Piosenki od lat 18. Profil Lou Reeda

2016-11-18
Piosenki od lat 18. Profil Lou Reeda

Z Velvet Underground nagrał najbardziej przełomowe płyty w dziejach rock & rolla. Ale to był ledwie początek jego ścieżki wiodącej dziką stroną życia. Jego piosenki łamały wszelkie tabu i sondowały najgłębszy mrok. Od trzech lat nie żyje. My pisaliśmy o nim kiedy ta smutna wiadomość nie była jeszcze aktualna. Dziś przypominamy ten artykuł z okazji wydania pierwszej w Polsce biografii artysty zatytułowanej "Lou Reed. Zapiski z podziemia".

„Jeszcze jeden taki numer i wylatujecie” - usłyszeli od szefa lokalu, gdy wybrzmiała wściekła kakofonia Black Angel's Death Song. Był grudzień 1965 roku i Velvet Underground grali w Cafe Bizzarre w Greenwich Village jeden ze swoich pierwszych koncertów. „No więc zagraliśmy taki numer jeszcze raz” - wspominał Reed. Stracili angaż, ale zyskali o wiele więcej. Na sali był Andy Warhol, który podekscytowany koncertem pomyślał, iż ten zespół będzie doskonałym muzycznym uzupełnieniem jego wizji pop artu. W najbardziej kluczowych momentach kariery Lou Reed zawsze postępował na opak, wbrew wszystkim. W 1973 roku, kiedy dzięki hitowi Walk On The Wild Side stał się gwiazdą, wydał ponury koncept album Berlin, choć producent radził mu: „Lou, najlepsze co możemy zrobić, to włożyć taśmę do pudełka, zamknąć je i już do niego nie zaglądać”. Po wydaniu Berlin zyskał opinię najbardziej depresyjnej płyty dekady. Jeszcze gorzej radził sobie podwójny album Metal Machine Music z 1975 roku. Reed uparł się, żeby wydać go w ślad za przebojowym Sally Can't Dance. Wypełniona gitarowym hałasem płyta była masowo zwracana przez nabywców i wydawca wymógł na Lou oficjalne przeprosiny. A jednak to właśnie te dwie wyklęte płyty powróciły triumfalnie po 30 latach i ugruntowały pozycję Reeda w nowym wieku przypominając, iż jest on nie tylko poetą rocka, ale też jego deprawatorem.

 

Hipsterzy kontra hippisi

„Chcę być czarny, mieć naturalny rytm, pieprzyć Żydów i mieć wielkiego kutasa. Nie chcę więcej być pieprzonym studentem z klasy średniej” - śpiewał Lou w piosence I Wanna Be Black. Kiedy już namaszczono go jako wielkiego poetę, krytycy mieli problem z nagromadzeniem rasistowskich stereotypów w tej piosence. A trzeba ją brać wprost, pomimo autoironii. Reed to przecież jeden z tych twardych Żydów, tak jak Mezz Mezzrow czy Lenny Bruce, którzy chcąc się odnaleźć w amerykańskich realiach, jęli podpatrywać Czarnych, asymilowali ich styl i taktyki ulicy zmieniając się w hipsterów. Urodził się w 1942 roku w rodzinie księgowego, który zmienił nazwisko Rabinowitz na Reed. Dorastał na sennych przedmieściach bogatej klasy średniej Long Island. Kochał bejsbol i czarny rhythm&blues. Uczęszczał na lekcje fortepianu, ale chciał być rock & rollowym gitarzystą. Pierwszego singla nagrał z grupą The Jades, gdy miał 15 lat. Rodzice stwierdzili, iż syn zdradza buntownicze skłonności i wysłali go do kliniki psychiatrycznej, gdzie zaaplikowano mu elektrowstrząsy, co opisał potem w Kill Your Sons. W odpowiedzi Lou rzucił się we wszystko czego mu zakazywali. Na dobre związał się z muzyką jako etatowy kompozytor wytwórni Pickwick piszący pastisze aktualnych hitów, przez chwilę studiował: literaturę i filozofię, dziennikarstwo i kreatywne pisanie dramatów. Na uniwersytecie Syracuse jego wykładowcą był błyskotliwy poeta Delmore Schwartz, z którym się zaprzyjaźnił. „Zaczynaliśmy pić o ósmej rano. Zamawiał pięć drinków na raz. Był najbardziej bystrym człowiekiem, jakiego znałem. I najbardziej nieszczęśliwym”. Od Delmore'a nauczył się jak używając prostych słów osiągać maksymalną siłę wyrazu, a że ten nie lubił rocka, chciał mu pokazać, że tekst piosenki nie musi być banałem. Wśród jego pierwszych dzieł była ociekająca sadomasochistycznym fetyszyzmem Venus In Furs i mieszający naturalistyczne szczegóły z nihilizmem Heroin. Znalazły się one na wyprodukowanym przez Warhola debiucie Velvet Underground & Nico, o którym napisano po latach, iż wraz nim rock stracił niewinność. W chwili wydania, w 1967 roku płyta okazała się klapą. W Ameryce ogłoszono hippisowskie Lato Miłości i przebojami sezonu stały się piosenki o kwiatach we włosach. Nikt nie chciał słuchać skowytu z mrocznych zaułków wielkomiejskiej dżungli, na który postawili Velvet Underground. „Nikt poza nami nie robił w muzyce niczego choć trochę autentycznego. W Andym podobało mi się przede wszystkim to, że był bardzo autentyczny.” - mówił po latach Reed, choć z popartowskiego dworu Warhola chłonął nie tyle autentyzm, co sztukę budowania image'u. Inspiracji dostarczyły mu gry ekscentryków i transwestytów oczekujących na przyobiecane przez Andy'ego 15 minut sławy. „Nienawidzę Lou Reeda coraz bardziej i bardziej” - pisał u schyłku życia w swym dzienniku Warhol. Poszło o to, że gdy Lou kręcił teledysk nie zamówił go w jego firmie.

 

Upiór w makijażu

W lipcu 1973 roku David Bowie wynajął najdroższą londyńską restaurację Cafe Royal by świętować zakończenie Ziggy Stardust Tour, trasy która uczyniła go gwiazdą numer jeden na rynku brytyjskim. Stawili się najważniejsi ludzie z branży, ale na honorowym miejscu bohater dnia posadził obok siebie Lou Reeda i Micka Jagger. Cała trójka mizdrzyła się do siebie niczym pederaści, co przez długie lata pozwoliło fanom snuć domysły kto z kim się przespał. Taki był szyk kiczowatego glam rocka. Odgrywający biseksualnego przybysza z kosmosu Bowie był królem stylu i nie krył, że to Warhol i Reed dostarczyli mu inspiracji. Trzy lata wcześniej, po nagraniu czterech płyt, które spotkały się ze znikomym odzewem i ciągłych kłopotach z menadżerami, Lou porzucił Velvet Underground i bez grosza przy duszy wrócił do rodziców. Zarabiał 40 $ tygodniowo pisząc na maszynie w biurze rachunkowym ojca. To poparcie Bowiego sprawiło, że dostał nowy kontrakt i w 1971 roku nagrał w Londynie solowy debiut Lou Reed. Gdy płyta poniosła klęskę, Bowie sam zabrał się za produkcję kolejnego albumu i w ten sposób powstał przełomowy Transformer. Na okładce Lou prezentował się w androgynicznym makijażu, a jego piosenki zawieszone między hard rockiem a kabaretem przywoływały campową dekadencję dworu Warhola. Singiel Walk On The Wild Side był wspomnieniem o transwestytach, których poznał u Andy'ego i choć przemycał tematy męskiej prostytucji i amfetaminy okazał się największym hitem Reeda, pierwszym, który podbił stacje radiowe (na rynek amerykański wypuszczone singiel w wersji cenzurującej wątek seksu oralnego). Wytwórnia RCA dla potrzeb promocji albumu ochrzciła Lou Upiorem Rocka, on sam mówił o sobie w wywiadach Hamlet Elektryczności. Ale jego kondycję najlepiej oddawał tytuł koncertowej płyty z 1973 roku: Rockandrollowe Zwierzę. Okładka prezentowała nowy, stosowny image Lou, który ściął włosy, zafarbował je na blond, a nabijaną ćwiekami skórę połączył z sadomasochistycznymi akcesoriami.

 

Zwierzę

„Towarzyszy mu reputacja osoby tyleż zwariowanej, co podłej” - odnotowywał kronikarz nowojorskiej bohemy Ronlad Sukenick. W połowie lat 70. Lou żył na miarę scenicznego wizerunku szyderczej bestii. Sarkazm okazywał się przydatny w życiu gwiazdy. Kiedyś zaczepił go kelner: „Ja też piszę piosenki, co mi pan radzi”? „Daj posłuchać, jeśli będzie coś dobrego, to ci ukradnę”. Gorzej, że trzymał fason dzięki zabójczej mieszance heroiny, amfetaminy, szkockiej i valium. Chwalił się, że nigdy nie był na odwyku i męczy go alkohol, bo choć pije non stop i zniszczył sobie układ nerwowy nie znajduje już nic dość mocnego. Podczas trasy bestsellerowego albumu Sally Can't Dance wydrukował list gończy, który oskarżał go o zmianę całej generacji młodych Amerykanów w „zaćpanych pedziów”. Podczas wykonywania songu Heroin nakłuwał się strzykawką. Jak twierdzili, co bardziej przytomni krytycy, fakt, iż mogła być w niej woda zupełnie nie zmieniał stanu rzeczy wobec faktu, iż obserwowały to dzieciaki. W latach 80. zapowiadał swój hit: „Zagramy teraz Heroin, jeśli ktoś przedawkuje w toalecie, proszę nie winić tej piosenki”. Był mistrzem w niszczeniu swej kariery, ale też życia prywatnego. Pierwsze małżeństwo Reeda, które zawarł pod koniec 1972 roku z seksowną kelnerką Betty Kronstadt nie przetrwało nawet roku, żona próbowała sobie podciąć żyły, co nie pozostało bez wpływu na historię z Berlin. Potem Lou na cztery lata związał się z meksykańskim fryzjerem transwestytą imieniem Rachel. I choć dedykowane Rachel miłosne songi z Coney Island Baby brzmią słodko, był to najbardziej mroczny okres w życiu Reeda. John Cale, kumpel z czasów The Velvet Underground wspomina jak po latach spotkali się w Londynie. Lou dzień przed koncertem miał ochotę na imprezkę, ale gdy zniknął w toalecie nie wychodził przez pół godziny. Gdy Cale wszedł do środka zobaczył go, jak siedzi na sedesie niczym mumia, z ran pokłutego ramienia spływała krew, a w jednej z nich tkwiła strzykawka. Gdy spytali go wprost dlaczego ćpa, odparł: „W XX wieku, w technologicznej erze, żyjąc w mieście potrzebuję narkotyków nie po to by dostać kopa, ale żeby poczuć się normalnie”.

 

Ojciec Chrzestny u Ojca Świętego

W momencie, gdy zjeżdżał na samo dno o jego legendę upomniało się nowe pokolenie. Okrzyknięty prekursorem punk rocka, po raz pierwszy trafił na okładki muzycznych magazynów. „Nie wiem dlaczego nazywają mnie ojcem chrzestnym punka, chciałem po prostu nagrywać płyty, których dorośli mogliby słuchać bez zażenowania. Myślę o sobie jako o pisarzu.” - przekomarzał się Lou. Niemniej zamówił sesję zdjęciową z rewolwerem w ręku i nagrał jedne ze swych najlepszych płyt: Street Hassle, gdzie w tytułowym, zaaranżowanym na smyczki utworze osiąga absolutne, iście literackie mistrzostwo swych mrocznych narracji oraz The Bells. To jednak nie podziw punków, ale kobieta zmieniła jego życie. Choć projektantkę Sylvię Morales poznał w klubie sado-maso, to jej udało się wyprowadzić Lou na przykładną drogę. Gdy w 1980 roku zawarli małżeństwo zaczął uczęszczać na spotkania Anonimowych Alkoholików i Anonimowych Narkomanów, stał się fanatykiem zdrowej żywności kupił farmę, relaksował się łowiąc ryby i uprawiając chiński boks. Równocześnie zmontował swój najlepszy zespół od czasów Velvet Underground i nagrał albumy, które przełamały złą passę w Stanach, wcześniej bowiem to we Francji i we Włoszech miał najwięcej fanów. The Blue Mask i Legendary Hearts ukazały bardziej stonowane i liryczne oblicze Reeda, ale jego gitarowe dialogi z jednym z najciekawszych nowofalowych muzyków Robertem Quine czyniły z nich rockowe arcydzieła. Zwieńczeniem nowej ścieżki był album New York z 1989 roku, wielowymiarowy obraz życia metropolii w brutalnych czasach prezydentury Reagana. Lou okazał się być człowiekiem pełnym empatii i współczucia. „Jak radzić sobie z chorobą, w społeczeństwie, które woli jej nie dostrzegać” - komentował swą kolejną przejmująca płytę Magic and Loss poświęconą przyjaciołom, którzy zmarli na raka. Facet, który przez dwie dekady robił za dyżurnego ćpuna, ordynusa i wariata, zaczął być postrzegany jako wielki poeta i zyskał status szacownej instytucji, co doprowadziło do kilku zaskakujących sytuacji. W 1998 roku gdy Bill Clinton gościł Vaclava Havla czeski prezydent zażyczył sobie, aby zaproszono na koncert jego ulubieńca. Reed wystąpił w Białym Domu! Nie zagrał wprawdzie Heroin, ale za to Dirty Blvd, opowieść o życiu bezdomnych Nowego Jorku. A co myśleć o występie Reeda w Rzymie w 2000 roku podczas millenijnego koncertu dedykowanemu Janowi Pawłowi II? Lou komentował: „Papież obecny był tylko na początku koncertu, a my wystąpiliśmy późno w nocy. Nie graliśmy dla papieża. Tylko dla jego aury.” Przewrotne puenty, to wszystko, co pozostało z dawnej arogancji rockmana. Choć nie częstuje nimi często. Przestał, jak kiedyś, nazywać dziennikarzy kurwami, ale odmawia rozmów na tematy osobiste. Zrozpaczony wysłannik „Guardiana” ubolewał, iż jedynym nieosobistym tematem dla Lou jest studyjny stół mikserski.

 

Doktorat z duszy

„Dlaczego zawsze pociągają nas rzeczy, które są dla nas złe?” - tym retorycznym pytaniem uzasadniał Reed swe zainteresowanie twórczością E.A. Poe, której poświęcił album Raven z 2003 roku. Do współpracy zaprosił m.in. bohatera swej młodości Ornette'a Colemana oraz transseksualnego śpiewaka Antony'ego, co dało mu przepustkę do wielkiej światowej kariery. Nic dziwnego, że płytę uznał za kulminację swych dokonań, bo to zdanie mogłoby posłużyć za jego własne motto. Być może Raven będzie jego ostatnią dużą wypowiedzią. W ostatnich latach żyje na luzie. Zajął się fotografią i opublikował dwa albumy swoich zdjęć. Fascynuje się tai-chi, nagrał nawet ambientowy album z akompaniamentem dla ćwiczeń. W 2008 zawarł nowe małżeństwo, legalizując trwający od połowy lat 90. związek z wybitną performerką Laurie Anderson: „Jest miłością mojego życia, bratnią duszą i, w przeciwieństwie do Sylvii, nie chce mieć dzieci”. Tymczasem świat upomniał się o jego dawne nagrania. W 2006 malarz Julian Schnabel namówił go na stworzenie scenicznego spektaklu z muzyką z Berlin. Efekt był taki, że Lou wraz z 30-osobowym zespołem zagrał światową trasę z tym programem i było to jedno z najbardziej udanych tournee w jego karierze. W 2007 roku berlińska formacja Zeitkratzer dokonała orkiestrowej transkrypcji Metal Machine Music i wykonywała ją obok muzyki Xenakisa oddając honor awangardowej wizji najbardziej wyklętego nagrania artysty. Lou kolejny raz okazał się prekursorem, tym razem drone metalu, jedynego eksperymentalnego nurtu rocka nowego wieku. Dobiegający 70-ki mistrz powołał zespół Metal Machine Trio i aktualnie koncertuje z tym składem. Zamiast odgrzewanych hitów serwuje hałas, nie mniej wściekły, niż ten za czasów Velvet Underground. Ani Dylan, ani Jagger, ani Bowie nie zestarzeli się z taką klasą na miarę swej legendy. Mroczna strona tej legendy wciąż fascynuje. Dwa lata temu podczas premiery filmu Schnabla Lou Reed's Berlin znów pytano o drastyczne doświadczenia stojące za jego tekstami, Lou odparł: „Może i mam licencjat z narkotyków, ale doktorat z duszy”.

 

Tekst: Rafał Księżyk

Ilustracja: Rafał Piekarski / piekaryo.blogspot.com

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska