Wywiady PLAYBOYA: Woody Allen

Wywiady PLAYBOYA: Woody Allen

Jeden z najbardziej uznanych amerykańskich reżyserów, czterokrotnie nagradzany Oscarami twórca gatunku zwanego „inteligentną komedią”. Gdy udzielał tego wywiadu, miał zaledwie 32 lata i pierwsze role filmowe na koncie. Zdążył już zdobyć wielką popularność jako komik, ale jego debiut reżyserski miał nadejść za dwa lata, a nagrody za filmy zaczął zgarniać dopiero w latach 70.

PLAYBOY USA MAJ 1967

Na rozmowę redakcja PLAYBOYA wysłała innego komika Sola Weinsteina, który później pisał skecze i komedie dla amerykańskiej telewizji. Nic dziwnego, że w tym wywiadzie nie ma prawie nic na serio. To raczej jeden wielki popis komediowej improwizacji. Zobaczcie, jaki był za młodu twórca Annie Hall – Woody Allen.

PLAYBOY: Do tej pory setki tysięcy osób na Broadwayu obejrzały twoją nową  sztukę "Nie pijcie wody". Czy spodziewałeś się, że to będzie taki hit?
WOODY ALLEN: Nie, do momentu aż podczas prób w Filadelfii usunięto rażące błędy. Zdecydowaliśmy się podnieść kurtynę, oświetlić scenę i zatrudnić aktorów.


PLAYBOY: Jakie jest przesłanie tej sztuki dla ludzkości?

WOODY ALLEN: To jednoznaczne nawoływanie  do powstrzymania się od przyswajana  H2O.


PLAYBOY: Doceniam twoją szczerość. Dlaczego nie pojawiasz się na scenie?

WOODY ALLEN: Och, chciałem, Bóg mi świadkiem. Zgłosiłem się na przesłuchanie, ale nie dostałem roli. A przecież nawet spałem z autorem.


PLAYBOY: Ile czasu to pisałeś?

WOODY ALLEN: 4 godziny.


PLAYBOY: Dlaczego tak długo?

WOODY ALLEN: Przez pierwsze 2,5 godziny nie mogłem się skoncentrować.

PLAYBOY: Czy oprócz myśli przewodniej przez sztukę przewijają się też jakieś mniej istotne motywy?
WOODY ALLEN: Tak. Że ludzie powinni szczotkować zęby co najmniej 2 razy dziennie.


PLAYBOY: Pastą gleem?

WOODY ALLEN: Nie promuję żadnej konkretnej  marki. To co się liczy, to sam nabożny akt szczotkowania. Dzięki temu zapobiega się ubytkom. Jeśli ta sztuka pomoże zapobiec choćby jednemu ubytkowi, mój obowiązek wobec amerykańskiej literatury pięknej zostanie spełniony.

PLAYBOY: Planujesz sequel Nie pijcie wody?
WOODY ALLEN: Prawdę mówiąc, ta sztuka to ostatnia część trylogii. Na część pierwszą i drugą jeszcze nie mam pomysłu. Jednak najlepsze trylogie, to te idące w kolejności 3-2-1, a nie w rosnącej.


PLAYBOY: Przypomnij mi, żebym nie pozwolił ci obstawiać za mnie w Churchill Downs (słynny tor wyścigów konnych w Louisville w USA – przyp. red.). Woody, niedawno trafiłeś do szaleńczego, mrocznego świata Jamesa Bonda, przynajmniej w wersji Charlesa K. Feldmana i jego Casino Royale (komedia z 1967 r. na motywach powieści Ian Fleminga – przyp. red.).
Jak się tam dostałeś?
WOODY ALLEN: Feldman mnie poprosił. Za te pieniądze zgodziłbym się zagrać każdą rolę  – nawet grecki chór.

PLAYBOY: Jaki był twój wkład w ten film?

WOODY ALLEN: Znaczny – gwałty, grabieże i morderstwa. Jako bratanek sir Jamesa Bonda, Mały Jimmy Bond, który dostaje specjalną misję, palę parę osób, robię śmiałe eskapady,  mam kilka romantycznych przygód – a wszystko zakończone wspaniałą wypłatą. Moja kreacja tworzy nowy wymiar niesamowitego tchórzostwa, którego
do tej pory brakowało w takich filmach.

PLAYBOY: Czy identyfikujesz się z takimi superszpiegami dżentelmenami jak James Bond czy Derek Flint (parodia Bonda)?
WOODY ALLEN: Nie. Ale zrozumiałem o co chodzi w Fantastic Voyage (film SF z 1966 r.  – przyp. red.) i bardzo mocno identyfikuję się z zarazkami.

PLAYBOY: Wyobrażam sobie, że świetnie poznałeś Londyn podczas kręcenia Casino Royale. Czy to naprawdę miasto, które nigdy nie śpi, jak mówią?
WOODY ALLEN: Tak, tak! Mają całodobowe stoisko z napojami bezalkoholowymi.

PLAYBOY: Jakie modne, awangardowe i trendy rzeczy tam robiłeś?
WOODY ALLEN: Chodziłem wkoło. Usiadłem na krześle – dwa razy. Poszedłem do kina na kronikę filmową. Sprzedano mi pornograficzne stomatologiczne zdjęcia rentgenowskie. A raz przysiadła się do mnie Cyganka
i bezwstydnie powiedziała słowo „schab”.

PLAYBOY: Czy chodziłeś gdzieś razem z miejscowymi?
WOODY ALLEN: Mieliśmy zabawy grupowe. Odwiedziliśmy grób Guya Fawkesa (lider spisku prochowego z 1605 r., chciał wysadzić brytyjski parlament, został schwytany, stracony w męczarniach, a ciało poćwiartowane i części rozesłane po kraju – przyp. red.) i wysadziliśmy go w powietrze, chodziliśmy po Limehouse (dzielnica słynąca z muzyki, a w literaturze z seryjnych morderców – przyp. red.) i włóczyliśmy po White-chapel, gdzie Kuba Rozpruwacz sieje zgorszenie.

PLAYBOY: Sieje? Przecież Kuba Rozpruwacz nie żyje.
WOODY ALLEN: Żyje i to całkiem nieźle. Wiem to z własnego doświadczenia. Wiele lat temu Irene Adler – którą zawsze będę uważał za Tę Kobietę (Irene Adler to fikcyjna bohaterka jednego z opowiadań o Sherlocku Holmesie
– przyp. red.) – uczyła mnie jak nosić damskie ubrania. Kiedy byłem w Londynie przebrałem się za 80-letnią wywłokę, dbając o najdrobniejsze szczegóły – gnijąca spódnica z turniurą (element sukni, podkreślającą tył bioder – przyp. red.), spękana  gruba warstwa makijażu – i podczas jednego z moich spacerów przez mroczną dzielnicę Whitechapel mężczyzna w czarnym płaszczu wyskoczył z bramy i rzucił się na mnie z brzytwą, krzycząc: „Kuba
znów rozpruwa!”. To był wykapany Basil Rathbone (brytyjski aktor dwukrotnie nominowany do Oscara – przyp. red.).

PLAYBOY: Kupiłeś jakieś modne ciuchy na Carnaby Street, gdy byłeś w Londynie?
WOODY ALLEN: Tak – ładny blaszany garnitur i płaszcz z mięsa krabów.

PLAYBOY: Film Co słychać, koteczku?  kręciłeś w Paryżu. Jesteś zadowolony z rezultatu?
WOODY ALLEN: Okazało się, że to najbardziej dochodowa komedia w historii. Biorąc to pod uwagę, myślę, że wyszło bardzo dobrze.

PLAYBOY: Która część najbardziej ci się podobała?
WOODY ALLEN: Ta, gdy Rommel zostaje pokonany.

PLAYBOY: Czy nie sądzisz, że film Co słychać, koteczku? byłby bardziej wiarygodny, gdybyś to ty, a nie Peter O’Toole, zdobył na końcu Romy Schneider?
WOODY ALLEN: Tak – ale chodziło nam o zaskakujące, niewiarygodne zakończenie.

PLAYBOY: Czy O’Toole był w stanie dotrzymać ci kroku w wyczynach seksualnych?
WOODY ALLEN: Był blisko. Ale mam 2 lub 3 zagrywki, których nie jest w stanie powtórzyć.
To coś na poziomie skoków do wody na olimpiadzie.

PLAYBOY: Krążą plotki, że za każdym razem wymyślasz coś, aby pokazać się nago w filmie. Czy to prawda?

WOODY ALLEN: Zagrałem nagie sceny w każdym swoim filmie, tylko tego nie widać, bo mam skórę z tworzywa sztucznego.

PLAYBOY: Zdradź nam, co myślisz o swoim najnowszym filmowym Jak się masz, koteczku? (Nie mylić z Co słychać koteczku?, to dwa różne filmy – przyp. red.)
WOODY ALLEN: To eksperymentalny obraz i wynajęto mnie do pracy nad nim. Oryginalnie to japoński film szpiegowski. Ja wyrzuciłem japońskie dialogi, napisałem nowe i wsadziłem w usta aktorów. Teraz mówią coś
całkiem innego niż robią na ekranie, więc wychodzi całkiem zabawnie. Jednak faktem jest, że Jak się masz koteczku? został wybrany jednym z 10 najbardziej japońskich filmów roku.

PLAYBOY: Jakie nowe projekty masz na tapecie?
WOODY ALLEN: Chciałbym zamknąć się na rok i spróbować napisać idealnie zrymowany dwuwiersz. Pracuję też nad transmutacją pospolitych metali w złoto. Mówią mi, że to alchemia i że zaniechano tego dawno temu, ale nie wierzę w te brednie. Tworzę też międzyrasowe marionetki, poszczę na scenie, robię antyhapeningi i założyłem nagi kwartet smyczkowy. Noszę się też z pomysłem zrobienia musicalowej wersji Gilgamesza – babilońskiej Biblii. A potem off-Broadwayowego przedstawienia bez postaci, które zatytułowałbym Śmierć komiwojażera, tylko po to, żeby podbić sprzedaż biletów.

PLAYBOY: Wygląda na to, że jesteś zbyt zajęty, aby relaksować się przy swoich hobby, takich jak judo, którego lekcje podobno brałeś jakiś czas temu.
WOODY ALLEN: Dzięki judo złamałem wszystkie większe kości i uszkodziłem każdy organ swojego ciała. Judo pozwala zrobić to szybciej niż jakakolwiek inna sztuka  samoobrony. Ale naprawdę mam wiele intrygujących hobby. Zbieram podklejki do znaczków (kawałki papieru używane przez filatelistów do naprawiania znaczków pocztowych – przyp. red.), gram na grzebieniu, wygrażam staruszkom i rzeźbię w mydle.

PLAYBOY: Jakiego rodzaju mydła używasz?
WOODY ALLEN: Początkowo próbowałem Lifebuoy,  ale to trudny materiał do pracy. Dla prawdziwej czystości formy używam Ivory.

PLAYBOY: Co rzeźbisz z mydła?
WOODY ALLEN: Mydelniczki.

PLAYBOY: Kiedyś całkiem dobrze grałeś też na klarnecie, tak mi powiedziano.
WOODY ALLEN: Nadal pogrywam. Myślę, że dałbym radę zarobić na skromne życie jako klarnecista. Ale moja prawdziwa muzyczna ambicja to zostać pierwszym białym bopowym harfistą.

PLAYBOY: Czy nie było już jazzowego harfisty? Nazywał się Corky Hale.
WOODY ALLEN: Cóż, jak gram na żydowskiej harfie...


PLAYBOY: Cofnijmy się nieco do twoich pierwszych lat w show-biznesie, kiedy pisałeś dowcipy dla takich komików
jak Sammy Kaye, Guy Lombardo i Arthur Murray. Który z nich najlepiej wykonywał twoje numery?
WOODY ALLEN: Och, powiedziałbym, że Sammy Kaye był najlepszy w jednolinijkowych tekstach. Guy Lombardo – w dłuższych, bardziej filozoficznych kawałkach. Ale Arthur Murray najdalej zajechał na moim materiale z powodu swojego – jak to nazywałem – „dobrego wyglądu”.

PLAYBOY: To były także dni kiedy – powiedzmy – zostałeś zwolniony z New York University i z nowojorskiego City College. Żałujesz czegoś?
WOODY ALLEN: Nie zostałem zwolniony. Zakwali-fikowali mnie do Sekcji 8 (zwolnienie z wojska dla osoby mentalnie niezdolnej do służby – przyp. red.) – jako jedyny odznaczony w ten sposób przez instytucję niemilitarną. Jedyne, czego żałuję, to że zmarnowałem tyle czasu w takich miejscach. To było jak kotłowanie się w ponurym, przerażającym bajorze pełnym węgorzy. Kiedy wezwali mnie przed oblicze rady wydziału, aby zakończyć naszą współpracę, powiedzieli m.in., że nie podoba im się porównywanie ich do przerażającego bajora pełnego węgorzy. Wezwali też policję. Do dziś pamiętam tylko, że kiedy dziekan dał mi siekierę, rozpiął swój płaszcz i zarumienił się. Dziwak.

PLAYBOY: Potem nadeszły przełomowe dla ciebie nocne występy w różnych kawiarniach w Greenwich Village. Czy młodym komikom doradzałbyś tę samą ścieżkę?
WOODY ALLEN: The Village nadal wydaje się najlepszym miejscem na start. Nie ma innej drogi. W swoim czasie próbowałem wszystkich. Brałem udział w przesłuchaniu do hooten-annies (imprezy folkowe, na których był „otwarty mikrofon” – możliwość występów dla wszystkich – przyp. red.). Przez wiele miesięcy grałem za darmo w klubie zwanym Duplex, a musiałem z własnych pieniędzy płacić za taksówki i ubrania. Poprawiło mi się, kiedy dostałem pracę w Bitter End (gorzki koniec – przyp. red.). Zacząłem od 75 dol. tygodniowo, a już po 2 latach, wyciągałem z łatwością 76 dol. tygodniowo. Chociaż nadal nie płacili za taksówki.

PLAYBOY: Słyszałem historię, że podczas twoich występów właściciel Bitter End wysyłał piękne modelki na scenę, aby łagodziły twoje ataki paniki, karmiąc cię lodowymi deserami. Czy to prawda?
WOODY ALLEN: Tak, ale to świadczy o mojej dojrzałości, zarówno jako artysty jaki i człowieka,
że pod koniec przestałem zwracać uwagę na lody, a zacząłem rzucać się na modelki.


PLAYBOY: Jak sądzisz, czy teraz publiczność zaakceptowała cię już jako gwiazdę pierwszej wielkości, a nie kolejną
śliczną buzię?
WOODY ALLEN: Myślę, że tak, chociaż bardzo trudno zapomnieć o zaletach mojej powierzchowności, w społeczeństwie, które tak mocno na to stawia. Każdy z jakimkolwiek poczuciem estetyki dostrzega to we mnie już na pierwszy rzut oka.

PLAYBOY: Jacy ludzie stanowią twoją publiczność?
WOODY ALLEN: Głównie osoby leworęczne, samotni podatnicy, liberalny odłam dewiantów i jacyś luteranie. Reszta to Eskimosi.

PLAYBOY: Czy uważasz, że ludzie z różnych klas społecznych i na różnym poziome ekonomicznym mogą doceniać te same dowcipy?
WOODY ALLEN: Nie. Aby doceniać te same dowcipy, musisz mieć identyczne zarobki jak osoba doceniająca te same dowcipy. Oczywiście biorąc pod uwagę odliczenia podatkowe.


PLAYBOY: Czy jest jakaś pułapka w byciu komikiem, na przykład ludzie oczekują, że cały czas będziesz zabawny?

WOODY ALLEN: Tak, ale robię ich w konia. Na imprezach staję w kącie i udaję koniec stołu.


PLAYBOY: Uważasz, że w dowcipach konieczny jest element skatologiczny?

WOODY ALLEN: Zdecydowanie. Kiedy jakiś z moich monologów zaczyna siadać, zawsze wrzucam swingowy riff Elli Fitzgerald i znów pojawiają się śmiechy.

PLAYBOY: Miałem na myśli obsceniczny humor.
WOODY ALLEN: Nie ma takiej potrzeby. Jeśli tekst jest zabawny, to tylko to się liczy. Mógłbym oglądać występujące zakonnice, jeśli byłyby zabawne. Jednak jeśli jesteś obleśny i śmieszny, to bardziej ryzykujesz, niż kiedy jesteś tylko zabawny. Jesteś obleśny i śmieszny – znaczy, że jesteś komikiem. Jesteś obleśny i nieśmieszny – jesteś pedofilem.

PLAYBOY:
Gdybyś nie został obdarzony talentem komediowym, to co teraz byś robił?
WOODY ALLEN: Pewnie byłbym bezdomnym. Nie wierzę w żadną pracę.


PLAYBOY: Gdybyś naprawdę nie miał wyjścia, byłbyś skłonny do żebrania?

WOODY ALLEN: Ponieważ nie wchodzę w interakcje społeczne, nie mógłbym nawiązać emocjonalnego kontaktu z ofiarodawcą. Wyrywanie torebek bardziej by mi odpowiadało. Szybko jest po wszystkim. Nie ma żadnych relacji. Nie ma poczucia winy. Poza tym to nieopodatkowane, no i to doskonała okazja do poznawania kobiet. A po wszystkim możesz sprzedawać torebki.

PLAYBOY: Skąd czerpiesz inspirację do tak zaskakujących żartów?
WOODY ALLEN: Rozwalam sobie potylicę drewnianym młotkiem, a potem zapisuję to co z tego wyjdzie. Wszystko dobre co kiedykolwiek napisałem, jest rezultatem piekielnie mocnych uderzeń.

PLAYBOY: Duża część twoich żartów jest autoironiczna. Naprawdę uważasz, że jesteś zabawny?
WOODY ALLEN: Sądzę, że jestem strasznie zabawny – ale nikt jeszcze mi tego nie potwierdził.

PLAYBOY: że twoja technika przerabiania osobistych nieszczęść w komedię pomaga ci „wyrównać rachunki ze światem”. To prawda?
WOODY ALLEN: Nie. Robię to dla pieniędzy. Nie da się wyrównać rachunków ze światem. Potrzeba do tego zbyt dużo czasu i zbyt wielu prawników.

PLAYBOY: Wiele z tematów, które poruszasz, nawiązuje do twojego dorastania w żydowskiej klasie średniej. Co sądzisz o humorze żydowskim?
WOODY ALLEN: Istnieje błędne przekonanie na temat mojego bycia Żydem. A w rzeczywistości, tak naprawdę, wcale nie jestem gojem. Mój ojciec jest hieroglificzny i dlatego wierzy w eutanazję i darmowy lunch. Moja matka jest ortodoksyjną paranoiczką i choć nie wierzy w życie pozagrobowe, to nie wierzy też w doczesne. Ja, jeśli mam zdradzić prawdę, jestem żarliwym zboczeńcem. Jesteśmy małą sektą, która spotyka się w zatłoczonych tramwajach i oddaje cześć na swój własny sposób.

PLAYBOY: Powiedziałeś, że twoi rodzice szydzą, że show-biznes to zajęcie dla „cyganów”. Czy nadal chcą, abyś został farmaceutą?
WOODY ALLEN: Już nie. Teraz woleliby, żebym dostał jakąś pracę w dokach albo bym walczył na pięści o nagrody.


PLAYBOY: Według Cahiers du Cinéma (francuski magazyn filmowy – przyp. red.) rozbawiasz ludzi, bo symbolizujesz małego człowieka, który nie potrafi znaleźć swojego miejsca w odczłowieczonym świecie technologii. Czy nadal jesteś skłócony ze światem? Słyszałem np., że nie prowadzisz samochodów.

WOODY ALLEN: Rada Bezpieczeństwa Narodowego wręczyła mi złoty zwój za nieprowadzenie pojazdów mechanicznych. Szacują, że dzięki temu, iż trzymam się z dala od autostrad, uratowano 68 191 istnień.

PLAYBOY: Skoro już jesteśmy przy braku zdolności mechanicznych, kiedyś wspominałeś, o zegarze w twojej sypialni, który chodzi w przeciwną stronę i o magnetofonie, który odpowiada ci zasmarkanym, znudzonym głosem: „Wiem, Woody, wiem...”. Dlaczego maszyny tak na ciebie reagują?
WOODY ALLEN: To czysta złośliwość przedmiotów martwych – w ołówku łamie się rysik, w momencie, kiedy chcę nim coś napisać. On jest gotów to zrobić, poświęcić się, byle tylko utrudnić mi życie. A zauważyłeś, że kiedy wchodzisz pod prysznic, pojawia się celowa sekwencja: najpierw leci lodowata woda, potem wrząca i znów lodowata? Albo że taksówki unikają cię, kiedy bardzo ci się spieszy? To świadomy spisek. Myślę, że mógłbym napisać cały referat na temat umywalek.

PLAYBOY: Umywalek?
WOODY ALLEN: W umywalkach czai się zło. Mają zdolność podejmowania decyzji, o czym nikt nie wie. Podsumowując: nigdy nie widziałem przedmiotu, który nie byłby w to zaangażowany. Wiem, że moja teoria podważy podstawy egzystencjalizmu i wywoła wrogość francuskich intelektualistów, ale tak po prostu czuję.

PLAYBOY: Niektóre z twoich najzabawniejszych numerów nawiązują do twojej psychoterapii. Przynosi ci ona jakieś korzyści?
WOODY ALLEN: Terapia odblokowała moje konto bankowe. Chociaż muszę przyznać, że pozostała we mnie skłonność do biegania po ulicach w obcisłych gatkach i wymachiwania tasakiem do mięsa.

PLAYBOY: Jak reaguje twój psychoanalityk, na to, że go parodiujesz?

WOODY ALLEN: Trudno powiedzieć. Myśli, że jest przepychaczem do zlewu. To wszystko dla niego, to 8 lat prawdziwie wolnego związku. Więc na razie nie było przełomu dla żadnego z nas.


PLAYBOY: Dlaczego?

WOODY ALLEN: Bo nie wierzę, że on powinien wiedzieć wszystko. Każdy może przeprowadzać psychoanalizę, jeśli zna fakty. Ale ja skrywam strategiczne informacje, jak to, że jestem żonaty, nie mówię jakie mam lęki, płeć ani zawód.


PLAYBOY: A on sądzi, że jak zarabiasz na życie?

WOODY ALLEN: Myśli, że handluję wapnem.


PLAYBOY: A właściwie, to kto jest twoim psychoanalitykiem?

WOODY ALLEN: Chorwacki karzeł. Kolejnym powodem, dla którego nie mogę mówić mu wszystkiego, to że prawdopodobnie jest w zmowie ze swoją kozetką. A wiesz co sądzę o przedmiotach. Nie ufam jemu  ani jego kozetce.


PLAYBOY: Jaką masz z nim umowę finansową?

WOODY ALLEN: Załatwiam mu panienki.


PLAYBOY: Wspomniałeś o swoich lękach. Czy poddanie się homoseksualnym pragnieniom jest jednym z nich?

WOODY ALLEN: Raczej nie. Mam zabójczą heteroseksualną moc, którą wzmacniam tanimi witaminami zamawianymi poprzez szemrane firmy wysyłkowe. Cały ociekam seksem. Mógłbym wejść do zatłoczonego pokoju i promieniować swą seksualnością.


PLAYBOY: I robisz tak?

WOODY ALLEN: Nie, bo w tłumie staję się nieśmiały. Jednak czasami można to zaobserwować, gdy wchodzę do pustego pokoju.


PLAYBOY: Czy twoja legendarna nieśmiałość nadal cię prześladuje, np. kiedy ktoś obcy rozpoznaje cię na ulicy i wita cię radośnie?

WOODY ALLEN: Nadal jestem anormalnie wycofany. Na takie pozdrowienie zareagowałbym rumieńcem i mamrotaniem.


PLAYBOY: A co jeśli nieznajomy próbowałby przedłużyć rozmowę mówiąc: „Widziałem cię w telewizji, byłeś świetny...” itp.?

WOODY ALLEN: Spanikowałbym i powiedział, że to nie ja. Potem próbowałbym zmusić go, aby on też przyznał, że nie jest sobą. A potem jako dwóch oszustów udających kogoś innego moglibyśmy poszukać co jeszcze nas łączy i zacząć nasz związek od nowa.

PLAYBOY: Niektórzy krytycy sugerują, że twój sukces opiera się na twoich niepowodzeniach. Jednak ja widzę przed sobą człowieka, który ma piękną młoda żonę (w 1966 r. poślubił Louise Lasser, aktorkę, która debiutowała w jego Co słychać, koteczku? Małżeństwo przetrwało 3 lata – przyp. red.), który grabi mnóstwo „siana” ze swoich sztuk, filmów, ról aktorskich, wysoko opłacanych występów w klubach nocnych i który pisze do takich magazynów jak „The New Yorker” i PLAYBOY. Wydaje się, że jako przegrany lepiej się bawisz niż większość wygranych facetów.
WOODY ALLEN: Moje życie nadal jest serią małych porażek składających się na monumentalną katastrofę. Jeśli tylko mam szansę, to potrafię schrzanić każdą okazję. I nawet jeśli zewnętrzne oznaki mojej egzystencji
poprawiły się, podstawowe problemy pozostają.

PLAYBOY: Jakie to problemy?
WOODY ALLEN: Kobiety nadal mnie skreślają – tyle że teraz to już kobiety z wyższej klasy.


PLAYBOY: Nadal płacisz alimenty z pierwszego małżeństwa? (W wieku 19 lat poślubił 16 letnią Harlene Rosen, byli małżeństwem 7 lat – przyp. red.).

WOODY ALLEN: Mamy układ. Zmieniamy się. Ja płacę jej przez rok, a potem on płaci mi przez rok. Jedyne co jest nie fair, że płacę na utrzymanie dziecka, a my nie mamy dzieci.

PLAYBOY: Chciałbyś mieć dzieci?
WOODY ALLEN: 8 albo 12 małych blondyneczek. Uwielbiam blondynki.


PLAYBOY: Chciałbyś, żeby – gdy dorosną – zaczęły karierę w show-biznesie?

WOODY ALLEN: Wolałbym zobaczyć jej na monstrualnej trampolinie albo jak naciągają innych na drinki w Tijuanie.


PLAYBOY: Razem z nową żoną właśnie wprowadziliście się do apartamentu w Nowym Jorku. Opowiedz o nam tym.

WOODY ALLEN: Nadal meblujemy mieszkanie. Wygląda jak Mount Palomar (wzgórze w Kalifornii, na którym jest obserwatorium astrologiczne – przyp. red.). Salon jest w stylu francuskiego Maroka, z dodatkiem algierskiej secesji. Jadalnia jest aramejska; weranda – późnoromańska; siłownia – wczesnoflamandzka. Wypchany Beduin stoi przy wejściu do garderoby na parasole. Jemy z sarkofagu na mumię. Nasza sypialnia jest pod wodą, więc nie wysypiamy się tak bardzo, jak byśmy chcieli, bo trudno jest wstrzymać oddech na te 8 godzin. Tu i tam leżą worki z cementem i torby ze śmieciami, pieczołowicie zaaranżowane przez naszego dekoratora, który też tam leży pieczołowicie zaaranżowany przez swojego dekoratora.

PLAYBOY: Nazwałbyś to garsonierą playboya?
WOODY ALLEN: Nie, nie jestem facetem, który ma garsonierę playboya. Rzeczy, które wymieniłem, pochodzą z mojej starej kawalerki. Dekorator także.

PLAYBOY: Więc nie chciałbyś okrągłego obrotowego łóżka?
WOODY ALLEN: Nie. Nie jestem fanem okręgów. Wolałbym łóżko w kształcie premiera Ghany.


PLAYBOY: Co sądzisz o Filozofii PLAYBOYA?

WOODY ALLEN: Myślę, że zabiera w gazecie miejsce, które można by przeznaczyć na nagie
zdjęcia. Wrzucajcie „towar” do wywiadów – to moja filozofia.

PLAYBOY: Woody, mimo swych seksualnych przechwałek, przyznałeś, że „nie ma z ciebie pożytku podczas orgii”. Teraz, kiedy stałeś się wielką gwiazdą i sypiasz w międzynarodowym towarzystwie, zmieniłbyś to oświadczenie?
WOODY ALLEN: Nigdy nie byłem na orgii, szczerze. Gdybym został zaproszony, byłbym tym facetem, którego wysyłają po zimne przekąski. Ale i tak nie żałowałbym straconego widoku obcych nagich mężczyzn. Jednakże nie miałbym nic przeciwko, aby zostać mistrzem ceremonii podczas orgii.

PLAYBOY: Co robiłbyś jako mistrz ceremonii na orgii?
WOODY ALLEN: Och, pewnie zrobiłbym to co zawszę robię. I podejrzewam, że oni robiliby to, co zawsze robią, więc mogłoby się to udać.

PLAYBOY: Wątpię. Podobno nie jesteś imprezowym typem i wolisz skromne zabawy w domu. Jaki jest twój przepis na udany wieczór? Spędziłbyś go z kolegami
komikami?
WOODY ALLEN: Raczej spędziłbym go z jedną osobą, z którą nie mam absolutnie nic wspólnego. Cały wieczór moglibyśmy spędzić, unikając jakiegokolwiek kontaktu – werbalnego czy fizycznego – i uciekając od wszelkich pytań, w razie potrzeby, chowalibyśmy się w szafie.

PLAYBOY: Jeśli masz takie podejście, to może najlepiej byłoby nie otwierać drzwi, kiedy gość do nich zapuka?
WOODY ALLEN: O, to byłoby nieuprzejme. Chyba żeby zostawić talerz cukierków na ganku.

PLAYBOY: Kiedy nie urządzasz bachanaliów, to jak spędzasz wieczory?
WOODY ALLEN: Wczesny wieczór poświęcam na niezdrową introspekcję. Po kolacji oglądam Tonight show dla relaksu. Od 1 do 3 w nocy – bóle i męki. Od 3 do 5 – skrucha i żal. Potem przegląd życiowych błędów, a w nim 10 największych własnych gaf, następnie 15 minut niepokoju dla zaawansowanych i mogę iść do łóżka.

PLAYBOY: Masz też ustalony harmonogram koszmarów sennych?
WOODY ALLEN: Nie, nie jestem aktywnym śpiochem. Jednak czasami miewam sny. W jednym atakuje mnie ser. W innym moje ciało zanurzane jest w kadzi pełnej piór. W jeszcze innym uprawiam miłość z jakimiś torfowymi formacjami. Dość częsty jest sen, w którym błąkam się po pustym polu, całując rzadkie minerały, podczas gdy moja matka, symbolizowana przez pingwina, pali papierosy marki Kool i zmaga się w zapaśniczych walkach z drużyną Harlem Globetrotters. Podczas kręcenia Casino Royale śniłem o tym, by być bielizną Ursuli Andress.

PLAYBOY: W czasie swoich podróży poznałeś najbardziej pożądane gwiazdy kina. Która z nich najbardziej cię kręci? Ursula?
WOODY ALLEN: Nie. Brigitte Bardot i Julie Christie. Bardot ma wszystko – i to w najlepszym wydaniu. Nie ma żadnej wady, zwłaszcza wady bycia zbyt idealną.

PLAYBOY: A Julie?
WOODY ALLEN: Ona również ma wszystko, ale to inny rodzaj wszystkiego.

PLAYBOY: Kto jest twoim trzecim wyborem?
WOODY ALLEN: Margaret Hamilton, taka jak pojawiła się w Czarnoksiężniku z Krainy Oz, z zieloną wykrzywioną twarzą i latająca na miotle. Po prostu ocieka seksapilem.


PLAYBOY: Oprócz tych trzech seksbomb, jakie dziewczyn cię kręcą?

WOODY ALLEN: Och, wysokie, chłodne, zdystansowane prusko-krzyżacke dziewczyny. Lubię blondyny o wiejskim typie urody. Lubię aroganckie, zepsute, świntuszące dziewczyny, o ile są bystre i piękne.

PLAYBOY: Jak je wszystkie trzymasz w ryzach?
WOODY ALLEN: Wysyłam im długopisy pod choinkę. Dzięki temu wiernie czekają cały rok.

PLAYBOY: Zauważyłem, że podczas tego wywiadu cały czas podjadasz słodycze. Czy to zachowanie ma podtekst seksualny?
WOODY ALLEN: Lubię słodycze bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Jestem maniakiem czekolad Hershey.

PLAYBOY: Czy zmuszasz żonę, żeby przebierała się za batonik Milky Way lub Trzech Muszkieterów (batoniki początkowo pakowane po 3 – czekoladowy, truskawkowy i waniliowy – stąd nazwa – przyp. red.), żeby...?
WOODY ALLEN: Nie musi się przebierać. Jest bardzo seksowna.


PLAYBOY: Wiele gwiazd zachwala zalety płatków śniadaniowych Wheaties, które mają wspomagać męskość.

Jaki jest twój stosunek do Wheaties?
WOODY ALLEN: Zgadzam się z Kierkegaardem i jego przemyśleniami zawartymi w eseju "O Wheaties". Kierkegaard przekonuje mnie we wszystkich najważniejszych kwestiach związanych z płatkami śniadaniowymi.


PLAYBOY:
Jak przygotowujesz się do aktu miłosnego?
WOODY ALLEN: Jak do każdego innego aktu. Najpierw piszę. Potem, jeśli sądzę, że to wypali, robię to.


PLAYBOY: Chodzi mi o przygotowania fizyczne.

WOODY ALLEN:Trenuję z hokeistami New York Rangers. 

PLAYBOY:
Ale oni mają długą przerwę w sezonie.
WOODY ALLEN: O to chodzi. Stosunki seksualne odbywam tylko jesienią i zimą. Tylko raz  na jakiś czas, choć objeżdżam cały kraj.


PLAYBOY:
Czy mógłbyś szanować dziewczynę, którą interesuje wyłącznie twoje ciało?
WOODY ALLEN: Moje ciało to cud inżynierii porównywalny z akweduktem. Nie widzę powodu, dlaczego miałbym winić dziewczynę za to, że nie jest w stanie oprzeć się chęci zakosztowania nirwany.

PLAYBOY: Skoro mówimy o fizyczności, jak sądzisz, w jakim stopniu na twój sukces wpłynął wygląd?
WOODY ALLEN: Cóż, myślę, że zanim zacznę cokolwiek robić na scenie, najpierw muszę się pokazać.

PLAYBOY:
Nasi czytelnicy mogą być zafascynowani tym, jak jesteś wielki. Podasz nam swoje wymiary?
WOODY ALLEN: Mam 167 cm, a waga waha się od 53 do 57 kg. Dokładny „kilogramaż” zależy od pewnych ruchów w skorupie ziemskiej. To bardzo zawiłe.


PLAYBOY: Ile masz w klatce piersiowej?

WOODY ALLEN: 20 cm, 25 na wdechu.


PLAYBOY: Jak utrzymujesz ciało w tak wyśmienitej formie?

WOODY ALLEN: Od czasu do czasu przychodzi do mnie przedstawiciel kartelu metalurgicznego i robi mi kąpiel w kwasie. A sam regularnie poleruję się ajaxem.


PLAYBOY: Czy nacierasz ciało oliwką przed zdjęciami promocyjnymi?

WOODY ALLEN: Nie, wydzielam naturalne olejki. Pocę się syropem Vicks – to wyjątkowy fenomen. W gorący dzień jestem jak mokradło.

PLAYBOY: Kto prosi o te zdjęcia?
WOODY ALLEN: Żebracy, skazańcy, czasami ludzie ubezwłasnowolnieni i różnego rodzaju podejrzane typki, których nazwiska regularnie pojawiają się w rejestrach stróżów moralności.


PLAYBOY:
Kiedyś podobno powiedziałeś: „Jestem intelektualnym odpowiednikiem Cary’ego Granta”. To prawda?
WOODY ALLEN: Nigdy tego nie powiedziałem. Jakiś pisarz powiedział to w wywiadzie. Ale wierzę w to. Do diabła, lustro nie kłamie.


PLAYBOY:
Twierdzisz także, że roztaczasz zwierzęcy magnetyzm, któremu kobiety nie są wstanie się oprzeć. Jak to wygląda?
WOODY ALLEN: Nazywam to „nowym seksapilem”. Połączyłbym to z wyglądem Michaela Caine’a lub Belmondo, ale nie z reklam czy figur woskowych. Kobiety wyczuwają we mnie gotowość do działania.


PLAYBOY:
Czy kobiety często nie mogą się powstrzymać i ocierają się o ciebie?
WOODY ALLEN: Tak, bo z premedytacją jeżdżę zatłoczonym metrem i autobusami, i żeby wyglądać na bardziej milusiego, zakładam mięciutki sweter lub kardigan. Byłbyś zaskoczony, jak często to działa.

PLAYBOY: Powiedziałeś kiedyś: „Mógłbym zostać pobity, a trzy tygodnie później zrobiłbym z tego coś zabawnego”. Teraz też możesz tak powiedzieć?
WOODY ALLEN: Tak czułem do czasu, aż naprawdę zostałem pobity. Jedyne co potem z siebie wyrzuciłem, to obiad.

PLAYBOY: Wygląda na to, jakbyś nadal nosił ten garnitur, w którym cię pobili. Co powiesz sprzedawcom galanterii, którzy załamują ręce z powodu twojego niedbałego wyglądu?
WOODY ALLEN: Prawdę mówiąc, ubrania są mi doskonale obojętne. Moim ulubionym elementem stroju jest włośnica firmy Hathaway, którą noszę, aby umartwiać się moim fantastycznym poczuciem winy z powodu przyjęcia pewnego razu ciastka, gdy na to nie zasługiwałem. Jeśli kupuję jakieś ubranie, to dlatego, że świetnie wygląda na manekinie. Zdarzało mi się nawet na pójść na imprezy w ciuchach, które nadal były na manekinie.

PLAYBOY: Robiłeś furorę na tych imprezach?
WOODY ALLEN: Nie, ale manekin miał duże branie. Nadal mam całkiem nowe ubrania, które kupiłem 3 lata temu, a których nie założyłem do dziś. Mój apartament jest skarbnicą nienoszonych ubrań.


PLAYBOY:
Jak wybierasz swój strój na dany dzień?
WOODY ALLEN: Zgodnie z zasadą „pierwszego wieszaka”. Zakładam to co jest na pierwszym z brzegu wieszaku. Jeśli wieszak jest pusty, to zakładam wieszak. Poza moją włosienicą, uwielbiam swą żółwiową skorupę. Jest doskonała na brzydką pogodę, a poza tym chroni mnie przed moimi naturalnymi wrogami jak kalmary czy barakudy. Jeśli chodzi o buty, to jeśli znajdę parę, która na mnie pasuje, to noszę je do zdarcia. Dobrze
jest też nosić buty z prawidłami w środku. Dzięki temu moje szuranie staje się bardziej uwodzicielskie.


PLAYBOY:
Czy po o przebudzeniu masz stały harmonogram porannej higieny?
WOODY ALLEN: Moja lewa strona myta jest kompulsywnie – lewa połowa nosa, ust, klatki piersiowej, pępka itd. Wszystko po prawej stronie pozostawiam nasączone naturalnymi olejkami mojego ciała.


PLAYBOY:
Robisz to prawdopodobnie po to, żeby zniewalać innych seksualnie, jednak słyszałem, że zastrzegłeś swój numer telefonu, kiedy twoja kariera nagle wystrzeliła w górę. Dlaczego?
WOODY ALLEN: Kiedy byłem w książce telefonicznej, niektórzy z moich lojalnych fanów dzwonili o każdej porze. Ale potem zacząłem odbierać telefony od wariatów, od ludzi wrzeszczących, że zamierzają popełnić samobójstwo.


PLAYBOY:
I jak sobie z nimi radziłeś?
WOODY ALLEN: Próbowałem ich uspokajać i sugerowałem różne sposoby odejścia. Ale sam nie mam skłonności samobójczych. Czuję zwierzęcy strach przed śmiercią.


PLAYBOY: A gdybyś mógł wybrać, to jak chciałbyś umrzeć?

WOODY ALLEN: Zaduszony ciałami włoskich aktorek.

PLAYBOY: Czy oprócz telefonów od wariatów dostawałeś też listy z pogróżkami?
WOODY ALLEN: Od czasu do czasu. Zasadniczo dzieliły się na dwie grupy – anonimy i listy od rodziny. Często dostaję też propozycje seksualne.


PLAYBOY:
Odrzucasz je?
WOODY ALLEN: To zależy od zdjęcia dołączonego do listu.


PLAYBOY:
Wydajesz się opanowany, cyniczny i przyziemny. A jaki jesteś naprawdę?
WOODY ALLEN: Jestem zimny jak lodowata woda. Chociaż mam skłonność do wymiotów, gdy czuję presję, to zasadniczo jestem opanowany.


PLAYBOY:
Jakie kroki doradzałbyś przy przygotowaniu planu uwodzenia?
WOODY ALLEN: (1) Znajdź dziewczynę. Ta metoda sprawdza się także w przypadku wielbłądów i skóry z boczku, ale dziewczyna zapewne da ci więcej satysfakcji. (2) Oprzyj ją na czymś miękkim – najlepiej na drugiej dziewczynie. (3) Nastaw najbardziej uwodzicielską płytę, jaka istnieje – Owce mogą się paść bezpiecznie (aria z tzw. Kantaty myśliwskiej Bacha – przyp. red.). (4) Dmuchnij je w uszko miechem. (5) Załóż na siebie coś prowokacyjnego, np. kostium norki. (6) Przyjmij fałszywe imię, jak Laszlo czy Helmut. (7) Zaimponuj jej swoją kolekcją postimpresjonistycznego siekanego mięsa. (8) W kulminacyjnym momencie wypuść z garderoby drużynę New York Rangers.


PLAYBOY:
Jak mówisz dziewczynie, żeby była delikatna w końcowym momencie?
WOODY ALLEN: Wyjaśniam jej, że (a) to nie będzie bolało i (b) będzie po wszystkim za 8 sekund.


PLAYBOY: Ostrzegłbyś dziewczynę, mówiąc: „Kochanie, nie jestem dla ciebie odpowiedni”?

WOODY ALLEN: Nie musiałbym. To że jestem złym twardzielem, mam wypisane na twarzy. Dziewczyna poznaje mnie i od razu wie o co chodzi. Noszę automat i szybko opuszczam miasto (odniesienie do powiedzenia rewolwerowców, tylko zamiast pistoletu jest automat – przyp. red.). Mam też tendencję do ślinienia się, co czasem zmniejsza moje szanse.

PLAYBOY: Zawsze łatwo przychodziło umawianie się na randki?
WOODY ALLEN: Nie, generalnie jest trudno. Wolałbym nie mówić, jak ją poznałem, ale kiedyś przez 5 miesięcy umawiałem się z balsamistką zwłok. Żadne z nas się nie skarżyło.


PLAYBOY:
W związku z tym pytanie,  czy masz jakieś odstraszające nawyki lub oddajesz się jakimś niesłychanym aktom perwersji, które twój dział PR stara się ukryć?
WOODY ALLEN: Uwielbiam żuć gumę, którą już wcześniej żuł karzeł. I czasami zakładam strój pielęgniarki i wygaduję sprośności.


PLAYBOY:
Masz inne sekretne nałogi?
WOODY ALLEN: Tak. Cały czas trzymam w sypialni 200 żywych Chińczyków, lubię więzienne jedzenie podawane bez talerza – małe pozbawione smaku porcje fasoli i wodnistej zupy – gdy katują mnie sadystyczni strażnicy podobni do Bartona MacLane’a (amerykański aktor – przyp. red.). Uwielbiam też zioła, korzonki, larwy i szarańczę.


PLAYBOY:
Czy jesteś fanem jedzenia zgodnie z naturą?
WOODY ALLEN: Tak. Najlepszy jest solidny kawałek drewna – sekwoi, o ile to możliwe; jeśli nie, to coś z włochatych porostów. Najlepsza dieta to bogata w tłuszcz i cholesterol, z ogromną ilością słodyczy. Do tego nałogowe palenie, które pomaga budować sylwetkę. Wystawianie się na promieniowanie radioaktywne, także nie zaszkodzi.

PLAYBOY: Jakie popisy fizyczne jesteś w stanie wykonać?
WOODY ALLEN: Potrafię stać na oku. Umiem kichać od tyłu. Mogę dotknąć uchem do drugiego ucha. Jestem w stanie podnieść duże ilości zbutwiałej materii. Do tego zarówno kłamię, jak i uprawiam miłość patologicznie.


PLAYBOY:
Czy kiedykolwiek eksperymentowałeś z narkotykami poszerzającymi świadomość?
WOODY ALLEN: Od czasu do czasu biorę pokrytą czekoladą aspirynę St. Joseph dla dzieci i czuję bluesa pod czaszką. To fantastyczne; mój orgazm jest spotęgowany, widzę bardziej żywe kolory, żyłki na liściach, narodziny bakterii na blatach Fornica. Mam nadzieję stopniowo zwiększać dawkę do dwóch na jeden odlot.


PLAYBOY:
To by było na tyle odnośnie twoich upodobań. A masz jakieś awersje?
WOODY ALLEN: Nie lubię gwałtownie skręcać w lewo; robię zakręt w prawo o 270 stopni, aż będę zwrócony w lewą stronę. Jestem fanem Oceanu Atlantyckiego, ale nie Pacyfiku, który nie przemawia do mnie oceanicznie. Odczuwam psychiczny lęk przed tańczeniem z listonoszem. Mam to od dzieciństwa. Och i jeszcze ta fobia przed panierowanymi kotletami cielęcymi.

PLAYBOY:
Co jeszcze cię gryzie?
WOODY ALLEN: To, że inni komicy stale podkradają moje dowcipy.


PLAYBOY:
Czy dobrze wykonują twoje numery?
WOODY ALLEN: Brakuje im mojego autorytetu, powagi i ogromnego naturalnego ciepła.


PLAYBOY:
Czy toczysz wojnę z kimś ze swojej branży?
WOODY ALLEN: Jedną wojnę – długotrwałą – mam  z krótkowidzem, panem Magoo (bohater filmów rysunkowych – przyp. red.). Nikt nie zaprosi nas na tę samą imprezę.


PLAYBOY:
Tak widziałem to u Winchella (autor pierwszych kolumn plotkarskich – przyp. red.). Czy wśród irytujących cię rzeczy są też zwierzaki? „Wieszasz psy” na psach?
WOODY ALLEN: Nie uważam zwierząt za nieprzyjemne. Jeśli sam miałbym mieć jakieś zwierzę, wybrałbym małża. Są niezwykle czułe, wierne i odstraszają włamywaczy. Nieźle reagują na komendy – lepiej niż psy czy szympansy. Ze wszystkich małży cherrystones (czyli średniej wielkości – przyp. red.) są najbardziej niezawodne.


PLAYBOY:
Porozmawiajmy o sprawach międzynarodowych. Co sądzisz o de Gaulle’u?
WOODY ALLEN: Nie ufam nikomu, kto tak dobrze mówi po francusku.


PLAYBOY:
A co z L.B.J. (prezydent USA Lyndon B. Johnson – przyp. red.) i jego ekipą?
WOODY ALLEN: Ma ranczo i jeden z tych kapeluszy. Cudownie!

PLAYBOY: Modlitwa w szkołach?
WOODY ALLEN: Jestem za. Nie ma ateistów w czasie egzaminów na półrocze.


PLAYBOY:
Co sądzisz o autobusach dla uczniów?
WOODY ALLEN: Przejeżdżałbym tylko te przedwcześnie rozwiniętych.


PLAYBOY: Naruszanie prywatności?

WOODY ALLEN: Moje zdanie na temat naruszania prywatności musi pozostać i pozostanie moją prywatną sprawą. Głęboko oburza mnie twoja chamska ingerencja.


PLAYBOY:
Czarna siła (Black power – slogan odnoszący się do aspiracji Afroamerykanów, by mieć własne władze – przyp. red.)?
WOODY ALLEN: Nie mam pojęcia o szachach.


PLAYBOY: Czerwona Gwardia  (komunistyczna organizacja młodzieżowa w Chinach podczas rewolucji kulturalnej w latach 1966–1968 – przyp. red.)?

WOODY ALLEN: Ani o warcabach.

PLAYBOY:
Jaką masz kategorię wojskową?
WOODY ALLEN: 4-P. W przypadku wojny zostaję jeńcem.

PLAYBOY: Gdybyś miał kategorię 1-A, rozważałbyś spalenie karty poboru, aby uniknąć wysłania na wojnę?
WOODY ALLEN: Komisje wojskowe, podobnie jak komisje edukacji i inne przedmioty nieożywione uważam za zło wcielone. Jeśli chodzi o palenie kart poboru, to nie byłbym w stanie wykrzesać ognia. Nie mógłbym udawać homoseksualisty – taki ogier jak ja nie wiedziałby, od czego zacząć. Ale jeśli poszedłbym do wojska, miałbym naturalną tendencję do zostania bohaterem – o ile dają medale za dezercję. Prawdę mówiąc obecnie pracuję nad niesamowitą tajną bronią, którą będzie można użyć przeciw Vietcongowi – to wiązka elektronów, która wywoła u nich katar.

PLAYBOY: Po której stronie leżą twoje sympatie w sporze między Jastrzębiami i Gołębiami (zwolennikami rozwiązań militarnych i pokojowych – przyp. red.)?
WOODY ALLEN: Szczerze mówiąc moje sympatie leżą po mojej stronie. Czuję do siebie ogromną empatię, i mam tendencję do coraz silniejszego identyfikowania się ze sobą. Tak czy owak, nie wiem kim są państwo Jastrzębie i Gołębie, ale jak się dowiem, zadzwonię do ich drzwi i ucieknę.

PLAYBOY: Ostatnio zaobserwowaliśmy pojawienie się apokaliptycznego gatunku komedii zwanego czarnym humorem. Czy masz jakąś konkretną wizję apokalipsy?
WOODY ALLEN: Śmierć odwiedza mnie w postaci zawoalowanej figurki. Gram z nią w remika o moją duszę – po cencie za każdy punkt, tak żeby było ciekawiej.

PLAYBOY: Czy jakieś kulturowe trendy uważasz za zgubne?
WOODY ALLEN: Jestem przeciwny ewolucji. Obecny stopniowy rozwój gatunków w kierunku wyższych form powinien być powstrzymany – i odwrócony, jeśli to możliwe. Gdyby to ode mnie zależało, pan Scopes znany z „małpiego procesu” (proces z 1925 r., kiedy walczono z zakazem nauczania ewolucjonizmu – przyp. red.) zostałby skazany.

PLAYBOY: Skoro mowa o małpach – często chodzisz na dyskoteki?
WOODY ALLEN: Dość często. Moje ciało generuje rytm, który najlepiej można opisać jako indonezyjski. Raz Sybil Christopher (walijska aktorka – przyp. red.) przestała w klubie Artur tańczyć frug (taniec z połowy lat 60.– przyp. red.), żeby obserwować mnie z kiepsko skrywaną zazdrością i wrogością.

PLAYBOY: Co sądzisz o modzie mini?
WOODY ALLEN: Lubię krótkie sukienki, ale tylko na ekstremalnie grubych dziewczynach o bulwiastych udach, ogromnych umięśnionych łydkach i grubych, pokrytych żyłami kostkach.

PLAYBOY: A jak zapatrujesz się na noszenie długich włosów przez mężczyzn?
WOODY ALLEN: Wolałbym zobaczyć faceta z długimi włosami niż kobietę obciętą na pazia.

PLAYBOY: Dla wielu młodych ludzi długie włosy są symbolem nonkonformizmu i oporu wobec establishmentu. Co sądzisz o studenckich protestach?
WOODY ALLEN: Jestem zdecydowanie za – podobnie jak za studenckim zamieszkami.

PLAYBOY: Co sądzisz o „nowej moralności” na campusach?
WOODY ALLEN: Obecna rewolucja seksualna w college’ach sprawiła, że niemal zapisałem się na studia. Kiedy ja byłem w college’u, nie było otwartej rewolucji seksualnej, tylko sporadyczne akcje partyzanckie. A ja nie byłem zbyt dobry w zasadzkach.

PLAYBOY: Jaki twoim zdaniem jest najważniejszy kulturowy wkład XX stulecia?
WOODY ALLEN: Filmowa wersja Act One (autobiografii dramaturga Mossa Harta – przyp. red.).

PLAYBOY: Co umieściłbyś w kapsule czasu, aby najlepiej reprezentowało to naszą epokę?
WOODY ALLEN: Wypełniłbym ją piórami. Mnóstwem pierza.

PLAYBOY: Panie Heywoodzie Allen, dzięki swoim sztukom teatralnym, filmowym scenariuszom, grze aktorskiej, występom i koncertom w nocnych klubach, twoje nazwisko staje się popularne, a ty stajesz okrakiem nad światem rozrywki niczym – jak określił to jeden z krytyków  – „Colossus of Toads” (brzmi jak Kolos z Rodos, ale oznacza ogromną ropuchę  – przyp. red.). Czy to ci wystarczy, czy  masz jakąś ważniejszą misję w życiu?
WOODY ALLEN: Tak, chciałbym wynaleźć lepsze jo-jo i – co istotniejsze – zrobić największą na świecie kulę z folii aluminiowej. 

 
Tekst: Sol Weinstein
Zdjęcia: Marvin Koner
Przekład: Marek Krześniak

 

Więcej klasycznych wywiadów PLAYBOYA przeczytasz w naszych specjalnych wydaniach. Do kupienia w sklepie Marquard.pl.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska