Wywiady PLAYBOYA: Vladimir Nabokov

2016-07-05
Wywiady PLAYBOYA: Vladimir Nabokov

Jeden z najwybitniejszych pisarzy XX wieku. Urodzony w Rosji, wykształcony w Cambridge, po zwycięstwie rewolucji nie wrócił do kraju, a pierwsze rosyjskie powieści publikował w środowisku emigracyjnym w Berlinie. W 1940 r., uciekając przed wojną, osiadł w USA i zaczął pisać po angielsku. Rychło okazał się jednym z najlepszych stylistów anglojęzycznej literatury.

PLAYBOY USA STYCZEŃ 1964

 

Przełomem była publikacja Lolity w 1955 r., powieść najpierw wywołała skandal, a potem przyniosła autorowi sławę, pieniądze i uznanie, doczekała się też dwóch ekranizacji. W latach 60. zamieszkał w Szwajcarii, gdzie w Montreaux odwiedził go wysłannik PLAYBOYA, by zobaczyć jak pracuje 65-letni VLADIMIR NABOKOV.

 

PLAYBOY: Wraz z amerykańskim wydaniem Lolity w 1958 r. pańska sława i majątek wyrosły niemal z dnia na dzień. Wcześniej – przez ponad 30 lat – cieszył się pan uznaniem znawców literatury, potem spadły na pana zarówno pochwały, jak i słowa krytyki. Został pan słynnym na całym świecie autorem sensacyjnego bestsellera. Czy w obliczu tej burzliwej dyskusji kiedykolwiek żałował pan napisania Lolity?
NABOKOV: Wprost przeciwnie. Kiedy sięgam pamięcią wstecz i przypominam sobie moment w 1950, a potem znowu w 1951 r., gdy zamierzałem spalić mały czarny dziennik Humberta Humberta, przechodzi mnie dreszcz. Nie, nigdy nie będę żałował Lolity. Ona przypominała układanie pięknych puzzli – układanie, a zarazem rozwiązanie, ponieważ jedno jest lustrzanym odbiciem drugiego, w zależności od punktu widzenia. Oczywiście całkowicie przyćmiła moje inne utwory, w każdym razie te napisane po angielsku: Prawdziwe życie Sebastiana Knighta, Nieprawe godło, moje opowiadania i książkę wspomnieniową, ale nie mogę mieć jej tego za złe. Ta mityczna nimfetka ma w sobie osobliwy, czuły czar.

 

PLAYBOY: Chociaż wielu czytelników i recenzentów nie zgodziłoby się z pana słowami, że jej czar jest czuły, niewielu zaprzeczyłoby, że jest osobliwy. Do tego stopnia, że gdy reżyser Stanley Kubrick przedstawił plan ekranizacji Lolity, zacytowano pana wypowiedź: „Oczywiście będą musieli zmienić akcję. Może zrobią z Lolity karlicę. Albo sprawią, że będzie miała 16 lat, a Humbert 26. Choć w końcu sam napisał pan scenariusz, kilku recenzentów krytykowało film za rozwodnienie relacji między głównymi postaciami. Czy efekt końcowy pana zadowolił?
NABOKOV: Według mnie powstał pierwszorzędny film. Czwórka aktorów grających główne role zasługuje na najwyższe pochwały. Sue Lyon wnosząca tacę ze śniadaniem lub dziecinnym gestem wkładająca sweter w samochodzie – to chwile niezapomnianej gry aktorskiej i pracy reżyserskiej. Scena zabójstwa Quilty’ego jest arcydziełem, podobnie jak śmierć pani Haze. Muszę jednak zaznaczyć, że nie miałem nic wspólnego z samą produkcją filmu. Gdybym miał, mógłbym zwrócić uwagę na podkreślenie pewnych spraw, które nie zostały podkreślone – na przykład rozmaitych moteli, gdzie się zatrzymywali. Moja rola ograniczyła się do napisania scenariusza, którego znaczną część Kubrick wykorzystał.

 

PLAYBOY: Jak pan czuje: dwojaki sukces Lolity wpłynął pozytywnie czy negatywnie na pana życie?
NABOKOV: Zrezygnowałem z pracy wykładowcy – do tego sprowadzają się zmiany. Proszę pamiętać, że uwielbiałem uczyć, kochałem Cornell (prestiżowy uniwersytet w stanie Nowy Jork, gdzie przez 10 lat wykładał – przyp. red.), uwielbiałem pisać i wygłaszać wykłady o pisarzach rosyjskich i wybitnych książkach europejskich. Jednak około sześćdziesiątki, szczególnie zimą, fizyczna strona pracy wykładowcy zaczyna dawać się człowiekowi we znaki: wstawanie o określonej godzinie co drugi dzień, zmaganie się ze śniegiem na podjeździe, marsz długimi korytarzami do klasy, mozolne rysowanie na tablicy mapy Dublina Jamesa Joyce’a lub układu wagonu z częścią miejsc sypialnych pociągu ekspresowego z St. Petersburga do Moskwy na początku lat 70. XIX wieku, bez zrozumienia których ani Ulysses, ani Anna Karenina nie mają sensu. Z jakiegoś powodu moje najbardziej wyraziste wspomnienia dotyczą egzaminów. Wielka aula Goldwina Smitha na uniwersytecie Cornell. Egzamin od ósmej do dziesiątej trzydzieści. Około 150 studentów – niedomytych, nieogolonych młodych mężczyzn i dość zadbanych młodych kobiet. Ogólna atmosfera udręki i klęski. Ósma trzydzieści. Pokasływania, nerwowe chrząknięcia, serie odgłosów, szelest kartek. Niektórzy męczennicy zatopieni w medytacji, z rękami splecionymi za głową. Napotykam tępe spojrzenie człowieka pełnego nadziei i nienawiści, który widzi we mnie źródło zakazanej wiedzy. Dziewczyna w okularach podchodzi do mojego biurka i pyta: „Profesorze Kafka, czy mamy napisać, że…? Czy też chce pan, żebyśmy odpowiedzieli tylko na pierwsze pytanie?”. Wielkie bractwo dwójkowiczów, sól narodu, dzielnie pisze. Jednoczesny szelest, większość przewraca kartki w niebieskich almanachach, dobra praca zespołowa. Potrząsanie zdrętwiałym przegubem, atrament odmawiający posłuszeństwa, nawalający dezodorant. Kiedy napotykam skierowany na mnie wzrok, oczy momentalnie wędrują w górę w nabożnej medytacji. Szyby zaparowują. Chłopcy zdejmują swetry. Dziewczęta żują gumę w szybkiej kadencji. Dziesięć minut, pięć, trzy, czas minął.

 

PLAYBOY: Cytując podobną do powyższej kąśliwą scenę z Lolity, wielu krytyków nazwało powieść mistrzowskim satyrycznym komentarzem społeczeństwa amerykańskiego. Czy mieli rację?
NABOKOV: Cóż, mogę jedynie powtórzyć, że nie mam ani zamiaru, ani temperamentu satyryka społecznego czy moralnego. Kwestia, czy krytycy uważają, że w Lolicie wyśmiewam ludzkie szaleństwo, czy też nie pozostawia mnie całkowicie obojętnym. Drażni mnie jednak, kiedy rozchodzą się radosne pogłoski, że wyśmiewam się z Ameryki.

 

PLAYBOY: Czy jednak nie napisał pan, że nie ma „nic bardziej radosnego niż amerykańska filisterska wulgarność”?
NABOKOV: Nie, nie powiedziałem tego. Te słowa, wyrwane z kontekstu, rozpadły się niczym krągła ryba głębinowa wyniesiona na powierzchnię. Jeśli zajrzy pan do mojego tekstu On a Book Entitled Lolita (O książce zatytułowanej Lolita) dołączonego do powieści, zobaczy pan, co napisałem o filisterskiej wulgarności – istotnie niezmiernie radosnej. Nie ma różnicy między manierami amerykańskimi a europejskimi. Twierdzę też, że proletariusz z Chicago może być takim samym filistrem jak angielski książę.

 

PLAYBOY: Wielu czytelników doszło do wniosku, że według pana najbardziej radosne przejawy filisterstwa można znaleźć w amerykańskich obyczajach seksualnych.
NABOKOV: Seks jako instytucja, seks jako ogólne pojęcie, seks jako problem, seks jako banał – wszystko to jest dla mnie niewyobrażalnie nudne. Pomińmy seks.

 

PLAYBOY: Nie rozwijając nadmiernie tematu, wspomnijmy, że część krytyków czuje, iż pana kąśliwe komentarze o modzie na freudyzm praktykowany przez amerykańskich analityków sugerują pogardę opartą na znajomości przedmiotu.
NABOKOV: Wyłącznie książkowej. Sama psychoanaliza jest zbyt niemądra i odrażająca, by dało się o niej myśleć choćby w kategoriach żartu. Freudyzm, ze wszystkim, co zanieczyścił swymi groteskowymi implikacjami i metodami, jest dla mnie jednym z najohydniejszych oszustw, jakie ludzie aplikują sobie i innym. Całkowicie go odrzucam, razem z kilkoma innymi średniowiecznymi akcesoriami wciąż wielbionymi przez ignorantów, ludzi konwencjonalnych lub bardzo chorych.

 

PLAYBOY: Skoro mowa o bardzo chorych, w Lolicie sugerował pan, że apetyt Hum-berta Humberta na nimfetki jest wynikiem nieodwzajemnionej miłości z dzieciństwa. W Zaproszeniu na egzekucję pisał pan o 12-letniej dziewczynie Emmie, erotycznie zainteresowanej dwukrotnie starszym mężczyzną; z kolei w Nieprawym godle pańskiemu bohaterowi śni się, że „ukradkiem syci się Marietką (pokojówką), która krzywiąc usta w nieco bolesnym grymasie, siedzi mu na kolanach podczas próby sztuki, w której ma grać jego córkę”. Część krytyków, mozol- nie poszukujących w pańskich utworach kluczy do pana osobowości, zwracała uwagę na ten powracający motyw jako na dowód pańskiego niezdrowego zaabsorbowania tematem seksualnego przyciągania między dorastającymi dziewczętami a mężczyznami w średnim wieku. Czy w tych zarzutach może tkwić ziarno prawdy?
NABOKOV: Trafniejsze jest chyba stwierdzenie, że gdybym nie napisał Lolity, czytelnicy nie zaczęliby znajdować nimfetek w innych moich dziełach oraz we własnych domach. Bardzo mnie bawi, gdy przyjazna, uprzejma osoba mówi do mnie – pewnie tylko po to, by okazać się przyjazna i uprzejma – „panie Naborkov”, albo „panie Nabahkov”, czy też „panie Nabohkov”, w zależności od swoich zdolności językowych: „Moja mała córeczka to istna Lolita”. Ludzie zazwyczaj nie doceniają siły mojej wyobraźni i zdolności do rozwijania w prozie seryjnych jaźni. Istnieje też, rzecz jasna, szczególny rodzaj krytyka, wścibski, szczurowaty zboczeniec zainteresowany ludzkimi sprawami, jowialny grubianin. Ktoś na przykład doszukał się znaczących pokrewieństw między chłopięcym romansem Humberta na Riwierze a moimi wspomnieniami o małej Colette, z którą, w wieku dziesięciu lat, budowałem zamki z piasku w Biarritz. Posępny Humbert miał oczywiście lat 13, targały nim dość ekstrawaganckie porywy podniecenia seksualnego, podczas gdy mój romans z Colette, całkowicie wolny od erotycznego pożądania, był całkowicie normalny i zwyczajny. Poza tym w tamtych czasach i kręgach, mając 9 i 10 lat, nie mieliśmy pojęcia o fałszywej wiedzy życiowej, którą obecnie postępowi rodzice wpajają dzieciom.


PLAYBOY: Dlaczego fałszywej?
NABOKOV: Ponieważ wyobraźnia małego dziecka – zwłaszcza dziecka z miasta – zarazem zniekształca, stylizuje i zmienia zdumiewające rzeczy opowiadane mu o pracowitej pszczółce, której to pszczółki ani dziecko, ani rodzice nie potrafią zresztą odróżnić od trzmiela.

 

PLAYBOY: To, co krytyk nazwał pańskim „niemal obsesyjnym przywiązywaniem wagi do fraz, rytmu, kadencji i skojarzeń słownych” widać wyraźnie nawet w doborze pana własnej słynnej pszczółki i trzmiela – Lolity i Humberta. W jaki sposób objawili się panu?
NABOKOV: Dla mojej nimfetki potrzebowałem zdrobnienia z lirycznym zaśpiewem. Jedną z najbardziej klarownych i świetlistych liter jest L. Przyrostek -ita ma w sobie dużo łacińskiej czułości, której również potrzebowałem. Stąd: Lolita. Jednak nie powinno się jej wymawiać tak, jak robi to pan i większość Amerykanów: Low-lee-ta, z ciężkim wilgotnym L i długim o. Nie, pierwsza sylaba powinna brzmieć jak w słowie lollipop, z płynnym delikatnym L oraz niezbyt ostrym lee. Oczywiście Hiszpanie i Włosi wymawiają to imię z idealną dozą wyniosłości i pieszczoty. Inne argumenty przemawiały za miłym pomrukiem imienia źródłowego, imienia-fontanny: wszystkie te róże i łzy w Dolores. Rozdzierający serce los mojej dziewuszki należało brać pod uwagę wraz z całym urokiem i przejrzystością. Dolores dostarczyła jej też innego, prostszego, bardziej swojskiego i dziecinnego zdrobnienia: Dolly, ładnie pasującego do nazwiska Haze, w którym irlandzkie mgły spowijają niemieckiego króliczka, mam na myśli zajączka szaraka.

 

PLAYBOY: Oczywiście prowadzi pan grę słowną z niemieckim określeniem zająca, Hase. Ale co skłoniło pana do nazwania starzejącego się amanta Lolity tak ujmującym zdwojeniem?
NABOKOV: To również było proste. Podwójny pomruk jest, jak sądzę, bardzo wredny, bardzo sugestywny. To nienawistne imię i nazwisko dla nienawistnika. Jest to także imię królewskie, ponieważ potrzebowałem monarszej wibracji dla Humberta Groźnego i Humberta Pokornego. Otwiera to pole dla kalamburów. Obrzydliwe zdrobnienie Hum, pod względem społecznym i emocjonalnym stoi na równi z Lo, jak nazywa ją matka.

 

PLAYBOY: Inny krytyk napisał o panu, że „wysiłek sortowania i wybierania odpowiedniej sekwencji słów z wielojęzykowej pamięci, a następnie komponowanie ich niuansów we wzory złożone z licznych zwierciadeł – wszystko to musi być psychicznie wyczerpujące”. Z tego punktu widzenia którą z pańskich książek pisało się panu najtrudniej?
NABOKOV: Och, oczywiście Lolitę. Brakowało mi potrzebnych danych, na tym polegała pierwsza trudność. Nie znałem amerykańskich 12-latek, nie znałem też Ameryki; musiałem więc wynaleźć Amerykę i Lolitę. Około 40 lat zajęło mi wynajdywanie Rosji i Europy Zachodniej, a teraz stanąłem przed podobnym wyzwaniem, przy czym dysponowałem mniejszą ilością czasu. Uzyskanie składników kolorytu lokalnego, które pozwoliłyby mi dodać przeciętną „rzeczywistość” do wywaru indywidualnej wyobraźni w wieku 50 lat okazało się znacznie bardziej skomplikowanym procesem niż w Europie mojej młodości.

 

PLAYBOY: Chociaż urodził się pan w Rosji, wiele lat pracował pan w Ameryce i Europie. Czy ma pan silnie poczucie tożsamości narodowej?
NABOKOV: Jestem amerykańskim pisarzem urodzonym w Rosji i wykształconym w Anglii, gdzie studiowałem literaturę francuską. Wcześniej 15 lat spędziłem w Niemczech. W 1940 r. przybyłem do Ameryki, postanowiłem przyjąć amerykańskie obywatelstwo i uczynić Amerykę swoim domem. Tak się złożyło, że natychmiast zetknąłem się z tym, co w Ameryce najlepsze, z bogatym życiem intelektualnym, swobodną przyjazną atmo- sferą. Zanurzyłem się we wspaniałych amerykańskich bibliotekach i Wielkim Kanionie. Pracowałem w laboratoriach muzeów zoologicznych. Zawarłem więcej przyjaźni niż w Europie. Moje książki – stare i nowe – znalazły zachwycających czytelników. Stałem się tęgi jak Cortez, przede wszystkim dlatego, że rzuciłem palenie i zacząłem ssać cukierki z melasy, w efekcie czego przytyłem z mojej zwykłej wagi 60 kg do monumentalnych i radosnych 90. W rezultacie jestem w jednej trzeciej Amerykaninem, a dobre amerykańskie ciało ogrzewa mnie i daje poczucie bezpieczeństwa.

 

PLAYBOY: Chociaż spędził pan w Ameryce 20 lat, nigdy nie posiadał pan domu, nigdy nie zapuścił pan korzeni. Pańscy przyjaciele mówią, że koczował pan w motelach, drewnianych domach, umeblowanych mieszkaniach i wynajętych domach profesorów, którzy wyjechali. Czy pomysł zapuszczenia korzeni wydawał się panu nie do przyjęcia, ponieważ czuł się pan obco, czy też z powodu niepokoju?
NABOKOV: Główny powód, powód podstawowy jest taki, że chyba nic oprócz repliki mojej krainy dzieciństwa by mnie nie zadowoliło. Nigdy nie zdołałbym odpowiednio dopasować wspomnień, po co więc zawracać sobie głowę beznadziejnymi przybliżeniami? Poza tym istnieją inne, szczególne względy: na przykład kwestia impetu, nawyk bezwładu. Wyleciałem z Rosji tak energicznie, z taką oburzoną siłą, że od tamtej pory się toczę. To prawda, dożyłem wieku, gdy zostałem tą apetyczną osobą, „pełnym profesorem”, ale w głębi serca zawsze byłem szczupłym „wizytującym wykładowcą”. Przy tych nielicznych okazjach, gdy mówiłem sobie: „To jest przyjemne miejsce, by osiąść na stałe”, natychmiast słyszałem w umyśle pomruk lawiny, porywającej setki odległych miejsc, które niszczyłem przez samo osiedlenie się w tym konkretnym ziemskim zakątku. Na koniec muszę dodać, że niezbyt dbam o meble, stoły, krzesła, lampy, dywany i przedmioty – może dlatego, że w zamożnym dzieciństwie nauczyłem się traktować z rozbawioną wzgardą zbyt żarliwe przywiązanie do dóbr materialnych, dlatego też nie czułem żalu ani goryczy, kiedy rewolucja pochłonęła mój majątek.

 

PLAYBOY: W Rosji spędził pan 20 lat, w Europie Zachodniej 20 lat, w Ameryce również 20. Jednak w 1960 r., po sukcesie Lolity, przeniósł się pan do Francji i Szwajcarii i od tamtej pory nie wrócił pan do USA. Czy to znaczy, że choć podaje się pan za amerykańskiego pisarza, uważa pan swój okres amerykański za zamknięty?
NABOKOV: W Szwajcarii mieszkam z powodów czystko osobistych – rodzinnych i zawodowych; prowadzę pewne szczegółowe badania do pewnej szczególnej książki. Mam nadzieję, że bardzo niedługo wrócę do Ameryki, do jej obfitych bibliotek i górskich przełęczy. Ideal-nym rozwiązaniem byłoby absolutnie dźwiękoszczelne mieszkanie w Nowym Jorku, na szczytowym piętrze – żadnych kroków nade mną, znikąd nie sączy się cicha muzyka – oraz bungalow na Południowym Zachodzie. Czasem myślę, że zabawnie byłoby znowu stać się ozdobą uniwersytetu, zamieszkać tam i pisać, nie uczyć, przynajmniej nieregularnie.

 

PLAYBOY: Tymczasem żyje pan na odludziu i – jeśli wierzyć doniesieniom – prowadzi pan dość osiadły tryb życia w apartamencie hotelowym. Jak spędza pan czas?
NABOKOV: W zimie budzę się około siódmej. Moim budzikiem jest wieszczek (Pyrrhocorax graculus) – duży, lśniący czarny ptak z dużym żółtym dziobem, który przylatuje na balkon i bardzo melodyjnie chichocze. Przez pewien czas leżę w łóżku, dokonuję w głowie przeglądu, snuję plany. Około ósmej golę się, jem śniadanie, medytuję, kąpię się – w tej kolejności. Potem do lunchu pracuję w gabinecie, z przerwą na krótką przechadzkę z żoną nad jeziorem. Praktycznie wszyscy sławni rosyjscy pisarze XIX wieku wędrowali w tych stronach. Żukowski, Gogol, Dostojewski, Tołstoj – który umizgiwał się do pokojówek hotelowych, co negatywnie wpływało na jego zdrowie – oraz wielu rosyjskich poetów. To samo jednak można powiedzieć o Nicei czy Rzymie. Lunch jemy około trzynastej, pół godziny później wracam do biurka i pracuję równo do osiemnastej trzydzieści. Potem spacer po angielskie gazety i kolacja o dziewiętnastej. Po kolacji nie pracuję. Około dwudziestej pierwszej do łóżka. Do dwudziestej trzeciej trzydzieści czytam, później zmagam się z bezsennością do pierwszej nad ranem. Mniej więcej dwa razy na tydzień śni mi się dobry długi koszmar z nieprzyjemnymi postaciami importowanymi z wcześniejszych snów, które pojawiają się w mniej lub bardziej powtarzających się sceneriach – kalejdoskopowe aranżacje poszatkowanych impresji, fragmenty myśli dziennych, nieodpowiedzialne mechaniczne obrazy, całkowicie pozbawione ewentualnych freudowskich implikacji czy objaśnień, a jednak pokrewne sekwencji zmieniających się postaci, które człowiek zazwyczaj widzi na powiekowym ekranie, gdy zamyka znużone oczy.

 

PLAYBOY: Czy to prawda, że pisze pan na stojąco, nie na maszynie, ale ręcznie?
NABOKOV: Tak. Nigdy nie nauczyłem się pisać na maszynie. Najczęściej zaczynam dzień przy uroczym staroświeckim pulpicie w moim gabinecie. Później, gdy czuję, że grawitacja podgryza mi łydki, sadowię się w wygodnym fotelu przy zwykłym biurku; w końcu, gdy grawitacja zaczyna wspinać się po kręgosłupie, kładę się na kanapie w kącie małego gabinetu. To przyjemna słoneczna rutyna. W młodości, od 20. roku życia do wczesnej trzydziestki, często spędzałem w łóżku cały dzień, pisałem i paliłem. Teraz sprawy mają się inaczej. Horyzontalna proza, pionowe wersy i osiadłe scholia wymieniają się określnikami i psują aliterację.

 

PLAYBOY: Czy może nam pan powiedzieć więcej o procesie twórczym związanym z kiełkowaniem książki. Proszę np. przeczytać kilka losowo wybranych notatek do powstającego dzieła albo jego fragmenty.
NABOKOV: Oczywiście tego nie zrobię. Żaden płód nie powinien być poddawany badaniom. Mogę jednak zrobić coś innego. W tym pudełku znajdują się fiszki z notatkami, które robiłem stosunkowo niedawno i odrzuciłem podczas pracy nad Bladym ogniem. To taka mała porcja odpadów. Przeczytam kilka (z fiszek): „Selene, księżyc. Selegińsk, stare syberyjskie miasto: miasto rakiet na księżyc”… „Guz: czarna narośl u nasady dzioba łabędzia niemego”… „Dropworm: mała gąsienica zwisająca na nitce”… „The New Bon Ton Magazine, tom piąty, 1820, strona 312, nazywa prostytutki „miejskimi dziewczynami”… „Sny młodzieńcze: zapomniane spodnie; sny starego człowieka: zapomniane sztuczne szczęki”… „Stu-dent wyjaśnia, że czytając powieść lubi przelatywać fragmenty, żeby wyrobić sobie własne zdanie o książce i nie ulec wpływowi autora”… „Naprapathy: najbrzydsze słowo w języku”. „Po deszczu, na drutach z nanizanymi paciorkami, 1 ptak, 2 ptaki, 3 ptaki, żadnego. Zabłocone opony, słońce”… „Czas bez świadomości – niższy świat zwierząt; czas ze świadomością – człowiek; świadomość bez czasu – pewien jeszcze wyższy stan”… „Nie myślimy słowami, ale cieniami słów. Błąd Jamesa Joyce’a w jego skądinąd cudownych solilokwiach myślowych polega na tym, że daje słowom za dużo słownego ciała”… „Parodia uprzejmości: To niezrównane „Proszę” – „Przyślijcie mi, proszę, wasz piękny… – tak właśnie firmy idiotycznie piszą własny adres na blankietach sprzedaży wysyłkowej”. „Naiwny, nieustanny świergot w posępnych skrzynkach późną nocą na opuszczonym, przyciemnionym szronem peronie”. „Nagłówek z gazety brukowej: ››Tułowiowy zabójca może wykręcić się od krzesła elektrycznego‹‹ można przełożyć: ››Celui qui tue un buste peut bien battre une chaise‹‹… „Gazeciarz wręcza mi czasopismo z moim opowiadaniem i mówi: – Widzę, że dostał się pan do prasy kolorowej. „Pada śnieg, młody ojciec wyszedł na dwór z malutkim dzieckiem z noskiem różowym jak wiśnia”. Dlaczego rodzic natychmiast mówi coś do dziecka, kiedy nieznajomy uśmiechnie się do niego? – Pewnie – odpowiedział ojciec na pytające gaworzenie niemowlaka, które trwało już od pewnego czasu i trwałoby nadal, gdybym nie uśmiechnął się przechodząc”. „Interkoluminacja: granatowe niebo między dwiema białymi kolumnami”. – Ja – mówi Śmierć – jestem nawet w Arkadii – legenda na nagrobku pasterza… „Marat zbierał motyle”… „Z estetycznego punktu widzenia tasiemiec jest z pewnością niepożądanym lokatorem. Ciężarne segmenty często wypełzają z odbytu, niekiedy w łańcuchach, co staje się źródłem zażenowania w towarzystwie”.

 

PLAYBOY: Co skłania pana do zapisywania i kolekcjonowania takich niepołączonych ze sobą impresji i cytatów?
NABOKOV: Wiem tylko, że na bardzo wczesnym etapie rozwoju powieści czuję potrzebę zbierania słomek i puchu, chcę też połykać kamyki. Nikt nigdy nie odkryje, jak wyraźnie ptak wyobraża sobie przyszłe gniazdo z jajami, i czy w ogóle je sobie wyobraża. Później, kiedy przypominam sobie siłę, która kazała mi zapisywać precyzyjne nazwy rzeczy albo rozmiary i odcienie rzeczy, zanim jeszcze te informacje były mi potrzebne, skłaniam się do założenia, że to, co nazywam, z braku lepszej nazwy, natchnieniem już działało, bezgłośnie wskazując na to czy tamto, zmuszając mnie do gromadzenia materiałów do nieznanej struktury. Po pierwszym szoku rozpoznania – nagłym poczuciu, że „to właśnie napiszę – powieść zaczyna rodzić się sama; proces ten rozwija się wyłącznie w umyśle, nie na papierze; nie muszę być świadom każdej frazy po to, by sprawdzić, na jakim etapie jest powieść w danej chwili. Czuję swego rodzaju delikatny rozwój, coś się w mnie otwiera, wiem już, że detale tam są, że gdybym tylko uważniej się przyjrzał, dostrzegłbym je wyraźnie, gdybym zatrzymał machinę i otworzył wewnętrzną skrzynkę; ale wolę poczekać, zanim to, co luźno nazywa się natchnieniem, wykona za mnie całą pracę. Wreszcie przychodzi chwila, kiedy otrzymuję z wnętrza wiadomość, że cała struktura została ukończona. Teraz pozostaje tylko zapisać ją ołówkiem lub piórem. Ponieważ całą strukturę, słabo oświetloną w umyśle, można porównać do obrazu, a także dlatego, że aby dobrze ją ujrzeć nie trzeba pracować stopniowo od lewej do prawej; zapisując ją, mogę skierować latarkę na dowolny fragment lub element obrazu. Nie zaczynam powieści od początku, nie dochodzę do rozdziału trzeciego, póki nie dojdę do czwartego, nie przechodzę skrzętnie z jednej strony do drugiej w należytym porządku. Podejmuję kawałek to tu, to tam, aż zapełnię wszystkie puste pola na papierze. Dlatego właśnie lubię pisać opowiadania i powieści na fiszkach, po czym numerować je, gdy skompletuję wszystkie. Każdą fiszkę przepisuję wielokrotnie. Strona maszynopisu składa się mniej więcej z trzech fiszek, a gdy wreszcie czuję, że postrzegany obraz został przeze mnie skopiowany tak wiernie jak to fizycznie możliwe – niestety zawsze zostaje kilka pustych miejsc – dyktuję powieść żonie, która spisuje ją na maszynie w trzech egzemplarzach.

 

PLAYBOY: W jakim sensie kopiuje pan „postrzegany obraz” powieści?
NABOKOV: Twórczy pisarz musi uważnie studiować prace swoich rywali, w tym Wszechmo-gącego. Musi posiadać wrodzoną zdolność nie tylko układania na nowo, ale także odtwarzania świata, który jest mu dany. Jeśli artysta ma to robić należycie, jeśli ma unikać powielania pracy, musi ZNAĆ dany mu świat. Wyobraźnia bez wiedzy prowadzi nie dalej niż na podwórko sztuki prymitywnej, do dziecinnych bazgrołów na płocie, pokrzykiwań wariata na targu. Sztuka nigdy nie jest prosta. By powrócić do moich czasów akademickich: ilekroć student czy studentka używali upiornego sformułowania „szczery i prosty”, zawsze stawiałem niskie oceny. „Flaubert pisze stylem, który zawsze jest prosty i szczery”, w przekonaniu, że to największy komplement, jaki można wyrazić dla prozy czy poezji. Kiedy skreślałem to sformułowanie – z taką wściekłością, że ołówek rozdzierał kartkę – student skarżył się, że tego właśnie zawsze uczyli go wykładowcy: „Sztuka jest prosta, sztuka jest szczera”. Kiedyś będę musiał odkryć źródło tego wulgarnego absurdu. Surowa staroświecka nauczycielka z Ohio? Postępowy osioł z Nowego Jorku? Ponieważ, rzecz jasna, najwyższa sztuka jest fantastycznie zwodnicza i złożona.

 

PLAYBOY: Jeśli idzie o sztukę nowoczesną, opinie krytyków na temat szczerości czy zwodniczości, prostoty lub złożoności są podzielone. Jakie jest pańskie zdanie?
NABOKOV: Nie widzę zasadniczej różnicy między sztuką abstrakcyjną a prymitywną. Obie są proste i szczere. Oczywiście powinniśmy wystrzegać się uogólnień w tych sprawach. Liczy się indywidualny artysta. Jeśli jednak choć na chwilę zaakceptujemy pojęcie „sztuki nowoczesnej”, musimy przyznać, że problem polega na jej akademickości, powszedniości, na jej imitacyjnym charakterze. Plamy i smugi zastąpiły po prostu masową śliczność sprzed stu lat, obrazy włoskich dziewcząt, przystojnych żebraków, romantycznych ruin i tym podobnych. Tak jak wśród tych tandetnych obrazów olejnych mogły się zdarzyć dzieła prawdziwego artysty, z bogatszą grą świateł i cieni, z oryginalnym aspektem przemocy lub czułości, tak też w kukurydzy sztuki prymitywnej i abstrakcyjnej można natrafić na przebłysk wielkiego talentu. W malarstwie i książkach interesuje mnie wyłącznie talent. Nie ogólne idee, ale jednostkowy wkład.

 

PLAYBOY: Wkład w społeczeństwo?
NABOKOV: Dzieło sztuki nie ma żadnego znaczenia dla społeczeństwa. Jest ważne tylko dla jednostki. Dla mnie liczy się tylko indywidualny czytelnik. Mam gdzieś grupę, społeczność, masy i tak dalej. Chociaż nie dbam o hasło „sztuka dla sztuki” – ponieważ, niestety, tacy propagatorzy jak na przykład Oscar Wilde i rozmaici uroczy poeci byli w rzeczywistości obrzydliwymi moralistami i dydaktykami – nie ulega wątpliwości, że tym, co chroni utwór beletrystyczny przed robakiem i rdzą, nie jest jego znaczenie społeczne, ale sztuka, tylko sztuka.

 

PLAYBOY: Co uważa pan za swoją główną słabość jako pisarza?
NABOKOV: Brak spontaniczności, mozół myśli równoległych, myśli po zastanowieniu i myśli po nich, niemożność wysłowienia się w jakimkolwiek języku, o ile nie skomponuję każdego przeklętego zdania w kąpieli, w umyśle, przy biurku.

 

PLAYBOY: Teraz wychodzi to panu całkiem nieźle, jeśli wolno mi zauważyć.
NABOKOV: To złudzenie.

 

PLAYBOY: Ta odpowiedź może zostać uznana za potwierdzenie krytycznych komentarzy, że jest pan „niepoprawnym zgrywusem”, „mistyfikatorem” i „literackim agentem-prowokatorem”. Jak PAN siebie widzi?
NABOKOV: Mój ulubiony fakt dotyczący własnej osoby polega na tym, że nigdy nie zmierziła mnie gorycz ani jad krytyka i że nigdy w życiu nie prosiłem recenzenta o recenzję ani też za nią nie dziękowałem. Mój drugi ulubiony fakt to… a może powinienem na tym poprzestać?

 

PLAYBOY: Nie, proszę kontynuować.
NABOKOV: Fakt, że od młodości – Rosję opuściłem w wieku 19 lat – moje poglądy polityczne pozostały tak posępne i niezmienne jak stara szara skała. Są klasyczne do granic banału. Wolność słowa, wolność myśli, wolność sztuki. Struktura społeczna czy ekonomiczna idealnego państwa mało mnie obchodzi. Mam skromne pragnienia. Portrety szefa rządu nie powinny przekraczać wielkości znaczka pocztowego. Żadnych tortur ani egzekucji. Żadnej muzyki, z wyjątkiem tej w słuchawkach lub w teatrach.

 

PLAYBOY: Dlaczego żadnej muzyki?
NABOKOV: Nie mam ucha do muzyki i gorzko ubolewam nad tą słabością. Kiedy idę na koncert – co zdarza się mniej więcej raz na 5 lat – dzielnie staram się śledzić sekwencję dźwięków, lecz potrafię to robić najwyżej kilka minut. Impresje wizualne, odbicia dłoni na lakierowanym drewnie, pracowita łysina nad skrzypcami – wszystko to przejmuje kontrolę i wkrótce ruchy muzyków nużą mnie niepomiernie. Moja wiedza muzyczna jest bardzo skąpa, a ta ignorancja i nieumiejętność są szczególnie smutne i niesprawiedliwe, ponieważ mamy w rodzinie cudownego śpiewaka, mojego syna. Jego kolosalny talent, wyjątkowe piękno basowego głosu i obietnica wspaniałej kariery poruszają mnie głęboko, ale podczas technicznych rozmów muzyków czuję się jak głupiec. Doskonale zdaję sobie sprawę z licznych pokrewieństw między muzycznymi i literackimi formami sztuki, zwłaszcza w dziedzinie struktury, ale cóż mogę począć, jeśli ucho i mózg odmawiają współpracy? Osobliwe zastępstwo muzyki znalazłem w szachach, dokładnie rzecz biorąc w kompozycji zadań szachowych.

 

PLAYBOY: Innym substytutem okazała się z pewnością pańska eufoniczna proza i poezja. Jako jeden z nielicznych autorów, którzy wypowiadają się elokwentnie nie tylko w jednym języku, jak scharakteryzowałby pan różnice tekstowe między angielskim a rosyjskim, uważa się bowiem, że oboma tymi językami posługuje się pan z równą łatwością?
NABOKOV: Pod względem samej tylko liczby słów, angielski jest znacznie bogatszy od rosyjskiego. Widać to zwłaszcza na przykładzie rzeczowników i przymiotników. Niezmiernie przykrą cechą języka rosyjskiego jest niedostatek, nieprecyzyjność i nieporadność terminów technicznych. Na przykład prosty zwrot „zaparkować samochód” – jeśli przetłumaczyć go na powrót z rosyjskiego – brzmi: „zostawić automobil na długi czas”. Rosyjski, przynajmniej grzeczny rosyjski, jest bardziej formalny niż grzeczny angielski. Tak więc rosyjskie słowo na „seksualny” – połowoj – jest trochę nieprzyzwoite i nie powinno się go nadużywać. To samo dotyczy rosyjskich terminów rozmaitych pojęć anatomicznych i biologicznych, które często i swobodnie używane są w konwersacji po angielsku. Z drugiej strony język rosyjski obfituje w słowa określające niuanse ruchów, gestów i uczuć. Dzięki temu, zmieniając rdzeń czasownika, do którego można dołączyć tuzin przedrostków, po rosyjsku można wyrazić niezwykle subtelne odcienie intensywności i trwania. Pod względem składniowym angielski jest niezwykle elastycznym medium, ale rosyjskiemu można nadać jeszcze większej giętkości. Tłumaczenie rosyjskiego na angielski jest nieco łatwiejsze niż tłumaczenie angielskiego na rosyjski i dziesięciokrotnie łatwiejsze niż tłumaczenie angielskiego na francuski.

 

PLAYBOY: Powiedział pan, że już nigdy nie napisze powieści po rosyjsku. Dlaczego?
NABOKOV: Podczas wielkiego – i wciąż niewyśpiewanego – okresu wygnania rosyjskiej inteligencji – mniej więcej w latach 1920–1940 – książki pisane po rosyjsku przez rosyjskich emigrantów, publikowane przez emigracyjne wydawnictwa były skwapliwie kupowane i pożyczane przez czytelników na emigracji, ale całkowicie zakazane w Rosji Sowieckiej. Tak jest do dzisiaj, z wyjątkiem kilku nieżyjących autorów jak Kuprin i Bunin, których dzieła niedawno przedrukowano tam w mocno ocenzurowanej formie, niezależnie od tematu opowiadania czy wiersza. Powieść emigracyjna wydana, powiedzmy, w Paryżu i sprzedawana w całej wolnej Europie mogła w tamtych latach sprzedać się w nakładzie tysiąca czy dwóch tysięcy egzemplarzy – to byłby bestseller – ale każdy egzemplarz przechodził z rąk do rąk i był czytany przez co najmniej 20 osób rocznie lub co najmniej 50, jeśli trafił do wiodących rosyjskich bibliotek, których w samej Europie Zachodniej były setki. Można powiedzieć, że okres ekspatriacji skończył się wraz z wybuchem drugiej wojny światowej. Starzy pisarze zmarli, rosyjscy wydawcy zniknęli, a co gorsza powszechna atmosfera kultury na wygnaniu, z jej przepychem, żywotnością, czystością i wibrującą siłą wyschła do garstki rosyjskojęzycznych periodyków, anemicznych pod względem talentu i prowincjonalnych w tonie. Weźmy teraz mój przypadek: Nie chodziło o kwestię finansową. Moje rosyjskie utwory nie przyniosły mi chyba nigdy więcej niż kilkaset dolarów rocznie. W pełni opowiadam się za wieżą z kości słoniowej i za pisaniem dla jednego tylko czytelnika – dla siebie samego. Człowiekowi potrzebny jest też jednak oddźwięk – o ile nie odpowiedź – i skromne powielanie siebie w kraju czy krajach. Jeśli wokół biurka nie ma nic tylko pustka, człowiek oczekuje, że będzie to przynajmniej dźwięczna pustka, nie otoczona ścianami dźwiękoszczelnej celi. Z upływem czasu coraz mniej interesowałem się Rosją, coraz bardziej obojętniałem na myśl, że moje książki pozostaną zakazane tak długo, jak moja pogarda do państwa policyjnego i ucisku politycznego nie pozwala mi snuć choćby marzeń o powrocie. Nie napiszę już powieści po rosyjsku, choć od czasu do czasu pozwalam sobie na kilka krótkich wierszy. Ostatnią powieść po rosyjsku napisałem ćwierć wieku temu. Dzisiaj, w ramach rekompensaty, w duchu sprawiedliwości wobec mojej małej amerykańskiej muzy, robię coś innego. Może jednak nie powinienem o tym mówić na tak wczesnym etapie.

 

PLAYBOY: Proszę mówić.
NABOKOV: Cóż, pewnego dnia, gdy zerkałem na wielobarwne grzbiety przekładów Lolity na języki, których nie znam – japoński, fiński czy arabski – przyszło mi na myśl, że lista nieuniknionych wpadek w tych piętnastu czy dwudziestu wersjach stworzyłaby bardziej opasły tom niż każdy z tych przekładów. Francuski przekład, w gruncie rzeczy bardzo dobry, sprawdziłem i gdybym był nie poprawił nieuniknionych błędów, książka byłaby nimi najeżona. Co jednak miałem począć z przekładem portugalskim, hebrajskim czy duńskim? Potem wyobraziłem sobie coś innego. Wyobraziłem sobie, że w odległej przyszłości ktoś sprokurowałby rosyjski przekład Lolity. Skierowałem mój wewnętrzny teleskop na ten punkt w odległej przyszłości i ujrzałem, że każdy upstrzony pułapkami akapit mógłby prowadzić do ohydnych przeinaczeń translatorskich. W rękach szkodliwego wołu roboczego rosyjska wersja Lolity zostałaby całkowicie zdegradowana i zepsuta wulgarnymi parafrazami lub wpadkami. Dlatego postanowiłem sam przetłumaczyć tę powieść. Mam już około 60 stron.

 

PLAYBOY: Czy pracuje pan obecnie nad nowym projektem pisarskim?
NABOKOV: Dobre pytanie, jak mówią na mniejszym ekranie. Właśnie ukończyłem korektę mojego przekładu puszkinowskiego Eugeniusza Oniegina – cztery grube tomiki mają ukazać się w tym roku w serii Bollingen. Sam przekład poematu zajmuje niewielką część tomu pierwszego. Reszta tego tomu oraz tomy drugi, trzeci i czwarty zawierają liczne przypisy. To dzieło zawdzięcza narodziny uwadze rzuconej mimochodem przez moją żonę w 1950 r. Kiedy wyraziłem się z niesmakiem o rymowanych parafrazach Eugeniusza Oniegina, których każdy wers musiałem poprawiać dla studentów, żona powiedziała: – A może sam byś to przetłumaczył? Oto rezultat. Praca trwała około 10 lat. Sam indeks składa się z 5000 fiszek w trzech długich pudłach po butach; stoją tam na półce. Mój przekład jest oczywiście dosłowny, na rybkę. Wierności oryginałowi poświęciłem wszystko: elegancję, eufonię, czytelność, dobry smak, aktualność językową, nawet gramatykę.

 

PLAYBOY: Czy wobec tych wad czeka pan na recenzje pańskiej książki?
NABOKOV: Recenzji o sobie nie czytam ze szczególnym zapałem czy atencją, chyba że są arcydziełami dowcipu i przenikliwości, co się czasem zdarza. Nigdy nie czytam ich powtórnie, chociaż moja żona je zbiera. Kiedyś może wykorzystam co zabawniejsze oszczerstwa pod adresem Lolity, aby napisać krótką historię udręk nimfetki. Całkiem wyraźnie pamiętam ataki rosyjskich krytyków emigracyjnych, którzy 30 lat temu pisali o moich pierwszych powieściach. Nie twierdzę, że w tamtych czasach byłem bardziej podatny na zranienie, ale moja pamięć z pewnością była bardziej chłonna i przedsiębiorcza, sam zresztą pisywałem recenzje. W latach 20. rzucił się na mnie niejaki Moczulski, który nie mógł strawić mojej całkowitej obojętności wobec zorganizowanego mistycyzmu, religii, Kościoła – każdego Kościoła. Inni krytycy nie mogli mi wybaczyć trzymania się na dystans od „ruchów” literackich; nie wybaczali mi tego, że nie wyrażam angoisse, lęku przed separacją, który, ich zdaniem, poeci powinni odczuwać; nie wybaczali mi, że nie należę do żadnej z grup poetyckich organizujących sesje wzajemnej inspiracji na tyłach paryskich kawiarni.

 

PLAYBOY: Jak reaguje pan na mieszane uczucia wyrażone przez jednego z krytyków w recenzji, gdzie napisał, że jest pan obdarzony pierwszorzędnym oryginalnym umysłem, ale „mało u pana intelektu zdolnego do uogólnień”; nazwał też pana „typowym artystą nieufnym wobec idei”?
NABOKOV: W tym samym solennym duchu pewni stetryczali entomolodzy krytykowali moje prace poświęcone klasyfikacji motyli, oskarżając mnie o to, że bardziej zajmuje mnie podgatunek i odmiana niż gatunek i rodzina. Przypuszczam, że to kwestia temperamentu. Człowiek średnio wykształcony albo filister z klasy wyższej nie może się pozbyć ukradkowego poczucia, że jeśli książka ma być wielka, musi zajmować się wielkimi ideami. Och, dobrze znam ten typ, typ nudziarza! Lubi dobrą opowieść doprawioną komentarzem społecznym; lubi rozpoznawać u autora własne myśli i konwulsje; chce, żeby choć jedna z postaci była partnerem autora, służącym jako pretekst do żartów. Jeśli typ jest Amerykaninem, ma trochę krwi marksistowskiej, jeśli jest Brytyjczykiem, ma silne i komiczne poczucie podziałów klasowych; o wiele łatwiej przychodzi mu pisanie o ideach niż o słowach; nie zdaje sobie sprawy, że nie znajduje ogólnych idei u danego pisarza dlatego, że idee tego pisarza nie stały się jeszcze ogólne.

 

PLAYBOY: Dostojewski, który zajmował się sprawami uznawanymi przez większość czytelników za uniwersalne, zarówno pod względem zasięgu, jak znaczenia, uchodzi za jednego z wielkich światowych pisarzy. Mimo to nazwał go pan „tanim, niezdarnym i wulgarnym sensatem”. Dlaczego?
NABOKOV: Nierosyjscy czytelnicy nie pojmują dwóch rzeczy. Po pierwsze nie wszyscy Rosjanie kochają Dostojewskiego tak jak Amerykanie; po drugie Rosjanie, którzy go kochają, najczęściej wielbią go nie jako artystę, ale jako mistyka. Dostojewski był prorokiem, nieszczerym, pretensjonalnym dziennikarzem, tanim komediantem. Przyznaję, że niektóre jego sceny, wielkie farsowe kłótnie są niezwykle zabawne. Ale jego wrażliwi mordercy, prostytutki o wielkim sercu są nie do zniesienia, przynajmniej dla czytelników.

 

PLAYBOY: Czy nazwał pan Hemingwaya i Conrada „pisarzami dla chłopców”?
NABOKOV: Tym właśnie są. Hemingway jest oczywiście lepszym pisarzem z tej dwójki. Przynajmniej pisze własnym głosem; stworzył zachwycające, stojące na wysokim poziomie artystycznym opowiadanie Zabójcy. Opis ryby w słynnym rybnym utworze jest wspaniały. Nie mogę jednak znieść Conra-dowskiego stylu prosto z kramu z pamiątkami, tych jego statków w butelkach, romantycznych banałów podobnych do naszyjników z muszli. Ani u Hemingwaya, ani u Con-rada nie znajduję nic, co sam chciałbym napisać. Pod względem umysłowym i emocjonalnym są beznadziejnie młodzieńczy, co można też powiedzieć o innych pisarzach, beniaminkach salonów, którzy są otuchą i wsparciem dla studentów pierwszego roku, na przykład… ale niektórzy z nich jeszcze żyją, a nie chciałbym ranić żywych starych chłopców, skoro martwi nie zostali jeszcze pochowani.

 

PLAYBOY: Co pan czytał będąc chłopcem?
NABOKOV: Od dziesiątego do piętnastego roku w St. Petersburgu musiałem przeczytać więcej beletrystyki i poezji – angielskiej, rosyjskiej i francuskiej – niż w jakimkolwiek pięcioletnim okresie mego życia. Szczególnie zachwycały mnie książki takich autorów jak Wells, Poe, Browning, Keats, Flaubert, Verlaine, Rimbaud, Czechow, Tołstoj i Aleksander Błok. Na innym poziomie moimi bohaterami byli: Scarlet Pimpernel, Phileas Fogg i Sherlock Holmes. Innymi słowy, byłem całkiem normalnym trzyjęzycznym dzieckiem w domu z dużą biblioteką. W późniejszym okresie, w Cambridge w Anglii między dwudziestym a dwudziestym trzecim rokiem życia moimi ulubieńcami byli Housman, Rupert Brooke, Joyce, Proust i Puszkin. Niektórzy z dawnych ulubieńców – Poe, Verlaine, Jules Verne, Emmuska Orczy, Conan Doyle i Rupert Brooke – zbledli, przestali wzbudzać dawny dreszcz. Pozostali są nietknięci i jeśli o mnie chodzi, ich pozycja nie ulegnie chyba zmianie. W latach 20. i 30. nie zetknąłem się – w odróżnieniu od wielu moich rówieśników – z poezją Eliota i Pounda. Przeczytałem ich późno, około 1945 r., w pokoju gościnnym amerykańskiego przyjaciela, i nie tylko nie wywarli na mnie wrażenia, ale nie mogłem pojąć, dlaczego ktokolwiek się nimi przejmuje. Przypusz-czam jednak, że ci dwaj autorzy mają wartość sentymentalną dla czytelników, którzy odkryli ich w młodszym wieku niż ja.

 

PLAYBOY: Jakie są dziś pańskie obyczaje czytelnicze?
NABOKOV: Zazwyczaj czytam po kilka książek jednocześnie – starych książek, nowych książek, beletrystykę, literaturę faktu, poezję, cokolwiek – a kiedy sterta kilkunastu książek przy łóżku topnieje do 2 czy 3, co najczęściej następuje pod koniec tygodnia, gromadzę kolejną stertę. Pewnych odmian prozy nigdy nie tykam – nie trawię na przykład powieści grozy, podobnie jest z powieściami historycznymi. Gardzę też tzw. mocną powieścią, kipiącą potocznymi obscenami i potokami dialogowymi. Kiedy pełen nadziei wydawca przysyła mi nową powieść – „w nadziei, że spodoba mi się tak jak jemu” – najpierw sprawdzam, ile jest w niej dialogu, a jeśli wygląda na zbyt obfity lub zbyt wstrzemięźliwy, zamykam książkę z hukiem i eksmituję z łóżka.

 

PLAYBOY: Czy są współcześni pisarze, których lubi pan czytać?
NABOKOV: Mam kilku ulubionych, na przykład Robbe-Grilleta i Borgesa. Jakże swobodnie, z wdzięcznością oddycha się w ich cudownych labiryntach. Uwielbiam jasność ich myśli, czystość, poezję, zwierciadlane miraże.

 

PLAYBOY: Wielu krytyków jest zdania, że ten opis pasuje w równym stopniu do pańskiej prozy. W jakiej mierze, według pana, proza i poezja przenikają się jako formy sztuki?
NABOKOV: Poezja obejmuje oczywiście całe twórcze pisarstwo. Nigdy nie dostrzegałem różnicy gatunkowej między poezją a prozą artystyczną. W gruncie rzeczy skłaniam się do zdefiniowania dobrego wiersza dowolnej długości jako koncentratu dobrej prozy, z do- datkiem powracającego rytmu i rymu lub bez nich. Magia prozodii może podnieść jakość tego, co nazywamy prozą, wydobywając z niej pełen aromat znaczeniowy, ale w prostej prozie również występują wzory rytmiczne, muzyka dokładnego frazowania, rytm myśli oddawany przez powracające osobliwości idiomu i intonacji. Podobnie jak w przypadku dzisiejszej klasyfikacji naukowej, nasze pojęcia poezji i prozy w dużej mierze się pokrywają. Łączy je bambusowy most metafory.

 

PLAYBOY: Napisał pan też, że poezja „reprezentuje tajemnice świata irracjonalnego ujęte w racjonalne słowa”. Jednak wielu ludzi czuje, że niewiele jest miejsca na „iracjonalność” w epoce, kiedy dokładna wiedza naukowa zaczęła zgłębiać najdonioślejsze tajemnice istnienia. Pan się z tym zgadza?
NABOKOV: To są bardzo mylące pozory. Dziennikarskie złudzenie. W gruncie rzeczy, im większą człowiek posiada wiedzę, tym silniejsze jest jego poczucie tajemnicy. Co więcej, nie wierzę, że dzisiejsza wiedza zgłębiła jakąkolwiek tajemnicę. My, czytelnicy gazet, nazywamy „nauką” zmyślność elektryka lub bełkot psychiatry. To jest, w najlepszym razie, nauka stosowana, a jedną z cech nauki stosowanej jest fakt, że wczorajszy neutron lub dzisiejsza prawda jutro umrze. Jeśli weźmiemy „naukę” w najlepszym wydaniu – pojmowaną jako ba- danie widzialnej i niewidzialnej natury albo jako poezję czystej matematyki i czystej filozofii – sytuacja pozostaje równie beznadziejna. Nigdy nie poznamy początków życia, sensu ży- cia, natury przestrzeni i czasu ani natury myśli.

 

PLAYBOY: Ludzkie rozumienie tych tajemnic jest zawarte w pojęciu Boskiej Istoty. Ostatnie pytanie: czy wierzy pan w Boga?
NABOKOV: Szczerze mówiąc – powiem teraz coś, czego nigdy nie mówiłem i mam nadzieję, że zostanie to przyjęte z orzeźwiającym dreszczykiem – wiem więcej, niż potrafię wyrazić słowami, a ta odrobina, którą potrafię wyrazić, nie zostałaby wyrażona, gdybym nie wiedział więcej.

 

Tekst: Alvin Toffler
Zdjęcia: Ron Traeger
Przekład: Paweł Lipszyc

 

Więcej klasycznych wywiadów PLAYBOYA przeczytasz w naszych specjalnych wydaniach. Do kupienia w sklepie Marquard.pl.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska