Wywiady PLAYBOYA: Roman Polański

2016-07-04
Wywiady PLAYBOYA: Roman Polański

Polski reżyser, który zrobił prawdziwą karierę za granicą. Zdobył Ocara za reżyserię Pianisty, a jego inne filmy, jak Nóż w wodzie, Chinatown, Tess wygrywały na różnych festiwalach. Uważano, że prowadził życie playboya, ale przeżył też ogroną tragedię, kiedy banda Mansona zamordowała jego żonę i przyjaciół w rezydencji w Hollywood.

PLAYBOY USA GRUDZIEŃ 1971


Prezentowana tu rozmowa z PLAYBOYEM, to pierwszy wywiad z Polańskim po tamtym wydarzeniu. Być może na rozmowę zgodził się, bo pierwszy film jaki nakręcił po tej osobistej tragedii – Tragedię Makbeta – sfinansował Hugh Hefner. Przed wami szczery do bólu reżyser ROMAN POLAŃSKI.

PLAYBOY: Twoje filmy zaskarbiły ci miano mistrza makabry. Jak tłumaczysz fascynację tym gatunkiem?
POLAŃSKI: Sam nie wiem, dlaczego lubię makabrę. Dlaczego ludzie lubią boks albo pisanie? Jestem filmowcem, kręcę filmy. Nie lubię o nich mówić i nie wiem, dlaczego je robię. Prosicie mnie, żebym sam dokonał własnej psychoanalizy, a to mnie w ogóle nie interesuje.

PLAYBOY: Naprawdę nie prosimy, żebyś dokonał własnej psychoanalizy. Powiedz po prostu o swojej wizji, którą przekazujesz w filmach.
POLAŃSKI: Nie jestem przesadnie zaabsorbowany makabrą. Bardziej interesuje mnie zachowanie ludzi w stresie, kiedy nie znajdują się już w wygodnych codziennych sytuacjach i nie mogą pozwolić sobie na przestrzeganie konwencjonalnych reguł i moralności. Można dowiedzieć się czegoś o człowieku, kiedy znajdzie się w sytuacji, w której cywilizacja wystawia na próbę jego tożsamość, a nawet życie. W pewnym sensie Nóż w wodzie był moim małym przykładem tego problemu. Wziąłem troje ludzi i umieściłem w sytuacji stresowej, wynikającej z odosobnienia na jachcie i rywalizacji między dwoma mężczyznami. Matnia była w pewnym stopniu tą samą sytuacją: ludzie nie mogli reagować tak jak zwykle. Przed śmiercią żony pracowałem nad filmem o grupie emigrantów z przełęczy Donner, którzy utknęli w górach Sierra Nevada w 1847 r. To niezwykle zajmująca historia, nie tylko dlatego, że ilustruje problemy pionierów z początku XIX wieku. Okoliczności zmusiły cywilizowanych ludzi do podejmowania najbardziej drastycznych wyborów moralnych – takich jak kanibalizm – w celu przetrwania. Nie wiem, co bym zrobił w tej sytuacji, ale chyba nie zjadłbym twojego ciała. Myślę, że wolałbym umrzeć. Nie dlatego, że uznałbym, że jest coś moralnie nagannego w zjedzeniu ciebie po śmierci. Po prostu chyba nie chciałbym przełknąć twojego ciała. A ty przełknąłbyś moje?

PLAYBOY: Kto wie? Nasze kulturowe uwarunkowania pewnie i tak zmusiłyby nas do wymiotów.
POLAŃSKI: Tylko na początku, przyjacielu.

PLAYBOY: Czy filmujesz bohaterów w sytuacjach stresowych, aby znaleźć odpowiedzi na nurtujące cię pytania, czy po to, by zmusić widzów do skonfrontowania się z problemami, które, jak sądzisz, już rozwiązałeś?
POLAŃSKI: Ani jedno, ani drugie. To mnie po prostu fascynuje. Kiedy coś cię fascynuje, opowiadasz o tym, a robienie filmów jest moim sposobem opowiadania.


PLAYBOY: Czemu ludzie w stresie fascynują cię bardziej niż ludzie, którzy nie są w sytuacjach stresowych?
POLAŃSKI: Czasem sam się dziwię, że nie zadaję sobie takich pytań, ale naprawdę tego nie robię. Może gdybym je zadawał, znalazłbym odpowiedzi, ale nie czuję takiej potrzeby. Taki już jestem. Może dlatego, że w dzieciństwie miałem wiele sposobności oglądania zachowań ludzi w sytuacjach stresowych. Często myślę: Jak zareagowałby przyjaciel, z którym wypiłeś morze wódki i dobrze się bawiłeś, gdybyś pewnego ranka zapukał do niego i powiedział: „Ukryj mnie. Ścigają mnie naziści”. Oto musi zdecydować, czy zaryzykować życie dla twojej przyjaźni. Trudno mi jednak stwierdzić, jaki wpływ ma wojna na moją twórczość. Nie sądzę, żebym miał obsesję na punkcie własnych przeżyć. Podczas wojny byłem dzieckiem, a dzieci mają ogromną siłę przetrwania. Wszystko, co tworzysz, jest odzwierciedleniem miliona elementów, twoich przeżyć w dzieciństwie i młodości, twoich lektur, tego, co oglądasz w kinie, znajomych ludzi. Wszystko to wpłynęło na moje życie emocjonalne. Pamiętam na przykład, że jednym z moich najmocniejszych młodzieńczych przeżyć było obejrzenie filmu Myszy i ludzie. To przeżycie we mnie zostało. Nie mogłem przestać myśleć o tym potężnie zbudowanym cudownym człowieku i jego przyjacielu, o ich przyjaźni. Uznałem, że jeśli zostanę filmowcem, na pewno spróbuję robić coś w tym duchu; filmy sprzeciwiające się niesprawiedliwości, nietolerancji, uprzedzeniom i przesądom. Tak też zrobiłem. Te elementy przeplatają się w moich filmach.

PLAYBOY: Dlaczego w takim razie postanowiłeś nakręcić Dziecko Rosemary? Film, o którym można powiedzieć, że sławił, a przynajmniej popularyzował przesądy?
POLAŃSKI: Nie musisz być przesądny, żeby bawić się fantazją. Jeśli spędzicie ze mną więcej czasu, zobaczycie, że ani trochę nie wierzę w siły nadprzyrodzone. To tylko modna rozrywka dla ludzi poszukujących łatwych wyjaśnień pewnych zjawisk, których inaczej nie są w stanie zrozumieć. Ja sam mocno stąpam po ziemi, jestem racjonalistą i materialistą, okultyzm zupełnie mnie nie interesuje. Jedyną obsesją, która kazała mi zrobić ten film, było upodobanie do dobrego kina. Kiedy Bob Evans, szef produkcji w wytwórni Paramount, zadzwonił do mnie i poprosił, żebym przeczytał szczotki książki jeszcze przed publikacją, uznałem, że to fascynujący materiał na film, z akcją straszliwie naładowaną suspensem.

PLAYBOY: Suspens to kolejny znak szczególny twoich filmów. Czemu jest dla ciebie taki ważny?
POLAŃSKI: Robię w branży dramatycznej, a suspens jest esencją dramatu. W swoich filmach zajmuję się tym, co niespodziewane; staram się uwiarygodnić to, co niewiarygodne. Takie jest dla mnie życie. Nigdy nie zdołamy zapanować nad tym, co się wydarza. Nie prowadzę życia tak, by obfitowało w suspens, ale w kinie lubię ciągłe zaskoczenia, bo dzięki nim historia jest ciekawa. Najważniejsze to nie pozwolić widzom przewidzieć, co się za chwilę wydarzy. Pamiętam, że kiedy miałem sześć lat, razem z przyjaciółmi ulepiliśmy czaszkę z gliny, z kawałków szkła zrobiliśmy oczy i powiesiliśmy czaszkę na ścianie. Mieliśmy nadzieję, że każdy, kto będzie przechodził, śmiertelnie się przerazi. Pamiętam też, że zrobiłem diabelską maskę z czerwonym jęzorem z papierka od słodyczy, a potem umieściłem za maską latarkę. Takie rzeczy mnie intrygowały, jednak nie z nadprzyrodzonych czy niesamowitych powodów, ale już wtedy podobał mi się widowiskowy aspekt robienia masek. Moje upodobanie do dramatyzmu i tego, co niespodziewane zawsze było dla mnie tak oczywiste, że nie pytałem o przyczyny. Musiałem się z tym urodzić.

 

PLAYBOY: Twoje dawniejsze filmy były współczesnymi opowieściami w gatunku suspens. Teraz postanowiłeś wyreżyserować średniowieczną tragedię szekspirowską. Dlaczego?
POLAŃSKI: Po morderstwach wszystkie pomys- ły wydawały mi się jałowe. Po tym, co mi się przydarzyło, nie mogłem wymyślić tematu na tyle ważnego czy godnego, by poświęcić mu rok lub więcej. To może zabrzmieć niezwykle pompatycznie, ale nie umiałem nakręcić kolejnego suspensu. Z całą pewnością nie mogłem zrobić komedii; nie mogłem zrobić lekkiego filmu. Wobec stanu umysłu, w jakim się znalazłem, tego rodzaju projekt wydawał się najbardziej odpowiedni. W dzieciństwie ubóstwiałem Szekspira; kiedy byłem nastolatkiem, dwadzieścia razy obejrzałem Hamleta Laurence’a Oliviera. Zawsze pragnąłem nakręcić film szekspirowski, a kiedy w końcu uznałem, że czas wracać do pracy, pomyślałem: „Coś takiego mogę zrobić, czemuś takiemu mogę się poświęcić. To rzecz warta zachodu”.

PLAYBOY: Dlaczego ze wszystkich sztuk Szekspira wybrałeś właśnie Makbeta?
POLAŃSKI: Makbet był najbardziej kuszący, ponieważ w tej sztuce jest mnóstwo wypowiedzi i opisów, które bez trudu można przełożyć na wspaniałe sceny kina akcji. Poza tym jest wspaniała postać głównego bohatera, którą można rozwinąć i pokazać na ekranie w nowy sposób.

PLAYBOY: Makbet to także tragedia pełna przemocy i mordu. Czy z racji własnych wspomnień filmowanie tych scen nie było dla ciebie trudne?
POLAŃSKI: Nie. Ustawianie takich scen jest zabawne. Nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Nie odnosisz ich nawet do rzeczywistości. To wszystko gra, efekty specjalne. Nóż nie jest nożem, krew nie jest krwią. Można się tym bawić; podczas kręcenia tych scen śmialiśmy się i zachowywaliśmy się jak dzieci. Dopiero później, po zmontowaniu filmu i pokazaniu go widzom zdajesz sobie sprawę, że jest w nim coś przerażającego. Ale na pewno nie w trakcie kręcenia.

PLAYBOY: Niektórzy krytycy i widzowie mogą poczuć, że wybrałeś Makbeta jako rodzaj katharsis, aby oczyścić się z przemocy, jakiej niedawno doświadczyłeś. Co byś powiedział takim ludziom?
POLAŃSKI: Powiedziałbym, że pieprzą bez sensu, ponieważ tak nie jest. Już wam wyjaś- niłem, czemu postanowiłem zrobić ten film, a kiedy podjąłem decyzję, musiałem go nakręcić według własnych standardów. Jeśli robisz film o morderstwie, musisz pokazać morderstwo, w przeciwnym razie rób film na inny temat. Jeśli posługujesz się ekranem jako medium, musisz opowiadać za pomocą środków wizualnych. Oczywiście możesz postawić faceta przed kamerą i kazać mu przeczytać sztukę – wówczas ta sama historia zostanie opowiedziana publiczności inaczej, może łagodniej. Tak się składa, że według mnie byłoby to też nudniejsze. Jeśli opowiadasz o człowieku, który zabija głowę państwa, masz absolutny obowiązek pokazania czynu stanowiącego kulminację całej sztuki.

PLAYBOY: Jest jeszcze kwestia smaku i finezji. Zdaniem niektórych krytyków w pewnych scenach przemocy za bardzo sobie pofolgowałeś.
POLAŃSKI: Nakręciłem ten film finezyjnie. Inni robią to eufemistycznie. Boją się pokazać to, co stanowi samą esencję opowieści. Nigdy nie zapomnę narastającego napięcia w scenie z Greka Zorby na kościelnym dziedzińcu, która kulminuje poderżnięciem gardła. Sam akt rozgrywa się niestety tuż poniżej dolnej krawędzi ekranu. To był dla mnie koniec filmu, ponieważ reżyser stchórzył. Jeśli opowiadasz dowcip, który wymaga użycia nieprzyzwoitych słów, musisz je powiedzieć. „Wtedy złapał ją i… kropki, kropki, kropki”, to bez sensu. Lepiej opowiedzieć inną historię. Pokazywanie przemocy to analogiczna sytuacja, prawda?

PLAYBOY: Jednak krytycy mogą twierdzić, że sugestywne pokazywanie przemocy jest analogiczne do pornografii. Nie tylko nie posiada wartości społecznej, ale może wyrządzać krzywdę widzom.
POLAŃSKI: Ci ludzie ulegają złudzeniu, że to, co jest pokazywane na ekranie, może powodować przemoc. Więcej dowiedzieliby się o przyczynach przemocy, gdyby zapytali dzieci z ulicy. Kiedy widzę na ekranie przemoc, reaguję przeciwko niej; to chyba najczęstsza reakcja. Jeśli istnieje przemoc na ekranie, która faktycznie może popchnąć ludzi do przemocy w realnym życiu, to jest nią sterylna hollywoodzka koncepcja przemocy. To western, gdzie czarny charakter tak bardzo gra ci na nerwach przez dziewięćdziesiąt minut, że kiedy w końcu pozytywny bohater załatwia go czysto i schludnie, jesteś szczęśliwy i odczuwasz ulgę. Inaczej mówiąc, w młodych umysłach utrwala się przekonanie, że jeśli ktoś jest wystarczająco zły, można go zlikwidować, bez bałaganu. To jest „czyste” morderstwo, morderstwo, które akceptują osoby odpowiedzialne za ustalanie granic wiekowych dla widzów, ale osobom tym umyka prawdziwe znaczenie. Dla mnie jest to niemoralne. Jeśli jednak pokazujesz zabójstwo w sposób realistyczny, wzbudzający grozę, z tryskającą krwią i ludźmi umierającymi powoli i strasznie, jest to zgodne z rzeczywistością, ponieważ człowiek rzadko umiera natychmiast, a zobaczenie tego na ekranie może tylko odwieść cię od angażowania się w coś podobnego w prawdziwym życiu. Spójrzcie na literaturę. Od Biblii można zemdleć. Kiedy Szołochow opowiada w Cichym Donie o okrucieństwach w Rosji, opisuje je w najdrobniejszych szczegółach i nikomu nie przyjdzie do głowy krytykowanie go, ponieważ tak właśnie rozwinęła się literatura. Tymczasem kino jest dość młode, nieco bardziej komercyjne. Kino, przynajmniej w krajach anglosaskich, ujęto w ryzy, które nie pozwoliły mu rozwinąć się właściwie. Najczęściej tworzyło pozłacane zakłamane obrazy życia i śmierci. Ale nawet gdyby Makbet nie był sztuką o morderstwie, krytycy pytaliby dlaczego postanowiłem go nakręcić po śmierci Sharon. A gdybym sfilmował scenę, gdzie Makbet, ze sztyletem w dłoni, idzie do królewskiej komnaty, a potem… kropki, kropki, kropki? Wtedy powiedzieliby: „Po tym, co mu się przydarzyło, stracił jaja”. A gdybym postanowił nakręcić komedię? Powiedzieliby: „Po morderstwach okazał na tyle złego smaku, że zrobił komedię”.

 

PLAYBOY: Przez ostatnie dwa lata milczałeś na temat zabójstwa twojej żony i przyjaciół, chociaż prasa nie szczędziła krwawych i ponurych szczegółów. Czy jesteś gotów opowiedzieć swoją wersję?
POLAŃSKI: To nie jest coś, o czym rozmawiam z przyjaciółmi, ale chciałbym raz opowiedzieć o tym od początku do końca. Jest mi bardzo trudno zrekonstruować ten okres, ale mam kilka konkretnych rzeczy do powiedzenia. Straciłem coś najcenniejszego, jestem też pewien, że bliscy nam ludzie czuli to samo. Kiedy to się stało, prasa oznajmiła jednogłoś- nie: „Oczywiście, właśnie tak żył, to właśnie stworzył w swoich filmach, i oto rezultat”. To był pierwszy wybuch. W piśmie „Time” można było przeczytać: „To była krwawa scena, jakby żywcem wyjęta z filmu Polań-skiego, zgłębiającego mroczną, melancholijną stronę ludzkiej natury”. Tani charakter i banalność tej pisaniny wprawiała mnie, lekko mówiąc, w zdumienie. Pamiętam nagłówek: „Nic, tylko ciała”. Niedobrze się robiło na widok prasy, która podkręcała sensacyjność czegoś, co już było sensacją. To był temat, o którym wiedziałem więcej niż ktokolwiek, temat bliski memu sercu. Już wcześniej wiedziałem, że dziennikarz nie jest w stanie przekazać stu procent prawdy, ale nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo prawda może zostać zniekształcona, zarówno z powodu intencji dziennikarza, jak i zaniechania. Nie chodzi mi tylko o interpretację tego, co się stało, ale też o same fakty. O Sharon i morderstwach donoszono w sposób zbrodniczy. Na widok gazet nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom! Dziennikarze obwiniali ofiary o zabójstwa. Naprawdę gardzę prasą. Nie zawsze tak było. Prasa sama sprawiła, że nabrałem do niej pogardy. Niektóre artykuły! Z Pageant: „Orgie Sharon Tate: seks, sadyzm, celebryci”. Niewiarygodne! Zwłaszcza wobec faktu, że kobieta w połowie dziewiątego miesiąca ciąży ma ograniczony apetyt na orgie. Zupełnie jakby dziennikarzom wpadł w ręce nowy słownik, z terminami takimi jak masochizm, sadyzm, sodomia, samobójstwo, czary, rytuały, nadużywanie narkotyków i nekrofilia. Jeden z artykułów opatrzono zdjęciem tańczącej Sharon i czterech ofiar, które unosiły się wokół niej jak bąbelki szampana. Niech będą przeklęci! Ofiary zamordowano dwukrotnie: raz zrobili to zabójcy, drugi raz dziennikarze.

PLAYBOY: Jak myślisz, dlaczego?
POLAŃSKI: Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Chyba z powodu jakichś urazów, goryczy, zazdrości. Wierzcie mi, że wielu dziennikarzy i ludzi spoza środowiska dziennikarskiego, którzy pisali „osobiste” relacje o tym, co się stało, zarobiło sporo pieniędzy. Zadałem sobie pytanie: czy ludzie, którzy pisali te oszczercze artykuły, byli lepsi od samych morderców? Chyba nie. Oni tylko posługiwali się innymi środkami wyrazu. Powiedzcie, dlaczego prasa jest tak kurewsko obelżywa?

 

PLAYBOY: Nie ulega wątpliwości, że pewni przedstawiciele prasy pohulali sobie po morderstwach, ale rzetelni dziennikarze podjęli poważniejszą, bardziej odpowiedzialną próbę ustalenia czy istniał związek między ofiarami a zabójcami. Czy to nie było zarazem logiczne i zrozumiałe?
POLAŃSKI: Pewnie tak. Ale wszyscy oni doszukiwali się w zabójstwach „ironii”, co było nonsensem, a potem zrobili z moich filmów metaforę zabójstw. Ponieważ wszyscy wierzyli, że istniał logiczny motyw, obsmarowali nas artykułami o „szalonych przyjęciach, które doprowadziły do masakry” – tak brzmi jeden z tytułów – oraz doniesieniami o związkach Jaya Sebringa i Wojtka z pewnymi anonimowymi handlarzami narkotyków. Te artykuły przypominają mi historię o facecie, który mówi do przyjaciela:
– Wyobraź sobie: pâté de foie gras, stek ze szpinakiem i frytkami, pudding czekoladowy i kawa, wszystko za dwadzieścia pięć centów.
– To niemożliwe – mówi przyjaciel. – Gdzie?
– Nie powiedziałem gdzie. Powiedziałem: wyobraź sobie.
W Hollywood mieszka pewna para, Joe Hyams i Elke Sommer. On jest jakoby pisarzem, ona jakoby aktorką, ale oboje sprzedawali historie o tym, jak żyliśmy, twierdzili, że znają naszych przyjaciół i wiedzieli, że wcześniej czy później spotka nas tragedia. Zdumiewające! Spotkałem ich raz w życiu. Raz! Ale słowo drukowane ma coś magicznego, więc przeciętny czytelnik mówi: „Cóż, jeśli drukują, to musi być prawda”. Prasa wprost huczała od takich historii, zamieszczanych tak często i brzmiących tak pewnie, że nawet część naszych przyjaciół uległa ich wpływowi. Czytali coś i mówili: „Nie wiedzieliśmy o tym”. Na co odpowiadałem: „Ja też nie”. Ludzie czytający o nas po morderstwach powinni zadać sobie jedno pytanie: Kiedy oni mieli czas na pracę między orgiami, rytuałami i zażywaniem narkotyków. Jakim cudem zdołałem zrobić cztery filmy w ciągu trzech i pół roku? Jakim cudem Sharon zdążyła zagrać w jeszcze większej liczbie filmów? Jak Jay Sebring prowadził interes? Abigail Fogler pracowała w pomocy społecznej, wstawała o szóstej rano, żeby pojechać do pracy w Wats, potem szła na kurs szybkiego czytania, do domu wracała o dwudziestej trzeciej totalnie wyczerpana i raczej niezdolna do rytuałów i orgii przed wstaniem o szóstej rano. Wojtek za wszelką cenę próbował dokonać czegoś w filmie. Obiecałem mu pracę przy filmie o delfinach, który przygotowywałem; Wojtek był bardzo podniecony tym pomysłem i robił własne badania przedmiotu. „Time” napisał, że Wojtek miał „podejrzane kontakty, które nie podobały się nawet tolerancyjnemu Polańskiemu”. Skąd oni biorą takie rzeczy? Pytam was: skąd to biorą?

 

PLAYBOY: Może brało się to z faktu, że w Los Angeles ty i twoi znajomi cieszyliście się reputacją „bogatych hipisów”, których życie obracało się wokół imprez, narkotyków, przypadkowego seksu i tym podobnych.
POLAŃSKI: Sami grzeszni hedoniści, tak? Czy to miało wyjaśnić ludziom tragedię? Jak prasa mogła zaakceptować podobne wytłumaczenie? To wszystko byli bardzo dobrzy ludzie; to był szczęśliwy, beztroski okres mego życia. Ludzie urządzali przyjęcia u siebie, na plaży lub w górach; Sharon często robiła kolację, przychodzili do nas wspaniali ludzie, siedzieliśmy na dworze, gdzie było ciepło, pod rozgwieżdżonym niebem, godzinami słuchaliśmy muzyki albo rozmawialiśmy – o filmach, seksie, polityce, czymkolwiek. Próbowaliśmy pomagać sobie nawzajem, cieszyliśmy się sukcesami przyjaciół, to wszystko było piękne i zupełnie dla mnie nowe. Nigdy nie przypuszczałem, że życie może być luksusem. Wcześniej było zmaganiem się, mieszkaniem w pokojach hotelowych, ale nagle pokochałem nowe życie, kochałem to miejsce, ludzi, pracę. Pokojówce płaciłem dwieście dolarów tygodniowo, pewnie tyle, ile polski robotnik zarabia w pół roku. Takie bogactwo i wygoda nie mieściły mi się w głowie. Przed Sharon i przede mną otwierały się wspaniałe perspektywy. Chcieliśmy na stałe osiąść w Los Angeles. Snuliśmy wielkie plany. Żyliśmy jakby w dziwnym, szczęśliwym śnie. Nie było w tym nic chorego, złowrogiego czy niemoralnego.

PLAYBOY: Krążyły plotki o tym, że Sebring i Frykowski mieli związki z narkotykami.
POLAŃSKI: To same bzdury. Najwyżej czasem kupowali trawę dla kogoś, albo na własny użytek.

PLAYBOY: W prasie podkreślano, że Frykowski i Abigail Folger mieszkali u was już od kilku miesięcy, nawet pod twoją nieobecność. Sebring podobno też stale kręcił się w pobliżu. Sugerowano, że dzieje się coś podejrzanego.
POLAŃSKI: Jay był częstym gościem, ale nigdy u nas nie mieszkał. Kiedy wyjeżdżaliśmy, zostawialiśmy dom pod opieką Wojtka i Gibby, a gdy Sharon wróciła z Londynu do Los Angeles przede mną, oboje czuliśmy, że dobrze byłoby, gdyby ktoś z nią mieszkał. Trudno to nazwać podejrzanymi sprawami. Widzieliście, jak ludzie wchodzą i wychodzą z mojego domu w St.-Tropez. Widzieliście też, że wszystko to jest dość niewinne, przypomina życie w akademiku.

PLAYBOY: Co z rytuałami okultystycznymi, o których rozpisywali się dziennikarze? Te historie nabrały mocy, kiedy wyreżyserowałeś Dziecko Rosemary.
POLAŃSKI: Czy chcecie, żebym potraktował was grubiańsko? Mówiłem już, że nie zajmuję się okultyzmem. Te sprawy tak bardzo kłócą się z moją racjonalistyczną, materialistyczną filozofią życiową, że protestuję przeciwko podobnym sugestiom. To zupełnie nieprawdziwe, co przypisywano Sharon. Po śmierci zrobili z niej potwora. Zrobili potwora z najsłodszej, najbardziej niewinnej i zasługującej na miłość ludzkiej istoty. Sharon była chodzącym dobrem dla wszystkich i wszystkiego – dla ludzi, zwierząt, wszystkiego. Była samym dobrem. Kimś zupełnie wyjątkowym. Trudno opisać jej charakter. Po prostu miała w sobie nieskończone dobro, nieskończoną cierpliwość, nigdy nie spotkałem kogoś podobnego. Dowodem jej cierpliwości jest fakt, że żyła ze mną, bo przebywanie w mojej obecności musi być ciężką próbą. Nigdy nie wpadała w złość, nie miewała humorów. Podobało jej się bycie żoną. Dziennikarze i publiczność wiedzieli o jej urodzie fizycznej, ale Sharon miała też piękną duszę, o czym wiedzieli tylko jej przyjaciele. Zanim poznałem Sharon w 1966 r., moje życie miłosne, w przeciwieństwie do seksualnego, było bolesnym pasmem niepowodzeń. Chroniłem swą wolność. Moje pierwsze małżeństwo było bardzo traumatycznym przeżyciem.

PLAYBOY: W jakim sensie?
POLAŃSKI: Po wyjeździe z Polski krążyłem po Paryżu, młody i pełen entuzjazmu. Przez krótki czas byłem mężem polskiej aktorki, ale z pewnych powodów nie chcę o tym mówić. Nie dlatego, że to bolesny temat, ale jest to temat jałowy. Nie rozmawiajmy o tym, dobrze?

PLAYBOY: Dobrze. Powiedziałeś, że poznałeś Sharon w 1966 r.
POLAŃSKI: Podczas kręcenia filmu Nieustraszeni pogromcy wampirów, w którym grała. Życie, jakie prowadziłem, można nazwać życiem playboya, a małżeństwo było ostatnią rzeczą, o jakiej myślałem. Oprócz pierwszych kilku miesięcy pierwszego małżeństwa zawsze żyłem jak nomada. Dorastałem na walizkach podczas wojny. Kiedy miałem 8 lat, matkę zabrali do obozu koncentracyjnego, ojca wzięli kilka miesięcy później. Czułem, że wszelkie więzy rodzinne, wszystko co wiąże się z gniazdem, kończy się tragicznie. Jednak widując się z Sharon coraz częściej, wiedziałem, że rodzi się więź uczuciowa. Początkowo bałem się tego, ale ona była niesamowicie wyrozumiała, taktowna i mądra. Chociaż przebywała w moim towarzystwie, sprawiała, że czułem się absolutnie wolny; dała do zrozumienia, że nie zamierza mnie pochłaniać. Pamiętam, jak raz powiedziała: „Nie jestem jedną z tych kobiet, które połykają mężczyzn”. Mówiła prawdę. W końcu przeniosła się do mnie do Londynu, zaczęliśmy ze sobą żyć, rozpoczęła się nowa przygoda uczuciowa. Po dwóch latach zdałem sobie sprawę, że Sharon chce za mnie wyjść. Nigdy mnie o to nie prosiła, nie wspomniała ani słowem o ślubie. Wreszcie powiedziałem: „Na pewno chcesz wziąć ślub”. Sharon potwierdziła, więc odparłem: „Wobec tego pobierzemy się”.Tak się też stało. W tym czasie nie denerwowałem się już na myśl o ślubie. Sharon była pierwszą kobietą w moim życiu, która naprawdę uczyniła mnie szczęśliwym. Sprawiła, że miałem świadomość tego szczęścia. To bardzo rzadki stan. O dziwo, pamiętam, że na tydzień czy dwa przed jej śmiercią pomyślałem sobie: „Jestem szczęśliwym człowiekiem!” Wcześniej nie znałem tego uczucia, ponieważ w moim szczęściu zawsze czegoś brakowało, zawsze był jakiś drobiazg, który należało poprawić. Pamiętam też, jak myślałem – tu pewnie dochodzi do głosu moje środkowoeuropejskie pochodzenie – myślałem: „To nie może trwać. Nie ma możliwości, żeby to przetrwało”. Nagle ogarnął mnie lęk. Myślałem, że nie można utrzymać takiego stanu rzeczy. Nie miałem na myśli nic tragicznego, ale jako realista bałem się, że taki stan nie może trwać wiecznie.

PLAYBOY: Jak dowiedziałeś się o morderstwach?
POLAŃSKI: Byłem w Londynie, gdzie z przyjaciółmi, Andym Braunsbergiem i Michaelem Brownem pracowaliśmy nad scenariuszem do filmu Dzień delfina. Właśnie chodziłem po pokoju i mówiłem o pewnej scenie, kiedy zadzwonił telefon. Dzwonił mój agent z Los Angeles. „Roman, w domu doszło do tragedii” – powiedział. „W jakim domu?” – spytałem. „W twoim” – odparł, a potem wyrzucił jednym tchem: „Sharon nie żyje. Wojtek, Jay i Abigail też”.

PLAYBOY: Co dalej?
POLAŃSKI: Powtarzałem tylko: „Nie, nie, nie”. W pierwszej chwili pomyślałem, że musiała się obsunąć ziemia, góra się osunęła albo coś w tym rodzaju. „Jak to się stało?” – spytałem. „Nie wiem, nie wiem” – mój agent płakał w słuchawkę, ja też płakałem, powtarzałem, że to szaleństwo, aż w końcu powiedział mi, że zostali zamordowani. Trochę później przyszedł do mnie przyjaciel, wyszliśmy i przez pewien czas chodziliśmy po ulicach. Po powrocie wezwali lekarza, który dał mi zastrzyk i zasnąłem.

PLAYBOY: Jak to się stało, że przebywałeś w Londynie, zamiast z Sharon, która była w dziewiątym miesiącu ciąży?
POLAŃSKI: Od kilku miesięcy pracowałem nad scenariuszem, a Sharon grała w filmie w Londynie. Mimo zaawansowanej ciąży pracowała do ostatniej chwili. Liczyliśmy na to, że ukończę scenariusz i razem wrócimy do Los Angeles, ale praca się ślimaczyła. Sharon nie mogła już latać, ponieważ linie lotnicze nie wpuszczają na pokład kobiet w zaawansowanej ciąży, dlatego postanowiła popłynąć statkiem. Ja nie mogłem płynąć,
bo rejs trwał za długo, więc natychmiast po ukończeniu scenariusza miałem polecieć i wrócić do Los Angeles zaledwie kilka dni po Sharon. W końcu wyjechała z Londynu, zawiozłem ją na statek Queen Elizabeth II, zjedliśmy razem lunch. Kiedy osoby odprowadzające poproszono o opuszczenie pokładu, nadeszła chwila pożegnania – najsmutniejsza chwila mojego życia, ponieważ, chociaż o tym nie wiedzieliśmy, widzieliśmy się po raz ostatni. Pamiętam, że jeszcze tego popołudnia zadzwoniłem do niej na statek. Sharon opowiadała o naszej nowej suczce Prudence. Mówiła, że Prudence jest bardzo szczęśliwa, bo jej gumowa piłka bez przerwy turla się po kajucie. Potem codziennie rozmawialiśmy przez telefon. Rachunek był astronomiczny. Podczas ostatniej rozmowy – zaledwie 10 godzin przed tragedią, w piątek – Sharon powiedziała, że znaleźli dzikiego kotka, którego próbowali karmić za pomocą zakraplacza do oczu. Trzymali go w wannie, bo kotek szalał, skakał na ludzi itp. Zabawne, jak życie składa się z tych drobnych banalnych momentów, które nadają mu wartość. Kończąc rozmowę, powiedziałem: „Wracam w poniedziałek”. Drażniło mnie, że mogłem wrócić dopiero w poniedziałek, bo Sharon nie mogła się mnie doczekać, a ten cholerny scenariusz się ślimaczył. Dlatego powiedziałem: „Wracam w poniedziałek bez względu na to, czy skończę, czy nie”. To była nasza ostatnia rozmowa.


PLAYBOY: Ile czasu zajęło ci pogodzenie się z jej śmiercią.
POLAŃSKI: Bardzo dużo. Pierwszą reakcją była panika. Jesteś zupełnie rozbity, nie możesz się skupić, nie możesz pojąć, co właściwie się stało. Nie możesz uwierzyć. Nie dociera do ciebie, że ona i pozostali nie żyją. Nie potrafiłem ogarnąć tej niezmiernie cienkiej chwili, oddzielającej ich istnienie od nicości. Potem przyszła skrajna żałoba, która trwała tak długo jak śledztwo. Te dwie rzeczy biegły równolegle. Całymi miesiącami myślałem tylko o tym, a potem, kiedy znaleziono winnych, moja obsesja ustała. Następnie przyszła rezygnacja, wycofanie. Przeniosłem się do Szwajcarii, gdzie zacząłem do upadłego jeździć na nartach z grupą przyjaciół; można ich nazwać hedonistami. Ci ludzie byli dla mnie cudowni. Serdeczni, delikatni, taktowni, ale wszystko to mogłem robić wyłącznie dzięki rezygnacji. Po okresie intensywnej jazdy na nartach i życia towarzyskiego postanowiłem wrócić do pracy. Tuż po tragedii wszyscy poklepywali mnie po plecach i mówili, że muszę wrócić do pracy, że praca pozwoli mi zapomnieć, uczyni życie wartościowym. Na tamtym etapie nie umiałem wziąć się w garść, ale pamiętam, jak Stanley Kubrick powiedział mi: „Jestem pewien, że wszyscy radzą ci, żebyś wrócił do pracy. W tym stanie umysłu nie potrafisz pracować, ale przyjdzie chwila, kiedy nagle poczujesz: Muszę wrócić do pracy”. Dokładnie taka chwila przyszła po pobycie w Szwajcarii. Od ponad roku pracuję nad Makbetem, a teraz, dwa lata po tragedii, rozmawiacie ze mną, zadajecie pytania i wydaje się, że to wszystko stało się dwa tygodnie temu. To dla mnie spore wyzwanie.

PLAYBOY: Chcesz mówić dalej?
POLAŃSKI: Absolutnie.

PLAYBOY: Kiedy przyszła żałoba, co czułeś w związku z tym, że nie było cię tam tamtej nocy?
POLAŃSKI: Miałem i mam ogromne poczucie winy. Czułem, że gdybym tam był, to by się nie stało, w przeciwieństwie do tego, co uważają moi przyjaciele. Ich zdaniem gdybym tam było, nie siedziałbym tu dzisiaj.

PLAYBOY: Myślisz, że zdołałbyś ocalić Sharon i innych przed mordercami?
POLAŃSKI: Myślę, że zdołałbym zapobiec tragedii. Nie sądzę, żebym dał się zastraszyć czy zdominować. Myślę, że dałbym radę temu zapobiec.

PLAYBOY: Czy podczas śledztwa byłeś przesłuchiwany przez policję?
POLAŃSKI: Wyczerpująco. Zostałem w Los Angeles, bo uznałem, że moja obecność może im się przydać. Właściwie, oprócz przyjaciół, gliniarze okazali się najlepszymi ludźmi w zaistniałej sytuacji. W odróżnieniu od dziennikarzy, policjanci byli realistami, ale zachowywali się po ludzku, z autentycznym uczuciem. Byli oddani pracy, a ja miałem możliwość przyjrzeć się wszystkim aspektom ich osobowości, ich problemom. To byli świetni ludzie. Bardzo ciepło ich wspominam.

PLAYBOY: Uważałeś, że w jaki sposób możesz im się przydać?
POLAŃSKI: Myślałem, że przeoczyli jakiś drobny szczegół. Myślałem też, że mogę zwrócić uwagę na ludzi, na przykład takich, którzy nas odwiedzali, a nie przyszliby do głowy policji. W prasie tak dużo pisano o tym, że prawdopodobny motyw stanowili Jay i Woj-tek, o tym że mogli być najważniejszymi osobami, że w końcu zacząłem wierzyć, że może być ktoś, o kim nie wiedziałem. Dlatego postanowiłem ustalić krok po kroku, co robili w czasie tragedii wszyscy, którzy nas znali. Zadanie nie było proste, bo nie chciałem się z tym afiszować, nie chciałem, żeby ktokolwiek wiedział, że na bieżąco kontaktuję się z policją. Nigdy nie wierzyłem, że za morderstwami może stać jakiś handlarz narkotykami, który zaopatrywał Jaya. Uznałem, że to robota szaleństwa, człowieka, który straszliwie zazdrości jednemu z nas, ale nie potrafiłem udzielić sensownej odpowiedzi. Dlatego wciąż słuchałem i obserwowałem. Bardzo trudno mi o tym mówić. O pewnych sprawach chyba w ogóle nie powinniśmy rozmawiać. Uległem złudzeniu, że dzięki rozwiązaniu tej zbrodni poczuję się lepiej. Dopiero po wielu miesiącach dotarło do mnie, że uganiam się za cieniami, krążę w kółko, a znalezienie morderców nie przywróci Sharon życia. Musiałem to wyjaśnić jej rodzicom, którzy, jak czułem, ulegli temu samemu złudzeniu. Pułkownik Tate, ojciec Sharon, też spotykał się codziennie z policją, z tego samego powodu, co ja. Dzięki Bogu rodzice Sharon nie wierzyli w brednie, jakie wypisywała o nas prasa.

PLAYBOY: Nigdy nie czułeś, że państwo Tate w pewien sposób cię obwiniają?
POLAŃSKI: Nie. Przez cały czas stali przy mnie. Znali naszych przyjaciół i wiedzieli, że prasa kłamliwie opisuje nasz styl życia.

PLAYBOY: Czy podczas śledztwa zrobiłeś coś, co z dzisiejszej perspektywy okazało się pomocne?
POLAŃSKI: Jak mogłem to zrobić? Żaden z moich znajomych nie miał z tym nic wspólnego. Pamiętam, że na samym początku porucznik Bob Helder powiedział mi o grupie hipisów mieszkających na ranczo z facetem, którego nazywali Jezusem Chrystusem. Bob powiedział, że mieli związek z zabójstwem jakiegoś muzyka, na którego ciele zostawili wiadomość; powiedział też, że ci ludzie mogli być powiązani z naszą sprawą. „Daj spokój, Bob, masz uprzedzenia wobec hipisów” – powiedziałem. „Powinieneś podejrzewać wszystkim. Nie odrzucaj tak łatwo tej hipotezy” – odparł Bob. Ja jednak nie przywiązywałem wagi do jego słów, bo nie widziałem związku, nie czułem też instynktownego sprzeciwu wobec hipisów. Ci ludzie z hasłem „Make love, not war” wzbudzali moją sympatię.

PLAYBOY: Czy zanim znaleziono sprawców, obawiałeś się o swoje życie?
POLAŃSKI: W takim stanie twoje życie zupełnie cię nie obchodzi. Miałem nadzieję, że on, albo oni się pojawią. Mieszkałem na plaży z moim drogim przyjacielem Dickiem Sylbertem, scenografem Dziecka Rosemary. Przez trzy miesiące Dick był dla mnie ojcem, bratem – nie powiem, że był żoną – podczas gdy ja mogłem myśleć tylko o jednym. Biedny facet. Wszyscy sąsiedzi byli pod bronią z powodu mojej obecności. Wierzyli w to, co czytali w prasie i uznali, że może dojść do skandalu albo morderstwa. Ale ja byłem gotów się bronić.

PLAYBOY: Nosiłeś broń?
POLAŃSKI: Pytałem o to policjantów, ale poradzili mi, żebym nie nosił, bo gdyby coś się stało, a ja użyłbym broni, wynikłyby najróżniejsze problemy. Tak naprawdę wcale nie chciałem broni. Czułem, że mogę o siebie zadbać, a zresztą to nie miało znaczenia, bo obsesyjnie chciałem znaleźć sprawców. Nagle, kiedy policja oświadczyła prasie, że ma sprawców, dziennikarze musieli udać, że przez cały czas spodziewali się czegoś podobnego, czegoś zupełnie niezwiązanego z nami i moimi filmami. Pamiętam, jak policjanci śmiali się sarkastycznie z tego, że dziennikarze uznali, że ofiary jednak nie ponoszą winy. Nagle stało się oczywiste, że chodziło o grupę zwariowanych hipisów, a ludzie w rodzaju pani Elke Sommer szybko zapomnieli, że „spodziewali się morderstwa”. W ciągu 24 godzin przestali rozpisywać się na temat ofiar, pojawiły się za to nowe rzeczy: sfabrykowane wywiady ze mną i cytaty, że jestem „uradowany” wiadomościami. To słowo raczej nie opisuje stanu moich uczuć. Jednak właśnie wtedy przydarzyło mi się coś dziwnego: poczułem ulgę. Dalszy bieg wydarzeń zupełnie przestał mnie interesować.

PLAYBOY: Dlaczego?
POLAŃSKI: W końcu zrozumiałem, że jeśli chcę pójść dalej, muszę całkowicie zostawić tę sprawę; wiedziałem też, że niczego nie zdołam zmienić. Tak jakby jedyną metodą na radzenie sobie ze stresem było odrzucenie wszystkiego, wymazanie tej taśmy w moim banku pamięci. Cała sprawa znikła z mojej głowy. Nie było potrzeby czytania, co prasa miała do powiedzenia o Mansonie, ponieważ nic nie wskazywało na to, by pisali o nim dokładniej niż o Sharon i o mnie. Zupełnie o nim nie czytałem. Wszystkiego co wiem o Mansonie, dowiedziałem się w tamtych dniach od policji, zanim wydali oświadczenie dla prasy. Dla własnego dobra całkowicie zignorowałem Mansona i proces, częściowo dlatego, że prasa zrobiła z tego istny cyrk. O procesie pisali w sposób równie żałosny jak o morderstwach. Zanim zapytacie, skąd to wiem, skoro o tym nie czytałem, powiem wam: Pewnych nagłówków i radia nie da się uniknąć. Nie sposób umknąć przed wiedzą o pewnych rzeczach. Nie potrafię zrekonstruować dla was procesu, ale podejrzewam, że aspekt rytualny tej sekty szaleńców został upiornie wyolbrzymiony przez dziennikarzy, a zabójcy skwapliwie z tego skorzystali, świadomi faktu, że taka aura jeszcze bardziej rozsławi Mansona, co dodatkowo skomplikuje proces.

PLAYBOY: Czemu tak podejrzewasz?
POLAŃSKI: Jeden z policjantów opowiadał mi o przyjacielu Mansona, który siedział w więzieniu – jeszcze przed morderstwami – a Manson próbował zebrać pieniądze na kaucję. Poszli do Terry’ego Melchera, który wynajmował dom przed nami. Nie znam szczegółów, nie wiem nawet, czy ta sprawa wyszła na jaw podczas procesu, ale myślę, że tamtej nocy chodziło im o pieniądze. Manson był dość sprytny, by wiedzieć, że jeśli za główny motyw uznają pieniądze, nie będzie uchodził za tajemniczą osobę, bo motywy materialne zawsze uważa się za bardziej zrozumiałe, a co za tym idzie łatwiej machnąć na nie ręką niż na motywy ideologiczne. Nawet jeśli motywy ideologiczne są czystym złem, ludzie poświęcają im więcej uwagi niż rabunkowi dokonanemu przez pospolitego bandziora, bo muszą stawić czoło ideologii. Manson wiedział, że jeśli będą go postrzegali jako fałszywego boga, nie tylko poświęcą mu więcej uwagi, ale także zdoła zmusić znienawidzonych hipokrytów z klasy średniej do przyjrzenia mu się bliżej i porównania jego wartości z wartościami hipokrytów. Jednak jego ideologiczne, rytualne motywy morderstw zostały straszliwie wyolbrzymione.

PLAYBOY: Jak na podstawie znanych ci faktów określiłbyś człowieka takiego jak Charles Manson?
POLAŃSKI: W każdym środowisku hipisowskim zdarza się starszy facet, może nawet w średnim wieku, z brzuszkiem, który bez otoczki hipisowskiej byłby tylko grubawym, może żałosnym gościem. Tutaj jednak ma długie włosy, nosi koszule w kwiaty, wygląda na kogoś zupełnie innego, prowadzi wyuzdanym styl życia i staje się kimś atrakcyjnym dla hipisów, często bardzo naiwnych i niemądrych. Ten facet jest w istocie tym samym człowiekiem, jakim był w zwykłym społeczeństwie, kierują nim te same popędy i motywy, które rozwinął tam, ale wtapia się w środowisko hipisów i uchodzi za jednego z nich. Chryste, tak trudno wyjaśnić, co mam na myśli. Słowa nie są moją mocną stroną. Chciałbym opowiedzieć wam historię, która może zilustruje to, co mam na myśli.

PLAYBOY: Proszę bardzo.
POLAŃSKI: W Polsce, kiedy miałem 16 lat, pasjonowałem się kolarstwem wyścigowym. Poznałem pewnego gościa – miał dwadzieścia kilka lat – trochę się z nim zadawałem, polubiłem go. Można by go nazwać odjazdowcem. Zaproponował, że sprzeda mi kolarzówkę po bardzo korzystnej cenie, ogarnęła mnie chciwość. Umówiłem się z nim w starym niemieckim bunkrze koło parku, a kiedy znaleźliśmy się tam sami, 5 razy uderzył mnie w głowę kamieniem. Do dziś mam blizny. Na kilka sekund straciłem przytomność, potem zobaczyłem, że on stoi nade mną i pyta, gdzie są pieniądze. Zabrał mi forsę, zegarek i uciekł. Nie mogłem zrozumieć, czemu to zrobił. Kilka minut później złapali go kierowcy ciężarówek, a tydzień później prowadzący śledztwo przyszli do mnie do szpitala, żeby zadać pytania. „Czy dostanie duży wyrok?” – spytałem, a tamci tylko się roześmieli. „Powieszą go” – powiedział jeden ze śledczych. „Przed tą historią zabił trzech ludzi”. Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z takim typem człowieka. Ludzie zapominają, że Manson był już notowany. Sporą część życia spędził w więzieniu. Zanim usiłował zostać hipisem, był już notowany. Tamten facet, który zdzielił mnie kamieniem, był drugim Mansonem, tyle że Manson miał szczęście żyć w czasach, gdy pewne cechy uchodzą za cnoty. Mógł nosić długie włosy i brodę, zgrywał się na hipisa, głosząc zbrodnicze poglądy. Facet, który próbował mnie zamordować, był zwykłym bandytą i nikt nie uważałby go za nikogo innego niż bandytę. Nikt nie pomyliłby go z Jezusem.

PLAYBOY: Wspomniałeś wcześniej, że hipisi wzbudzali twoją sympatię. Nadal tak jest?
POLAŃSKI: Pamiętacie pierwszy happening be-in w Nowym Jorku, kiedy ludzie rzucali kwiatami w policjantów? Jakież to niewinne. Myślę, że tamci ludzie byli szczerzy. Ale hipisów już nie ma. Ruch hipisowski uległ degeneracji, ale zdegenerował się od góry, nie od dołu. Kiedy dzieciaki zaczęły głosić nowe wartości, rząd próbował wybić im je z głowy. Poczynając od Berkeley można było się spodziewać tylko przemocy.

PLAYBOY: Zdaniem krytyków, integralną częścią filozofii hipisowskiej były narkotyki, które stanowiły też główny powód psychicznej degeneracji ludzi, w tym dziewczyn wypełniających rozkazy Mansona.
POLAŃSKI: Nie posiadam szczegółowej wiedzy o narkotykach i nie mogę wypowiadać się sensownie na ich temat, wiem jednak, że marihuana i środki halucynogenne wywołują raczej lenistwo. To są narkotyki ludzi, którzy chcą wypaść ze społeczeństwa. Zażywające je osoby stają się bierne. W tym sensie można powiedzieć, że te środki ułatwiają wywieranie wpływu na ludzi. Z drugiej strony marihuana i środki halucynogenne nie skłaniają cię do działania ani do aktywności; z całą pewnością nie popychają cię do morderstwa. Wiecie, jak trawa działa na ludzi: chcą się wylegiwać, uśmiechają się, słuchają muzyki. Musicie więc zdecydować. Nie możecie winić tych narkotyków za wprawianie ludzi w stan bierności, a zarazem za popychanie ich do zbrodni.

PLAYBOY: Czy nie było jednak tak, że środki halucynogenne stanowiły część patologii, która przeobraziła Mansona z pospolitego kryminalisty w Jezusa Chrystusa w oczach jego zwolenników? Taka patologia wymagała pewnej dozy bierności ze strony ludzi poddanych manipulacji.
POLAŃSKI: Jestem pewien, że ludzie prowadzący ten styl życia są bardziej podatni na wpływy niż zwykli członkowie społeczeństwa. Jednak bez względu na działanie tych narkotyków nie sprawiają, że tracisz zdolność odróżniania dobra od zła. Sądzisz, że popełniłbyś morderstwo pod wpływem narkotyków?

PLAYBOY: Nie. Mówimy jednak o dziewczynach, kalekach emocjonalnych, które bez kontaktu z sektą zażywającą narkotyki, bez niewolniczych zależności seksualnych i rytuałów domniemanego Jezusa Chrystusa, niemal na pewno nie dałyby się nakłonić do popełnienia morderstwa.
POLAŃSKI: Nie zapominajcie, że pewni ludzie mają talent do pociągania za sobą mas. Hitler zrobił to samo ze zwykłym, normalnym społeczeństwem niemieckim.

PLAYBOY: Ale nie przyznasz, że narkotyki, które akceptujesz, a w każdym razie ich bronisz, odegrały pewną rolę w tym, co się stało?
POLAŃSKI: Nie. Które narkotyki? Nie uważam, że w marihuanie jest coś niewłaściwego. Miliony ludzi palą trawę, ale nie znam drugiej grupy, którą dałoby się porównać do tej Mansona. Więcej analogii dostrzegam między Mansonem a Z zimną krwią niż z palaczami trawy. Ludzie szukają po prostu łatwej wymówki, łatwego wytłumaczenia morderstw. Nie uważam, by miały jakikolwiek związek z marihuaną.

PLAYBOY: A co z LSD?
POLAŃSKI: Nigdy nie propagowałem LSD. Kilka lat temu odbyłem może trzy „podróże”, wszystkie miały niedobry przebieg, więc dałem sobie spokój. Ale to jest również zbyt łatwa odpowiedź. Co z ludźmi z Pakistanu Zachodniego, którzy w codziennym życiu byli zwykłymi wieśniakami czy urzędnikami, a potem ruszyli z armią przelewać krew? Co z niemieckim żołnierzem – zwyczajnym ojcem rodziny – dopuszczającym się bestialskich zbrodni podczas wojny? Co powiemy o takich ludziach jak Charles Whitman (w 1966 r. strzelajac z wieży uniwersyteckiej w Austin zabił 16 osób, a 32 ranił – przyp. red.) i Richard Speck (w 1966 r. zabił 8 studentek pielęgniarstwa w internacie w Chicago – przyp. red.)? Co z porucznikiem Calleyem (w 1968 r. jego żołnierze wymordowali mieszkańców wietnamskiej wioski My Lai – przyp red.)? Według konwencjonalnych standardów wygląda mi na normalnego człowieka. Myślę po prostu, że pewnym ludziom bardzo mało potrzeba, by popełnili zbrodnię. Może dla Mansona i tych dziewczyn narkotyki stały się pretekstem do ujawnienia morderczych instynktów.

PLAYBOY: Jak zareagowałeś na wyroki śmierci, które dostali?
POLAŃSKI: Z zasady jestem przeciwny karze śmierci. Myślę, że świat stałby się lepszym miejscem, gdyby ją zniesiono. Nie uważam kary śmierci za rzecz moralną, bo nie powinniśmy uzurpować sobie prawa do przerywania czyjegoś życia.

PLAYBOY: Czyli jesteś przeciwny wyrokom?
POLAŃSKI: Zadajesz bardzo trudne pytanie. Bardzo trudne. Naprawdę nie wiem. Bardzo często odczuwam potrzebę zemsty. Podej-rzewam, że zemsta może stanowić jedną z najważniejszych sił napędowych ludzkiego postępu i poszukiwania sprawiedliwości. Należy jednak ustalić, w jaki sposób zemsta ma się dokonywać. Jeśli przestępca zabija osiem osób, a potem go łapią – czy odebranie mu życia jest moralne, czy nie? Według mnie jest aktem niemoralnym. Kara śmierci jest jednym z czynników brutalizujących współczesne życie. Nie wiem, czy wyrażam się jasno. Jeśli pytacie mnie o to, czy kara śmierci powinna istnieć, odpowiadam: nie. Jeżeli jednak spytacie o konkretną sprawę człowieka, który zaplanował morderstwo – pamiętajcie też, że w grę wchodzi mój stan emocjonalny – i jest on sądzony w jurysdykcji przewidującej karę śmierci, powiem, że wyznaczenie mu kary mniejszej niż najwyższa byłoby niemoralne. Komu powinno się wyznaczyć wyższą karę? Według mnie Manson popełnił największą zbrodnię, zatem powinien otrzymać najwyższą przewidzianą karę. Zbrodnię popełnił w okresie, gdy w Kalifornii obowiązywała jeszcze kar śmierci. W pewnym mo- mencie zwrócono się do mnie z prośbą, abym zaapelował o jego ułaskawienie. Odmówiłem. To byłaby z mojej strony hipokryzja. Doma-gam się jednak zniesienia kary śmierci, nie tylko dla Mansona, ale dla wszystkich.

PLAYBOY: Czy fakt, że Ted Kennedy apelował o ułaskawienie Sirhana Sirhana (zabójcy senatora Roberta Kennedy’ego – przyp. red.) był hipokryzją?
POLAŃSKI: Tak sądzę. Dokładnie to miałem na myśli mówiąc, że nie wystąpię o ułaskawienie. Nie miałbym nic przeciwko wystąpieniu po stronie Teda Kennedy’ego i oświadczenia, że jesteśmy przeciwko karze śmierci jako elementu wymiaru sprawiedliwości. Myślę jednak, że domaganie się łaski dla swojego „ulubionego” mordercy, który sprawił ci tyle bólu, jest przejawem sztucznego szlachectwa.

PLAYBOY: Wcześniej mówiłeś, że przeżycia wojenne nauczyły cię, że więzy rodzinne prowadzą do tragedii. Czy teraz, ponad dwa lata po morderstwach, czujesz, że była to kolejna nauczka, że szczęście zawsze zostanie odebrane człowiekowi?
POLAŃSKI: Użyłeś słowa „nauczka”. Niestety nie ma w tym żadnej nauki. Nie ma nic. To jest absolutnie bezsensowne, głupie, okrutne i szalone. Nie wiem nawet, czy warto o tym rozmawiać. Sharon i inni nie żyją. Nie mogę tego zmienić.

PLAYBOY: Ale czy to doświadczenie zmieniło twoje poglądy na życie?
POLAŃSKI: Sam nie wiem. Nie nazwałbym siebie fatalistą, bo to są ludzie, którzy siedzą i czekają, aż im się coś przydarzy, a ja taki nie jestem. Zawsze byłem osobą sentymentalną, nie cyniczną i to się nie zmieniło. Ale takie rany zostawiają blizny. Dawniej byłem chyba lepszym człowiekiem. Trudno to określić, ale wydaje mi się, że dawniej byłem łagodniejszy wobec ludzi. Mój obecny stan emocjonalny nie pozwala mi chyba na nawiązanie nowych poważnych związków z kimkolwiek.

PLAYBOY: A jednak wydaje się, że darzysz uczuciem i jesteś związany z otaczającymi cię ludźmi.
POLAŃSKI: Charakter nie zmienia się drastycznie. Zmieniają się akcenty. Dawniej moje uczucia dla ludzi były bardziej młodzieńcze, naiwniejsze. Nie wiem nawet, czy moi przyjaciele zauważyli tę zmianę. Chyba tak.

PLAYBOY: Wydaje się jednak, że zdołałeś się przystosować. Sprawiasz wrażenie szczęśliwego człowieka.
POLAŃSKI: Jak możesz podejrzewać mnie o coś podobnego? Jak mogę być szczęśliwy? Musi być coś, co daje ci szczęście.

PLAYBOY: Wydaje się, że czerpiesz radość z przyjaciół, kobiet, pracy.
POLAŃSKI: Te rzeczy dają mi przyjemność, nawet zadowolenie. Ale nic nie daje mi szczęścia. Już nie.

PLAYBOY: To co pozwala ci żyć dalej?
POLAŃSKI: Sam zadaję sobie to pytanie. Co takiego w człowieku pozwala mu przezwyciężyć niemal wszystko i żyć dalej? Nie wiem. Są niezliczeni ludzie, których dotknęły straszniejsze tragedie niż moja i oni też dają sobie radę. Po okresie żałoby wracają do życia. Ale mówię ci: znam siebie i wiem, że coś znikło. Nie mam już tych samych prag- nień, tych samych marzeń, co dawniej. Nie wiem dlaczego. Ta sprawa dręczy mnie już od pewnego czasu. To musi mieć związek ze śmiercią Sharon, ale też z faktem, że osiągnąłem już to, o czym zawsze marzyłem.

PLAYBOY: Chcesz powiedzieć, że po osiągnięciu wielkiego sukcesu jako filmowiec nie masz już dawnej motywacji do działania?
POLAŃSKI: Otóż to. Przez lata napędzało mnie przede wszystkim pragnienie kręcenia filmów. Marzyłem o robieniu filmów, ale nie ma już we mnie tego przemożnego pragnienia. Pierwsze oznaki utraty entuzjazmu zauważyłem, kiedy pojechałem do Hollywood kręcić Dziecko Rosemary. Pierwszego dnia, kiedy stanąłem na scenie, gdzie czekało na mnie 70 osób, przypominałem sobie wejście na plan Noża w wodzie. Wtedy czułem motylki w brzuchu, to niesamowite uczucie oczekiwania, które nie pozwala ci spać przez całą noc przed zdjęciami. Teraz znalazłem się w Hollywood, miejscu pasującym bardziej do moich marzeń niż do rzeczywistości; za moment miałem dostać wszystko, ale nie czułem żadnego podniecenia. Czułem tylko, że wykonuję codzienną pracę, owszem, kochałem ją, ale nie budziła podniecenia. Rozumiesz?

PLAYBOY: Tak. Ale wobec tego jakim cudem stworzyłeś swój najlepszy film? A może nie najlepszy?
POLAŃSKI: Wykonałem dobrą robotę, ale to nie jest mój najlepszy film. Może to tylko duma z własnych umiejętności. Może tak właśnie osiąga się maksimum. To, co robię, obchodzi mnie. Moja twórczość jest mi droga, bo pragnienie stworzenia czegoś trwałego jest rzeczą ludzką. Kim był faraon, który wzniósł największe piramidy? Musiał być dość wytrwały, skoro latami zmuszał ludzi do układania kamieni, aby stworzyć coś trwałego. Ja też jestem całkiem wytrwały, dopiero od niedawna zadaję sobie pytanie: „Po co zawracać sobie głowę?” Może chodzi o to, że nabrałem większej pewności siebie, jestem bardziej pewien własnych zdolności. Może tak. A może po prostu jestem bardziej wyluzowany. Z drugiej strony krowa jest wyluzowana. Może powinienem spytać maharishiego. Powiedziałby, że zmądrzałem. Musiałem zmądrzeć, ale myślę, że w pewnym sensie
to właśnie się stało.


PLAYBOY: Dlaczego bronisz się przed mądrością?
POLAŃSKI: Bo mądrzy ludzie są nudni. Zazwyczaj brak im spontaniczności i entuzjazmu. To chyba nieuniknione, że w miarę jak zdobywasz coraz więcej doświadczeń, tracisz coraz więcej pragnień, marzeń, fantazji. Tak samo jest z seksem. Po prostu nie sprawia mi już takiej radości. Stał się nieco powtarzalny. Bardzo podobnie jest z filmami: twoja mądrość, poczucie bezpieczeństwa i doświadczenie pozwalają ci rozwinąć kunszt, ale jako człowiek czerpiesz z tego mniej podniet.

PLAYBOY: Może twoja rola polega na byciu rzemieślnikiem, który dostarcza radości widzom w kinie i kobietom.
POLAŃSKI: Podoba mi się ten pomysł. Chciałbym, żeby tak było. Mówi się, że szczęście polega na realizacji pragnień, a ludzie poświęcają życie, by to osiągnąć. Ja jednak jestem na etapie poszukiwania pragnień. Masz jakiś pomysł? Pomóż mi. Powiedz, w czym tkwi problem. Jeśli nie dla dobra wywiadu, to może przynajmniej ja coś z tego wyniosę.

PLAYBOY: Może po prostu zaczyna ci się dawać we znaki wiek średni.
POLAŃSKI: Owszem, zacząłem to odczuwać, co bardzo mnie dziwi, bo sądziłem, że nigdy do tego nie dojdzie. Ponieważ jestem urodzonym optymistą, który nigdy nie dopuszcza myśli, że coś mogłoby się nie udać, jestem zaskoczony wiekiem średnim. Ale ta sytuacja chyba długo się nie utrzyma. To ulotny stan, który skończy się, kiedy zacznę młodnieć.

PLAYBOY: Tymczasem z powodzeniem – nawet jeśli nie wkładasz w to serca – prowadzisz życie hedonisty.
POLAŃSKI: Nie wiem, czy jestem hedonistą. Taką mam reputację. Jeśli nim jestem, to pracuję ciężej niż jakikolwiek znany mi hedonista. Pod pewnymi względami żyję po spartańsku. Wstaję wcześnie, ćwiczę, żeby utrzymać formę; podoba mi się skautowski, sportowy styl życia. Jednocześnie uwielbiam wszystko, co życie ma do zaoferowania, więc nie odrzucam luksusu, jeśli mnie na niego stać. Nie rezygnuję też z żadnego źródła radości, jakiej można zaznać w życiu, zwłaszcza seksu.

PLAYBOY: Czy właściwe byłoby stwierdzenie, że nie odmawiasz sobie żadnych luksusów i przyjemności z powodu wojennego dzieciństwa, gdy byłeś ich pozbawiony?
POLAŃSKI: Nie. A gdybym miał cudowne dzieciństwo z lokajami i niańkami przynoszącymi mi gorącą czekoladę, z szoferami wożącymi mnie do kina? Wtedy uznałbyś, że żyję w ten sposób, bo w dzieciństwie opływałem w luksusy. Prawda jest taka, że po prostu taki jestem. Koniec, kropka. Ale powiem wam, że w młodości miałem problemy seksualne.

 

PLAYBOY: Jakiego rodzaju?
POLAŃSKI: W wieku 12 lat miałem wyłączność na masturbację. Uważałem, że ją wynalaz- łem. Wywoływała silne poczucie winy, więc ilekroć to robiłem, obiecywałem sobie, że to ostatni raz, zdecydowanie ostatni raz tego dotykam. Aż do następnego ranka. Po raz pierwszy poszedłem z dziewczyną, jak miałem siedemnaście i pół roku, co według mnie jest bardzo późno.

PLAYBOY: Jeśli wierzyć prasie, później z nawiązką nadrobiłeś stracony czas.
POLAŃSKI: Odkryłem, że lubię seks. Co wy na to? Lubię się pieprzyć. Pamiętasz opowiadanie Kafki o głodomorze, który pości w cyrku. Pobijał własne rekordy, pościł coraz dłużej, aż w końcu wszyscy o nim zapomnieli. Zapomnieli nawet zaznaczyć na tabliczce, ile dni już pości, a była to niewiarygodnie wysoka liczba. Wreszcie przyszedł dozorca i zobaczył głodomora umierającego pod stertą słomy. Dozorca nachylił się i spytał: „Dlaczego to robiłeś? Dlaczego?” Głodomór z trudem wyszeptał przez wyschnięte wargi: „Nienawidziłem jedzenia!”. Coś pięknego. Nie miał innego powodu, żeby pościć. Ze mną jest na odwrót. Pieprzę się, bo lubię się pieprzyć. To cała tajemnica.

PLAYBOY: Czy zastanawiasz się nad kwestiami moralnymi związanymi z seksem?
POLAŃSKI: Naturalnie. Nie chcę, żeby zabrzmiało to pompatycznie, ale w pewnym sensie jestem moralistą. Cenię sobie pewne cechy cywilizowanego umysłu, bardzo trudne do zmierzenia czy opisania, noszą bowiem tak ulotne nazwy jak szlachetność, lojalność itp. Odnosi się to na przykład do moich przyjaciół. Przyjaźń to dla mnie coś bardzo sycylijskiego. To sprawa życia i śmierci. Dla przyjaciół zrobiłbym absolutnie wszystko i tego samego oczekuję w zamian. Ponieważ przyjaźń jest formą miłości. Oddzielam miłość od seksu. Dla wielu ludzi spółkowanie jest niemoralne. Dla mnie, o dziwo, jest rzeczą jak najbardziej moralną uprawiać seks z dziewczyną poznaną w porcie St.-Tropez. Seks jest piękny. Nikomu nie dzieje się krzywda. Wprost przeciwnie. To proste, prawda? A zatem jeśli prawdą jest, że jestem playboyem, to tylko w tym sensie. Cała reszta życia playboya niezbyt mnie pociąga.

PLAYBOY: Czy drażni cię czasem, że ludzie bardziej interesują się tobą jako playboyem niż twoimi filmami?
POLAŃSKI: Według mnie to wspaniałe.


PLAYBOY: Nie wolałbyś być znany raczej jako reżyser, którego życie osobiste nie wzbudza szczególnej ciekawości?
POLAŃSKI: Jak Walt Disney? Moje rozczarowanie bierze się tylko stąd, że ludzie zbudowali sobie obraz mnie jako wyuzdanego dekadenta bez mojego udziału. Początkowo mnie to drażniło, ale w końcu powiedziałem sobie: co z tego? Ludzie i tak nigdy nie poznają prawdy o człowieku. Ze wszystkich obejrzanych filmów najbardziej podoba mi się Obywatel Kane, nie tylko ze względu na to, jak jest zrobiony, ale też z powodu wymowy. Ten film mówi o tym, że nigdy nie poznasz prawdy o drugim człowieku. Po co więc zawracać sobie głowę? Ten obraz pracusia, który mozoli się przez cały dzień, zupełnie mi nie leży. Nie pomaga mi w życiu towarzyskim. Ludzie by się mną znudzili, gdybym powiedział: „Słuchajcie, ja naprawdę ciężko pracuję. Wstaję o siódmej rano, załatwiam sprawy, nie mam wolnej chwili”. Mówię ludziom, że jestem zajęty tylko wtedy, gdy chcę się ich pozbyć. Na przykład dziennikarza z Playboya, który chce przeprowadzić ze mną wywiad, rozumiesz? Najczęściej jednak chcę uchodzić za człowieka frywolnego, faceta, który nieustannie prowadzi życie towarzyskie. Zdałem sobie sprawę, że taka reputacja pomaga mi w kontaktach z kobietami. Zauważyłem, że im gorszą mam reputację, tym lepiej mi idzie z kobietami.

PLAYBOY: Czym to tłumaczysz?
POLAŃSKI: Kiedy poznaję nową dziewczynę, już jest wobec mnie uprzedzona. Mój wizerunek ją odstręcza, mówi sobie: „Z nim nigdy tego nie zrobię!”. Chce coś sobie udowodnić. Dziewczyna nie chce się zniżyć do, powiedzmy, poziomu jej poprzedniczek. Mimo to jest zaintrygowana, pragnie poznać mnie jako człowieka; pod spodem jest coś trudnego do opisania, jakaś ciekawość mnie. Diabeł intryguje ludzi, pociąga ich, kiedy się przekonują, że oprócz rogów i ogona ma też wdzięk. Tak więc dziewczyna poznaje mnie i jest niezmiernie zdziwiona, że zupełnie nie pasuję do jej wyobrażeń; zaczyna zmieniać swoje nastawienie. Czuje się zbita z pantałyku. Wiem, że całe to gadanie o kobietach brzmi pretensjonalnie, arogancko i megalomańsko. Jezu, nawet ja to czuję.

PLAYBOY: Jesteś megalomanem?
POLAŃSKI: Naturalnie. Nie zauważyłeś? Ale mam też pewne zalety.

PLAYBOY: Na przykład?
POLAŃSKI: Nie palę tytoniu. Jestem bardziej godny podziwu niż nasz przyjaciel Doug Rader, grający na trzeciej bazie w Houston Astros, który mówi, że pali lepiej niż ktokolwiek. „Palę dobrze i palę regularnie” – mówi.

PLAYBOY: Co masz przeciwko palaczom?
POLAŃSKI: Nie obchodzi mnie, jeśli chcą niszczyć sobie zdrowie. To ich problem. Nie mnie zajmować stanowisko w tej sprawie, ale drażni mnie, że wszędzie zostawiają niedopałki. Znajdujesz je w umywalce, w toalecie, w całym domu, na podwórzu, dziury wypalone w zasłonach, zapach dymu we włosach. Palacze czerpią perwersyjną przyjemność w zohydzaniu najbliższego otoczenia, wtykając niedopałki w jedzenie – w skorupki od jajek, ogórki, purée, w opróżnioną do połowy butelkę piwa, wszędzie. Czasem boję się pieprzyć.

PLAYBOY: Przepraszam, że zapytałem. To tyle, jeśli chodzi o palaczy. Wróćmy do kobiet. Kenneth Tynan, twój przyjaciel i współscenarzysta Makbeta, zasugerował ostatnio w artykule, że twój stosunek do kobiet jest niemal feudalny.
POLAŃSKI: Ken, który jest dobrym przyjacielem, nie wie absolutnie nic o moich emocjonalno-seksualnych relacjach z kobietami. Jest lewicowym intelektualistą, który czuje, że musi popierać ruchy wyzwolenia, w tym wyzwolenia kobiet, dlatego często droczę się z nim wygłaszając reakcyjne opinie. Wtedy reaguje skrajnym oburzeniem, dlatego nie powinniście traktować serio tego, co Ken mówi o moim podejściu do kobiet.

PLAYBOY: Na czym polega twoja reakcyjna postawa?
POLAŃSKI: Cóż, przyznacie chyba, że większość spotykanych kobiet nie ma mózgu Einsteina. Mam wyrobione zdanie na temat męskiej i kobiecej inteligencji. Opinia, że kobiety są przeciętnie mniej inteligentne od mężczyzn, wzbudza powszechne oburzenie, ale tak się składa, że to prawda. Ponieważ jednak społeczeństwo staje się coraz bardziej demokratyczne w tych kwestiach, lepiej nie dotykajmy tego tematu.

PLAYBOY: To wysoce dyskusyjna teza, ale Tynan napisał też, że nie lubisz inteligentnych kobiet. Jeśli dobrze pamiętamy, stwierdził, że Polański akceptuje tylko dwie pozycje u kobiet: siedzącą i leżącą.
POLAŃSKI: To wspaniałe zdanie, tyle tylko, że to kompletna bzdura. Po pierwsze moja żona, choć ludzie mogą o tym nie wiedzieć, była nadzwyczaj inteligentną osobą. Nigdy jednak nie afiszowała się ze swoją inteligencją. Wiedziała, że jest rzeczą kobiecą nie próbować rywalizować z mężczyznami, nie sprawiać wrażenia osoby dominującej. Muszę jednak przyznać, że rzadko zdarza mi się poznać inteligentną kobietę, z którą dobrze się czuję, ponieważ większość bystrych kobiet usiłuje rywalizować z mężczyzną, a ja nie znoszę rywalizacji z kobietą.

PLAYBOY: Dlaczego?
POLAŃSKI: Ponieważ to ustawia naszą relację na niewłaściwej płaszczyźnie. Zaczynamy odnosić się wobec siebie jak mężczyzna z mężczyzną, relacja nabiera męskiego charakteru. Jestem zbyt wyczulony na kobiece zachowanie, zbyt wiele rzeczy może mnie zrazić. Potrafię zrazić się do najpiękniejszej kobiety, jeśli zrobi coś bez wdzięku. Nawiasem mówiąc, jestem pewien, że wrażliwa kobieta podobnie patrzy na mężczyzn. Nawet bardziej. Czasami urzeka mnie fakt, że są kobiety, z którymi przez cały wieczór możesz rozmawiać o molekularnej naturze światła, a na koniec spytają cię o twój znak zodiaku. Nie ma jednak nic bardziej rozkosznego niż autentycznie inteligentna kobieta, która nie zamienia relacji w konkurs ego.

PLAYBOY: Krótko mówiąc, po prostu wolisz nad nimi dominować.
POLAŃSKI: Owszem, dominuję nad kobietami. A one to lubią! Wiem, wiem, dzisiaj uchodzi to za postawę neandertalczyka. Znam jednak przywódczynię ruchu wyzwolenia kobiet, która – jak twierdzą znajomi – wspaniale robi laskę. Tak przy okazji, jakie jest stanowisko ruchu wyzwolenia kobiet w kwestii seksu oralnego? Że jest w porządku, ale tylko w równoprawnych ramach czasowych? I dlaczego kobiety mówią czasem: „On jest prawdziwym mężczyzną”? Przecież to nie znaczy, że dobrze robi na drutach albo dobrze zajmuje się dziećmi. Takie określenie zawsze oznaczało mężczyznę, który jest bardziej twórczy, agresywniejszy niż kobieta, ponieważ te cechy zawsze miały kluczowe znaczenie dla przetrwania gatunku.

PLAYBOY: Czy są punkty programu ruchu wyzwolenia kobiet, z którymi się zgadzasz?
POLAŃSKI: Każdy cywilizowany człowiek popierał postulat równej płacy za równe wyniki na długo przed ruchem wyzwolenia kobiet, i ja też go popieram. Problem w tym, że ruch kobiet domaga się równej płacy za równą pracę. A jeśli wyniki nie są te same? Jeżeli mężczyzna pracuje lepiej? Wtedy powinien więcej zarabiać. I vice versa. Ale w kwestii aborcji w pełni zgadzam się z ruchem kobiet. Powinny mieć kontrolę nad własnymi ciałami. To oczywiste. Zauwa-żyłem jednak, że wiele kobiet, które chcą mieć kontrolę nad własnymi ciałami, nawet nie lubi swoich ciał. To są kobiety, które nie lubią być kobietami. W każdym razie nie lubią być kobiece. Podstawowe założenie ruchu wyzwolenia kobiet polega na przeświadczeniu, że zajmują pozycję niewolniczą, podległą. Cóż, dla mnie to absurd, ponieważ seks nie jest klasą społeczną; seks dzieli ludzkość poziomo, nie pionowo. Proletariuszka może zostać kapitalistką, ale proletariuszka nie może zostać proletariuszem. Działaczki ruchu wyzwolenia kobiet twierdzą, że nie otrzymały równych szans, ale chciałbym wiedzieć, co robiły, kiedy rozdawano szanse? Czy pewnego dnia po prostu je pominięto? Czy też mężczyźni przez stulecia dominowali nad kobietami, ponieważ byli silniejsi w dziedzinach niezbędnych do dominacji nad płcią przeciwną? Nie przypadkiem nasz gatunek nosi nazwę Homo sapiens. Jeśli spojrzysz na historię naszego gatunku z naukowego punktu widzenia, przekonasz się, że po to, by przetrwać, musieliśmy się podzielić na dwie grupy: jedna zajmowała się potomstwem, druga zdobywała środki potrzebne do życia. Po dokonaniu się tego podziału nasze zdolności również się podzieliły, w czym upatruję źródło naszych różnic.

PLAYBOY: Teoretyczki ruchu wyzwolenia kobiet powiedziałyby, że prehistoryczna struktura społeczna nie ma już dziś znaczenia, ponieważ wraz z charakterem społeczeństwa uległy zmianie obyczaje i role przypisane płciom.
POLAŃSKI: Według mnie mężczyźni i kobiety nadal fundamentalnie się różnią i będzie tak zawsze, chociaż należymy do jednego gatunku. Tylko spójrz na mężczyzn i kobiety: Różnią się pod względem fizycznym, mają różne narządy, różne mięśnie, inaczej się zachowują, nawet w dzieciństwie. Czy możliwe, aby ich mózgi również się nie różniły? Gdybyś zobaczył inny gatunek, w którym rola żeńska jest mocno zależna, chyba nie uznałbyś, że z tym gatunkiem jest coś nie w porządku, prawda? Widząc, jak samica pająka zjada samca po kopulacji, chyba nie uznałbyś, że z pająkami jest coś nie tak. Nie próbowałbyś poprawić ich relacji. To cecha wrodzona.

PLAYBOY: Niektórzy czytelnicy mogą dojść do wniosku, że Tynan miał rację co do twoich feudalnych poglądów w tej materii.
POLAŃSKI: Posłuchajcie, pod wieloma względami jestem bardziej postępowy niż wielu liberalnych intelektualistów. Pozwalam kobietom robić, co im się żywnie podoba, nie każę im robić nic, na co nie mają ochoty. Chcę, żeby było jasne: chociaż nie mówię na ten temat wszystkiego, co powinienem, pod pewnymi względami bardziej podziwiam kobiety niż ludzie, którzy mówią te rzeczy. Kocham kobiety! Naprawdę je kocham. Spieszę dodać, że kocham je jako ludzi, nie jako zabawki.

PLAYBOY: Czy czujesz frustrację, czy twoje męskie ego jest urażone, kiedy poznajesz kobietę, której pragniesz, ale ona najwyraźniej się tobą nie interesuje? Czy coś takiego kiedykolwiek zdarzyło się?
POLAŃSKI: Myślę, że raz, dawno temu. Nie, to mnie w ogóle nie drażni, pod warunkiem, że taka kobieta nie próbuje prowadzić ze mną gry.

PLAYBOY: Na przykład?
POLAŃSKI: Podawanie przykładów przypomina wysiłek związany z pisaniem scenariusza. Muszę usiąść i zastanowić się, ale gdybym pisał scenariusz, ktoś by za to zapłacił.

PLAYBOY: Cofam pytanie. Mówiłeś o grach, jakie prowadzą ludzie.
POLAŃSKI: Powiedzmy, że poznaję dziewczynę, która próbuje dać mi do zrozumienia, że jeszcze tego wieczoru pragnie pójść ze mną do łóżka, chociaż natychmiast wyczuwam, że nie ma takiego zamiaru. To właśnie nazywam grą; może trwać, powiedzmy, 10 minut. Potem po prostu tracę zainteresowanie. Nie martwię się tym, że dziewczyna nie chce utrzymywać ze mną kontaktów seksualnych. Musicie mi wierzyć na słowo, bo większość mężczyzn tak mówi. Ale ja naprawdę się tym nie przejmuję, pod warunkiem, że dziewczyna daje temu wyraz swoim zachowaniem.

PLAYBOY: Dlaczego uważasz, że w tej kwestii różnisz się od większości mężczyzn?
POLAŃSKI: Ponieważ nie mogę żądać, by wszystkie kobiety mnie pragnęły. Jestem po prostu realistą. A może dlatego, że wystarczająco dużo kobiet mnie pragnie, nie czuję się odrzucony.

PLAYBOY: Czy kiedy mówisz takie rzeczy, ludzie uważają cię za osobę arogancką?
POLAŃSKI: Z pewnością. Ale to tylko rodzaj optymizmu, wiary w siebie, którą wielu ludzi odczytuje jako arogancję, ponieważ nasze normy społeczne wymagają, abyś zachowywał się pokornie. Człowiek, który przechwala się własnymi zdolnościami, uchodzi za aroganta, jak Cassius Clay (później znany jako Muhammad Ali – przyp. red.), kiedy biegał i wrzeszczał: „Szybować jak motyl, żądlić jak pszczoła”; powtarzał, że jest najlepszy, najszybszy itd. Ale to jest nieodzowny warunek sukcesu, przynajmniej w pewnych dziedzinach, jak kręcenie filmów czy uwodzenie. To przypomina wojnę. Kiedy ruszasz do ataku, musisz mieć pewność, że zdobędziesz miasto, musisz być przekonany, że przewyższasz nieprzyjaciela, a w mieście jest jedzenie, alkohol i kobiety. Nie sposób zająć miasta, jeśli twoi oficerowie mówią ci, że mógłbyś je zająć, ale z drugiej strony może wcale go nie zajmiesz, a nawet jeśli to zrobisz, może będziesz musiał udać się do następnego miasta, żeby znaleźć coś do jedzenia. Zwłaszcza kiedy kręcę film, muszę przygotować się na zwycięstwo.

PLAYBOY: Jak to osiągasz?
POLAŃSKI: Biegam w kółko i krzyczę: „Szybować jak motyl, żądlić jak pszczoła”. Niestety staję się zupełnie innym człowiekiem nie tylko dla ludzi, z którymi pracuję, ale także dla przyjaciół. Inaczej chyba bym nie dokonał tego. Przechodzę całkowitą przemianę wewnętrzną. To nie jest zamierzony proces, gdzie mówię sobie: „Dobra, teraz się zmienię”. Przemiana zachodzi automatycznie. W chwili gdy rozpoczynam pracę nad filmem, nabieram pewności siebie. Moje ego dostaje kopa. Rozgrzewam się, powtarzając sobie, że jestem najlepszy, mam największy talent, jestem geniuszem filmu. Wierzę, że film osiągnie sukces, co zmienia moje nastawienie do ludzi. Żądam od nich rzeczy, jakich w innym wypadku nigdy bym nie żądał. Ta postawa przejawia się we wszystkich dziedzinach życia. „Zrób to, daj mi tamto”. Przekonałem się, że trzeba to robić bez cienia wahania, bo w przeciwnym razie ludzie tego nie zniosą. Powiedzą ci: „Pieprz się”. Problem polega na tym, że nie sposób zmieniać się dwa razy dziennie, o wpół do dziewiątej rano i wpół do ósmej wieczorem, po zejściu z planu, dlatego muszę żyć w takim stanie przez rok lub dłużej, a po ukończeniu filmu muszę wrócić do normalności. Objawy odstawienia są bolesne, właśnie teraz je przechodzę. Na tym etapie ludzie zaczynają mnie nienawidzić. Pod koniec filmu mam tak wielu wrogów, że zaczynam rozważać ucieczkę z kraju. Jednak ta pewność siebie, którą wszyscy ci zarzucają, jest niezbędna, aby odeprzeć wszystkie złośliwe ataki na twój film, od początku do końca. W normalnym stanie ducha mógłbyś się ugiąć, dlatego musisz stać się odporny psychicznie. Jeśli nauczyłem się czegoś o filmie, to tego, że wymaga nie tylko talentu, ale i wytrwałości, by stawić czoło napastnikom.

PLAYBOY: Kim są ci napastnicy?
POLAŃSKI: To są wszyscy. Aktorzy mają swoją koncepcję roli, rekwizytor ma własne problemy, producenci zamartwiają się finansami. Potem przychodzi dziennikarz zrobić wywiad, chce, żebyś siedział i odpowiadał na pytania, a ty jesteś narażony na te złośliwe, nieludzkie ataki, czasami przez rok. Wszyscy powtarzają, że jesteś upartym, tępym dupkiem, który nie potrafi przyjąć słowa krytyki. Mają rację. Już mówiłem, że jestem megalomanem. Musisz nim być, jeśli chcesz zrobić dobry film, bo musisz wierzyć, że wszystkie twoje decyzje są właściwe. Nawet kiedy się mylę, mam rację! Ponieważ to jest mój film! Decyzja też musi być moja. Kiedy malarz maluje obraz, bez względu na to, co robi, to jest jego obraz. Może ci się podobać lub nie, ale nie stajesz za nim i nie mówisz: „Nie, to pociągnięcie pędzla powinno być inne. Trochę bardziej na lewo, i dodaj trochę czerwieni”. Musisz zrozumieć: kiedy kręcisz film, musisz mieć cel. Celem jest urzeczywistnienie twojej idei filmu, którą masz w głowie. W danej chwili jest to kino jednej osoby; tylko ja wiem, jak urzeczywistnić tę wizję. Jeśli pozwolisz sobie i staniesz się podatny na sugestie innych, powstanie skundlony film albo po prostu porzucisz go i wycofasz się z wrzodami żołądka. Żadne z tych rozwiązań nie leży w mojej naturze. Moje podejście w tej materii można nazwać podejściem rekina. Kiedy rekin coś złapie, już nie wypuści. Tak się składa, że rekin jest jednym z najstarszych gatunków na ziemi, doskonale przystosowanym do przetrwania: same zęby, zero mózgu. Właśnie dlatego kiedy wszyscy ci ludzie zamieniają się w przeszkody, nie pozwalam, by skłonili mnie do zmiany obranego kursu. Nie mogę.

PLAYBOY: Ale przecież niektórzy mogą mieć dobre pomysły, których warto wysłuchać i włączyć do filmu.
POLAŃSKI: Bardzo trudno jest skupiać się na swoejej wizji i trzymać się własnych pomysłów, a jednocześnie być obiektywnym krytykiem własnej pracy. To nie znaczy, że nie przyjmuję krytyki. Często słucham kogoś, przychodzi mi na myśl, że ten człowiek ma rację i przyjmuję krytykę, ale przyjmuję ją, ponieważ to ja uważam, że jest słuszna, ponieważ ta krytyka poprawia film według moich i tylko moich standardów. Ludzie chyba naprawdę podejrzewają, że złośliwie upieram się przy tym, by wszystko robić po swojemu; ale gdyby chodziło o złośliwość, zapewniam cię, że byłby to ostry przypadek masochizmu, ponieważ nikt nie cierpi bardziej niż reżyser, dążący do postawienia na swoim. Często czujesz, że coś nie gra. Nie potrafisz dokładnie tego określić, ale wiesz, że scenie czegoś brakuje, często chodzi o drobny szczegół, ale wiesz, że jest zła i nie będzie pasować do reszty filmu. Mimo to ludzie nie pojmują, dlaczego wciąż powtarzasz tę scenę, kręcisz ciągle nowe duble. Czasami przy piętnastym dublu stają się nerwowi, poirytowani. Nie chcę wam mówić, co się dzieje przy pięćdziesiątym piątym.

PLAYBOY: Czy zdarzyło się coś takiego?
POLAŃSKI: Cóż, kilka razy. To nie jest tak, że folguję sobie kosztem innych. Rzecz w tym, że w niektórych nakręconych scenach tkwi większy potencjał, niż się spodziewałem, przez co stają się droższe. Powiedzmy, że chcesz sfilmować krótkie ujęcie papierosa trzymanego w palcach przez człowieka. Niektórzy reżyserzy wetknęliby aktorowi papierosa do ręki i sfilmowali, co zajęłoby kilka minut. Ale może ujęcie stałoby się ciekawsze, gdyby z papierosa zwisał długi słupek popiołu, który opadłby w odpowiedniej chwili. Co więcej, dym stałby się lepiej widoczny, gdybyś inaczej oświetlił całą scenę; może w tle stoi stół, może przy stole coś się dzieje – kobieca dłoń bawi się szklanką – może za dłonią widać fragment podłogi z bawiącym się psem. Obie te rzeczy – kobieca dłoń i cholerny pies – są powiązane z resztą akcji i czynią ją bardziej interesującą. Możesz zwiększyć napięcie sprawiając, by wszystkie te rzeczy zdarzyły się w jednej sekundzie, na półmetrowym kawałku taśmy. Jest jednak możliwe, że nie zbiegną się w czasie na pierwszych 50 dublach, dlatego scena staje się znacznie bardziej absorbująca i czasochłonna. I kto za to wszystko płaci? Hefner! (Hugh był producentem filmu Polańskiego Makbet – przyp. red.) Wszyscy mówią o tym, jaki ze mnie perfekcjonista, ale nie jestem żadnym perfekcjonistą. Ja wymagam minimum. Rozumiesz, co mam na myśli?

PLAYBOY: Ten twój minimalizm zawsze sprawia, że przekraczasz budżet.
POLAŃSKI: Billy Wilder powiedział: „Czy kiedykolwiek słyszeliście, żeby ktoś zaproponował: Chodźmy do Roxy. Grają film, który został nakręcony zgodnie z planem?”. Polskie przysłowie mówi: Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. Mam w charakterze coś, co wszyscy moi finansiści uważają za wadę, a mianowicie: zależy mi. Podczas gdy innym reżyserom, tym, którzy uginają się pod atakami, nie zależy. Bóg mi świadkiem, że inni, którzy kręcą dobre filmy, przekraczają budżet tak jak ja. Tylko że oni nie mają z tego powodu wyrzutów sumienia. Ja przeżywam traumę. Nie śpię, choruję, jestem zmęczony, nerwowo wyczerpany. Powinieneś spytać moich przyjaciół, bo to, co mówię, może nie brzmi wiarygodnie, zresztą i tak uchodzę za świra, ale spytaj ludzi, którzy ze mną pracują. Chciałbym móc powiedzieć, że mam to gdzieś, ale nie mogę. Po prostu nie zgadzam się na okaleczanie moich filmów. Napięcie przy Dziecku Rosemary było tak wielkie, że stanąłem przed typowym dylematem: uwinąć się jak najszybciej i nakręcić miernotę czy oprzeć się naciskom i stworzyć coś bardzo dobrego.

PLAYBOY: Opowiedz nam o tym.
POLAŃSKI: Bob Evans, dyrektor artystyczny Paramount i odpowiedzialny za finanse Bernie Donnenfeld byli bombardowani telefonami z Nowego Jorku, gdzie panowała panika. W dziale finansowym nie pojmowali, co się dzieje, zresztą nie mieli pojęcia, o czym jest ten film. Tkwili po szyję w rachunkach, a kiedy zdali sobie sprawę, że sięgają im do oczu, kazali Bobowi i Berniemu spotkać się ze mną. Bernie powiedział: „Posłuchaj, Roman, tak dalej być nie może. Wstępne zdjęcia są wspaniałe, nie moglibyśmy sobie życzyć niczego lepszego. Mia gra fantastycznie, to będzie świetny film, ale co można zrobić, żeby praca toczyła się szybciej?”. „Myślicie, że ja potrafię to znieść?” – spytałem. „Nie potrafię. Nie mówmy o tym więcej. Chcecie, żebym pracował szybciej? Dobra, będę szybszy. Ostatnią ćwiartkę scenariusza mogę nakręcić w 3 dni. Jeśli zajrzycie na tyły, zobaczycie, jak kręcą serial telewizyjny. Popatrzcie sobie przez kwadrans, a zobaczycie, jak łatwo jest pracować szybko. Wiem, jak oni to robią. Mówią: Dobra, panowie. Ustawiamy. Światła. Gramy szybko. Jedno ujęcie. Gotowe. W ten sposób możemy kręcić codziennie kilka scen. Co z nimi zrobicie, kiedy będą gotowe?”. „To jest masturbacja” – powiedział do Berniego Bob, a potem zwrócił się do mnie: „Roman, wracaj na scenę i rób dalej to, co robiłeś. Po prostu nakręć dobry film”. Więcej o tym nie rozmawialiśmy. Bob nadstawił za mnie karku i wykazał się sporą odwagą. Wiesz co? Kiedy tak się wydzierają: „Szybciej, szybciej”, przypomina mi się historia o facecie, który przyjechał do kurortu na weekend i chce uwieść dziewczynę, z którą tańczy. „Wie pani co, nie mam zbyt wiele czasu. Przyjechałem tylko na weekend”.
Ona na to: „Tańczę najszybciej, jak umiem”.

PLAYBOY: Według Tynana, obroniłeś cały epizod Makbeta, kiedy angielska firma ubezpieczeniowa chciała cię szurnąć za opieszałość. Co byś zrobił, gdyby zamknęli produkcję?
POLAŃSKI: Wróciłbym do domu. Sądziłem, że spytasz, co by się stało, gdyby w efekcie powstał gorszy film.

PLAYBOY: Dobra. Co by się stało, gdyby w rezultacie powstał gorszy film?
POLAŃSKI: To tak, jakby spytać Kolumba: „A gdyby po tych wszystkich chłostach, po morzeniu głodem marynarzy, którzy bali się, że runą w przepaść na krańcu świata, okazało się, że nie ma tam lądu?”. Co to w ogóle za pytanie?

PLAYBOY: Wymyślasz pytanie, wkładasz mi w usta, a potem masz pretensję, że je zadałem.
POLAŃSKI: Ty wiesz, jak się przeprowadza wywiad, nie ja. Mój zawód nie polega na wyrażaniu opinii na temat życia. Jestem w tym dyletantem, więc nie przychodzi mi to łatwo. W życiu nie udzieliłem dobrego wywiadu, chociaż dałem ich dosłownie setki, zanim zrozumiałem, jak łatwo jest po prostu odmawiać. Jak już powiedziałem – ale ty nie słuchasz – słowa nie są moim medium. Nigdy nie były i nigdy nie będą. Nigdy nie próbowałem usprawniać swojego sposobu wysławiania się; porozumiewam się raczej sugerując coś, próbując oddać atmosferę, uczucie. Moje talenty zawsze były raczej wizualnej, graficznej natury i to je rozwijałem. Nie mówię dobrze, chociaż kiedy jestem w gronie przyjaciół i toczy się ożywiona rozmowa, nie mam problemu z wyrażaniem myśli za pomocą gestów i mimiki. Ale pytałeś, co bym zrobił, gdyby odsunęli mnie od Makbeta. Nakręciłbym inny film. Pewni ludzie umieją zarządzać korporacjami, inni potrafią kręcić filmy. Ja należę do drugiej grupy. Gdyby odebrali mi film, nie czułbym się zdruzgotany, bo wierzę, że mógłbym nakręcić tuzin równie dobrych lub lepszych, ponieważ kiedy coś mi wychodzi, to nie jest śmieć. Większość ludzi chyba nie zdaje sobie sprawy, ile wysiłku i pracy trzeba włożyć w film. Idziecie do kina, oglądacie taki film jak Makbet, rozgrywający się w średniowiecznych realiach i zakładacie, że pewne rzeczy po prostu tam były. Nie zdajecie sobie sprawy, że każdą najdrobniejszą rzecz, którą widzicie na ekranie, należało stworzyć, poczynając od bohaterów, noszonych przez nich kostiumów, przez scenografię, światła, dźwięki, muzykę, szum wiatru wśród drzew. Nawet napisy. I nie jest to jedna długa scena, ale setki elementów połączonych razem i nagranych w kolorze. Niektórzy reżyserzy, ludzie wywodzący się z dokumentu, francuskiej Nowej Fali czy kina niezależnego gardzą ekipami i sprzętem. Ja nie. Umiem się nimi posługiwać. To przypomina wielkie żółte machiny, większe niż buldożery, podobne do dużych owadów, wyposażone w szczypce, które mogą przebrać tony ziemi i wydobyć dwa małe kamyki. Kiedy przyglądasz się pracy takich urządzeń, zaczynasz rozumieć proces robienia filmów. Nie miałbym pojęcia, jak działa taka machina, ale kiedy widzisz operatora siedzącego za przyrządami, który jak wirtuoz szybko wybiera dwa kamyki ze zwałów ziemi, zaczynasz rozumieć, co czuję, kierując machiną filmową. Wiem, jak za pomocą tej machiny przełożyć własną wizję na język filmu. Wiem, jak sobie radzić z problemami technicznymi.

PLAYBOY: Opowiedz nam o nich.
POLAŃSKI: Więcej przykładów? Dobrze, oto jeden z moich ulubionych. Zawsze miałem wielkie trudności z pokazaniem w filmie tego, co widziałem w wizjerze przed ustawieniem kamery. Zawsze miałem problemy z operatorami. Wszyscy reżyserzy, którym towarzyszą silne graficzne wizje, miewają te problemy, ale w moim przypadku były szczególnie poważne. Oprócz konieczności dokładnego tłumaczenia co mam na myśli, przekazywania tego operatorowi tak, by nasze wizje się pokryły, zawsze czegoś brakowało, a ja nie mogłem odkryć, co to było. W końcu, podczas pracy nad Dzieckiem Rosemary, wszystko szło jak z płatka i zrozumiałem, w czym rzecz. Operator nie tylko był gotów mnie zrozumieć i podążać za moimi pomysłami, ale także był praktycznie mojego wzrostu. Znajdował się na tej samej wysokości nad poziomem morza, co ja. To ważne, aby jego kamera widziała dokładnie to, co ja. W Makbecie widzisz, że operator jest dokładnie mojego wzrostu, co czyni cuda, bo dzięki temu widzi świat dokładnie tak jak ja.

PLAYBOY: Czy jest w tym głębsza metafora?
POLAŃSKI: Nic mi nie przychodzi do głowy, ale jesteś dziennikarzem, więc na pewno jakąś wymyślisz.

 

PLAYBOY: Dlaczego tak mówisz?
POLAŃSKI: To tylko taki przytyk, ponieważ ludzie piszący zazwyczaj są skłonni wymyś- lać własne metafory, nie takie, które byłyby zgodne ze sposobem myślenia osoby opowiadającej. Fakt, że spytałeś o metaforę, sugeruje, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że takową znajdziesz.

PLAYBOY: Dobrze, pozwól, że zadam to pytanie inaczej. Czy jest w tobie coś z Napoleona, niskiego człowieka, który chce czegoś dowieść?
POLAŃSKI: Mój wzrost musi mieć na mnie pewien wpływ, ale także i tu nie psychoanalizuję sam siebie, żeby to odkryć. W istocie sprawiam wrażenie osoby niższej, niż jestem naprawdę. Jak myślisz, ile mam wzrostu?

PLAYBOY: Metr sześćdziesiąt pięć?
POLAŃSKI: Niewiarygodne! Jako pierwszy dałeś mi więcej, niż mam. Mam 1,63 m, niezły wzrost dla kobiety. Może powinienem był się urodzić jako dziewczynka. Dziennikarze zazwyczaj opisują mnie jako niższego, niż jestem. Nie wiedzą, że z mojego punktu widzenia nie wydaje mi się, że jestem niski. Właściwie mam wrażenie, że jestem olbrzymem. Okropne jest to, że gdyby ludzie nie mówili mi, że jestem niski, nigdy nie zwracałbym na to uwagi. Kiedyś miałem teriera rasy york – cudownego pieska – i wilczarza irlandzkiego, największego udomowionego psa. York całkowicie sterroryzował wilczarza. Jestem pewien, że terier nie zdawał sobie sprawy, że jest mniejszy.

PLAYBOY: Masz hopla na punkcie kondycji fizycznej: ćwiczysz, trenujesz karate, odżywiasz się jogurtem i kiełkami pszenicy. Jak to się zaczęło?
POLAŃSKI: W wieku 14 lat przejrzałem się w lustrze i powiedziałem: „Jezu, co to ma być?”. Wziąłem powłoczkę z poduszki, poszedłem tam, gdzie budowali drogę, wypełniłem ją kamieniami brukowymi i zacząłem ćwiczyć. Chciałem coś osiągnąć, dlatego postanowiłem, że stanę się silny. W tym samym czasie zacząłem się ścigać na rowerze i jeździć na nartach. Każde współzawodnictwo indywidualne było dobre. Zupełnie nie interesował mnie wysiłek grupowy, na przykład piłka nożna. Podoba mi się dramat i chwała kierowców wyścigowych. To są indywidualiści, marzyciele. Przemawia do mnie taki człowiek jak Jackie Stewart (trzykrotny mistrz świata F1 – przyp. red.), ponieważ pragnie chwały i realizuje to pragnienie. Czasem widzisz mężczyzn po dwudziestym roku życia, którzy zapuścili się pod względem fizycznym, wyglądają na 40 lat, całkowicie znużeni i znudzeni. To są pewnie ludzie, którzy nigdy nie mieli marzeń, w których spełnienie wierzyli. Jako przedstawiciel społeczeństwa kapitalistycznego musisz mi wybaczyć, że cytuję Lenina, który powiedział, że najważniejszą cechą rewolucjonisty jest zdolność do marzeń. Aby zrobić rewolucję, musisz umieć wyobrazić sobie jej powodzenie. To samo można powiedzieć o filmach, a ja zawsze marzyłem o robieniu wspaniałych filmów.

PLAYBOY: Nawet w dzieciństwie?
POLAŃSKI: Tak. Już jako chłopiec kochałem kino. Kiedy rodzice zabierali mnie do kina przed wojną, przechodziły mnie dreszcze. Potem zamknęli nas w getcie krakowskim, gdzie nie było kina, ale Niemcy często pokazywali kroniki dla ludzi spoza getta, na ekranie na rynku. Z jednego miejsca można było zobaczyć ekran zza drutów. Pamiętam, że patrzyłem zafascynowany, chociaż pokazywali tylko niemiecką armię, niemieckie czołgi, czasami antyżydowskie hasła na planszach. Po ucieczce z getta pierwszą rzeczą, na jaką się cieszyłem, było kino. Było bardzo tanie, bo Niemcy chcieli, żeby ludzie oglądali niemieckie filmy; pieniądze na bilet zarabiałem sprzedając gazety. Chodzenie do kina uchodziło za coś niegodnego, a na widowni siedzieli głównie młodzi ludzie nieświadomi patriotycznego nakazu, by nie chodzić. Na murach widziało się napisy: Tylko świnie siedzą w kinie. Ale nie obchodziło mnie, że nazwą mnie świnią, byle tylko chodzić do kina.

PLAYBOY: Jak tłumaczysz tę fascynację?
POLAŃSKI: Nie wiem dlaczego, ale po prostu kochałem kino. Może nie ma w tym większej tajemnicy niż w moim upodobaniu do suspensu. Przemysł rozrywkowy i dramatyzm kina pociągały mnie na równi z czysto technicznym aspektem lanterna magica – możnością wyświetlenia obrazu na ścianę i puszczenie go w ruch.

PLAYBOY: Jak udało cię się wejść do świata filmu?
POLAŃSKI: Zaraz po wojnie dostałem pracę w radiu jako aktor dziecięcy, potem dostałem rolę w sztuce teatralnej, która odniosła sukces. Dla dzieciaka to było coś. Później próbowałem dostać się do szkoły aktorskiej, ale mnie nie przyjęli. Wśród wykładowców byli aktorzy, którzy mnie znali i uważali, że jestem zbyt pewny siebie. Już wtedy mocno różniłem się od większości ciężko przerażonych kandydatów, który latali z biegunką po korytarzach szkoły teatralnej, wykazując wszystkie przejawy poddaństwa i pokory. U mnie te objawy nie występowały, więc uznali, że nie jestem dobrym materiałem do obróbki; dzięki Bogu, bo wylądowałbym w jakimś prowincjonalnym polskim teatrze, gdzie zarabiałbym 2 tysiące złotych miesięcznie. W tym czasie nie widziałem wielkiej przyszłości w filmie, bo mój ojciec kierował małą firmą produkującą wyroby plastikowe, zaliczaną przez rząd do „prywatnej inicjatywy”. Oznaczało to, że moje pochodzenie społeczne nie było najlepsze, więc nie mogłem marzyć o Państwowej Szkole Filmowej w Łodzi, ponieważ zgłaszało się tam mnóstwo kandydatów, a pochodzenie społeczne miało kolosalne znaczenie.

PLAYBOY: Mimo to dostałeś się do łódzkiej szkoły, która miała wówczas opinię najlepszej szkoły filmowej na świecie. Jakim cudem Polska, z ponurym reżimem i biedną gospodarką, dorobiła się takiej uczelni?
POLAŃSKI: Podejrzewam, że szkoła utraciła swoją rangę, ale w okresie od kilku lat przed moim rozpoczęciem studiów do dwóch czy trzech lat po moim odejściu była to niewątpliwie najlepsza szkoła filmowa na świecie. Myślę, że chodziło o szczęśliwe połączenie kilku elementów. W Polsce działała grupa postępowych, bardzo utalentowanych filmowców, którzy borykali się ze strasznymi trudnościami przed wojną, kiedy polskie kino stało na tragicznym poziomie; produkowano tylko tanie filmy, kręcone mniej więcej w 4 dni. Część tych filmowców spędziła wojnę w Związku Radzieckim, gdzie kręcili mające priorytet filmy propagandowe, a po powrocie do kraju rząd poprosił ich o zorganizowanie ośrodka, ponieważ przemysł filmowy był władzom potrzebny. Na szczęście istnieje inny cytat z Lenina, o tym, że kino ma wiodącą rolę w państwie komunistycznym. Ponieważ system komunistyczny opiera się na dogmacie, rząd przeznaczył wielkie środki na stworzenie instytutu filmowego.

PLAYBOY: Pięcioletnie studia w Łodzi kończyły się dyplomem. Czy warto było tyle się uczyć w szkole, zamiast zdobywać doświadczenie w praktyce?
POLAŃSKI: Kiedy przyjrzysz się temu bliżej, zrozumiesz, jak korzystne są pięcioletnie studia sztuki filmowej. Oprócz zajęć praktycznych, jak montaż, praca z kamerą itp. mieliśmy wykłady z historii sztuki, literatury, historii muzyki, optyki, teorii reżyserii filmowej – o ile coś takiego istnieje – i wiele innych. Pierwszy rok miał bardzo ogólny, teoretyczny charakter; poznawałeś dogłębnie techniki fotografii, które moim zdaniem są kluczowe dla każdego, kto chce później biegle opanować sztukę filmu. Na drugim roku studenci kręcili 2 jednominutowe filmy. Na trzecim roku dokument, trwający od 8 do 15 minut. Na czwartym roku krótki film fabularny tej samej długości, wreszcie na piątym roku film dyplomowy, który mógł trwać do 20 minut. Mój trwał 25 minut i przekroczył budżet; już wtedy krzyczeli na mnie, żebym tańczył szybciej. Film nazywał się Gdzie spadają anioły. To była fantazja o starszej pani, która pracuje jako babcia klozetowa. W trakcie studiów oglądaliśmy też niewiarygodną masę filmów, nie tylko swoich.

PLAYBOY: Również zachodnich?
POLAŃSKI: Prawie wszystko. Szkoła miała ścisłe związki z polskimi archiwami, więc mogliśmy oglądać wszystko, co chcieliśmy. Ważną częścią studiów były barokowe drewniane schody, gdzie godzinami spieraliśmy się o filmy, które czasem wyświetlaliśmy dzień i noc. Zdarzało się, że dyskusje były gorące. Do dziś mam bliznę po jednej z nich. W obrębie szkoły istniały różne szkoły filmowe. Ja należałem do szkoły Obywatela Kane’a; starsi studenci, którzy mieli kończyć szkołę, kiedy byłem zawadiackim początkującym, tworzyli szkołę Złodziei rowerów, a absolwenci, którzy wciąż przesiadywali w szkole, należeli do szkoły radzieckiego socrealizmu, z filmami takimi jak Pancernik Potiomkin. To było fantastyczne miejsce, z którego wyszedłem z bardzo silnymi przekonaniami estetycznymi na temat filmów.

PLAYBOY: Czy potrafisz ująć je w słowach?
POLAŃSKI: Spróbuję. Według mnie film musi mieć wyraźny kształt dramatyczny i wizualny, w przeciwieństwie do luźnej formy wielu filmów powstających, mniej więcej w tym samym okresie, w ramach francuskiej Nowej Fali. Film powinien być czymś ukończonym, jak rzeźba, niemal namacalnym, czymś, co można rozwinąć na podłodze. Musi się rządzić rygorystyczną dyscypliną. Oto Obywatel Kane kontra Złodzieje rowerów.

PLAYBOY: Kiedy nakręciłeś Nóż w wodzie?
POLAŃSKI: W 1960 r., ale zajęło to wiele czasu. Kiedy napisałem scenariusz, został odrzucony przez urząd do spraw filmu, więc wyjechałem do Francji, a gdy wróciłem po dwóch latach i klimat polityczny się poprawił, ponownie złożyłem scenariusz i tym razem został zaakceptowany. Dali mi bardzo ograniczony budżet, który oczywiście przekroczyłem.

PLAYBOY: Nóż w wodzie miał oryginalny i niezwykły scenariusz. Skąd przyszedł pomysł?
POLAŃSKI: To było połączenie kilku moich pragnień. Uwielbiałem polskie jeziora i uznałem, że są świetną scenerią do filmu. Chodził mi po głowie film z ograniczoną liczbą postaci, to była forma wyzwania. Nigdy jeszcze nie widziałem filmu z tylko trzema postaciami, żeby nikt inny nie pokazywał się nawet w tle. Wyzwanie polegało na tym, żeby nakręcić film tak, aby widzowie nie zdawali sobie sprawy, że nikt inny nie pojawia się nawet w tle. Co się tyczy pomysłu, kiedy zabierałem się za scenariusz, miałem w głowie tylko scenę, w której dwaj ludzie są na żaglówce, a jeden z nich wypada za burtę. Ale to już jakiś punkt wyjścia, prawda?

PLAYBOY: Z pewnością, chociaż osobliwy. Dlaczego myślałeś o człowieku wypadającym z żaglówki?
POLAŃSKI: No i masz, znowu zmuszasz mnie do tego, żebym łamał sobie głowę. Nie wiem dlaczego. Interesowało mnie stworzenie atmosfery, nastroju. Kiedy film powstał, wielu krytyków doszukiwało się w nim symboli, ukrytych znaczeń, o których wcale nie myślałem. Niedobrze mi się od tego robiło.

PLAYBOY: Nawet po tym jak Nóż w wodzie osiągnął duży sukces w Ameryce, wyjechałeś do Paryża na parę lat. Dlaczego?
POLAŃSKI: Sukces filmu nie oznaczał, że zacząłem być rozchwytywany przez amerykańskich producentów. Mimo to zacząłem myśleć o tym, że powinienem skierować swą uwagę na świat anglosaski zamiast zostawać na zawsze we Francji, gdzie film poniósł całkowitą klapę. Jednak lata w Paryżu to był dobry czas. Razem z moim przyjacielem Gerardem Brachem napisaliśmy Wstręt i Matnię, choć nie mogliśmy znaleźć dla nich producenta. We Francji szukają nie tyle nowych talentów, ile twórców o ustalonej reputacji. Gerard i ja żyliśmy w nędzy. Na Nożu w wodzie nic nie zarobiłem, byliśmy bez grosza, mieszkaliśmy w małych hotelikach i tego rodzaju miejscach. Raz upchnęli nas w pomieszczeniu na szczotki, gdzie w XVIII wieku mieszkała jedna osoba ze służby, bo dwie by się nie zmieściły. To był praktycznie kredens. Mimo to wspominam te lata z wielką nostalgią. Ilekroć udało nam się zebrać 100 franków, czuliśmy się jak królowie. Na początek pędziliśmy do kina obejrzeć film. Potem szliśmy na kolację do jednej z knajpek w St. Germain de Prés. W trzeciej kolejności próbowaliśmy poderwać dziewczyny. Zawsze kiedy wracam do tych kafejek i widzę te same osoby, siedzące przy tych samych stolikach w identycznych pozach – tyle, że są znacznie starsze – doznaję bardzo mieszanych uczuć. Ze strachem myślę: „Chryste, ja nadal mógłbym tam siedzieć”.

PLAYBOY: Czy wtedy, zanim stałeś się sławny, zanim zyskałeś złą sławę, nie mówiąc o pieniądzach, trudniej było podrywać dziewczyny?
POLAŃSKI: Znacznie trudniej, nie tylko z powodu braku złej sławy. Nie miałem też niezbędnego doświadczenia. Nie miałem dystansu. Byłem za bardzo napalony, co jest chyba problemem każdego młodego mężczyzny.

PLAYBOY: Co cię skłoniło do opuszczenia Paryża i wyjazdu do USA?
POLAŃSKI: Nagle wydarzenia nabrały tempa. Pod koniec 1963 r. zaproszono mnie na festiwal filmowy w Nowym Jorku, gdzie pokazywano Nóż w wodzie. Ameryka cieszyła się wielką popularnością w Europie, więc marzyłem, żeby tam pojechać.

PLAYBOY: Jakie wrażenie zrobił na tobie Nowy Jork?
POLAŃSKI: Z jakiegoś powodu wyobrażałem sobie, że nowojorskie ulice są bardzo szerokie, bardzo równe, otoczone jasnymi błyszczącymi domami. Okazało się, że miasto jest zatłoczone, brudne i bynajmniej nie gładkie. Sprawiało wrażenie znajomego, stymulującego miejsca. Teatry, restauracje – wszystko wydawało się ekscytujące; nowojorscy intelektualiści, zanim jeszcze stali się lewicowi i męczący, byli bardzo ekscytujący, może dlatego, że nie znałem słowa po angielsku. Jak może zauważyłeś, ten stan rzeczy utrzymał się do dziś. Poza tym współzawodnictwo – nazywacie je wyścigiem szczurów – rów- nież wydało mi się bardzo ekscytujące. Teraz jednak przybrało skrajną postać, która jest nie do zniesienia. W tamtych czasach szczury zjadały się nawzajem; teraz zjadająsame siebie. Przez to miasto stało się mniej ekscytujące. Wkrótce po tamtej podróży zadzwonił do mnie Gene Gutowski, mój późniejszy wspólnik, który zaproponował, żebym poleciał do Anglii i tam spróbował szczęścia. W Londynie nakręciłem Wstręt, który szybko odniósł sukces finansowy i artystyczny. Resztę znacie.

PLAYBOY: Po Wstręcie i Matni recenzenci podzielili się na tych, którzy cię uwielbiali i tych, którzy cię nienawidzili. Czy zwracasz na nich uwagę?
POLAŃSKI: Szczerze mówiąc, na początku recenzenci okazali się pomocni dzięki pochlebnym opiniom o Nożu w wodzie. Jednak częstą przypadłością krytyków – zwykle sfrustrowanych niedoszłych filmowców – jest upodobanie do odkrywania młodych ludzi, a kiedy młody człowiek osiągnie popularność, krytyk czuje się zdradzony i obsmarowuje taką osobę. Dzisiaj, kiedy ktoś, kogo poważam, pisze pochlebną recenzję, czytam ją. W przeciwnym razie nie czytam, ponieważ rzadko zdarza mi się zgadzać z krytykiem piszącym o czyimś filmie. Czytam taką recenzję i myślę, że ten człowiek musi być imbecylem, który nie zrozumiał filmu; jak mógł mu się nie podobać? Albo odwrotnie. Później, kiedy czytam recenzję własnego filmu napisaną przez tego człowieka, są tylko dwie możliwości. Albo mnie chwali, co oznacza, że mam poważne kłopoty i zastanawiam się, gdzie popełniłem błąd, albo mnie krytykuje, co jest dobrym znakiem, chociaż lektura nie jest przyjemna. Dlatego nie zawracam sobie tym głowy. Przełomem była Matnia, moim zdaniem mój najlepszy film. Jeśli zostanę zapamiętany za coś, co zrobiłem dla kina, to właśnie z powodu tego filmu. Ale otrzymał okropne recenzje.

PLAYBOY: Jak to tłumaczysz?
POLAŃSKI: Po pierwsze film wyprzedził swój czas, jak Dr. Strangelove, jeden z klasyków kina, który pojawił się o dwa, trzy lata za wcześnie. Po drugie krytycy są najczęściej matołami, więc nie zrozumieli filmu. Wreszcie po trzecie im bardziej krytyk może się zafiksować na własnej recenzji i podziwiać ją, tym jest szczęśliwszy. Bardziej jest zainteresowany popisywaniem się własną inteligencją niż dokonaniem poważnej oceny filmu dla czytelników.

PLAYBOY: Powiedziałeś, że Matnia to twój najlepszy film. Dlaczego tak uważasz?
POLAŃSKI: Według mnie to najbardziej kinowy z moich filmów, a pamiętajcie, że uważam siebie za technika, więc to dla mnie bardzo istotne. To mój najbardziej kinowy film, bo nie sposób przełożyć go na żadne inne medium. Popularność i recenzje nie mają tu znaczenia. Jeśli weźmiesz filmy uchodzące za arcydzieła, jak Obywatel Kane, Przygoda czy Odyseja kosmiczna i kiedy cofniesz się do pierwszych recenzji, żeby sprawdzić, jak przyjmowano te filmy, często się zdziwisz, że nie zawsze było różowo. Niektóre filmy odciskają piętno na historii kina mimo krytyki, często też mi mimo opinii widzów, czasem pomimo obu tych rzeczy. Na podstawie rozmów z młodymi ludźmi i kinomanami uważam, że Matnia jest na dobrej drodze. Matnia przetrwa.

PLAYBOY: Mimo słów krytyki, niektórzy ludzie piszący do magazynów filmowych, zwłaszcza w Europie, zaliczają cię do garstki wielkich reżyserów światowych. Zgodziłbyś się z nimi?
POLAŃSKI: Zgadnij! Nie ma tak wielu wielkich reżyserów. Myślę, że 5 czy 6, jak Fellini, Kubrick… Nie, poczekaj. Mogę powiedzieć, że jestem jednym z 5 czy 6 najlepszych reżyserów, nie wymieniając pozostałych, albo mogę wymienić moich 5 czy 6 ulubionych, nie mówiąc, że uważam się za członka tej grupy, bo to byłoby niedorzeczne. Co wolisz?

PLAYBOY: Jedno i drugie. Zanim jednak skończymy ten wywiad, jest jeden temat, o którym nawet nie wspomnieliśmy: polityka. Chociaż przekroczyłeś żelazną kurtynę, zamieszkałeś i pracujesz na kapitalistycznym Zachodnie, nie powiedziałeś nic, co wskazywałoby na choćby ulotne zainteresowanie sprawami państwa.
POLAŃSKI: Pobieżnie śledzę sprawy polityki, ale nie uważam, by wiedza w tej dziedzinie była niezbędna do prowadzenia satysfakcjonującego intelektualnie życia. Dawniej mocno angażowałem się w politykę, ale przestałem, gdy stwierdziłem, że niewiele mogę zmienić. Powiem ci o moich motywacjach, bo na to akurat znam odpowiedź. Znasz już mój charakter. Wiesz, że kiedy postanowię, że coś zrobię, to zrobię to. Wyznaczam sobie cel i za wszelką cenę próbuję go osiągnąć. Kiedy nie mogę osiągnąć tego, czego chcę, wpadam w gniew i ogarnia mnie frustracja – dokładnie to czuję w związku z polityką. Kiedy mieszkałem w Polsce w wieku dwudziestu kilku lat, zależało mi, ale stopniowo zrozumiałem, że moje wysiłki są tak daremne, że pozostała mi tylko swego rodzaju masturbacja myślowa. Dlatego przestałem próbować. Myślę, że gdybym wybrał karierę polityczną, nie tylko bym o tym mówił, ale także sporo robił. Ogólnie rzecz biorąc myślę jednak, że ludzie, którzy idą do polityki to dość głupie, pozbawione natchnienia osoby. Podejrzewam, że polityka jest dość prostą sprawą, a fakt, że rezultaty są takie marne, wynika przede wszystkim stąd, że zajmują się nią osoby drugiego sortu. Naprawdę uzdolnione i ambitne jednostki zazwyczaj interesują się innymi dziedzinami życia. Moje poglądy w tej materii pochodzą z okresu, kiedy zrozumiałem jeszcze jedną rzecz, która kazała mi trzymać się z dala od polityki. Chodzi o podstawowy problem ludzkiego charakteru – wyjaśniony przez Oscara Hammersteina – polegający na tym, że zbyt wielu ludzie zbyt wcześnie nabiera pewności co do zbyt wielu spraw. Są gotowi zabijać lub umierać za te rzeczy. Stopniowo zaczynasz pojmować, że to, po czyjej stronie się znajdują, jest wyłącznie kwestią przypadku. To samo dziecko, które wychowało się w Irlandii jako protestant, równie dobrze mogło się wychować w Irlandii jako katolik, dlatego taki człowiek walczy z kimś, kim sam mógłby być. Chcę powiedzieć, że tym, co rozwala świat, jest idealizm. Idealizm zazwyczaj kojarzy się z dobrymi facetami, ale wierzcie mi, szef Ku-Klux-Klanu jest wedle własnego mniemania takim samym idealistą jak człowiek głęboko wierzący w swoje przekonania, który jest gotów dla nich umrzeć albo kazać, by inni zabijali w ich imię. Ci ludzie nie podają własnych uprzedzeń w zdrową wątpliwość.

PLAYBOY: Krytykowanie innych za brak powątpiewania raczej do ciebie nie pasuje.
POLAŃSKI: Moja pewność siebie wynika z działalności artystycznej, nie politycznej. Polityczni idealiści, o których mówię, to dobroczyńcy, którzy chcą odstawiać swoje numery dla dobra innych, nie własnego. Ja robię to dla siebie, nie w imię jakiegoś ideału, który moim zdaniem jest najlepszy dla innych ludzi i przyszłych pokoleń. To zasadnicza różnica.

PLAYBOY: Zanim zostawimy ten temat, czy mógłbyś dać nam ogólne pojęcie, posługując się przynajmniej w przybliżeniu przyjętymi terminami, czy zaliczasz się do lewicy, czy do prawicy?
POLAŃSKI: Z całą pewnością nie utożsamiam się z amerykańską prawicą, co jednak nie oznacza, że tęsknię za komunizmem. Właściwie, jeśli chodzi o politykę, jednego jestem pewien: komunizm to system, który nie działa. Kiedy zaczynasz występować przeciwko ludzkiej naturze, dochodzi do strasznych rzeczy, a mając za sobą życie w ustroju komunistycznym mogę powiedzieć, że ten system to właśnie robi. Wychodzi z założenia, że wszyscy będą postępować zgodnie z dobrą wolą, działać na rzecz potrzeb społeczeństwa, co całkowicie kłóci się z moim pojęciem ludzkiej natury. Rezultat wyraża się we współczesnym polskim powiedzeniu: „Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”. Założę się, że to pierwsze polskie zdanie opublikowane w Playboyu. Dlatego nie zróbcie w nim błędu. Większość ludzi leży. Większą sympatię budzi we mnie kapitalizm, ponieważ nie jest sztucznym systemem, wynalezionym przez kilku błyskotliwych ludzi. To naturalne stadium rozwoju ludzkości. Bynajmniej nie jest systemem idealnym. Każdy, kto ma uczucia, musi być oburzony takimi sprawami jak Wietnam, ale takie problemy nie są chyba zarezerwowane dla kapitalizmu. Stale słyszę, że w tej wojnie Ameryka straciła dziewictwo, ale prawda jest taka, że ta wojna wydymała Amerykę. Gdyby Związek Radziecki znalazł się w podobnej sytuacji, zapewniam was, że zabrałby się za problem w taki sam sposób, tylko szybciej, jak stało się na Węgrzech, w Polsce i Czechosłowacji. Boże, polityka to taka mglista sfera. Nie chcę rozmawiać o polityce. Robię to tylko wtedy, gdy jestem zmuszony, najczęściej przez przyjaciół intelektualistów; w efekcie marnuję energię na jałowe spory. Dlatego porozmawiajmy o czymś innym albo o niczym.

PLAYBOY: Ostatnie pytanie. Jakie masz plany, teraz, po ukończeniu Makbeta?
POLAŃSKI: Nie lubię snuć planów. Nie wiem, co będę robił. Nakręcę następny film, ale nie wiem jaki. Jedno jest pewne: Nie będzie żadnych zamków, scen zbiorowych, efektów specjalnych, koni, kostiumów, najlepiej jeśli w ogóle nie byłoby ubrań. Tylko dwoje ludzi na plaży! I może mniej dialogów niż w tym wywiadzie. Jak już ci mówiłem: nie jestem człowiekiem słów, zupełnie mi się wyczerpały. Jestem wypompowany. Dość gadania, Playboyu, dobrze?

PLAYBOY: Dobrze.

Tekst: Larry DuBois
Zdjęcia: Alan Clifton
Przekład: Paweł Lipszyc

 

Więcej klasycznych wywiadów PLAYBOYA przeczytasz w naszych specjalnych wydaniach. Do kupienia w sklepie Marquard.pl.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska