą i o coś się pokłóciliśmy. W pewnym momencie pierdolnął tym kubkiem, wszystko się rozlało na komputer, klawisze się porozsypywały. Oczywiście twierdził, że to moja wina. Takich sytuacji zdarzało się mnóstwo. Ale potrafił też być dobrym człowiekiem. Zawziąć się i samemu zrobić bardzo dużo.
Na przykład w domu zrobił sam podłogi, ściany, gładzie. Potrafił naprawdę bardzo długo pracować, od rana do nocy, ale nie rozumiał, że ja jestem innym człowiekiem, mój organizm inaczej funkcjonuje i inaczej postrzegam świat, co nie znaczy, że chcę dla niego źle.


A w pracy nikt nie widział, że chodzisz poobijana?
Zręcznie to ukrywałam. Poza tym nigdy nie miałam jakiejś wyraźnej pizdy pod okiem. Tylko zadrapania, siniaki.


Byłaś u psychologa?
Tak, pani mi oczywiście próbowała uświadomić, że się związałam z człowiekiem, który jest sprawcą przemocy, i że to absolutnie nie jest moja wina, i trzeba uciekać jak najdalej od dziada. Ale ja za wszelką cenę chciałam ratować swoje małżeństwo.


Czyli myślałaś, że psycholog przesadza i nie jest tak źle.
Rzeczywiście. Pamiętam, jak mi już później mówiła:
 – Za pół roku albo za rok, jak już będzie po wszystkim, będzie chciała pani do niego wrócić.
Ja odpowiadałam:
 – Absolutnie nie!
(śmiech)


Zaczęłaś się spotykać z innym facetem, zanim odeszłaś od męża?
Tak. On się spotykał już wtedy jawnie ze swoją kochanką. A tymczasem zaczął do mnie podbijać kolega z pracy. W sumie nawet nie myślałam o tym poważnie, bo byłam nastawiona na walkę o małżeństwo, ale jednocześnie czułam się coraz bardziej wycieńczona wszystkim. Za dużo mnie to kosztowało.


Ten kolega wiedział o twojej sytuacji?
Wiedział, że przeżywam trudne chwile. Mówiłam mu, że mam ciężki okres, jeśli chodzi o małżeństwo. Ten facet traktował mnie jak kobietę. A wiesz, to było dla mnie ważne, bo czułam się wtedy strasznie nieatrakcyjna.


Tak ci to podkopało psychikę? Jak siebie widziałaś?
Stara, brzydka, głupia… zestaw samych wad. Niczego fajnego w sobie nie widziałam. Z kolei kochanka mojego małżonka – cała odwalona, pięknie zrobione paznokcie, rzęsy, włosy. Przy niej czułam się jak stara baba. A tu nagle zainteresował się mną dużo młodszy facet.

Mnie to w pewien sposób podbudowało i zaczęłam sobie myśleć: „Kurde, to ja mam prosić dziada, żeby do mnie wrócił? Nie dość, że wszystko mu poświęciłam, tyle czasu byłam w domu, pomagałam mu we wszystkim, a on mnie bił, znęcał się, to jeszcze mam prosić, żeby do mnie wrócił? Nie! Dość!”.


Ile lat ten kolega był od ciebie młodszy?
Pięć. No i wtedy zebrałam się w sobie. Mąż przyjechał do domu, a ja zapytałam go wprost:
 – Słuchaj, rzucasz tę swoją dupę? Wracasz do domu?
On na to, że nic mi nie może obiecać. No więc mu powiedziałam, że to koniec. Coś we mnie pękło. I poczułam niesamowitą ulgę.


Spotykasz się jeszcze z tym kolegą?
Nie. W dniu, w którym wprowadziłam się do swojego własnego mieszkania, powiedział, że nie będziemy się już spotykać. Myślę, że nie wytrzymał presji.


Jakiej presji?
Wiesz, to był dla mnie bardzo ciężki moment. Poręczyłam mężowi dość duży kredyt i istniało zagrożenie, że on przestanie go spłacać i wejdą mi na pensję. Wtedy jeszcze liczyłam, że będzie mi płacił alimenty. Miał swoją hurtownię, a wiesz, jak tam można żonglować dochodami. Byłam też w trakcie brania kredytu na własne mieszkanie. Bałam się, że nie dam rady, że się na tym wszystkim rozłożę. I rozmawiałam o tym wszystkim ze swoim chłopakiem. A on tego nie wytrzymał. Bo ciągle płakałam, żaliłam się, a to był młody facet, który chciał mieć fajny związek, taki z energią, a nie kobietę z problemami. Po co miał sobie komplikować życie? Tak więc zwyczajnie uciekł.


Często zdarzały się sytuacje, że podbijali do ciebie faceci z pracy?
Do tej pory się zdarzają. Jakichś strasznych problemów z tego powodu nie mam, aczkolwiek były takie sytuacje, które wyprowadzały mnie z równowagi.
Kiedyś jeździłam na patrolu ze starym policjantem, bardzo nieatrakcyjnym zresztą. No i pewnego razu zatrzymaliśmy się w jakimś lesie i on mnie złapał za nogę. Cisza. Popatrzyłam na niego i powiedziałam spokojnym tonem:
 – Słuchaj, zabierz tę rękę i żeby mi to było ostatni raz.
Całą sytuację zachowałam dla siebie, bo generalnie staram się być dyskretna.
Ale potem dowiedziałam się, że zaczął rzucać dziwne teksty pod moim adresem – że nie pracuję, że się opierdalam. Bardzo mnie tym zirytował. Po służbie poprosiłam naczelnika, żeby więcej mi z nim nocek nie ustawiał.


Zapytał dlaczego?
Tak. Powiedziałam tylko:
 – Słuchaj, nie zależy mi na tym, żeby tu robić jakąś aferę, tylko bardzo ładnie cię proszę, uszanuj moją prośbę i po prostu nie rozpisuj mnie z nim na nocki.
No i tak zrobił. A takie sytuacje, że ktoś cię gdzieś zajdzie albo klepnie, zdarzają się bardzo często.
Jak ktoś zrobi to bezczelnie albo czuję się z tym niekomfortowo, wtedy zwracam uwagę. Tylko tak bardziej na żarty. No bo wiesz, faceci są cwani. Oni to niby robią dla jaj, więc jeśli zareaguję nerwowo, mogę wywołać konfliktową sytuację. Mówię więc na przykład: „Co ty robisz? Żonę masz. Z żonatymi się nie umawiam”. Może jest to mało asertywne, ale skuteczne. Nie pozwalają sobie na dużo i nie przekraczają pewnych granic.
Zdarzają się też jakieś podśmiechujki. Jak kiedyś zatańczyłam z jednym z szefów na imprezie, od razu pojawiły się teksty, że mamy romans. Bo wiesz, dla nich to niepojęte, że jestem sama i nie mam faceta. „Jak to? Jak ty sobie radzisz?”. Słyszę czasami takie pytania. Śmiać mi się chce, bo człowiek, który ma jakieś przemyślenia i pracuje nad sobą, jest w stanie się powstrzymać od seksu. Ja mam córki, które na mnie patrzą, i wiem, że gdybym zaczęła odstawiać numery, to one by na tym ucierpiały. Poza tym sama czułabym niesmak, gdybym się wytarzała z każdym.


Twój mąż był apodyktyczny także w łóżku?
Hm… Dopóki mnie nie zdradzał, było fajnie. Ja generalnie jestem otwartą osobą. Lubię eksperymenty, on też. Czasem było dość ostro. Ale w pewnym momencie zaczął mnie traktować przedmiotowo. Poczułam, że coś jest nie tak. Zaczęłam sobie myśleć: „Boże, on mnie wykorzystuje jak rzecz. Tylko wejść i się spuścić”. Pomimo że doznawałam jakiejś tam przyjemności, czułam, że z jego strony jest to pozbawione uczucia i więzi emocjonalnej.

 


A kiedy to się stało? Gdy zaczęły się nawarstwiać pobicia?
Nie. Bił mnie, nawet jak nie zdradzał. Czyli najpierw mnie bił, potem były awantury, kłótnie, a później mnie zaczął zdradzać. W pewnym momencie przestał we mnie widzieć partnerkę. Zaczęłam mu być potrzebna czysto technicznie.


Jako matka?
Jako matka i jako dupa. Na początku rajcowałam go jako kobieta. Zresztą i na tym tle pojawiały się problemy. Bo ja na przykład wstawałam o piątej rano do pracy, później musiałam gdzieś jechać z córkami, a jego trzeba było „obsługiwać” o pierwszej, drugiej czy trzeciej w nocy. Jak kładłam się do łóżka, to zasypiałam, bo byłam taka zmęczona. O to też potrafił robić awantury. Że niby specjalnie tak robię. Kompletnie nie rozumiał, że miałam prawo być wykończona fizycznie.
Nawet teraz czasami przychodzę do domu, kładę się i zasypiam w ciuchach. Budzę się za dwie godziny i dopiero się rozbieram, idę do łóżka. A czasami budzę się rano w pełnym makijażu, z fryzurą, którą miałam poprzedniego dnia, i dopiero wszystko zmieniam. Bo funkcjonuję w takim tempie, że nie jestem w stanie odpocząć. Nie mam chwili dla siebie.


To jak, lepiej ci się teraz żyje?
Pewnie. Mam fajną miejscówkę, pod nosem park i szkołę. Jak kupowałam mieszkanie, koleżanki mi mówiły:
 – Boże! Ty jesteś nienormalna! Tutaj jest patologia! Jak ty w ogóle chcesz tu córki wychowywać? Żyć? Przecież tutaj się dantejskie sceny dzieją!
To im odpowiadałam:
 – Słuchaj, przyjechałam tu kilka razy w nocy, bo to jest akurat mój rejon służbowy. Zobaczyłam, że jest ładnie, spokojnie, nic się nie dzieje, i kupiłam mieszkanie na parterze.
Sąsiadów mam super, między innymi dwie lekarki i bibliotekarkę. Nade mną mieszka młode małżeństwo, z którym się czasami wódki napijemy, fajkę zapalimy, pogadamy. Jest fajnie. W dodatku mam ogródek, w którym wszyscy się zakochują. Mam też widok na wielki park ze stawikiem. Jak lato przychodzi, a córki idą spać, wychodzę sobie na balkon, biorę laptopa, włączam muzyczkę, palę papieroska, patrzę na gwiazdy i… świat jest piękny!
Był moment, zaraz po rozwodzie, kiedy się rozstałam z tym młodszym chłopakiem, że było mi ciężko. Myślałam sobie: „Boże! Ja już nikogo w życiu nie znajdę”. Wiesz, jakie to obciążenie dla człowieka, kiedy czuje, że do końca życia będzie sam? Swoją drogą nie mam teraz ciśnienia, żeby kogoś złapać. Po wszystkim, co przeżyłam, wolę być sama z córkami, im poświęcić czas, niż mieć jakiegoś matoła, co mi będzie przychodził, trzaskał drzwiami, darł na mnie mordę i wyjadał jedzenie z lodówki. Dziękuję bardzo, nie tędy droga.
Chciałabym być z kimś, kto mnie zrozumie, usiądzie, uśmiechnie się, ucieszy z głupiego spaceru. Fajnie jest wsiąść do dobrej bryki albo pojechać na zagraniczną wycieczkę i wydawać kasę. Ale trzeba się przede wszystkim cieszyć z rzeczy przyziemnych. To, co mnie teraz najbardziej martwi, to zdrowie mojej córki. Bo to jest dziecko, które może stać się samodzielne, ale może też pozostać na całe życie u mojego boku. Okej, fajnie, dopóki będzie ze mną. Ale mnie kiedyś zabraknie. I myśl o tym, że moja córa wylądowałaby w jakimś domu opieki, spędza mi sen z powiek.


No tak, ale ma siostry.
Tak, wiem. Ja już je przygotowuję do tego, że będą za nią odpowiedzialne w jakimś stopniu. Tłumaczę im, że dostały od Boga talent. Bo są bardzo uzdolnione plastycznie, Ania też wymyśla piosenki, pisze wiersze. No więc im mówię, że są mądrymi, fajnymi dziewczynkami, które dużo dostały od losu. Ale ich siostra nie miała tyle szczęścia, dlatego trzeba jej pomóc. Jestem zwolenniczką teorii, że to, co dajesz od siebie światu, do ciebie wróci. Bardziej lub mniej okrężną drogą, ale tak się stanie. Jeśli będziesz podłym skurwysynem, później świat odda ci to samo.
Jak patrzę na swojego byłego męża, myślę, że jego właśnie to spotkało. Nie czuję z tego powodu satysfakcji, bo już mu wybaczyłam, i powiem szczerze, że martwię się o niego, wiesz? To mnie zresztą irytuje. Że nie potrafię mu powiedzieć: „Dziadu jeden, nawarzyłeś sobie piwa, więc je sobie pij, mam cię w dupie”. Tylko martwię się o niego.
On potrafi mi czasami powiedzieć:
 – Ty to sobie życie urządziłaś. Żyjesz lepiej niż przed rozwodem. A zobacz, co ja mam!
Wtedy mu mówię:
 – Heloł, sam sobie to wybrałeś. Sam poszedłeś tą drogą, nie chciałeś ze mną być, nie chciałeś mnie słuchać, to jest twój wybór.


A mieliście ślub kościelny?
Tak. Myślę o tym, jak to wyprostować, bo mi to przeszkadza. Jestem osobą wierzącą.


Jak się z tym czujesz? Jak sobie radzisz z rozwodem od strony religijnej?
Powiem ci, że jestem tak trochę w potrzasku. Bo spotykałam się z facetami i odeszłam od męża przez faceta, ale czuję się trochę oszukana przez los.
Gdybym chciała postępować według tego, co narzuca mi nauka Kościoła, to powinnam być sama. A ja nie chcę. Nie wyobrażam sobie tego. Mam dopiero trzydzieści jeden lat i mnóstwo energii. Chciałabym się nią z kimś podzielić i w zamian otrzymać to samo. Dlaczego miałabym się zamknąć jak mniszka w klasztorze? Nie czuję tego. Nie mam powołania do życia w samotności.
Już się przekonałam, że nie mogę poświęcać za dużo czasu facetom, bo cierpią na tym moje córki. A to one powinny być dla mnie priorytetem. Ale gdyby znalazł się ktoś, kto chciałby stworzyć z nami jakąś sensowną całość, jak miałabym pozbawić tego ich i siebie?


A ile miałaś związków po rozwodzie?
Tak naprawdę dwa.


Jeden z tym młodym chłopakiem. A kolejny?
Drugiego faceta też poznałam w pracy. Również był policjantem.


Poznaliście się na patrolach?
Na imprezie. Później mieliśmy razem służbę. Dosłownie jedną. No i po tej służbie zaczęliśmy ze sobą SMS-ować, rozmawiać, i jakoś się to rozwinęło. Ale na szczęście na patrole razem już nie jeździliśmy. Bo jest u nas taka para, która razem jeździ. Dziewczyna ma męża, a chłopak jest wolny. I co? Wszyscy wiedzą, że on ją bzyka.

Zastanawiam się, dlaczego ona to robi. Przecież wychodziła za mąż w tamtym roku. Nie rozumiem, jak można się bzykać z jednym gościem, a wyjść za drugiego. To dla mnie chore. I powiem ci, że nie byłabym tego pewna, gdyby ten facet sam mi o tym nie powiedział. Bo on w pewnym momencie zaczął przypalać też do mnie. Kiedyś przyszedł na kawę i w pewnym momencie mówi:
 – Rucham Anetę!
Patrzę na niego i myślę: „Gościu, co ty robisz?”. Potem jeszcze od jednego kolegi słyszałam, że koleś chodzi i się tym chwali.
Jak było z tym drugim związkiem?
On był żonaty, ale miał problemy małżeńskie. Klasyka gatunku. Poznałam jego żonę i powiem ci, że w tej chwili bardziej lubię ją niż jego. Fajna dziewczyna, naprawdę. A gość sfiksowany na maksa.


Dlaczego?
Bo ma problemy z samokontrolą, podobnie jak mój mąż. Tylko że nie bije. Po prostu jest wybuchowy. Pamiętam naszą pierwszą kłótnię. Zaczął się na mnie wydzierać o jakąś pierdołę. Wszystko ładnie, pięknie, a tu nagle awantura o błahostkę.
Potem zdarzyły się kolejne takie sytuacje. W końcu sobie pomyślałam: „Cholera jasna, zaczyna się dziać to samo, co z moim byłym mężem. Gość mi wmawia, że to jest czarne, chociaż jest białe, a ja jeszcze go przepraszam”. Wiesz, zaczęłam się nad tym zastanawiać i w końcu powiedziałam mu wprost:
 – Słuchaj, przy tobie czuję się tak samo jak przy swoim byłym.
A on miał go za śmiecia, damskiego boksera, który jest gnidą. Tymczasem sam okazał się niewiele lepszy. Ale koniec końców to on mnie zostawił.


Jak poznałaś się z jego żoną? Dowiedziała się, że macie romans?
Tak, on jej o tym powiedział. Bo oni mieli już sytuację na ostrzu noża i żona powiedziała mu kil­ka razy:
 – Weź znajdź sobie kogoś, rozstańmy się.
No i… jak jej powiedział o mnie, to ona nagle zaczęła walczyć o ich małżeństwo.


I co, teraz są razem? On ją bije?
Nie, nie bije jej, ale prowokuje różne ciężkie sytuacje. Z nim ciężko wytrzymać psychicznie.


A jak wy się w ogóle poznałyście?
On mnie z nią poznał. Przyszłam do nich, siedzieliśmy i gadaliśmy.


Jak już wiedziała, że się bzykaliście?
Za pierwszym razem chyba jej nie powiedział. Ale za drugim już ją przygotował. Pamiętam, że widziałam w niej te emocje, które kiedyś były we mnie. Przez to gryzłam się z tym wszystkim strasznie, bo wiedziałam, co sama przechodziłam, kiedy rozstawałam się ze swoim mężem. Zdawałam sobie sprawę, że ta kobieta bardzo cierpi. I zaczęłam z nią dużo rozmawiać na ten temat. Nie było tak, że po prostu miałam ją w dupie i niech się dzieje, co chce.


Ale jak rozmawiałyście? Telefonicznie?
Nie, ja do nich przychodziłam normalnie. Czasem rozmawiałyśmy przy nim, a czasem było tak, że on siedział w pokoju, a my w kuchni.


Jak wyglądały te rozmowy?
Pytałam na przykład, co czuje, czy dalej chce być ze swoim mężem. Mówiłam, że ją rozumiem, że mnie też jest przykro i że ją przepraszam. Bo zdawałam sobie sprawę, że to ja jestem intruzem, który wszedł w ich małżeństwo. Pomimo że między nimi się psuło, to jednak odbierałam jej faceta.
Próbowałam ją podtrzymać na duchu, bo wiedziałam, że kobieta w takim momencie czuje się jak byle co. Więc utwierdzałam ją w przekonaniu, że to, co się dzieje, to nie jej wina, tylko że to następny palant, który ma problem sam ze sobą i wciąga w to swoją kobietę.
A to jest naprawdę świetna dziewczyna, bardzo ją lubię. Nie dość, że fajna, to jeszcze bardzo atrakcyjna. Ona tak samo poświęciła mu wszystko.


Mają dzieci?
Tak, bliźniaków.


No i co? Pewnie ona jest z nim ze strachu przed życiem w samotności?
Chyba tak. Chociaż ostatnio, jak z nią rozmawiałam, to dojrzewała do myśli, żeby się wynieść.
Trudno się dziwić – ze mną ten facet także tworzył bardzo burzliwy związek. Fajnie było na początku, a potem ciągle awantury i kłótnie. Również dotyczące moich relacji z byłym mężem.


To znaczy?
Po rozwodzie mój były zaczął mnie szantażować. Chodziło o to, że chciał wziąć na mnie jeszcze jakiś kredyt. A ja powiedziałam „nie”. No to zaczął używać argumentów poniżej pasa.
Powiedział, że już nigdy nie da mi złamanego grosza i zabierze dzieci, bo tylko on będzie w stanie je utrzymać. Odpowiedziałam wtedy:
 – Jak ci sąd przyzna dzieci, to nie będę się z tobą spierać. Ale dopóki dzieci są przyznane mnie, dopóty ja się z tobą dogadywać nie będę.


Jak to się stało, że mąż się tak pozadłużał?
Właśnie przez kredyty w bankach. On chodził cały czas naćpany, a wspólnik podsuwał mu różne rzeczy. No i mój były podpisywał zobowiązania.


Ale na co brał te pieniądze?
Na działalność gospodarczą. Sprawa w tej chwili jest zresztą w prokuraturze. Mój były mąż złożył zawiadomienie, argumentując, że w pewnym sensie to były wyłudzenia. A jak oni to potraktują, nie mam pojęcia.


Masz jeszcze jakieś kredyty wzięte pod niego?
Na szczęście wyplątałam się z tego. Miałam jeszcze jeden kredyt, który mu podżyrowałam w banku, ale dogadałam się z bankiem tak, że oni mu wchodzą na hipotekę na ziemię, a mnie uwalniają od odpowiedzialności osobistej. Tylko musiałam się na to zgodzić jako współwłaścicielka tej ziemi. Tak że jestem wyczyszczona. Alleluja!


A jak wyglądała sytuacja z alimentami?
Zanim się rozwiedliśmy, dogadaliśmy się, że będzie mi płacił tysiąc siedemset złotych alimentów. Powiedziałam sobie wtedy: „Dobra: tysiąc siedemset złotych alimentów plus niecałe trzy tysiące złotych pensji – dam radę. Ale on później stwierdził, że może mi dać jednak tylko tysiąc dwieście złotych. Okej, poszłam na to. Ale po rozwodzie zaczął mnie straszyć, że da mi jeszcze mniej.
Wiesz, myślę, że on sobie po prostu nie ułożył wtedy wszystkiego w głowie i próbował odzyskać nade mną kontrolę. Bo jakby mi po prostu przestał spłacać ten zaciągnięty kredyt, to ja leżę i kwiczę. Z funduszu alimentacyjnego nic nie dostanę, bo w świetle prawa jestem bardzo bogatą osobą. Żeby dostać kasę z funduszu, muszę mieć dochód do siedmiuset złotych na osobę.
W pewnym momencie mu powiedziałam: „A chuj ci w dupę, człowieku!”. Bo pomyślałam sobie: „Trudno, kij w oko mojemu byłemu mężowi. Najwyżej pójdę do socjalnego mieszkania, a swoje obecne sprzedam albo wynajmę”. Miałam już po prostu dosyć szarpaniny. Był to też czas, kiedy brałam leki.


Kiedy zaczęłaś je brać?
Jak się rozwodziłam, to poszłam do psychiatry, bo sobie nie dawałam rady. Nie mogłam spać, jeść ani w ogóle nic robić. Nawet mój były mówił:
 – Boże, weź ty już może nie chudnij, dziewczynko, bo zaczynasz wyglądać jak śmierć.
No i zaczęłam brać leki, żeby jakoś normalnie funkcjonować.


Bałaś się, jak będzie wyglądało twoje życie po rozstaniu?
Tu chodziło nie tylko o pieniądze, ale bardziej o emocje. Czułam się taka… odrzucona. W takiej sytuacji w głowie człowieka dzieją się niepojęte rzeczy. Przez to wszystko zawaliłam nawet robotę.


W jaki sposób?
Ukisiłam papiery. Między innymi dlatego teraz pracuję w patrolu.


„Ukisiłam”?
Po prostu leżały w szafie, a ja nie wiedziałam, że je mam.


Nie mogłaś powiedzieć przełożonemu, jaką masz sytuację?
Przecież wiedzieli.


Że bierzesz leki?
Nie brałam leków, kiedy szłam do pracy.


Co to w ogóle były za środki? Antydepresant? Czy stabilizator?
Nie wiem. Wiem tylko tyle, że kiedyś przeczytałam na ulotce, że nie można po tym jeździć samochodem. Informowali tam też o różnych skutkach ubocznych. Wtedy sobie powiedziałam: „Kurde, przecież ja wożę córki samochodem i mogę spowodować wypadek. Nie biorę ich. Muszę sobie poradzić z tym sama”.


I poradziłaś sobie?
Ehhhhh… Z czasem. Ale nie od razu. Widzisz, powinnam iść na zwolnienie i dać sobie przez chwilę odpocząć.


A czemu nie poszłaś?
Bo chciałam być taka w porządku.


W porządku wobec policji?
Tak. Widzisz, ja naprawdę lubię tę robotę i się w nią angażuję. Kiedy widzę, że ktoś ją docenia i traktuje mnie jak człowieka, sprawia mi to satysfakcję.
To nie jest tak, że ta policja jest przebrzydła i liczą się tylko słupki. Jak czasami wpadam rano do roboty, ludzie na mnie patrzą i mówią: „Rany, dziewczyno, co ty brałaś?”. A ja jestem uśmiechnięta, zadowolona i mam powera. Myślę sobie: „Oooo, jeszcze będzie dużo fajnych rzeczy dzisiaj”. Oczywiście oni mi skutecznie podcinają skrzydła… (śmiech) Ale wtedy z tymi papierami faktycznie trochę zawaliłam. Był jeszcze czas, żeby to wyprostować w terminie. Tylko że to zależało od dobrej woli przełożonych.


I co? Mieli to w dupie?
Postawili mnie pod ścianą i wyjebali z wykroczeń do patrolówki.


A ten twój ówczesny facet spotkał się kiedykolwiek z twoim byłym mężem?
Nie. Ale chciał złożyć zawiadomienie do prokuratury o tym, że mąż się nade mną znęca. Byłam przerażona, bo on naprawdę był w stanie to zrobić. A ja mówiłam:
 – Boże, człowieku, ja tego nie chcę!
 – Bo ty ciągle jesteś ofiarą.
 – Nie jestem! Żyjemy przecież osobno…


Ale on sam stosował przemoc psychiczną.
Jemu zależało na tym, żeby ścigać mojego męża „dla sportu”, by poczuć adrenalinę. Ale ja tego nie chciałam. Po co mi to? W tej chwili mój były ma już do mnie dystans i szacunek. Przeprosił mnie nawet. I myślę, że to było szczere.


Jak długo jesteś po rozwodzie?
Po rozwodzie dwa lata, ale w zasadzie nie jesteśmy ze sobą od trzech lat.


I w ciągu tych trzech lat tylko raz miał wyskok, że ci groził?
Nie no, coś ty! Na początku, jak się rozstawaliśmy, wszystko było ładnie i pięknie. Później zaczęły się pretensje, przepychanki i pyskówki. Potem stwierdził, że chcę za duże alimenty i że w ogóle jestem do dupy matką i nie mam prawa zajmować się dziećmi. Ale wiesz, ja byłam cierpliwa.


Jak na to wszystko reagowała jego matka? Przecież zadzwoniłaś do niej po tym, jak cię pobił.
W ogóle nie reagowała. Po tej sytuacji zadzwoniła jego siostra i powiedziała, żebyśmy do matki nie dzwonili w takich chwilach, bo ona się denerwuje. Mnie po prostu ścięło.


Zamiast cię wesprzeć.
Jakby do mnie zadzwoniła z taką sprawą moja synowa, powiedziałabym: „Słuchaj, dziecko, przyjeżdżam do was w tym momencie”. Albo poradziłabym, żeby wzięła dzieci do taksówki i przyjechała do mnie. Na pewno bym tego nie zostawiła.


A ona umyła ręce.
Ale powiem ci, że dobrze teraz z jego rodzicami żyję.


To temat tabu? Nigdy do tego nie wracaliście?
Nie było nigdy jednoznacznej rozmowy na ten temat, w stylu: „Skurwielu jeden, biłeś swoją żonę. Nie zasłużyła sobie na to. Jaka by nie była, to wyciągałeś łapska i biłeś”. Tylko raczej gadka na zasadzie: „To może lepiej, że wy nie jesteście już razem. On ma trudny charakter, źle zrobił”.

Pamiętam, że kiedyś, jak byliśmy u jego rodziców, to przywalił mi śrubokrętem w dupę. Dla niego to było zabawne, ale mnie tak zabolało, że aż się poryczałam. No i oczywiście wywiązała się awantura, że specjalnie się popłakałam i robię cyrk przy rodzicach. Jak już wróciliśmy do domu, też usłyszałam wiele niemiłych rzeczy. Ale ze strony jego rodziców nie padł żaden tekst w stylu: „Szanuj swoją żonę”.
Aczkolwiek wiesz, ja też przez wiele lat nie nazywałam rzeczy po imieniu i pozwalałam mu na to, co robił. Wiem również, że nie każda matka potrafi spojrzeć obiektywnie na swoje dziecko. Sama jestem matką. No więc staram się ich jakoś tłumaczyć. Nie chcę tych ludzi nienawidzić, dlatego żyję z nimi w dobrych relacjach.


Pomagają ci?
Czasem tak.


Wnuczki ich nie interesują?
Tam jest w tej chwili taka sytuacja, że mają babcię z demencją i ona wymaga opieki dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ale jak jest taka potrzeba, to korzystam z pomocy byłej teściowej. Bo wiem, że potrafi się zaopiekować moimi córkami. W dodatku one ją lubią i czują z jej strony ciepło i troskę. Tak że wiesz, to są dziwne paradoksy.


Jak przebiegł sam rozwód?
Sprawa trwała pół godziny.


On był już z tym pogodzony?
Tak. Układał sobie nowe życie, więc – że tak powiem – był w euforii. Miłość kwitła. Wtedy jeszcze wszystko było w porządku, a ja się nie kłóciłam.


Czyli bez orzekania o winie.
Właśnie.


Czemu nie chciałaś orzekać?
Co by mi to dało?


Przejęcie majątku.
A orzekanie o winie mi to gwarantuje?


Może sąd mógł ci przyznać większe alimenty.
Absolutnie nie. To jest bez znaczenia, czy on jest winny, czy nie. Zresztą nie potrzebuję tego, jestem w stanie zapracować na siebie i swoje córki.


Ale to, że cię bił, miało jakiś wpływ na twoją pracę w policji?
Myślałam, że zostawiam to w domu. Być może nie zdawałam sobie sprawy i byłam ofiarą wszędzie – na przykład w relacjach z przełożonymi. Czy stawałam się przez to bardziej agresywna? Powiem ci, że przez te wszystkie lata tak naprawdę nie zdarzyło mi się kogoś na serio uderzyć. Tak, żeby się wyżyć.
Wiadomo, jak trzeba użyć siły, to trzeba – na przykład żeby jakiegoś pijaczka podnieść albo obudzić. Natomiast uciekać się do przemocy tylko po to, żeby poczuć siłę, to nie. Ja czegoś takiego nie uznaję. Dlatego staram się cały czas pracować nad sobą i unikać zachowań, które do niczego dobrego nie prowadzą.


Uważasz, że masz cechy osoby wiktymologicznej?
Ciężko mi powiedzieć.


Praca i dom to mogły być dla ciebie dwa różne światy? Potrafiłaś to oddzielić?
Próbowałam. Ale cień mojego małżeństwa cały czas nade mną wisiał. Teraz jestem wyluzowanym człowiekiem. Wpadam do pracy, jestem uśmiechnięta, mogę pożartować i jest okej. Kiedyś było mi głupio się odezwać, bo miałam w głowie nauki swojego małżonka – że niby prowokuję nieprzyzwoite sytuacje i zachowuję się jak szmata. W jego oczach byłam największą dziwką, a nie ofiarą.
Jak zdarzały się dwuznaczne sytuacje, że na przykład facet z pracy zaszedł mnie od tyłu, zawsze myślałam: „O Boże! To dokładnie to, o czym mówi mój mąż!”. Natomiast samo bicie nie wpływało na moją pracę. Z nią akurat radziłam sobie świetnie. Czasami aż za bardzo się w nią angażowałam.
Zdarzało się, że moje córki były chore, ale trzeba było uzupełnić papiery w pracy i ja do niej przychodziłam. Potrafiłam przyjść nawet, jak miałam urlop. Dlatego najgorsze jest to, że jak sama potrzebujesz pomocy, to nikt takich zachowań już nie pamięta. To problem wielu z nas. Mało jest ludzi, którzy potrafią wyciągnąć rękę, kiedy masz problem.
Myślę, że przez to, co przeżyłam, jestem w stanie lepiej podejść do wielu spraw. Jak jadę na interwencję, gdzie mamy do czynienia z ofiarą przemocy domowej, wiem, że dobrze zrozumiem taką kobietę. Czasami spędzam z nią dużo czasu i próbuję wytłumaczyć to, co sama musiałam zrozumieć.


Co jej mówisz?
Gdy słyszę na przykład od takiej kobiety, że ona by chciała, żeby mąż ją kochał, mówię jej:
 – Ale cóż z tego, że ty byś chciała? Jak on nie chce, to choćbyś nie wiem co zrobiła, on cię nie pokocha, twoja wola nie wystarczy. On musi chcieć. I nie walcz o to, dziewczyno, odpuść sobie.
Nie zbawię świata z dnia na dzień i jedna rozmowa nie przewróci jej życia do góry nogami. Ale być może, jak już dojdzie do ściany, to sobie przypomni, o czym rozmawiałyśmy, i będzie wiedziała, co zrobić.
Wiele kobiet myśli, że to one są winne. Bo za mało robią, za mało się starają. Gówno prawda. To jest największe skurwysyństwo ludzi, którzy stosują przemoc fizyczną – wykorzystują słabości osoby, którą chcą zdominować. Są jak pasożyt, który wysysa z ciebie wszystkie siły życiowe i wmawia ci, że to ty jesteś robalem. Dlatego najtrudniej przekonać tego zdominowanego człowieka, że to nieprawda.


A kiedy to do ciebie dotarło?
Właśnie po policyjnej interwencji. Tłumaczyłam babce, że jak facet pije i ją bije, to się to nie zmieni. Wtedy sobie pomyślałam: „Boże, ale jestem pierdolnięta! Ja tutaj kobiecie tłumaczę takie rzeczy, a sama się łudzę i mam w domu to samo…”.
Osobnym problemem jest to, że kobiety są często uzależnione od swoich oprawców finansowo. Jeśli ofiara nie otrzyma opieki od razu, tego samego dnia, to nie poczuje się bezpiecznie. Powinno być tak, że jednego dnia zawija się drania, a drugiego puka do takiej kobiety pracownik opieki społecznej. Nie mówię, że powinien przychodzić od razu z pieniędzmi, ale chociażby z paczką żywieniową. Opieka psychologiczna też powinna pojawić się od razu.


Ktoś dowiedział się w ogóle w szczegółach o tym, co cię spotkało?
Mam grono koleżanek i czasami o tym rozmawiamy… Ale w pracy nikomu się nie zwierzałam. Przede wszystkim żeby nie narobić problemów swojemu byłemu mężowi. Poza tym nie chciałam robić z tego sensacji. Postrzegaliby mnie jako ofiarę. A to jest najgorsze.


Czy te doświadczenia zmieniły cię w jakimkolwiek sensie pozytywnym?
Tak. Przez to wszystko nauczyłam się być twarda w kontaktach z facetami. Nawet mój sąsiad z klatki do mnie dzwoni, jak się coś dzieje. (śmiech) Wczoraj przyszedł i powiedział, że jakieś pijaczki się wywaliły przed blokiem. No to polazłam do nich i mówię:
 – Macie jakieś dymy robić, to nie tutaj, idźcie stąd.
Oczywiście zaczęli ze mną dyskutować i kozaczyć.
 – Bo co?
 – Bo jajco! Wypierdalaj stąd, bo ci łeb urwę!
Wiesz, ja się już ich nie boję. Nie wiem, czy to instynkt, czy po prostu czuję swoją przewagę psychiczną. Jestem kobietą i zdecydowanie chciałabym nią pozostać. Świetnie się czuję w tej roli i zmiana płci absolutnie nie wchodzi w grę. Niemniej jednak mam też jaja i wiem, kiedy ich użyć.

 

 

Rozdział "Ofiara" pochodzący z książki Patryka Vegi Niebezpieczne kobiety. Cała prawda o kobietach w polskiej policji publikujemy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Otwarte.

 

Patryk Vega – reżyser i scenarzysta. Twórca popularnych filmów i seriali (m.in. Pitbull, Służby specjalne, Pitbull. Nowe porządki, Pitbull. Niebezpieczne kobiety). Autor bestsellerowych książek o pracy policjantów, które ukazały się w serii Złe psy. W książce Służby specjalne odkrył tajemnice kontrwywiadu wojskowego, a Niebezpieczne kobiety to zapis rozmów z policjantkami o ich codziennej służbie.

 

fot. materiały wydawnictwa

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska