Rozmowa z Adamem Bieleckim, facetem, który lubi mieć pod górę

Rozmowa z Adamem Bieleckim, facetem, który lubi mieć pod górę

Niewielu z nas kiedykolwiek znajdzie się na wysokości ponad 8000 m. n.p.m. Dla Adama Bieleckiego, w tym momencie chyba najbardziej rozpoznawalnego polskiego himalaisty, to już niemal chleb powszedni. Jak czuje się człowiek w sytuacji naprawdę ekstremalnej? Dlaczego dla niektórych takie sytuacje stanowią sens życia? Jaka jest różnica między mężczyzną i kobietą w Himalajach? Dowiecie się, czytając co ma do powiedzenia facet, który ma 33 lata i wspina się już od dwudziestu.

PLAYBOY.PL: Czy to w ogóle normalne, żeby z własnej woli zajmować się w życiu wchodzeniem pod górę?

BIELECKI: (Śmiech) No wiesz... ale co tak naprawdę jest normalne? Czy żeglarstwo, spacery po parku albo jeżdżenie na snowboardzie są normalne? Jeśli ktoś uważa, że to nienormalne – nie ma sprawy. Nie mam w sobie żadnej potrzeby przekonywania świata, że himalaizm to fajne zajęcie. Ja uważam, że warto to robić, taką drogę sobie w życiu wybrałem i póki co jestem z tego zadowolony. Himalaizm daje mi na tyle dużo, że pomimo niebezpieczeństwa dalej chcę to robić. Niespecjalnie zajmuje mnie pytanie czy to normalne czy nie.

 

PLAYBOY.PL: Co ci to daje, skoro mówisz, że daje ci dużo?

BIELECKI: Mądrzejsi ode mnie próbowali odpowiedzieć na pytanie dlaczego chodzimy po górach i nie udało im się to. Ja napisałem czterysta stron książki i też mi się nie udało. I pewnie nigdy się nie uda. Nie da się tego podsumować w kilku słowach czy zdaniach. Tych powodów jest wiele. Dla mnie istotne są aspekt estetyczny, wyzwanie sportowe, relacje międzyludzkie na takiej wyprawie, aspekt eksploracji – ciekawości tego, co jest za rogiem, aspekt duchowy... I pewnie jeszcze parę innych. Najłatwiej jest spławić kogoś, kto zadaje takie pytanie, mówiąc, że tylko ci, którzy to robią, rozumieją o co w tym chodzi.

 

PLAYBOY.PL: Często to robisz? Masz dość takich pytań?

BIELECKI: Zdarza się. Zwłaszcza kiedy ktoś pyta wprost: „Panie, ale po co tam chodzić, przecież to się zabić można, zimno jest..." to odpowiadam, że płacą mi 5,50 zł za metr. „Kto panu płaci?". Polski Związek Alpinizmu. „Wiedziałem! Wiedziałem, że w tym musi być jakiś haczyk!" (śmiech). Taką rozmowę miałem ostatnio w taksówce. Tak, czasami, kiedy jestem zmęczony, potrafię odpowiedzieć na to pytanie w ten sposób.

 

PLAYBOY.PL: Zawsze wydawało mi się, że na szali są przede wszystkim aspekt sportowy i duchowy...

BIELECKI: Jest ich więcej. Wszystko, czego będziemy próbowali, żeby odpowiedzieć na to pytanie, będzie spłyceniem tematu.

 

PLAYBOY.PL: W książce porównałeś to co robisz do doświadczenia psychodelicznego...

BIELECKI: Duża wysokość sprawia, że jesteśmy w górach w odmiennym stanie świadomości. Mózg jest niedotleniony i funkcjonuje trochę inaczej niż na poziomie morza. Na swoim pierwszym ośmiotysięczniku, czyli na Makalu, nauczyłem się, że tak jak „pod wpływem" nie należy wysyłać sms-ów albo wykonywać ważnych telefonów, tak samo na wysokości 8400 albo 8500 metrów nie należy nagrywać zbyt długich filmików. Jak później obejrzałem ten film to złapałem się za głowę – takie bzdury tam wygadywałem. Podziękowałem też absolutnie wszystkim, więc w razie czego mowę Oscarową mam już z głowy. Wyglądam na tym filmie jak ktoś z zupełnie innym stanie świadomości.

Druga rzecz – chodzenie po górach ma w sobie wiele ze zjawiska deprywacji sensorycznej (zjawisko polegające na celowej redukcji bodźców zmysłowych stosowane w medycynie alternatywnej i eksperymentach psychologicznych – przy. red.). Szczególnie zimą jesteśmy w górach przez długi czas pozbawieni zapachów, kolorów, jest nam zimno, jesteśmy odwodnieni i głodni. To same negatywne bodźce, ale ludzkość ma długą tradycję poszukiwania czegoś konstruktywnego w cierpieniu. Weźmy pustelników albo zjawisko postu. Jeśli umieścimy kogoś w komorze deprywacyjnej, pojawiają się doświadczenia psychodeliczne, wizje, czasami halucynacje. Takie rzeczy też przydarzają się nam na wysokości 8 tys. metrów i wyżej.

 

 

PLAYBOY.PL: Studiowałeś i ukończyłeś psychologię. Dlaczego właśnie psychologię?

BIELECKI: Bo fascynuje mnie drugi człowiek. Ale od początku wiedziałem, że studiuję hobbystycznie. Przede wszystkim chciałem zostać sportowcem.

 

PLAYBOY.PL: Przydaje ci się ta psychologia? W górach i poza nimi?

BIELECKI: Każdy z nas jest na co dzień psychologiem amatorem. Trudno powiedzieć co konkretnie zawdzięczam studiom. Przede wszystkim dały mi one aparaturę pojęciową, która pozwala usystematyzować wiedzę. Nie sądzę, że te zainteresowania mają jakiś szczególny związek z moim wspinaniem.

 

PLAYBOY.PL: Fajne hobby.

BIELECKI: Też tak uważam. Chyba naprawdę musiałem to lubić, bo studia zajęły mi 9 lat (śmiech).

 

PLAYBOY.PL: Mówiłeś, że fascynuje cię drugi człowiek. Relacje międzyludzkie muszą być bardzo ważne w górach, prawda?

BIELECKI: Tak, bardzo. To dla mnie bardzo istotny aspekt wspinania.

 

PLAYBOY.PL: Nie pójdziesz w góry z kimś, z kim wcześniej bardzo dobrze się nie rozumiesz czy może dopiero tam na górze, w sytuacji ekstremalnej, zawiązują się głębokie relacje?

BIELECKI: Są ludzie, z którymi poszedłbym na piwo, ale nigdy nie poszedłbym się wspinać. Są ludzie, z którymi poszedłbym się wspinać, ale na piwo już niekoniecznie. I są tacy – tacy są najlepsi – z którymi poszedłbym i na piwo, i się powspinać.

Często myślę o relacjach, które nawiązuję w górach wysokich jak o przyjaźni okopowej. Masz kilku, najczęściej jednak facetów, zamkniętych na małej powierzchni w warunkach ciągłego stresu czy wręcz zagrożenia życia. Czasami słyszę pytania czy nie boję się jechać w góry z ludźmi, których właściwie nie znam, z którymi nigdy wcześniej się nie wspinałem. To trochę jak w wojsku – żołnierz też nie wybiera z kim jest w batalionie, a bardzo szybko okazuje się, że od kolegi obok zależy jego życie. I w bardzo krótkim czasie te relacje stają się naprawdę głębokie. W górach też bardzo szybko zaczyna się rozmawiać z nowo poznanymi ludźmi jak z przyjaciółmi, na najważniejsze życiowe tematy. Istnieje coś takiego jak górska przyjaźń, braterstwo liny. Dla mnie to fascynujące.

 

PLAYBOY.PL: Takie osoby już z tobą zostają? Więź okazuje się trwała?

BIELECKI: Tak. Mogę z tymi ludźmi nie utrzymywać kontaktu na co dzień, ale z przyjemnością kolejny raz zwiążę się z nimi liną.

 

PLAYBOY.PL: Jak wielu masz takich ludzi?

BIELECKI: Jak napisałem w książce, znalezienie dobrego partnera na Himalaje jest trudniejsze niż znalezienie żony, bo szukamy na mniejszej powierzchni (śmiech). Dobry partner wspinaczkowy to bardzo cenna sprawa. Na pewno przyjemniej jest wspinać się z człowiekiem, którego szczerze lubisz, ale możliwe jest też wspinanie się z takim, którego prywatnie wcale nie uwielbiasz, ale jest profesjonalnym, mocnym partnerem. Wolę iść z taką osobą niż z taką, z którą się świetnie dogaduję, ale nie mam zaufania do jej umiejętności i wiedzy.

 

PLAYBOY.PL: Sam stwierdziłeś, że wspinaczka wysokogórska to raczej męski sport. Dlaczego?

BIELECKI: Kobiet w wysokogórskim wspinaniu jest stosunkowo niewiele, ale są. Powiedziałbym też, że jest ich coraz więcej. Tej zimy pod Nanga Parbat były już dwie kobiety – Elisabeth Revol i Tamara Lunger. Myślę, że to znak naszych czasów. Środowisko wspinaczy jest bardzo zmaskulinizowane, myślę że kobietom jest trudniej się przebić. Wydaje mi się, że bardziej niż nam mogą przeszkadzać im kwestie higieniczne. W starszym pokoleniu wspinaczy mamy też do czynienia ze sporą dawką seksizmu. Widziałem to na własne oczy. Jestem pewien, że Wanda Rutkiewicz (słynna polska himalaistka i pierwsza kobieta w historii, która stanęła na szczycie K2 – przyp. red.) nie miała łatwo. Istnieją faceci, którzy są dla mnie autorytetami w kwestiach górskich, ale jestem w szoku, gdy patrzę jak podchodzą do obecności kobiet w górach. Być może to kwestia pokoleniowa, bo dla mnie płeć w ogóle nie ma znaczenia. Ważne jest to, jakie ktoś ma umiejętności i doświadczenie i czy się fajnie dogadujemy, a nie to czy jest kobietą czy mężczyzną. Miałem zresztą jechać na Mount Everest z Elisabeth Revol. Nie udało się, ale pewnie jeszcze będziemy się razem wspinać.

 

PLAYBOY.PL: Czyli nie jest tak, że kobiety są na przykład mniej wytrzymałe niż mężczyźni?

BIELECKI: Jest wręcz przeciwnie. Kobiety wprawdzie mają mniejszą siłę maksymalną, ale jeśli chodzi o wytrzymałość czy odporność na ból – są lepsze niż faceci. Himalaizm jest sportem typowo wytrzymałościowym, więc myślę, że liczba kobiet będzie tylko wzrastała.

 

PLAYBOY.PL: Sam nazwałeś to, co robisz sportem. Czy himalaizm rzeczywiście jest sportem czy może czymś więcej?

BIELECKI: To specyficzny rodzaj sportu, ale też coś więcej. Dla mnie aspekt sportowy jest istotny, ale specyfika dyscypliny nie polega na tym, że rywalizujemy ze sobą. Nie ma sztywnych reguł gry – każdy wspinacz musi wymyślić sobie własne zasady i postępować według nich. Bardzo podoba mi się, że wspinanie jest całkowicie niewymierne. Nawet w Tatrach wejście na szczyt i wejście na ten sam szczyt trzy dni później to dwie zupełnie różne sprawy. Przez ten czas może zmienić się wszystko, mogą być zupełnie inne warunki śniegowe, inna ilość lodu na drodze... Dlatego nie można porównywać przejść – tego, że komuś udało się zrobić tę samą drogę szybciej, a komuś innemu wolniej. Nie ma tu miejsca na stawanie na podium i tłum szalejących kibiców, a góry są niemym świadkiem naszych sukcesów i porażek.

 

 

PLAYBOY.PL: Oczywiście, że nie macie kibiców, którzy przychodzą na stadion przebrani i z pomalowanymi twarzami, żeby krzyczeć „Adam do boju", ale ludzi żywo interesuje to, co robicie. Jak myślisz, dlaczego? To w końcu zupełnie inny rodzaj kibicowania – nie oglądanie transmisji meczów, ale raczej czytanie literatury górskiej i interesowanie się waszymi poczynaniami.

BIELECKI: Mamy w Polsce taki fenomen jak kultura górska. Zainteresowanie górami jest bardzo duże. Gwiazdy wspinaczki z całego świata, takie jak Simone Moro czy Denis Urubko są bardziej znane w Polsce niż w swoich rodzinnych krajach. Zawsze, kiedy tu przyjeżdżają, są zdumieni jak dużą estymą są u nas darzeni. Polska jest pod tym względem jedyna w swoim rodzaju. A z czego to zainteresowanie wynika? Wydaje mi się, że himalaizm pachnie przygodą. Myślę że i dla kibiców i dla mnie to niesamowite, że w czasach, kiedy latamy kosmos, ciągle istnieją miejsca na Ziemi, w których nigdy nikogo nie było.

 

PLAYBOY.PL: A twój kibic i potencjalny czytelnik twojej książki sam chodzi po górach? Przynajmniej amatorsko?

BIELECKI: Bywa różnie. Są wśród nich ludzie, którzy sami się wspinają, są tacy, którzy chodzą po górach tylko turystycznie, ale je kochają i są tacy, którzy z różnych powodów w ogóle nie jeżdżą w góry, a pomimo tego czytają literaturę górską, znają historię himalaizmu, pociąga ich ten temat.

 

PLAYBOY.PL: Dyscyplina, którą się zająłeś jest stosunkowo droga. Ile pieniędzy musisz zebrać, żeby wyprawa doszła do skutku?

BIELECKI: Kilkadziesiąt tysięcy złotych. Dokładna suma zależy od charakteru wyprawy, od tego czy wspinam się zimą czy latem i innych czynników. To tak jakbyś mnie zapytał ile kosztuje samochód. Od trzystu złotych do miliona.

 

PLAYBOY.PL: Skąd bierzesz te pieniądze? Od sponsorów?

BIELECKI: Jestem zawodowym wspinaczem, więc wszystko dzieje się na przestrzeni magicznego czworokąta: media, sponsorzy, kibice, ja. Ja się wspinam, media mają atrakcyjną treść, którą zapełniają ramówkę, dzięki nim moje poczynania śledzą kibice, a jeśli media i ludzie są zainteresowani – pojawiają się sponsorzy, którzy finansują moje wyprawy i przy okazji pokazują swój produkt albo logo. Układ ma cztery strony i każda powinna być zadowolona. W moim przypadku od jakiegoś czasu to działa, chociaż nie jest to najłatwiejszy kawałek chleba, a dochody są nieregularne. Ale jakoś to funkcjonuje. W kwietniu jadę na kolejną wyprawę.

 

PLAYBOY.PL: Co to za wyprawa?

BIELECKI: Nie mogę jeszcze podać szczegółów, ale zdradzę, że w ostatnich latach moją idée fixe jest poprowadzenie nowej drogi na ośmiotysięczniku, w małym, lekkim zespole. I to chcę zrobić. Nie mogę powiedzieć o jaką górę chodzi, ale jadę w Himalaje.

 

PLAYBOY.PL: Powiedziałeś, że kontakt z mediami jest w twoim przypadku konieczny, żebyś miał jak sfinansować swoje wyprawy. Lubisz to czy to tylko przykry obowiązek?

BIELECKI: Traktuję to jako element mojej pracy. Są dziennikarze, których zwyczajnie lubię i współpracuję z nimi od wielu lat, ale zdarzają się też tacy, którzy są zupełnie nieprzygotowani do wywiadu, nie wiedzą z kim rozmawiają i czego chcą się dowiedzieć – wtedy to uciążliwe. Nie ma reguły.

 

PLAYBOY.PL: Zmierzam do tego, że jestem ciekaw czy kiedy zaczyna się swoją przygodę ze wspinaniem, w twoim wypadku w bardzo młodym wieku, myśli się tylko o samym wspinaniu, czy możliwość zdobycia sławy też jest motywacją?

BIELECKI: Wręcz przeciwnie. Gdybym mógł się wspinać, nie rozmawiając nigdy z żadnym dziennikarzem, byłbym bardzo szczęśliwym człowiekiem. Kontakt z mediami jest dla mnie koniecznością. Zupełnie nie rozumiem pragnienia sławy. Przecież sława to tylko same kłopoty. Nawet nie można wyjść się upić z kolegami, bo jeszcze ktoś zrobi ci zdjęcie i gdzieś opublikuje.

 

PLAYBOY.PL: Ale wielu Polaków kojarzy na przykład nazwisko Kukuczka. Czy kiedy zaczynałeś myślałeś sobie: „Ze mną też tak będzie!"?

BIELECKI: Zupełnie nie. Tak wyszło. Dla mnie to efekt uboczny i konieczność naszych czasów. Nie chcę być celebrytą i wytyczyłem sobie jasną granicę. Chcę dawać ludziom nie siebie, ale mój sport.

 

 

PLAYBOY.PL: Powiesz kilka słów o fizycznym przygotowaniu do wypraw? Jak trenujesz na co dzień?

BIELECKI: Kiedy ktoś mnie pyta ile czasu przygotowuję się do wyprawy, odpowiadam, że dwadzieścia lat. Bo od dwudziestu lat się wspinam. Najlepszym przygotowaniem do wspinania jest samo wspinanie, ale oczywiście mam też taki klasyczny, dopasowany do moich potrzeb trening. Opiera się na ściance wspinaczkowej, bieganiu i ćwiczeniach ogólnorozwojowych. Trzy razy w tygodniu ścianka i trzy razy w tygodniu bieganie albo siłownia.

 

PLAYBOY.PL: Zaczynałeś jako trzynastolatek. Czy już wtedy wiedziałeś, że będziesz dobry?

BIELECKI: Nie zastanawiałem się czy będę dobry, ale miałem jedno potężne pragnienie: dostać się w Himalaje. Taki był mój cel.

 

PLAYBOY.PL: Ważniejsza jest ambicja czy pogoń za przeżyciami?

BIELECKI: Ambicja jest niezbędna, żeby odnieść sukces w jakimkolwiek sporcie, ale myślę, że w moim przypadku chodziło raczej o pogoń za przeżyciami. Jednak ambicja daje wytrwałość. Kiedy wchodzisz na ośmiotysięcznik do głowy przychodzą ci setki wymówek, każących zawrócić. Co więcej, większość z nich to bardzo sensowne argumenty. Trzeba być naprawdę upartym, żeby je zignorować i na ten szczyt wejść. Ambicja w tym pomaga.

 

PLAYBOY.PL: A co byś robił, gdybyś się nie wspinał? Coś, co zafundowałoby ci porównywalną dawkę adrenaliny?

BIELECKI: Nie wiem, na szczęście nie muszę o tym myśleć. Zresztą nie jest tak, że tylko się wspinam. Nie tylko himalaizm jest fajny. Latam na paralotni, jeżdżę na desce, nurkuję, żegluję. Jeszcze kilku sportów próbowałem. Teraz na liście mam kajakarstwo górskie i kitesurfing. Ale zawodowo jestem wspinaczem. Resztę uprawiam rekreacyjnie.

 

PLAYBOY.PL: Czyli Adam Bielecki na urlopie raczej nie wyleguje się na plaży?

BIELECKI: Już drugiego dnia zaczyna mnie nosić. Nie mogę wysiedzieć na miejscu.

 

PLAYBOY.PL: A zdarza się jeszcze, że chodzisz po górach tak jak zwykli śmiertelnicy? Lubisz na przykład wejść od czasu do czasu na Kasprowy?

BIELECKI: Tak, jeżdżę też w niskie góry. Zwłaszcza w Beskidy i Bieszczady. Chociaż w ostatnich czasach raczej po nich biegam niż chodzę. A na Kasprowym byłem tydzień temu z podopiecznymi fundacji Pokonaj Raka.

 

PLAYBOY.PL: Wróćmy do wysokich gór. K2 zimą – uda się?

BIELECKI: Kiedyś komuś na pewno się uda! (śmiech)

 

PLAYBOY.PL: No właśnie. Kiedy i komu?

BIELECKI: Mam nadzieję na wyprawę przyszłej zimy i wierzę, że uda się nam, Polakom.

 

PLAYBOY.PL: „Mam nadzieję na wyprawę"?

BIELECKI: No tak. Jeśli odbędzie się narodowa wyprawa na K2 to na pewno wezmę w niej udział. Ale pytania o to, czy się ona odbędzie to pytania do kierownika wyprawy, czyli Krzyśka Wielickiego. Nie chcę wchodzić w jego kompetencje i w nie swoją rolę.

 

PLAYBOY.PL: To w takim razie powoli kończymy. Powiedz, po co ci ta książka?

BIELECKI: Tak właściwie to nie wiem po co mi ta książka (śmiech). Pierwotnie miała powstać lekka pozycja o wyprawie na Nanga Parbat ze stycznia 2016 roku. W formie dziennika z wyprawy, bogato ilustrowanego, z odsyłaniem do multimediów. Ale po wyprawie, która nie była udana – niewiele z Jackiem Czechem zdziałaliśmy – stwierdziłem, że bez sensu jest pisać o nieudanym wejściu, skoro na koncie mam kilka udanych. I pomysł zaczął ewoluować. Najpierw w stronę napisania książki o wyprawach zimowych. Tu jednak stwierdziłem, że jeśli zdecyduję się napisać o tym, co najbardziej spektakularne to stracę na przykład okazję do opowiedzenia o Himalajach latem, o wspinaniu poza Himalajami, które też jest dla mnie bardzo ważne, stracę okazję do opowiedzenia o tym jak się to wszystko zaczęło, a to też poniekąd ciekawa historia. No i tak zamiast lekkiej książki o jednej wyprawie zrobiło się podsumowanie mojego dwudziestoletniego wspinaczkowego życiorysu. Co – nie ukrywam – zaskoczyło nawet mnie.

 

PLAYBOY.PL: No właśnie! Najpierw mówisz, że interesuje cię tylko wspinanie, nie sława, a później wydajesz książkę z własną twarzą na okładce! (śmiech)

BIELECKI: Dla mnie to jest nowa sytuacja, z którą staram się oswoić. Normalnie to w lustro patrzę tylko jak się golę. A tu nagle wszędzie widzę swoją twarz... Sam jeszcze nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Książkę pisaliśmy bardzo szybko, uwinęliśmy się w pół roku. No ale w życiu czasami właśnie tak jest – pewne rzeczy się dzieją i albo łapiesz tę falę i ciągniesz za ten sznurek albo nie. Tutaj trafił mi się Dominik Szczepański i cały zespół fajnych ludzi zaangażowanych w ten projekt. I zgodziłem się. Kibice od dawna pytali, kiedy wreszcie coś napiszę, a ja broniłem się, broniłem... aż w końcu przestałem się bronić.

 

Rozmawiał: Radek Pulkowski

Zdjęcia: archiwum Adama Bieleckiego

 

 

Adam Bielecki – Himalaista i podróżnik. Członek kadry narodowej we wspinaczce wysokogórskiej. Pochodzi z Tychów, mieszka w Łopuchowie pod Poznaniem. Lider kilkudziesięciu wypraw w góry na 5 kontynentach. W wieku 17 lat zdobył wyróżnienie w konkursie Kolosy 2000 za samotne wejście w stylu alpejskim na Khan Tengri (7010 m.). Jesienią 2011 roku zdobył piąty szczyt świata Makalu (8463 m.). 9 marca 2012 razem z Januszem Gołębiem dokonał pierwszego zimowego wejścia na Gaszerbrum I (8068 m.), co zostało uhonorowane Kolosem i nagrodą Travelera National Geographic, a także zostało uznane przez portal Explorersweb za największe osiągniecie w dziedzinie eksploracji w 2012 roku. W grudniu 2012 roku otrzymał Srebrną Odznakę Za Zasługi Dla Sportu nadaną przez Ministerstwo Sportu i Turystyki. Zdobywca K2 (31 lipca 2012 r.) i uczestnik pierwszego zimowego wejścia na Broad Peak (5 marca 2013). Wiosną 2014 roku wziął udział w zakończonej sukcesem wyprawie na północną ścianę Kanczendzongi.  Zimą 2016 razem z Jackiem Czechem podjął  próbę pierwszego zimowego wejścia na Nanga Parbat 8125. Podczas swoich wspinaczek nigdy nie używał dodatkowego tlenu z butli. Niedawno ukazała się jego napisana wraz z Dominikiem Szczepańskim książka Spod zamarzniętych powiek.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska