„Życie nieustannie depcze pisarzom po piętach” – wywiad z Remigiuszem Mrozem

„Życie nieustannie depcze pisarzom po piętach” – wywiad z Remigiuszem Mrozem

Każda napisana przez niego książka z miejsca trafia na czołowe miejsca list bestsellerów. A że pisze ich sporo (średnio do sprzedaży trafiają cztery rocznie!), to dzieje się tak często. O książkach I pisaniu, ale także o autografach na piersiach fanek I o tym, kogo chciałby zobaczyć w PLAYBOYU rozmawialiśmy z Remigiuszem Mrozem – jednym z najchętniej czytanych polskich pisarzy. Spotkaliśmy się dzień po tym, jak do księgarń trafiła jego najnowsza książka – political fiction „Wotum nieufności”.

PLAYBOY.PL: Ile razy musiał pan odpowiadać na pytanie „Jak to możliwe, że pisze pan tak szybko”?

MRÓZ: Ile razy… Liczba jest chyba zbliżona do sumy książek, które napisałem…

 

PLAYBOY.PL: Zarówno tych wydanych, jak i znajdujących się jeszcze w szufladzie?

MRÓZ: Tak, czyli trudno zliczyć… I to rzeczywiście jest pytanie, które najczęściej pojawia się jako pierwsze we wszelakich rozmowach i wywiadach. To co, mam odpowiedzieć kolejny raz? (śmiech)

 

PLAYBOY.PL: Nie, czytałem dział FAQ na pańskiej stronie (LINK - przyp. red.), po prostu byłem ciekawy, jak wielu ludzi zadaje to pytanie...

MRÓZ: Wielu! Stąd ta podstrona. Ale dobrze się pan wstrzelił, bo opublikowałem ją dopiero 2-3 dni temu.

 

PLAYBOY.PL: Wiemy, że pisze pan od 10 do 15 stron dziennie. Proszę powiedzieć, skąd się to wzięło? Czy od samego początku narzucił pan sobie taki limit, czy może początkowo wychodziło mniej, a dopiero z czasem zaczął pan pisać więcej? Jak w ogóle wyglądały początki kariery pisarskiej?

MRÓZ: Zaczęło się od tego, że zrezygnowałem z kariery prawniczej. Wyprowadziłem się z Warszawy i wróciłem w rodzinne strony, do Opola. Postawiłem wszystko na jedną kartę – uznałem, że będę pisał i zrobię wszystko, żeby pewnego dnia móc powiedzieć, że pisarstwo to mój zawód. Jednocześnie zawarłem ze sobą umowę co do godzin pracy, codziennego kieratu i unikania wymówek. Metodą prób i błędów wyszło mi właśnie to 10-15 stron. Właściwie każdy pisarz ma swoją własną cezurę – wszystko wychodzi w praniu. Ja przyjmowałem różne koncepcje – raz pisałem 5 stron, później je redagowałem, następnie dopisywałem kolejnych 5 stron, znów redagowałem. Robiłem też tak, że zaczynałem dzień od przeczytania wszystkiego, co napisałem wcześniej, ale to się w moim przypadku nie sprawdzało. Najlepszym rozwiązaniem okazało się to, na czym ostatecznie stanęło.

 

PLAYBOY.PL: Pisze pan tylko od poniedziałku do piątku, czy również w weekendy?

MRÓZ: A co to są weekendy? (śmiech)

 

PLAYBOY.PL: Rozumiem…

MRÓZ: W moim kalendarzu nie ma ani weekendów, ani świąt – kościelnych, państwowych czy jakichkolwiek innych. Bywa też tak – a właściwie nie bywa, tylko powtarza się co roku – że w Wigilię też pracuję do ostatniej chwili.

 

PLAYBOY.PL: Wolne w takim razie robi sobie pan wtedy, gdy uzna, że nadszedł odpowiedni moment?

MRÓZ: Mam takie proste rozwiązanie, jeśli chodzi o wyznaczanie sobie wolnego i wakacji – po prostu nie robię tego w ogóle (śmiech). Pracuję 365 dni w roku. To beznadziejny przypadek pracoholizmu. Na szczęście nie jestem sam – Stephen King też się do tego kiedyś przyznał w jednym z wywiadów, choć on powiedział, że pracuje przez 363 dni w roku, żeby nie wyjść na totalnego pracoholika. Później jednak to zdementował i stwierdził, że pisze dzień w dzień.

 

PLAYBOY.PL: Która z napisanych przez pana książek jako pierwsza została wydana?

MRÓZ: Pierwszą napisaną było Parabellum – od tego na poważnie się zaczęła moja kariera z pisaniem. Wcześniej, w trzeciej klasie podstawówki, popełniłem Super-Świniaka, ale tekst niespecjalnie nadawał się do publikacji i na szczęście nie trafił na półki księgarń (śmiech). Na dobre przepadłem na studiach, kiedy zacząłem pracę właśnie nad Parabellum. To była długa przygoda, pisałem tom za tomem w jednym ciągu. Natomiast pierwszą książką opublikowaną była Wieża milczenia. Stało się tak dlatego, że mniej więcej w jednym czasie wysłałem te książki do wydawców. Obydwie zostały przyjęte do druku, ale przez dwie różne oficyny i kwestią otwartą pozostawało, która z nich jako pierwsza ukaże się na rynku. Ostatecznie Wieża milczenia trafiła do księgarń w pierwszej kolejności, a kilka miesięcy później Parabellum.

 

PLAYBOY.PL: Jak właściwie zostaje się pisarzem? Pomijając oczywistości warsztatowe, co trzeba zrobić, żeby trafić na półkę w Empiku?

MRÓZ: Droga jest bez wątpienia kręta i pełna wybojów… Zresztą zanim zacząłem rozsyłać propozycje wydawnicze, zrobiłem pewien research w temacie. Przeglądałem różne fora i portale, na których użytkownicy byli zgodni co do jednego: w Polsce nie da się wydać książki. Kiedy sięgnąłem do źródeł anglojęzycznych okazało się, że panuje tam podobny pesymizm i przekonanie, że publikacja graniczy z cudem. Wyszedłem jednak z założenia, że jakiś sposób musi istnieć i uznałem, że wszystko zależy od determinacji. Często jest tak, że autorzy latami wysyłają swoje książki do wydawców i otrzymują odmowę za odmową. Mimo tego nie poddają się i z uporem maniaka robią to nadal, aż w końcu się udaje i dochodzi do publikacji. Tak było też ze wspomnianym Stephenem Kingiem, który miał swój legendarny gwóźdź, na który wbijał wszystkie odmowne decyzje, jakie dostał. Ten w końcu odpadł od ściany, nie wytrzymując ciężaru. Historia ta pokazuje, jak to wygląda – rzeczywiście rzadko zdarza się, że komuś udaje się za pierwszym razem.

 

PLAYBOY.PL: Ile pan otrzymał decyzji odmownych od wydawców?

MRÓZ: Mnóstwo, naprawdę mnóstwo. Nie da się tego zliczyć.

 

PLAYBOY.PL: Aż tak?

MRÓZ: Każdy pisarz musi przez to przejść i jest to etap dość cenny, bo uczy pokory. Kiedy skończy się pisać swoją pierwszą książkę, zredaguje się ją i da kilku znajomym do przeczytania, feedback zazwyczaj jest bardzo pozytywny. Pisarz może odnieść wrażenie, że stworzył dzieło kompletne i stojące na pewnym poziomie. Potem jednak przychodzi pierwsza decyzja odmowna, po niej kolejne i zmienia się podejście do tego, co się stworzyło. Pojawia się samokrytycyzm, czyli jedna z najważniejszych rzeczy w tej robocie.

 

PLAYBOY.PL: Czy po otrzymaniu pierwszej, drugiej, trzeciej i kolejnej decyzji odmownej nie nachodzi taka refleksja, że może należałoby coś zmienić w gotowej książce, albo wręcz napisać ją od nowa, żeby trafić w gusta wydawców? Czy raczej uważa się, że oni się nie poznali na tym, co dostali?

MRÓZ: Najczęściej jest tak, że wydawcy nie rozwodzą się nad powodami odmowy. Jeśli zdarza się, że dołączą jakiś komentarz, to aspirujący pisarz ma pełne prawo poczuć się wyróżniony – i powinien od razu brać się za redakcję tekstu, bo najwyraźniej ktoś uznał, że jest w nim potencjał. Dlaczego zdarza się to tak rzadko? Wszystko sprowadza się do tego, że trudno wydać nieznane nazwisko. Wypromowanie debiutanta wiąże się z dużymi nakładami finansowymi, przynajmniej w tych wydawnictwach, które rzeczywiście chcą inwestować w swoich autorów. A przy tym istnieje ryzyko, że wkład finansowy nie do końca się zwróci, bo autor po ugruntowaniu pozycji na rynku ucieknie do innego, większego wydawcy.

 

PLAYBOY.PL: Których kolegów po fachu pan ceni i za jakie konkretnie tytuły?

MRÓZ: Niekwestionowanym guru literatury w Polsce jest dla mnie Wiesław Myśliwski. To pisarz, który operuje słowem w sposób absolutnie niesamowity. Ma świetny warsztat – posługuje się językiem żywym, nie tworzy skomplikowanych konstrukcji, nie szuka wydumanych synonimów. Pisze bardzo prosto, krótkimi, mocnymi zdaniami. Rzadko zdarza się mówić o kimś w samych superlatywach jednocześnie w kwestii warsztatu i umiejętności snucia opowieści. O Myśliwskim można, a nawet trzeba, bo jest mistrzem w jednym i drugim. Jego historie są porywające, a przy tym refleksyjne – można czytać je na wiele sposobów. Doskonałym przykładem jest książka o może niefortunnym, bo niezbyt zachęcającym tytule, czyli Traktat o łuskaniu fasoli. Jest to powieść, która otrzymała kiedyś Nike, moim zdaniem całkowicie zasłużenie.

 

PLAYBOY.PL: Czy czyta pan głównie kryminały, czyli gatunek z którym jest pan najbardziej kojarzony, czy sięga pan także po coś z zupełnie innej beczki, na przykład po fantasy?

MRÓZ: Staram się czytać jak najszerzej, żeby doskonalić swoje umiejętności warsztatowe, ale rzeczywiście jest tak, że odkąd najbardziej skupiłem się na kryminałach, najczęściej sięgam właśnie po nie. Od czasu do czasu z trudem decyduję się na pozycję z innego gatunku, żeby nabrać świeżości czytelniczej, która potem przekłada się na świeżość pisarską.

 

PLAYBOY.PL: A co przeczytał pan ostatnio?

MRÓZ: Ostatnio akurat była to książka z gatunku science fiction, czyli Śpiący giganci Sylvaina Neuvela, a z kryminałów Upiory Jo Nesbø.

 

PLAYBOY.PL: W styczniowym numerze PLAYBOYA ukazał się wywiad z Katarzyną Bondą. Powiedziała w nim, że literaci to małe i zawistne środowisko. Zgadza się pan?

MRÓZ: Cóż, duże nie jest z całą pewnością (śmiech). Czy zawistne? Wydaje mi się, że to zależy od gatunku. Jeśli chodzi o literaturę kryminalną, nie ma absolutnie żadnej zawiści. Żyjemy ze sobą dobrze, utrzymujemy kontakty, często wręcz przyjacielskie. Spotykamy się przy okazji różnych wydarzeń, paneli i zazwyczaj jest tam dość wesoło. Natomiast jeśli chodzi o literaturę niegatunkową… trudno mi powiedzieć, nie znam tego środowiska. Tak czy inaczej Kasia robi dobry research, więc pewnie wie, co mówi.

 

PLAYBOY.PL: Znamy pana jako autora kryminałów, powieści sensacyjnych, ma pan także w dorobku powieść science fiction. Czy przymierza się pan do napisania czegoś zupełnie innego, z gatunku z którym nie jest pan kojarzony?

MRÓZ: Zawsze! Uważam, że wychodzenie poza swoją pisarską sferę komfortu to immanentny element rozwoju autora. Nie można się doskonalić, robiąc cały czas to samo. Ja tę swoją strefę komfortu opuszczałem kilkakrotnie, przez co w szufladzie trzymam między innymi western, dość obszerną powieść fantasy…

 

PLAYBOY.PL: Coś w stylu Wiedźmina lub Gry o tron?

MRÓZ: Tak, coś zbliżonego gatunkowo. Mam też w zanadrzu jedną pozycję science-fiction i całkiem sporo horrorów.

 

PLAYBOY.PL: Kilkakrotnie podczas naszej rozmowy pojawiło się nazwisko Stephena Kinga. Czy to pańska największa pisarska inspiracja?

MRÓZ: Zdecydowanie. Traktuję go jako ojca chrzestnego mojego pisarstwa, chociaż nie wiem, czy by się z tego ucieszył. Kiedy zaczynałem pisać, dużo czasu spędzałem na czytaniu wywiadów, w których opowiadał, jak wygląda ta robota. Kilka razy przeczytałem Pamiętnik rzemieślnika, czyli poradnik Kinga dla pisarzy, zresztą chyba najlepszy ze wszystkich obecnie dostępnych. Starałem się dowiedzieć jak najwięcej o tym, jak King robi to, co robi i siłą rzeczy przełożyło się to na mój stosunek do jego prozy. To jest poprzeczka, do której chciałbym równać. Wyższej moim zdaniem nie sposób znaleźć. Jeszcze kilka lat temu twórczość Kinga była określana jako „Big Mac literatury”, ale niedawno otrzymał jedno z najważniejszych odznaczeń artystycznych w Stanach Zjednoczonych (mowa o National Medal of Arts, który King otrzymał w 2015 roku - przyp. red.) – i wydaje się, że to dopiero początek.

 

 

 

PLAYBOY.PL: Pisząc kryminały lub powieści sensacyjne trudno uciec od scen drastycznych, ale u pana miejscami robi się naprawdę hardkorowo. Opisał pan między innymi brutalny gwałt, a następnie morderstwo na jednej z bohaterek, w strasznych okolicznościach giną również dzieci. Czy pan uważa że tego typu szokowanie czytelnika jest niezbędne?

MRÓZ: Wychodzę z założenia, że w literaturze nie ma tabu. To nie tak, że zaczynając pisać książkę zakładam sobie, że w pewnym momencie zamachowiec zabarykaduje się z dziećmi w przedszkolu i dojdzie do takich, a nie innych sytuacji, albo że któryś ze szwarccharakterów porwie daną postać i będzie się nad nią znęcać. Akcja sama wymusza takie zdarzenia. Fabuła jest moim przewodnikiem, a nie odwrotnie. Kiedy wiem, że scena zakończy się dość krwawo, oczywiście mógłbym zostawić pewne niedopowiedzenie. Wydaje mi się jednak, że nie o to w literaturze chodzi. Nie chcę omijać tego, co trudne, tylko pisać o tym. Sceny z udziałem dzieci w Behawioryście  były jednymi z najtrudniejszych do napisania, ale myślę, że było warto – ładunek emocjonalny zarówno dla mnie, jak i czytelnika stał się dzięki temu większy.

 

PLAYBOY.PL: W pańskich książkach zdarzają się niejednokrotnie sytuacje, które wydają się być całkowicie nieprawdopodobne, jak chociażby ucieczka z więzienia w jednej z części trylogii z Wiktorem Forstem w roli głównej. Czy pisząc nie zważa pan zbytnio na realizm, bo to przecież fikcja, która rządzi się swoimi prawami?

MRÓZ: Przykład z ucieczką często się pojawia w takim kontekście i jest uważany za coś, co w rzeczywistości nie mogłoby się wydarzyć. A jednak przygotowując się do pisania tych scen, wzorowałem się na prawdziwych historiach więźniów, którym udało się uciec z amerykańskich supermaxów – i coś podobnego rzeczywiście miało miejsce! Tworząc pierwszy tom z Forstem, czyli Ekspozycję, wyszedłem z założenia, by stworzyć powieść mocno sensacyjną. Byłem ciekawy, jak w Polsce przyjmie się pozycja gatunkowo zbliżona do twórczości Lee Childa, ale jednocześnie byłem pełen obaw, więc zaproponowałem wydawcy tę pozycję pod pseudonimem. Stąd też nazwisko głównego bohatera – Forst – które jest aliteracją słowa Frost (ang. mróz - przyp. red.). Ekspozycja miała być swoistym sensacyjnym eksperymentem, ale ostatecznie uznałem, że aż tak eksperymentalna nie jest i nie ma się czego obawiać, więc z pseudonimu zrezygnowałem. Koniec końców wszystko sprowadza się do tego, że każdemu podoba się coś innego – jedni w fikcji szukają odzwierciedlenia rzeczywistości, inni czegoś, co pozwoli im się od tej rzeczywistości oderwać.

 

PLAYBOY.PL: Czy pisząc książkę ma pan w głowie to, jak się potoczy cała historia od początku do końca, czy nadaje pan bohaterom pewne cechy, które determinują ich wybory i pozwala fabule samej się rozwinąć?

MRÓZ: Odpowiem na przykładzie tego, jak zaczęła się moja przygoda z Chyłką (główną bohaterką czterech powieści Mroza - przyp. red.), bo to wygląda mniej więcej tak samo w każdym przypadku. Usiadłem przed komputerem, otworzyłem nowy plik tekstowy i zacząłem pisać scenę, w której pewna twarda, zaprawiona w bojach sądowych prawniczka siada przed klientem, który ani się do winy nie przyznaje, ani nie twierdzi, że jest niewinny. To było wszystko, co wówczas wiedziałem o Chyłce, tej sprawie i całej książce. Wszystko zaczyna się od pewnej idei, która potem błyskawicznie się rozrasta. W tym przypadku ideą było to, że klient spędził dziesięć dni zamknięty w swoim mieszkaniu z rozkładającymi się zwłokami osób, o których zabójstwo został oskarżony. Tyle wystarczyło, żeby zacząć pisać.

 

PLAYBOY.PL: Jak pan uważa, czy po pańskie książki sięga więcej kobiet, czy mężczyzn? Patrząc na komentarze na fanpage’u, tych pierwszych wydaje się być o wiele więcej…

MRÓZ: Tak, komentarzy od kobiet jest o wiele więcej, ale mężczyźni piszą zdecydowanie więcej wiadomości prywatnych.

 

PLAYBOY.PL: Z sugestiami?

MRÓZ: Nie, to najczęściej są jakieś uwagi czy opinie, na szczęście w ogromnej większości pozytywne. Przypuszczam, że po moje książki sięga więcej kobiet, ale taka jest specyfika rynku – jest więcej czytelniczek, niż czytelników.

 

PLAYBOY.PL: Zdarzają się także bardziej osobiste propozycje?

MRÓZ: Czasem się zdarzają (śmiech). Od czasu do czasu pojawiają się ciekawe pytania, propozycje, opinie. Jedna z czytelniczek na targach wprost zapytała, czy podpisuję się na piersiach…

 

PLAYBOY.PL: I podpisuje się pan?

MRÓZ: Wydawca wkroczył i powiedział, że nie (śmiech). Pojawiają się także propozycje związane ze sferą stricte literacką. Odzywają się panie, wykonujące zawody, które mogłyby gorszyć co poniektórych, przedstawiają zarys swojej historii i proponują, żeby napisać książkę o nich lub użyć tych informacji w którejś powieści. A niektóre z tych historii są naprawdę barwne i interesujące.

 

PLAYBOY.PL: Zdarzyło się panu zainspirować taką historią?

MRÓZ: Tych pomysłów było mnóstwo, a wśród nich trafiały się także naprawdę dobre, a nawet świetne. Oprócz tych o charakterze erotycznym zdarzały się także tematy naprawdę poważne i ciekawe, jak chociażby wspomnienia wojenne. Zawsze jednak odmawiam, jakkolwiek temat nie byłby ciekawy. Nie czułbym się na siłach, żeby opowiedzieć czyjąś historię, albo historię inspirowaną czyimś życiem. Sporo czytelników przysyła mi także swoje pomysły na powieść, ale moja odpowiedź jest zawsze taka sama – jeśli uważasz, że masz dobry pomysł, po prostu siadaj i pisz.

 

PLAYBOY.PL: Znalazł się pan w naszym zestawieniu 30 najzdolniejszych Polaków przed trzydziestką – jak pan zareagował, gdy się o tym dowiedział?

MRÓZ: To było wyjątkowo miłe, zwłaszcza biorąc pod uwagę inne nazwiska w tym zestawieniu. Znaleźli się tam między innymi ludzie, którzy rozwijają innowacyjne technologie i z pewnością będzie o nich naprawdę głośno, więc tym bardziej czuję się wyróżniony.

 

PLAYBOY.PL: Uważa się pan za playboya, lub miał taki okres w życiu, w którym mógł pan tak o sobie powiedzieć?

MRÓZ: Absolutnie się nie uważam, a czy był taki moment… Playboy to stanowczo zbyt duże słowo, ale kiedyś fluktuacja związkowa w moim życiu była rzeczywiście dość znaczna.

 

PLAYBOY.PL: Jakiś czas temu głośnym echem odbił się przypadek Szczepana Twardocha, który został ambasadorem jednej z marek motoryzacyjnych. Jakie jest pana zdanie na ten temat, czy pisarzowi wypada lub nie wypada reklamować czegokolwiek?

MRÓZ: Mnie się to bardzo podobało, bo widać, że w tym przypadku nie była to kwestia pieniędzy. Szczepan Twardoch rzeczywiście kojarzy się z Mercedesem i fakt, że promuje tę markę wydaje się poniekąd naturalny.

 

PLAYBOY.PL: A gdyby do pana ktoś zgłosił się z podobną ofertą?

MRÓZ: To zależy. Gdyby była to firma, z którą rzeczywiście jestem związany jako konsument, pewnie bym się zgodził. Dostawałem różne propozycje, jak dotąd z żadnej nie skorzystałem, ale kto wie...

 

PLAYBOY.PL: Rozumiem, że na przykład proszki do prania odpadają?

MRÓZ: Z żadnym nie mam emocjonalnej więzi, więc rzeczywiście odpadają (śmiech).

 

PLAYBOY.PL: Jak wygląda kwestia ekranizacji pańskiej twórczości?

MRÓZ: Pierwszy z pewnością będzie serial z Chyłką. Scenariusze do kilkunastu odcinków są już gotowe, stacja telewizyjna też została już wybrana i jestem z tego powodu bardzo zadowolony, bo tworzy produkcje na wysokim poziomie. To właściwie tyle, ile mogę na ten moment powiedzieć. Zostały także sprzedane prawa do ekranizacji trylogii z Wiktorem Forstem, ale nie ma w tej sprawie jeszcze żadnych konkretów.

 

PLAYBOY.PL: Pańska najnowsza powieść (Wotum nieufności - przyp. red) to ponowna zmiana klimatu, tym razem na polityczny. Nie obawiał się pan, że ludzie w naszym kraju są zmęczeni szeroko pojętą polityką i taka tematyka może ich zniechęcić?

MRÓZ: Na pewno było dużo znaków zapytania, bo w naszym kraju jak dotąd nie wydano pełnoprawnego political fiction. W podobnych powieściach, które ukazały się na rynku, pierwsze skrzypce grają wątki sensacyjne, a polityka jest dla nich jedynie tłem. Ja zaś chciałem skupić się na grach parlamentarnych, polityce międzynarodowej, przetasowaniach kadrowych, na wyborach… na tym, co jest najbardziej elektryzujące w całej tej politycznej grze, czyli samym dążeniu do objęcia władzy. Z jednej strony obawiałem się, czy to wystarczy, by zaciekawić Czytelnika. Z drugiej jednak miałem świadomość, że jesteśmy narodem, który nawet podczas Wigilii żywo dyskutuje o polityce – ostatecznie uznałem więc, że coś jest na rzeczy i czas sprawdzić, czy polska odmiana House of Cards ma rację bytu. Pierwsze recenzje pozwalają sądzić, że tak, ale zobaczymy, co będzie dalej. I rzeczywiście istniał jeszcze ten wymiar przesytu, bo to, co się dzieje w polityce właściwie samo w sobie jest dobrym materiałem na powieść. Rzeczywistość niewątpliwie depcze pisarzom po piętach. W Wotum nieufności dochodzi jednak do wrzenia, na które rzeczywistość nie mogłaby sobie pozwolić.

 

PLAYBOY.PL: Czyli to, co się obecnie dzieje w naszej polityce to mały pikuś w porównaniu z tym, co ma miejsce w pańskiej książce?

MRÓZ: Tak, to zdecydowanie inny kaliber. W prawdziwej polityce konflikty często są dość powierzchowne i sprowadzają się do antagonizmów pomiędzy kilkoma osobami, które nie żywią do siebie sympatii, natomiast w książce te antagonizmy idą dużo dalej i głębiej, przenikając nawet na arenę międzynarodową. Zupełnie inne są też ich konsekwencje.

 

PLAYBOY.PL: Zmieniając na koniec temat – czyją sesję chciałby pan zobaczyć w PLAYBOYU?

MRÓZ: Wiem, że Kasia Bonda ostatnio u was była, ale nie w sesji…

 

PLAYBOY.PL: Niestety, tylko udzielała wywiadu.

MRÓZ: To może ją należałoby namówić?

 

PLAYBOY.PL: Odmówiła, ale może gdy pozna pańskie zdanie na ten temat, to zmieni swoje.

MRÓZ: W takim razie ja się pod tym podpisuję!

 

 

Remigiusz Mróz - jeden z najchętniej czytanych autorów powieści kryminalnych i sensacyjnych w Polsce. Popularność przyniósł mu cykl thrillerów prawniczych o Joannie Chyłce i Kordianie Oryńskim. Nieuleczalny pracoholik, który aby zapewnić sobie komfort psychiczny, musi codziennie napisać kilkanaście stron. Absolwent Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie, na której uzyskał tytuł doktora nauk prawnych, prywatnie zapalony biegacz.

 

Rozmawiał: Michał Miernik

Foto: Olga Majrowska (c) Wydawnictwo Filia.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska