Wywiady PLAYBOYA: Donald Trump

2016-07-08
Wywiady PLAYBOYA: Donald Trump

Ekscentryczny miliarder niespodziewanie stał się w tym roku najpoważniejszym kandydatem do zdobycia nominacji Republikanów w wyścigu do Białego Domu. Wcześniej znany był głównie z niewyparzonego języka, zamiłowania do blichtru, ale i perfekcji, a także tego czegoś co nosi na głowie (podobno to włosy).

PLAYBOY USA PAŹDZIERNIK 2004

 

Pierwszy wywiad z nim PLAYBOY zrobił już w 1990 r. Trump trafił wtedy nawet na okładkę magazynu! Wkrótce nad jego imperium pojawiły się czarne chmury. 14 lat później 58-letni powrócił (również do PLAYBOYA) w glorii chwały jako człowiek, który wygrzebał się z największych długów w historii. W tym czasie stał się też gwiazdą telewizji, dzięki programowi The Apprentice. Oto on. Jedyny, niepowtarzalny, zakochany w sobie DONALD TRUMP.

 

PLAYBOY: Zacznijmy od najbardziej fundamentalnego pytania. Co ma pan w portfelu?
TRUMP: (sięgając do portfela) Pewnie niezbyt dużo pieniędzy. Platynowa karta American Express, kilka kart do klubów golfowych, inne karty kredytowe, zdjęcia mojej rodziny, artykuł z gazety na temat jednego z moich nowych projektów i – sprawdźmy – trzy jednodolarowe banknoty. Na jednym jest portret mojego ojca. Dwa pozostałe są za zakłady, które wygrałem.

 

PLAYBOY: A podobno jest pan miliarderem.
TRUMP: Mam 5 miliardów dolarów albo więcej – to najnowsze dane.

 

PLAYBOY: I ma pan 3 dolary w portfelu? O co chodzi?
TRUMP: Szczerze mówiąc, nie wydaję wiele w ciągu dnia. Prawie nigdy nie muszę płacić gotówką. Nigdy nie korzystałem z bankomatu. Oczywiście, cały czas mam dostęp do pieniędzy i mam setki kont bankowych, ale rzadko obracam gotówką. Kiedy idę do restauracji – zwłaszcza odkąd w telewizji leci The Apprentice (reality show, w którym Trump oceniał biznesowe kwalifikacje uczestników, a zwycięzca dostawał kierownicze stanowisko w jednej z firm u miliardera. Od 2004 do 2015 r. nakręcono 14 sezonów programu – przyp. red.) – zawsze dostaję posiłki za darmo. „Och, panie Trump, to na nasz koszt”. Nawet jeśli jest ze mną 10 lub 15 osób. Smutne jest to, że gdybym był biedny, to musiałbym płacić.

 

PLAYBOY: Był pan bliski bankructwa podczas załamania rynku nieruchomości na początku lat 90. I przez wiele lat nowojorskie tabloidy wyśmiewały się z pana. Jak to jest ponownie stanąć na szczycie?
TRUMP: To niesamowita sprawa i wielki zaszczyt. Wcześniej byłem wysoko na świeczniku i nie sądziłem, że mógłbym zajść jeszcze wyżej. Byłem na okładkach magazynów „Time”, „Newsweek”, „Fortune”, PLAYBOY i wielu innych, na długo przed The Apprentice, ale tym razem atmosfera jest jeszcze bardziej podgrzana. Oczywiście żaden telewizyjny biznesmen nie odniósł takiego sukcesu
jak ja. To jakbym został gwiazdą rocka. Sześć osób nie robi nic innego, tylko sortuje moją pocztę. Ludzie przychodzą prosić o autograf mojej sekretarki Robin. Jeśli limuzyna podjeżdża przed Trump Tower, otaczają ją setki osób, nawet jeśli to nie moje auto. Pytam: „Czy to jest normalne życie?”. Może chodzi o władzę, jaką daje najpopularniejszy program w telewizji. Z pewnością ludzie lubią mnie teraz o wiele bardziej niż przed The Apprentice. A jeśli się nad tym głębiej zastanowić, jedyne co robiłem w programie, to wyrzucałem uczestników, co tylko pokazuje jak zła musiała być moja reputacja wcześniej.

 

PLAYBOY: Musi być pan zmęczony słuchaniem tekstu „You’re fired!” (Jesteś zwolniony! – takim okrzykiem Trump wyrzucał kandydatów z programu – przyp. red.)
TRUMP: Nie, w zasadzie to całkiem fajne i zabawne. Za każdym razem kiedy gdzieś wychodzę, ktoś to powtarza i – co zabawne – każdemu wydaje się, że słyszę to pierwszy raz. „Jesteś zwolniony!”. Słyszę ten tekst codziennie dosłownie setki razy. Małe dzieci podchodzą i mówią: „Panie Trump, jest pan zwolniony!” i uciekają śmiejąc się. Zrobiła się z tego już mania. Czapeczki i koszulki z napisem „YOU’RE FIRED” sprzedają się jak ciepłe bułeczki. To piękny zwrot. Jest ostry, wstrętny, podły, ale jest zwięzły i konkretny. I dlatego go uwielbiam.

 

PLAYBOY: Ponad 20 milionów osób tygodniowo oglądało The Apprentice, dzięki czemu był to najpopularniejszy program NBC od 5 lat. Miał w sobie też jakiś powiew świeżości, który sprawił, że najczęściej go komentowano. Jak chce pan podnieść poprzeczkę w nowym sezonie?
TRUMP: Kiedy masz najlepszy program w telewizji, nie chcesz wprowadzać zbyt wielu zmian, ale wprowadziliśmy kilka subtelnych korekt i, co oczywiste, mamy nowych uczestników. Jest 18 kandydatów zamiast 16 i to jeszcze większe bystrzaki. Szukaliśmy inteligentnych ludzi z wysokim IQ i mamy najlepszych aplikantów z Harvardu, Princeton i Wharton. Są też bardzo atrakcyjni. Poza tym największe korporacje błagały nas, by mogły do nas dołączyć. Cunrad (przedsiębiorstwo żeglugowe – przyp. red.) chciał, abyśmy przez cały program pokazywali Queen Mary 2. Będziemy mieli otwarte drzwi do najlepszych restauracji i miejsc, do których wcześniej nie mieliśmy dostępu.

 

PLAYBOY: Miałby pan dziś szansę na zwycięstwo w The Apprentice, gdyby był pan 25-latkiem?
TRUMP: Nie sądzę. Nie miałbym tyle cierpliwości, co nasi uczestnicy. Nie wiem też, czy zdobyłbym się na tak ogromne zaangażowanie. To znaczy być może, gdybym miał 25 lat, marzyłbym o zwycięstwie w The Apprentice, ale te dzieciaki są w stanie przejść przez piekło, a ja nie wiem, czy też byłbym na to gotów.

 

PLAYBOY: Dlaczego najlepsi uczestnicy z pierwszej serii programu – a przynajmniej Bill i Kwame, dwaj finaliści – są tak różni od Trumpa, tacy bezbarwni?
TRUMP: Wszyscy byli świetni, inteligentni, bardzo atrakcyjni, ale żaden z nich nie jest mną. Mówiąc to od razu przyznam, że wszyscy uczestnicy The Apprentice dobrze sobie poradzą. Bill zarobi w życiu mnóstwo pieniędzy i wiele się nauczy. Kwame ma dyplom MBA z Harvardu i niesamowitą karierę przed sobą. Są wygadani, ujmujący, no i nie da się przecenić popularności, jaką zdobyli. Nawet Omarosa świetnie sobie radzi, jeśli wierzyć w to co mówi.

 

PLAYBOY: Omarosa stała się jednym z najbardziej popularnych czarnych charakterów w historii reality TV. Kłamała, wbijała innym nóż w plecy, a nawet „zgubiła” Jessikę Simpson. Ile z tego było zapisane w scenariuszu?
TRUMP: Szczerze mówiąc nic. Wybraliśmy ją spośród 215 tysięcy kandydatów i kandydatek, ale aż do połowy programu nie zdawałem sobie sprawy, że ona będzie takim czarnym charakterem. Dobrze się z nią dogadywałem, ale inni ludzie nie mogli jej znieść. Zrozumiałem, że coś się dzieje, kiedy ludzie – jak choćby mój drogi przyjaciel Regis Philbin – zaczęli pytać mnie, czy ona jest taka naprawdę, czy my to wymyślamy. Omarosa była sobą w 100 procentach. Nie mogłem uwierzyć, że kłamie przed kamerą. Chyba ma jakiś problem ze sobą.

 

PLAYBOY: Wystawiłby jej pan referencje dla pracodawcy, gdyby o to poprosiła?
TRUMP: To zależy do jakiej pracy.


PLAYBOY: Na stanowisko szefowej małej firmy.
TRUMP: Nie. Zdecydowanie nie. Ale mógłbym ją polecić do roli w operze mydlanej, bo uważam, że byłaby w tym wspaniała. Cudownie wypada w telewizji i podnosi oglądalność. Za to nie bardzo chciałbym, żeby zarządzała moim kościołem.

 

PLAYBOY: Zwycięzca Bill Rancic był sprzedawcą cygar przez internet, ukończył jedną z mniej znanych uczelni, a w programie wplątywał się w mikrozarządzanie. Teraz kieruje u pana skomplikowanym projektem budowy 90-piętrowego bu- dynku w Chicago. A jeśli coś spieprzy?
TRUMP: Pracuje z niesamowicie utalentowaną grupą ludzi, którzy nie zajmują się niczym innym tylko stawianiem dla mnie wieżowców. Więc szczerze mówiąc, sądzę, że nie może tam za dużo spieprzyć.

 

PLAYBOY: Czyli innymi słowy: „Bill nie będzie podejmował żadnych decyzji”?
TRUMP: Bill będzie podejmował decyzje, i to istotne decyzje, ale będą zawsze kontrolowane przeze mnie i innych, którzy mają w tej pracy doświadczenie.

 

PLAYBOY: W prawdziwym życiu nie jest tak różowo. Kompleks Trump Hotels and Casino Resorts, który wprowadził pan na giełdę, tonie w miliardach dolarów długów, a akcje spadły. Według „The New York Times” to dlatego, że albo zaniedbał pan firmę, albo nie ma pan wizji lub umiejętności przewidywania, w którą stronę idzie branża rozrywkowa.
TRUMP: Kasyna radzą sobie bardzo dobrze z biznesowego punktu widzenia. Ludzie są zgodni, że są dobrze zarządzane, dobrze wyglądają i klienci je kochają. Jedynym problem to, że przez lata za bardzo je zadłużyłem. Zanim wszedłem z nimi na giełdę, zadłużałem kasyna i wyciągałem z nich pieniądze. To tak jak z kredytem pod zastaw domu. Zasada jest ta sama, ale na większą skalę. Brałem pieniądze i kupiłem mnóstwo nieruchomości w Nowym Jorku – mądra decyzja biorąc pod uwagę co stało się na rynku nieruchomości. Ale przez to kasyna pozostały w długach, które teraz próbuję zmniejszać.

 

PLAYBOY: Patrzy pan z optymizmem na przyszłość kasyn?
TRUMP: Uważam – i mam taką nadzieję – że moje kasyna będą dobrze sobie radzić w nadchodzących latach. Taj Mahal to najwspanialsze kasyno w historii Atlantic City. I prawdę mówiąc, stanowi tylko mały ułamek mojego majątku – 2 procent albo mniej. Ale ponieważ kasyna są mocno zadłużone, ludzie się tym interesują, zwłaszcza „The New York Times”. Natomiast inni krytykują moje włosy.

 

PLAYBOY: No tak. Może nas pan wtajemniczyć w codzienne zabiegi związane z fryzurą?
TRUMP: Wstaję, biorę prysznic i myję włosy. Potem czytam gazety i oglądam wiadomości w telewizji, a włosy powoli schną. Zabiera to około godziny. Nie używam suszarki. Kiedy włosy są suche, czeszę je. Kiedy fryzura jest już ułożona tak jak lubię – nawet jeśli nikomu innemu się nie podoba – spryskuję lakierem i wystarcza na cały dzień.

 

PLAYBOY: Kto pana strzyże?
TRUMP: Moja dziewczyna Melania.

 

PLAYBOY: Musi pan naprawdę jej ufać.
TRUMP: Ufam. I przy okazji musze podkreślić, że ona ma większy talent artystyczny, niż wskazywałaby na to moja fryzura. Jednak ona wierzy, że jeśli lubisz coś takie jakie jest, to nie ma co zmieniać. Dlatego nie szaleje z moimi włosami, nie stara się wymyślać koła na nowo.

 

PLAYBOY: Może pan wyjaśnić, dlaczego znów pan się żeni? Nie był pan reklamą małżeńskiego szczęścia.
TRUMP: To ciekawe pytanie – playboyowe. Melania jest wyjątkową kobietą. Dobrą kobietą. Jest bardzo lojalna wobec mnie, a ja mocno wierzę, że za facetem powinna stać wspaniała kobieta. Obserwuję to u Boba Wrighta, prezesa NBC. Jego żona Suzanne ma wielką pozytywną moc, a Bob odnosi niesamowite sukcesy. Kiedy Andre Agassi był żonaty z Brooke Shields, nie szła mu gra w tenisa. Spadł w rankingu na 200. miejsce i dosłownie zmiatano go z kortu. Myślę, że Brooke Shields to cudowna dziewczyna; znam ją. Jednak kiedy potem Agassi ożenił się ze Steffi Graf nagle znów stał się numerem jeden.

 

PLAYBOY: Co Melania wnosi do pańskiego życia?
TRUMP: Odnoszę sukcesy, odkąd jestem z Melanią. Ostatnie 5 lat to najbardziej pomyślny okres w moim życiu. Może więc chodzi o to, że jest to odpowiednia kobieta, która za mną stoi, albo po prostu przynosi mi szczęście. Tak czy owak z nią świetnie mi idzie. A poza tym jest wspaniała.

 

PLAYBOY: Ona jest modelką, pan – miliarderem. Czy kiedykolwiek siadacie razem w znoszonej bieliźnie i oglądacie razem ElimiDate (program w stylu Randki w ciemno – przyp. red.)?
TRUMP: Uwielbiamy wspólnie oglądać telewizję, ale nie spędzamy razem tak dużo czasu, jak chciałbym. Melanie co wieczór gotuje dla mnie kolację, nawet jeśli gdzieś wychodzimy. Tak naprawdę jej największą wadą jest to, że tak dobrze gotuje – trudno przy niej nie przytyć.

 

PLAYBOY: Jak wyglądają dziś pańskie stosunki z Ivaną (pierwszą żoną – przyp. red.)?
TRUMP: Powiedziałbym, że OK. Nie twierdzę, że jest cudownie, ale jest OK.

 

PLAYBOY: Rozmawia pan z nią?
TRUMP: Jeśli to konieczne. Myślę, że ona nigdy nie doceniała tego, co dla niej zrobiłem, a zrobiłem wiele, dużo więcej niż ona chciałaby przyznać.

 

PLAYBOY: A co z Marlą (drugą żoną – przyp. red.)?
TRUMP: Mamy sympatyczne relacje. Marla jest dobrą kobietą, ale pomimo swej dobroci, nie była dla mnie. Jest bardzo uduchowioną osobą, dla mnie może nawet zbyt uduchowioną. I dała mi wspaniałą córkę Tiffany. Z Marlą powinniśmy byli pozostać przyjaciółmi, niekoniecznie się pobierać.

 

PLAYBOY: W książce The Art of the Comeback (Sztuka powrotu) napisał pan, że kobiety to „poszukiwaczki złota”. Nadal wierzy pan w to?
TRUMP: Myślę, że kobietom, które umawiają się z bardzo bogatymi facetami, trudno jest nie dać się uwieść takiemu stylowi życia – apartamentom na szczycie Trump Tower, helikopterom i samolotom. Ale nie uważam, że wszystkie kobiety to poszukiwaczki złota. Dla mnie nie ma nic piękniejszego niż kobiety. Kocham je i szanuję. Znam wiele naprawdę dobrych kobiet i przez lata miałem wiele niesamowitych związków. Ale tak samo jak z facetami – są dobre i złe kobiety.

 

PLAYBOY: Jak często jest pan sam?
TRUMP: Ostatnio nie za bardzo, bo mieszkam z Melanią i miło nam się żyje.

 

PLAYBOY: Nie brakuje panu czasem samotności?
TRUMP: Proszę posłuchać, Melania naprawdę mnie rozumie. Zostawia mi ogromną przestrzeń. Odczytuje moje zachowania lepiej niż wszyscy, których znam. Widzi, kiedy chcę być sam i wtedy zostawia mnie w spokoju. Byłem z kobietami, które mówiły: „Och, nic do mnie nie mówisz. Coś jest nie tak. Dlaczego nie spacerujemy razem? Dlaczego nie robimy czegoś wspólnie?”. Ale Melania dostrzega, kiedy jestem w odpowiednim nastroju. Dzięki temu życie jest o wiele prostsze.

 

PLAYBOY: Skoro mowa o odpowiednim nastroju – jest pan fanem viagry?
TRUMP: Nie, nie jestem. Myślę, że viagra jest wspaniała, jeśli jej potrzebujesz, jeśli masz problem natury medycznej, jeśli jesteś po operacji. Ja jednak nigdy jej nie potrzebowałem. Prawdę mówiąc, przydałoby się, żeby pojawiła się jakaś antyviagra, coś co miałoby przeciwny efekt. Nie przechwalam się. Po prostu jestem szczęściarzem. Nie potrzebuję wspomagania. Zawsze powtarzam: „Jeśli potrzebujesz viagry, prawdopodobnie nie jesteś z tą dziewczyną co trzeba”.

 

PLAYBOY: Czy wykorzystywanie seksujest stosowne w dzisiejszym świecie biznesu? The Apprentice był mocno krytykowany za to, że kobiety w programie bezwstydnie wykorzystywały swój seksapil, żeby manipulować mężczyznami i osiągać swoje cele.
TRUMP: Kobiety w tym show były piękne i bardzo seksowne, i to aż do tego stopnia, że poprosiłem, żeby to wykorzystały. Ale one nie robiły niczego, co nie zdarza się w prawdziwym świecie biznesu. Jeden jajogłowy profesor skrytykował nas, twierdząc, że takie rzeczy nie dzieją się w biznesie. Dajcie spokój, seksualność jest ważna od początku świata. Jeśli ludziom wydaje się, że w salach konferencyjnych nie ma miejsca na seksapil, to są w błędzie.

 

PLAYBOY: Widać było, że kobiety w programie próbowały flirtować z panem. Zdawał pan sobie z tego sprawę?
TRUMP: Nie widziałem, żeby flirtowały ze mną. Być może prowadziły flirt biznesowy, ale nie ma nic złego w byciu młodym, atrakcyjnym i pewnym siebie w kontaktach z płcią przeciwną.

 

PLAYBOY: Jakich rad na temat mężczyzn udziela pan swojej córce Ivance?
TRUMP: Mówię po prostu, żeby była ostrożna. Jest mądra, piękna i mam nadzieję, że będzie chciała się uczyć. Ale dzieciom możesz tylko dawać rady. A one z nich skorzystają albo nie – najczęściej nie.

 

PLAYBOY: Jak zareagowała, kiedy w audycji radiowej Howarda Sterna stwierdziła pan, że tylko Tom Brady, rozgrywający drużyny footballowej New England Patriots, jest jej godny?
TRUMP: Zażartowałem z Toma, ale to mój kumpel. Myślę, że to wspaniała postać. Poznałem go, gdy był jurorem w konkursie tańca po wygranym Super Bowl. On jest zwycięzcą. Chodzi mi o to, że za każdym razem, kiedy chce wykonać podanie, to robi to. Są inni faceci – w NFL i w życiu – którzy niby mają wszystko co trzeba, ale podania im nie wychodzą. Myślę, że Tom to świetny facet i myślę, że on i Ivanka, byliby wspaniałą parą.

 

PLAYBOY: A co myśli Ivanka?
TRUMP: Moja córka ma chłopaka i jest z nim szczęśliwa, ale Tom Brady byłby powodem do dumy dla każdego teścia.

 

PLAYBOY: Trudno być dzieckiem Donalda Trumpa. Czwórka pańskich dzieci ma zapewniony byt i bez wątpienia wszelkie dobra materialne, o jakie mogłyby poprosić, ale teraz dorastają. Donald Junior, absolwent Whartona, wchodzi do rodzinnego biznesu. Co sądzi pan o presji, jaką odczuwają pana dzieci, żeby prześcignąć ojca?
TRUMP: Sądzę, że jest presja, ale niezbyt duża. Kiedy ich ojciec robi show w telewizji i staje się to najchętniej oglądanym programem, kiedy ojciec jest największym przedsiębiorcą budowlanym w Nowym Jorku, trudno go prześcignąć. Równie trudno jest wychowywać dzieci w świetle fleszy. Są dobrze przygotowane – są mądre, dobrze się uczą, chodziły do dobrych szkół – ale najtrudniej jest znaleźć czas tylko dla nich. Nawet gdy zabieram je do restauracji, wokół pojawiają się jacyś ludzie i zaczyna się szaleństwo. Nigdy nie byłem ojcem, który zabierał syna do Central Parku, aby razem porzucać piłkę, ale myślę, że jestem dobrym ojcem.

 

PLAYBOY: A jakim był pan synem? Buntował się pan?
TRUMP: Byłem okropny. Dlatego rodzice wysłali mnie do szkoły wojskowej. Byłem buntowniczy. Żadnej przemocy ani nic takiego, ale zachowywałem się nie najlepiej. Kiedyś podbiłem nauczycielowi oko. Pyskowałem rodzicom, i ogólnie innym ludziom. Może to było zwykłe rozwydrzenie, ale na pewno nie byłem grzecznym dzieckiem.

 

PLAYBOY: Mimo to wszedłeś do rodzinnego biznesu natychmiast po skończeniu Wharton. I było to w 1968 r., kiedy młodzi ludzie jechali albo do Haight-Ashbury (dzielnica San Francisco, centrum ruchu hippisowskiego – przyp. red.) albo do Wietnamu. Czy choć przez moment rozważał pan, by zapakować się do volkswagena vana i jechać na Woodstock?
TRUMP: Nie. Kiedy skończyłem studia, całkowicie skupiłem się na pracy. Kocha-łem pracę tak jak mój ojciec. Od samego początku.

 

PLAYBOY: Pewna lekarka psychiatrii stwierdziła kiedyś, że ma pan „nieodpartą potrzebę wyjścia z cienia ojca”.
TRUMP: Nie będę z tym polemizował. Lubię współzawodnictwo. Nie jest to żadna skomplikowana teoria, słyszałem to samo w odniesieniu do wielu synów, którzy odnieśli sukces. Bardzo kochałem ojca, ale przyznaję, że – zwłaszcza na początku – bardzo z nim rywalizowałem. To prawda.

 

PLAYBOY: Czym się różniliście?
TRUMP: To trudne pytanie. Mieliśmy wiele cech wspólnych, jeśli chodzi o negocjacje czy konkretne aspekty prowadzenia biznesu. Ojciec wiedział jak budować i tego nauczyłem się od niego. Jeśli miałem jakąś przewagę nad ojcem, to może w koncepcjach w pomysłach na budowanie. I może w skali działalności. Wolałem sprzedawać apartamenty miliarderom, którzy chcieli mieszkać na Piątej Alei i 57. ulicy, niż mieszkania na Brooklynie ludziom, którzy są wspaniali, ale o wszystko się targują, bo dla nich liczy się każdy grosz. Mój ojciec tak naprawdę nigdy mentalnie nie wydostał się z Brooklynu i Queens. Odniósł tam duży sukces, ale lepiej czuł się sprzedając ziemię na Brooklynie po 1 dol. za stopę kwadratową niż po 1000 dol. na Manhattanie. Musisz dobrze się czuć w tym co robisz, bo inaczej nie odniesiesz sukcesu. Kiedyś stawałem po drugiej stronie East River i patrzyłem na Manhattan. Zawsze podziwiałem wspaniałe budynki i teraz wiele z nich należy do mnie. Jestem właścicielem ziemi pod Empire State Building. Do mnie należy 40 Wall Street, który przez pewien czas był najwyższym budynkiem na świecie, a teraz niestety jest tylko najwyższym w centrum Manhattanu.

 

PLAYBOY: Dzięki czemu poczuł pan, że może osiągnąć więcej?
TRUMP: To chyba połączenie cech mojej matki i ojca. Matka była wspaniałą gospodynią. Potrafiła też zajmować się promocją i umiała opowiadać. Przybyła ze Szkocji, i gdy tylko mogła, siadała i czytała o brytyjskiej rodzinie królewskiej. Jeśli w telewizji był królewski ślub, mogła to oglądać przez 24 godziny na dobę. Kochała przepych i blichtr. Mój ojciec nie przepadał za nimi. Dlatego kochał Brooklyn i Queens i dlatego był dobry w tym co robił. Jeśli połączysz przepych i blichtr z zamiłowaniem do biznesu, wtedy otrzymasz Donalda Trumpa.

 

PLAYBOY: Czy pan należy do osób, które opowiadają psychiatrze o swoich problemach z rodzicami?
TRUMP: Nie.

 

PLAYBOY: Dlaczego?
TRUMP: Bo jestem zbyt zajęty i ponieważ cieszę się swoim życiem. Wielu ludzi chodzi do psychiatrów, bo mają za mało problemów na głowie. Ja spędzam tyle czasu myśląc o budynkach, o interesach, o klubach i o tym co robię, że nie mam już czasu na myślenie o problemach mentalnych. Nie dyskredytuję psychiatrii. Mam przyjaciół, którzy żyć bez tego nie mogą. Czekają na kolejne wizyty i chodzą pięć, sześć, siedem razy w tygodniu. Ale ja tego nie lubię. To swego rodzaju proteza.

 

PLAYBOY: Czytaliśmy o pana słynnym strachu przed zarazkami. Psychiatra miałby z tym sporo roboty. Czy ten problem nadal istnieje?
TRUMP: Sama idea podawania sobie dłoni jest dla mnie absolutnie przerażająca i statystyki potwierdzają, że mam rację. Wiele badań udowodniło, że możesz w ten sposób zarazić się grypą i kto wie czym jeszcze. Dwa tygodnie temu pewien człowiek wszedł do mojego biura. Uścisnął mi dłoń, objął ramieniem, usiadł i powiedział: „Złapała mnie najgorsza grypa, jaką miałem”. Wyglądał jakby umierał, a właśnie uścisnął mi dłoń. Zapytałem: „Dlaczego podałeś mi rękę?”. Ludzie się nad tym nie zastanawiają. To obrzydliwe. Potem chciał mi podać rękę, gdy wychodził. Powiedziałem: „Słuchaj, dopiero co oznajmiłeś mi, że umierasz na grypę i ja mam ściskać ci dłoń?”. Ale szczerze mówiąc, nie czuję, że to mnie jakość ogranicza. Po prostu myję potem ręce.

PLAYBOY: A co z pana wybuchowym temperamentem? W książce Trumped!, pańskiej nieautoryzowanej biografii, pana były pracownik John O’Donnell opisuje, jak zrywał pan tapicerkę w limuzynie, przebijał pięścią kafelki w kasynie, krzyczał na pilotów za twarde lądowanie. Jak dziś miewa się tamten Donald i dlaczego nie oglądaliśmy go w The Apprentice?
TRUMP: O’Donnell to nieudacznik. Całkowicie to zmyślił. Ledwo go znałem. Nie był zbyt dobry w tym, czym się zajmował. Wiele książek napisano o mnie i w większości przypadków autorzy zmyślają co im się podoba, nawet jeśli to całkowity nonsens. Zrywałem tapicerkę w limuzynach? Dajcie spokój.

 

PLAYBOY: Kiedy ostatnio krzyczał pan na pracownika?
TRUMP: To mogło być dwa dni temu, ale nie ze złości, to była metoda zmuszenia ludzi do lepszej pracy. Czasem taka metoda działa lepiej niż marchewka. Nie mam wybuchowego charakteru. Nazywam to kontrolowanymi wybuchami. Złości mnie ludzka niekompetencja. Złości mnie, gdy ludzie, którzy dostają mnóstwo pieniędzy, nie są elegancko ubrani, gdy pracują dla mnie. To jeden z powodów, dlaczego jestem lepszy niż inni. To jeden z powodów, dlaczego biorę więcej za metr kwadratowy niż inni w branży nieruchomości. To jedna z tajemnic mojego sukcesu.

 

PLAYBOY: Czy któraś z inwestycji jest dla pana szczególna?
TRUMP: Zawsze kochałem Trump Tower. To nie jest moja największa inwestycja, choć to duży budynek, ma 68 pięter. Wiele moich projektów było lepszych finansowo. Doskonałym przykładem są tereny kolejowe na zachodnim Manhattanie, gdzie zbudowałem Trump Place, który ma prawie 6 tysięcy apartamentów i 900 tys. m2. To była moja najlepsza inwestycja w Nowym Jorku, ale nikt o niej nie wie, bo stoi wzdłuż rzeki Hudson. Dla porównania budynek Time-Warner Center w Columbus Circle ma tylko 190 tys. m2. Trump Place nie jest w tak oczywistym miejscu, ale i tak jest 5 razy większy niż Time-Warner.

 

PLAYBOY: I musiał pan przebyć długą drogę, aby go zbudować. Zajęło to 10 lat. Prawie wszyscy z Upper West Side na Manhattanie nienawidzili pana, bo sądzili, że budynek będzie kładł się cieniem na całej okolicy i zmieni kulturalny klimat dzielnicy.
TRUMP: Nienawidzili mnie. Były zamieszki na West Side, kiedy go budowałem. Szczerze mówiąc pomogło nam to, że Nowy Jork był bliski krachu w latach 90. Gdyby miasto radziło sobie dobrze, nigdy nie dostalibyśmy pozwolenia na tę budowę. Zawsze dobrze jest dostać pozwolenie w ciężkich czasach, a budować w dobrych. Zajęło to 10 lat i teraz się zwraca, co tłumaczy dlaczego trzymałem się tego projektu. Nigdy nie można się poddawać. To była ciężka praca, ale i wspaniałe doświadczenie. Uważam się za człowieka z wielką wyobraźnią, który rozumie ludzi i wie, czym jest jakość. Kiedy łączę to w całość, powstają ciekawe rzeczy.

 

PLAYBOY: Ciekawe byłoby usłyszeć, jakie miałby pan pomysły na niektóre zadania z The Apprentice. Na przykład, jak sprzedawałby pan lemoniadę na ulicach Nowego Jorku?
TRUMP: Kobiety wykonały świetną robotę. Pięknie się ubrały i wielu mężczyzn chciało kupować od nich lemoniadę. W sposób naturalny zdeklasowały więc w tym zadaniu chłopaków. A jeśli chodzi o nich, to na pewno nie szedłbym na Targ Rybny Fulton – to był beznadziejny pomysł. I nie zakładałbym garnituru ani krawata. Kto kupuje lemoniadę od faceta w garniturze i pod krawatem? Dajcie spokój. Natychmiast pojechałbym do gejowskiej dzielnicy na Manhattanie.

 

PLAYBOY: Dlaczego?
TRUMP: Bo myślę, że gej nie czułby się dziwnie kupując lemoniadę od innego faceta. Albo wynająłbym przepiękną dziewczynę, żeby sprzedawała lemoniadę. Mężczyźni wybrali najgorszą lokalizację. Kwame postawił na targ rybny, czym mnie rozczarował. Miał szczęście, że wtedy nie odpadł.

 

PLAYBOY: Czy czasem boi się pan, że może wszystko stracić?
TRUMP: Staram się nie martwić. Na początku lat 90. byłem mocno zadłużony, kiedy załamał się rynek nieruchomości. Wielu moich przyjaciół i rywali z tej branży złożyło wówczas wnioski o bankructwo, ja jednak się nie poddałem. Odzyskałem wszystko. Figuruję w Księdze rekordów Guinnessa jako człowiek, który prywatnie zrobił największy finansowy come back w historii. Dzięki temu mam doskonałe relacje z bankami. Z tymi, z którymi współpracowałem wtedy, współpracuję też dziś. Nigdy tak ciężko nie pracowałem jak w tamtym okresie, od 1990 do 1994 r., ale teraz moje firmy są większe i silniejsze, niż kiedykolwiek. Nie chciałbym znów przez to przechodzić, ale nauczyłem się, że świat może zmienić się w mgnieniu oka, więc podchodzę do wszystkiego z dystansem.


PLAYBOY: Teraz, kiedy tyle pan osiągnął, dlaczego nie rozda pan wszystkiego tak jak Bill Gates czy David Geffen?
TRUMP: Co roku rozdaję miliony dolarów, ale robię to osobiście. Wypisuję czeki i rozdaję.

 

PLAYBOY: Ale Fundacja Donalda J. Trumpa Foundation rozdała tylko 287 tys. dol., według najnowszego raportu.
TRUMP: Jestem zaskoczony, że tak dużo, bo fundacja powstała, by działać po mojej... kiedy już mój czas minie. Wtedy fundacja stanie się bardzo aktywna. Ale moja branża nieco różni się od branży Billa Gatesa. To cegły i zaprawa murarska. Budynków nie da się tak łatwo podzielić jak akcje spółki giełdowej. Poza tym w biznesie jest też mój syn. Wkrótce wejdzie do niego córka, a po niej jeszcze jeden syn. Oni wszyscy lubią branżę nieruchomości i – jak długo trwa ta sytuacja – będę bardziej skłonny zostawić to dzieciom niż rozdać na cele charytatywne.

 

PLAYBOY: Czy to prawda, że nigdy nie tknął pan alkoholu?
TRUMP: Nigdy nie brałem narkotyków, nigdy nie piłem alkoholu, nigdy nie wypiłem nawet filiżanki kawy. Korzystałem z innych uroków życia, co może ludziom się nie spodobać. Na pewno pasjami uwielbiam kobiety. I kocham swoją pracę do tego stopnia, że nawet nie uważam jej za pracę.

 

PLAYBOY: Jednak bywał pan w miejscach, gdzie brano narkotyki. Zapewne był pan jedynym multimilionerem w złotych czasach klubu Studio 54, który nie wciągał tam kokainy w łazience.
TRUMP: Taaa, pewnie byłem tam jedną z niewielu osób, które nie brały narkotyków.


PLAYBOY: Jakie są pana najbardziej dzikie wspomnienia z tamtych czasów?
TRUMP: W Studio 54 zdarzały się rzeczy, jakich nie widziało się nigdy wcześniej. Mogłeś tam spotkać nie jedną supergwiazdę, ale 30. Mogłeś zobaczyć najlepsze światowe supermodelki pieprzące się na stołach pośrodku parkietu. Widziałem rzeczy, których dziś już się nie ogląda, głównie z powodu AIDS i innych chorób. Ale to było niesamowite. Patrzyłeś na najpiękniejsze kobiety świata, na najpiękniejszych ludzi na świecie. Potem, godzinę później, widziałeś jak uprawiają seks przed tobą. I mnie mówiącego „Ehm, przepraszam”.

 

PLAYBOY: I co pan tam robił?
TRUMP: Byłem tam, żeby się bawić. Nie potrzebujesz narkotyków ani alkoholu, żeby się bawić. Możesz naćpać się życiem. Ja tak robię.

 

PLAYBOY: Umawiał się pan wtedy z milionami modelek?
TRUMP: Z milionami. Umawiałem się z masą kobiet. Po prostu świetnie się bawiłem. To były wspaniałe czasy, ale to było przed epoką AIDS i można było wtedy robić rzeczy, które dziś są niebezpiecznymi zachowaniami. AIDS wiele zmienił.

 

PLAYBOY: Czy kiedyś bał się pan, że mógł zarazić się AIDS?
TRUMP: Tak, ale się przebadałem. Myślę, że dziś dzieciakom jest ciężko. Powtarzam każdemu z synów, żeby poznał miłą dziewczynę i był z nią szczęśliwy, bo gdzieś tam czai się niebezpieczeństwo. To jak Wietnam. Dziś można powiedzieć, że jak Irak – te same problemy, prawda?

PLAYBOY: Porozmawiajmy o tym. Myślał pan o starcie w wyborach prezydenckich w 2000 r. Czym różniłaby się kandydatura Trumpa w 2004 r.?
TRUMP: Najpierw proszę pozwolić mi wyjaśnić, że choć miałem absurdalnie wysokie wyniki w sondażach, zdecydowałem, że nie chcę startować w wyborach, przede wszystkim dlatego, że musiałbym zrobić to jako kandydat Partii Reform, a uważałem, że ta partia to całkowita porażka. Szedłeś na mityng, a tam bili się na pięści, co było niedorzeczne. To nie dla mnie. Ale dziś wszystko wyglądałoby inaczej, z tego co obserwuję. Gdybym był prezydentem, zadzwoniłbym natychmiast do Arabii Saudyjskiej i powiedział: „Albo obniżycie ceny ropy, albo sami zapłacicie za to wysoką cenę”, bo łupią nas na prawo i lewo. Ceny paliw są rekordowo wysokie. Wziąłbym się za Arabię Saudyjską i Kuwejt po kolei. Wyzwoliliśmy Kuwejt. Ci goście siedzieli w Londynie w najpiękniejszych hotelach, kiedy Saddam Husajn zajął ich kraj. My przywróciliśmy ich do władzy, a teraz oni zdzierają z nas na cenach ropy. Jedno wam powiem: gdybym ja był prezydentem, całkiem inaczej wyglądałyby dziś wszelkie negocjacje.

 

PLAYBOY: Powiedział pan, że pierwsza wojna w Zatoce przyczyniła się do problemów finansowych. Jakie będą skutki obecnej wojny? (Chodzi o drugą wojnę w Zatoce, która doprowadziła do obalenia Saddama Husajna i okupacji Iraku – przyp. red.)
TRUMP: Wojna w Zatoce Perskiej to było co innego. Nie można było dostać benzyny – to była duża różnica – a stopy procentowe podskoczyły do 21-22 procent. Ale ta wojna to całkowita katastrofa. Nie powinniśmy tam wchodzić. Można było dokonać ataków punktowych zamiast wysyłać żołnierzy. Gwoli prawdy, to jest straszne dla obu stron. Widzę piękne irackie dzieci, które są zabijane lub okaleczane. Nie mają rąk albo nóg. A potem widzę żołnierzy wracających do domu z jedną ręką i jedną nogą. Oni muszą potem tak żyć. I po co to wszystko? Mówcie co chcecie, ale Irak nie wspierał terroryzmu na wielką skalę. Saddam nie pozwalał na działalność terrorystów, bo nie chciał, żeby rozpieprzyli mu cały kraj. No i oczywiście okazało się, że nie było tam broni masowego rażenia.

 

PLAYBOY: Jak pan myśli, co teraz należałoby zrobić?
TRUMP: To katastrofalna sytuacja, bo nie można się z niej wycofać nie tracąc twarzy. Jak tylko wyjdziemy z Iraku, rządy nad krajem przejmie kolejny dyktator, a po nim następny. Jeśli odchodząc, zostawimy Irak z cudownym nowym rządem, zostanie on obalony w 15 sekund. Tak samo rządy Saudów byłyby obalone w 15 sekund, gdybyśmy nie chronili Arabii Saudyjskiej.

 

PLAYBOY: Jak pan myśli, jak to wszystko wpłynie na wybory prezydenckie?
TRUMP: Sądzę, że Bushowi będzie trudno o reelekcję z powodu wojny. Pierwszy Bush przegrał z powodu Iraku i drugi też ma wielkie prawdopodobieństwo przegranej z powodu Iraku. Nie ma mowy, aby w tym kraju powstał normalny demokratyczny rząd, tak sądzę. Tak samo w Afganistanie. Jeśli ktokolwiek sądzi, że Afganistan stanie się normalnym, cudownym demokratycznym państwem, gdzie wszyscy chodzą głosować, to się myli.

 

PLAYBOY: Sądzi pan, że John Kerry jest odpowiednim kandydatem na prezydenta?
TRUMP: Cóż, znam go. To świetny facet. Myślę, że jest bardzo niedoceniany i myślę, że poprowadzi zaskakująco skuteczną kampanię wyborczą. Zobaczcie, co zrobił w prawyborach. Wydawało się, że zniknął z pola widzenia i nagle powrócił. Mam przeczucie, że dobrze sobie poradzi.

 

PLAYBOY: Zmieńmy na chwilę temat. Z zaskoczeniem przeczytaliśmy w książce How to Get Rich, że pan i  Mark Burnett, producent The Apprentice uwielbiacie muzykę Neila Younga. Ma pan dla nas jeszcze jakieś muzyczne zaskoczenia?
TRUMP: Myślę, że Neil Young potrafi przekazywać świetne historie i oczywiście Mark Burnett też świetnie opowiada. Zabrałem go do kasyna Taj Mahal na występ Neila Younga i Mark zakochał się w nim jako artyście. A ja od zawsze byłem jego fanem. Innych też lubię. Uważam, że Eminem jest fantastyczny, a większość ludzi sądzi, że go nie lubię. A wiecie, że moje nazwisko pojawia się w większej ilości czarnych piosenek niż jakiekolwiek inne nazwisko w hip-hopie? Czarnoskórzy artyści kochają Donalda Trumpa. Russell Simmons powiedział mi o tym. To dla mnie wielki zaszczyt.

 

PLAYBOY: Dlaczego dla pana wszystko sprowadza się do autopromocji? Jaki jest sens ciągłego powtarzania ludziom, jaki jest pan wspaniały?
TRUMP: Bo jeśli sam tego nie powiesz, prawdopodobnie nikt inny też tego nie zrobi. Czy buduję najwspanialsze budynki w Chicago, Nowym Jorku, Kaliforni, czy gdziekolwiek indziej, sądzę, że należy mi się uznanie jako wielkiemu inwestorowi. W zasadzie to jestem wielkim budowniczym. Stawiam wielkie budowle, odnoszę sukcesy i wszyscy o nich mówią. Chciałbym być zapamiętany jako ktoś z wyszukanym gustem, kto doprowadzał robotę do końca i kto także dawał wielu osobom zatrudnienie, zarobił mnóstwo kasy dla biednych i kto wykarmił wiele rodzin.

 

PLAYBOY: Czy sądzi pan, że Trump Tower i inne budynki za sto lat nadal będą nosiły pańskie nazwisko?
TRUMP: Nie, nie sądzę.

 

PLAYBOY: Dlaczego?
TRUMP: Nie sądzę, że którykolwiek z tych budynków nadal tu będzie i – o ile, nie zaczną nami rządzić jacyś bardzo mądrzy ludzie – za sto lat ten świat nie będzie już taki sam. Współczesna broń jest zbyt potężna, zbyt niszczycielska. Dostęp do niej jest zbyt łatwy, więc sądzę, że krajobraz, który dziś oglądamy, w przyszłości bardzo się zmieni, chyba że mądrzy ludzie szybko dorwą się do władzy.

PLAYBOY: To przerażające.
TRUMP: Nie zgadza się pan z tym?

 

PLAYBOY: Po prostu jestem zaskoczony, że pan to mówi. Cały pana świat to cegły i zaprawa.
TRUMP: Miałem stryjka, który był wielkim profesorem i błyskotliwym facetem – dr John Trump, profesor na Massachusetts Institute of Technology. Całe swoje życie i pracę naukową poświęcił metodom walki z rakiem i, co smutne, sam zmarł na raka. Ale był genialnym naukowcem i mówił mi, że broń stała się tak potężna, że zagraża całej ludzkości. To było 25 lat temu, ale miał rację. Świat się chwieje i będą się działy straszne rzeczy. Dlatego prowadzę takie życie jak prowadzę. Cieszę się nim. Wiem, że życie jest delikatne i jeśli świat za sto lat będzie wyglądał tak samo, to dlatego, że będziemy mieli mnóstwo szczęścia albo niewiarygodnie dobrych przywódców

 

PLAYBOY: Ostatnie pytanie. Pan sprawia wrażenie, że zdobywanie majątku wygląda na łatwe zadanie. Dlaczego nie wszyscy są bogaci?
TRUMP: Niektórzy po prostu nigdy nie będą bogaci. To tak jak z Babe Ruthem, który był najlepszym baseballowym pałkarzem. Nie było drugiego takiego jak on. Koledzy pytali go: „Babe, Babe, jak ty uderzasz tę piłkę, że przelatuje całe boisko?”. „Nie wiem, człowieku. Po prostu robię zamach”. I ja tak na to patrzę. To jest coś, co po prostu masz, rodzisz się z tym. Wiele osób nie ma możliwości, by stać się bogaczami, bo są zbyt leniwi, nie mają w sobie tego pragnienia albo nie umieją się temu poświęcić. Niektórzy mają talent do gry na pianinie, inni mają talent do wychowania dzieci, jeszcze inni do gry w golfa. A ja mam talent do robienia pieniędzy.


Tekst: David Hochman
Zdjęcia: David Rose
Przekład: Marek Krześniak

 

Więcej klasycznych wywiadów PLAYBOYA przeczytasz w naszych specjalnych wydaniach. Do kupienia w sklepie Marquard.pl.

 

Jeśli dobrze czytało ci się wywiad z dzisiejszym kandydatem Republikanów na prezydenta, zapraszamy też do lektury artykułu poświęconego Donaldowi Trumpowi na Playboy.pl.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska