Wywiady PLAYBOYA: Jack Nicholson

2016-07-15
Wywiady PLAYBOYA: Jack Nicholson

Aktor o diabolicznym uśmiechu. Jeden z największych gwiazdorów Hollywood. 12 razy był nominowany do Oscara i trzykrotnie zdobył tę statuetkę – za role filmach: „Lot nad kukułczym gniazdem", „Czułe słówka" i „Lepiej być nie może".

PLAYBOY USA KWIECIEŃ 1972

 

Jednak w tej rozmowie z PLAYBOYEM mamy zaledwie 35-letniego Nicholsona, który jeszcze nie nakręcił z Romanem Polańskim Chinatown, i który dopiero zaczął cieszyć się popularnością po filmach Swobodny jeździec i Porozmawiajmy o kobietach. Zobaczcie, jaki był na początku swej drogi do sławy. Jedyny, niepowtarzalny i jeszcze młody – JACK NICHOLSON.

 

PLAYBOY: Czy w twoim sposobie życia w ciągu ostatnich 3 lat, odkąd osiągnąłeś sukces po nakręceniu Swobodnego jeźdźca, zaszły jakieś istotne zmiany?
NICHOLSON: No cóż, po pierwsze nie szukam już pracy. To praca szuka mnie. A zmiany w moim życiu zachodzą właściwie w każdej minucie każdego dnia – dotyczy to na przykład moich poglądów na świat. Przed Swobodnym jeźdźcem byłem zupełnie nieznany, mimo że napisałem scenariusze do sześciu filmów, byłem koproducentem trzech, montażystą albo asystentem montażysty przy pięciu, a zagrałem w dwudziestu. Jedną ze zmian, które zaszły od dnia mojego błyskawicznego sukcesu, jeśli można tak powiedzieć, jest to, że nie mogę się już uganiać byle gdzie za dupami. Nie jestem już na tyle anonimowy, żeby po prostu pogadać sobie towarzysko w barze. Jeśli podejdę do kogoś i powiem: „Cześć, co słychać?”, to takie moje zachowanie staje się publiczne. Poza tym zaraz po Swobodnym jeźdźcu zrobiłem się niegrzeczny dla przyjaciół – nie oddzwaniałem do nich tak szybko, jak powinienem. Dawniej nigdy się nie spóźniałem, a potem nagle zacząłem spóźniać się wszędzie. Teraz, po trzech latach od tego filmu, powoli wracam do punktualności. Ale najbardziej krzepiące w tym wszystkim jest to, że w gruncie rzeczy mało zmieniłem się w środku. Szczerze mówiąc, muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolony z tego, jak przyjąłem sukces. Jest mi dobrze i z każdą chwilą robi się coraz lepiej.

 

PLAYBOY: Czy wyraźnie podniósł się też twój standard życiowy?

NICHOLSON: Jeśli chodzi o konkrety, to do niedawna jeździłem jeszcze starym volkswagenem, rocznik 1967, którego miałem pięć lat. Pozbyłem się go, kiedy zacząłem odnosić wrażenie, że może go za bardzo polubiłem. Mój nowy samochód to Mercedes 600, którym wieczorami zabieram przyjaciół na przejażdżki. Mój obecny dom jest o jedną piątą większy niż ten, w którym mieszkałem wcześniej, i właśnie go kupuję, zamiast wynajmować, chociaż jak na współczesne standardy nie jest to jakiś szczególnie kosztowny dom. Jedyny naprawdę dekadencki nałóg, w jaki niedawno wpadłem, to przepuszczanie kupy forsy w restauracjach. Jeżeli idziesz dziś coś zjeść w towarzystwie czterech do sześciu osób, to byle lunch kosztuje 15 dolarów, obiad około 25, więc pewnie wydaję około 30 dolarów dziennie na jedzenie. Jestem wdzięczny losowi za to, że mogę w takich przypadkach płacić większość rachunków, bo mam pracę, a wielu z moich przyjaciół nie. Kiedy oni pracują, a ja pozostaję bezrobotny, to oni płacą. Ale jedną z moich największych słabości są chyba kubańskie cygara Monte Christo numer dwa, które kupuję w cenie 25 dolarów za pudełko w Europie albo w Kanadzie, gdzie ciągle można je legalnie nabyć. Nie ma nic, co dałoby się porównać z tym cygarem. Próbowałem wszystkich innych wyrafinowanych marek, ale w gruncie rzeczy nie ma lepszego cygara nad Monte Christo, bez dwóch zdań. Jednym z największych błędów zachodniej dyplomacji jest to, że nie utrzymujemy żadnych stosunków z Castro. Mniejsza o Chiny, ale oddajcie mi Kubę, żebym mógł kupować swoje cygara. Zacząłem je palić w Kanadzie podczas zdjęć do Porozmawiajmy o kobietach. Wszyscy przyrzekliśmy wtedy, że nie będziemy palić trawy w czasie kręcenia tego filmu, więc cygara Monte Christo stały się jej świetnym substytutem.

  

PLAYBOY: A dlaczego podjęliście takie zobowiązanie?
NICHOLSON: Mike Nichols słusznie uważał, że trawa nieco zwalnia reakcje. Sądził, że bez niej będziemy bardziej ożywieni i łatwiej będzie nam wczuć się w role młodych ludzi. Chodziło mu zwłaszcza o te początkowe sekwencje, rozgrywające się na uniwersytecie. Większość ekipy dotrzymała słowa, chociaż czekały nas różne niezwykłe pokusy. W Kanadzie pali się trawę w publicznych barach, a w Vancouver mają ogromny problem z heroiną. Większa część heroiny przemycanej do Kanady trafia do tego miasta, więc w niektórych dzielnicach wolno palić marychę. Nie przymykają cię za to, nie ma żadnych sankcji. Z tego powodu w klubach, w których bywałem, czułem się świetnie i fajnie, chociaż sam nie paliłem. Wszyscy byli radośni i sympatyczni.

 

PLAYBOY: Powiedziałeś kiedyś jakiemuś dziennikarzowi, że paliłeś trawę codziennie przez piętnaście lat. To prawda?
NICHOLSON: W pewnym stopniu. Zacząłem palić trawę mniej więcej piętnaście lat temu. Jestem palaczem towarzyskim, ale całymi miesiącami potrafię nawet nie myśleć o marihuanie.

 

PLAYBOY: Co sądzisz o ustawach anty-marihuanowych?
NICHOLSON: To jakiś obłęd ustanawiać prawa, które czynią przestępców z ogromnej części naszej populacji, zwłaszcza że chodzi o kwestię, która dotyka przecież moralności. Jestem staroświecki w tym sensie, że nie chcę, żeby cały świat był uzależniony od narkotyków. Myślę o czymś takim jak ta sztuczna egzystencja, opisana w Nowym wspaniałym świecie, uważam jednak, że między szczyptą trawki, a tak ponurą wizją jest ogromna różnica. A przecież mamy w kraju różne organizacje, jak Federalne Biuro Narkotykowe, które uprawia propagandę wyjątkowo łatwo wprowadzającą ludzi w błąd. Tu na mojej półce stoi jedna z ich broszurek. Opowiadają w nich na przykład takie brednie: „Strzeżcie się, młodzi i starzy ze wszystkich sfer społecznych. Skręta może ci ofiarować jakiś sympatyczny nieznajomy, ale taki papieros zawiera zabójczą substancję – marihuanę, potężny narkotyk, w którym czają się zbrodnia, szaleństwo i śmierć”. Nie sądzę, żeby istniały jakieś dowody, na których podstawie można by twierdzić, że palenie marihuany prowadzi do stosowania twardszych narkotyków. Nie było tak w moim przypadku, chociaż zapewne nigdy nie zetknąłbym się z innymi narkotykami, gdybym nie zaczął palić. Ale nie jestem uzależniony od żadnych używek. Wiem, kiedy powiedzieć dość.

 

PLAYBOY: Czy najmodniejszym narkotykiem w Hollywood nie jest ostatnio kokaina?
NICHOLSON: Widuję ją tu i ówdzie.

 

PLAYBOY: Próbowałeś?
NICHOLSON: Tak, w gruncie rzeczy jest pobudzająca, ale zdaje się, że na mnie za bardzo nie działa. Nie sądzę, żeby pozostała w modzie zbyt długo, ponieważ jest droga, a przecież jesteśmy w kryzysie. Zresztą mniejsza z tym, czy świat zechce nazywać to kryzysem, chodzi po prostu o to, że ludzie nie mają pieniędzy. Kokaina stała się popularna, bo działa podniecająco na dziewczyny. To jest ten biały proszek, o którym jest mowa w Porgy i Bess: „Nie pozwól, żeby mną zawładnął i doprowadził mnie do szaleństwa”. Kokaina ma taką właściwość, że wprawdzie znieczula niektóre części ciała, ale pobudza inne, na przykład błony śluzowe, czyli także damskie genitalia. To jest prawdziwy powód popularności tego narkotyku. W swojej książce My Wicked, Wicked Ways Errol Flynn pisze, że czasami aplikował sobie odrobinę koki na czubek fiuta, bo działała jak afrodyzjak. Flynn twierdzi jednak, że w gruncie rzeczy nic takiego jak afrodyzjak nie istnieje. W pewnym sensie zgadzam się z nim, chociaż jeżeli zaaplikujesz sobie odrobinę znieczulającej koki na czubek kutasa, bo jesteś za szybki Bill i chciałbyś go trochę uniewrażliwić, to można uważać kokainę za coś w rodzaju pomocnika seksualnego. Poza tym koka działa pobudzająco, dostajesz więc dodatkowego kopa.

 

PLAYBOY: Pięć albo sześć lat temu popularnym seksualnym środkiem pobudzającym był azotyn amylu. Miałeś jakieś doświadczenia z tym narkotykiem?
NICHOLSON: Nigdy nie brałem tak zwanych poppersów, bo się ich boję. Kiedy to mówię znajomym, patrzą na mnie jak na wariata, podejrzewam więc, że ten narkotyk działa silnie w sferze seksualnej. Człowiek robi się od niego czerwony, bo azotyn bardzo pobudza układ oddechowy, o ile wiem, i przyspiesza bicie serca. A ja nie lubię takich przyspieszaczy. Miałem co najmniej kilkanaście okazji, żeby go zdobyć, a nie zrobiłem tego, w związku z czym wydaje mi się, że coś we mnie buntuje się przeciwko niemu. Jeśli chcesz znać prawdę, to wiele osób nie ma pojęcia, co robi, kiedy zażywa taką czy inną substancję, a ja bardzo słabo znam się na narkotykach. Wiem tylko, jak działają na mnie indywidualnie. Jestem na to wyczulony ze względu na swoje wykształcenie aktorskie: muszę wiedzieć, jak się czuję, dlaczego tak, a nie inaczej i jakie jest źródło tych wrażeń. Jeżeli o to chodzi, to miałem wiele doświadczeń z kwasem.

 

PLAYBOY: Kiedy go po raz pierwszy spróbowałeś?
NICHOLSON: Byłem jedną z pierwszych osób w tym kraju, które brały kwas. Było to w czasie eksperymentów laboratoryjnych na Zachodnim Wybrzeżu, dziewięć czy dziesięć lat temu. W tym czasie byłem aktorem totalnie awanturniczym, poszukującym doświadczeń, które mógłbym odłożyć do swoich mentalnych akt, żeby je później wykorzystać w sztuce. Byłem bardzo ciekawy LSD. Niektórzy z moich znajomych przechodzili terapię z użyciem tego specyfiku. Pojechałem gdzieś do centrum LA i pewnego popołudnia zażyłem LSD. Spędziłem wtedy pięć godzin z terapeutą i około pięć kolejnych w domu, w późniejszych stadiach działania. Miałem sporo halucynacji, głównie ze względu na to, w jaki sposób terapeuta zorganizował tę sesję. Włożył mi przepaskę na oczy, przez co pacjent staje się bardziej introspekcyjny i ma więcej wizji przypominających marzenia senne. Wyobraź sobie, jak działa kwas, kiedy nie wiesz nic o jego działaniu. Myślisz, że będzie to coś podobnego do nawalenia się trawą, którą oczywiście paliłem już wcześniej. Ale po kwasie cała rzeczywistość konceptualna znika i w umyśle człowieka pojawiają się rzeczy, które w żaden sposób nie zostały mu zasugerowane; na przykład myślisz, że zobaczysz Boga, będziesz patrzył, jak z liści drzew spływa żywica, poczujesz, jak rozpuszczają ci się niektóre części ciała albo przeżyjesz na nowo swoje narodziny, co właśnie mnie przydarzyło się w czasie pierwszego tripu po kwasie. Możesz się także wystraszyć, że ktoś odetnie ci fiuta, bo masz lęk kastracyjny. Możesz też stanąć pysk w pysk ze swoimi lękami homoseksualnymi. Na połowę z tych rzeczy nie byłem przygotowany.

 

PLAYBOY: Mógłbyś opisać lęki kastracyjne?
NICHOLSON: Na początku sesji nie czułem się za dobrze. Powiedziałem terapeucie, że czuję coś w rodzaju trzepotania w okolicy genitaliów. Przypominało to rozstrój żołądka. Na tym etapie to niepokojące zjawisko, ale nienapawające przerażeniem. Dopiero potem poczułem się bardziej nieswojo i zrobiło mi się zimno w kroczu. W pewnym momencie odzyskałem świadomość, krzycząc, ile sił w płucach, aż w końcu zabrakło mi tchu i pomyślałem, że będę musiał zlikwidować ten genitalny dyskomfort, własnoręcznie obcinając sobie kutasa. Wdałem się w psychologiczną interpretację tego doświadczenia z moim terapeutą. Chciałem wiedzieć, co to znaczy, a on powiedział, że ma to związek z moimi lękami homoseksualnymi. Było to coś w rodzaju paranoi, którą narkotyk wzmocnił. LSD nauczyło mnie wiele o sobie. To było ciekawe doświadczenie psychologiczne.

 

PLAYBOY: A czego się dowiedziałeś z ponownego przeżycia własnych narodzin?
NICHOLSON: Nabrałem przekonania, że nikt nigdy w pełni nie dochodzi do siebie po swoich narodzinach. To była niezwykle plastyczna wizja, wydawało mi się, że jestem w łonie matki, w czymś w rodzaju worka, który jest częścią mnie. Nie odczuwałem żadnej odrębności, nie czułem się oddzielony od niczego, bo wszystko wokół miało identyczną temperaturę. W pewnym momencie coś się zaczęło dziać, nie wiedziałem, co, ale wciąż istniałem tylko ja, bo rozumiesz, byłem całym wszechświatem. Nie wiedziałem nawet, że mam palce i nos. Potem nagle zacząłem odczuwać swoje ciało, poruszać się i poczułem, jak wnętrze waginy przesuwa się wokół mojej twarzy. A potem przyszedł absolutnie traumatyczny moment, kiedy zimne powietrze rzeczywistości owiało mi głowę. To całkowicie mnie wyodrębniło, określiło. Pierwszym doznaniem w tym momencie było to, że jestem osobny, że jestem konkretną osobą. Później nagle znalazłem się w jakimś pokoju, gdzie było jasno, a ja nawet nie wiedziałem, czym jest światło. Opowiadam ci to teraz jak jakąś historię, ale kiedy tego doświadczałem, to tak nie wyglądało, ponieważ nie wiedziałem nawet, czym jest historia, opowieść, czym jest słowo, czym jestem ja sam. Właściwie to trudno opisać. Po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że moje najwcześniejsze emocje wiązały się z poczuciem bycia niechcianym. Wydawało mi się, że w dzieciństwie stanowiłem problem dla moich rodziców. Bo widzisz, oni się rozwiedli tuż przed moim przyjściem na świat. Dziś wiem, że moja matka musiała bardzo ciężko przeżywać ten rozwód. Na pewno nie potrzebowała problemów związanych z opieką nad niemowlęciem w połączeniu z rozpadem swojego małżeństwa, i pewnie część tych kłopotów jakoś do mnie dotarła. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, zrozumiałem w sensie psychologicznym, dlaczego mam taki, a nie inny stosunek do kobiet – a jest to stosunek zależności od nich. Chcę się przypodobać kobietom, bo kiedyś moje życie zależało od ich życzliwości.

 

PLAYBOY: Często zażywałeś kwas od tamtej pory?
NICHOLSON: Kilka razy, ale nie tak często jak większość moich znajomych. Nadal okazjonalnie biorę LSD, chociaż w pewnym sensie trochę się go boję.

 

PLAYBOY: W takim razie dlaczego go nadal zażywasz?
NICHOLSON: Kiedy już poznasz kwas, okazuje się, że widzisz pewne rzeczy, których inaczej nie byłbyś w stanie dostrzec. Rzeczy, które pomagają ci zrozumieć samego siebie. Poza tym biorę wciąż kwas może także dlatego, że jest w tym jakieś wyzwanie. Człowiek wchodzi w LSD, bo nie chce się przyznać przed sobą, że są na świecie rzeczy zbyt dla niego przerażające, tak przerażające, że nie dałby sobie z nimi rady. Ale dobrze wykorzystany kwas może oznaczać też wiele wspaniałych chwil. W czasie zdjęć do Swobodnego jeźdźca w Taos, w Nowym Meksyku, Hopper i ja zażyliśmy trochę kwasu i takich dwóch facetów zawiozło nas na grób D.H. Lawrence’a. Leży na zboczu góry, a obok stoi olbrzymi granitowy grobowiec, w którym została pochowana jego żona. Lawrence leży w czymś w rodzaju krypty. Kiedy tam przyjechaliśmy, kwas właśnie zaczynał działać. Słońce zachodziło i wisiało już nisko nad horyzontem. Dennis i ja bywamy bardzo uczuciowi wobec siebie w takich chwilach. Uwielbiamy opłakiwać dawne czasy i gadać o tym, co będzie. No więc siedzieliśmy sobie, gadając o D.H. Lawrensie i o tym, jak jest pięknie. Postanowiliśmy, że będziemy tak siedzieć na jego grobie, i tyle. Od tej pory mieliśmy żyć tutaj, a jeśli tamci chcieli, żebyśmy dalej pracowali nad filmem, musieliby przyjechać i nas zabrać, bo właśnie tam wtedy byliśmy i tam chcieliśmy być. Patrzyliśmy na drzewa, rozmawialiśmy o sztuce, o tym, czym jest geniusz i zadawaliśmy sobie pytanie, dlaczego ludzie nie mogą być bardziej otwarci. Po pewnym czasie ci goście przyjechali po nas furgonetką. Później Dennis poszedł gdzieś z jakąś kobietą, a ja wróciłem do motelu, w którym mieszkaliśmy. Weź pod uwagę, że byliśmy w samym środku zachodnich terytoriów USA, pachnących kulturą indiańską, więc kiedy wróciłem, wygłupiałem się przez pewien czas, udając, że pilnuję naszych pokoi i rozglądając się, skąd mogliby nas napaść Indianie. Potem słuchałem szumu telewizora przez jakieś dziesięć minut i poczułem się tak, jak gdybym był kłębkiem kabla albo drutu. Rozpierała mnie niesamowita energia, musiałem coś zrobić, więc wyszedłem na spacer. Po kwasie człowiek jest bardzo wrażliwy na światło, więc kiedy wokół górskich szczytów zaczęło robić się jaśniej, zrozumiałem, że zbliża się świt. I było zimno, tak jak tuż przed wschodem słońca. Pomyślałem, żeby lepiej pójść gdzieś, skąd mógłbym go zobaczyć, więc wspiąłem się na drzewo o wysokości jakichś czterdziestu stóp. Byłem tam bardzo szczęśliwy, chociaż kulminacyjne działanie kwasu już wtedy minęło. Patrzyłem na łąkę i zalewające ją światło. Była cała usiana kamieniami, a moją uwagę zwrócił zwłaszcza pewien wielki biały kamień, który wydawał mi się jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek widziałem. W pewnym momencie kamień wstał i nagle zmienił się we wspaniałego białego konia, który wspiął się na tylne nogi, a potem opadł z powrotem na cztery i zaczął kręcić ogonem jak śmigłem, jak gdyby chciał wzbić się w powietrze. Nigdy nie widziałem takiego zachowania u koni. Pomyślałem sobie, że może jednak kulminacyjne działanie kwasu jeszcze nie minęło, bo to jest fantastyczne. Koń zaczął szaleć po łące, rzucać łbem, podskakiwać i wierzgać. To był piękny widok. Potem także wszystkie ciemniejsze kamienie zamieniły się w konie, a ten biały podbiegał po kolei do każdego z nich. Ta chwila dostarczyła mi fantastycznych emocji. Później zszedłem z drzewa, wyszedłem na łąkę i przez jakiś czas podążałem trop w trop za jakimś stadem bydła. Już miałem się zbierać, żeby wrócić do pokoju, kiedy spojrzałem pod nogi i zauważyłem nadmuchiwany plastikowy schabowy z kością. Okazało się, że to taka piszcząca zabawka dla psa. Zupełnie nie przystawała do tego, co przeżyłem. Możesz sobie wyobrazić, jak to na mnie podziałało. Nosiłem ten plastikowy schab w kieszeni marynarki przez większą część czasu, jaki spędziliśmy, kręcąc Swobodnego jeźdźca.

 

PLAYBOY: Podejrzewałeś, jak wielki film z tego wyjdzie?
NICHOLSON: Jeszcze nawet zanim go zobaczyłem, myślałem, że każdy film motocyklowy z Dennisem Hopperem i Peterem Fondą na pewno zarobi przynajmniej kilka milionów dolarów, bo znałem kwoty, które przynosiły takie obrazy. Peter w tamtym czasie stał się Johnem Waynem filmów motocyklowych, a Dennis też zagrał w kilku. Można było przypuszczać, że film z Fondą i Hopperem zarobi, licząc ostrożnie, od trzech do czterech milionów dolarów, i to wyłącznie wśród publiczności motocyklowej, ponieważ Wild Angels zarobili sześć milionów. Ja też zagrałem w kilku takich obrazach, Psych-Out i Hell’s Angels on Wheels, które przyniosły bardzo wysokie zyski. Uważałem ponadto, że scenariusz do Swobodnego jeźdźca stoi co najmniej o stopień wyżej jakościowo, jeśli chodzi o ten gatunek filmowy. Sądząc po jakości tego filmu, po tym, co robił nowego i jakie było jego przesłanie, można było przypuszczać, że uda mu się wyjść poza rynek motocyklistów.

 

PLAYBOY: A ile zarobił Swobodny jeździec?
NICHOLSON: Nie wiem na pewno. Ostatnie szacunki, o jakich słyszałem, mówiły o około dwudziestu milionach.

 

PLAYBOY: Miałeś udział w zyskach?
NICHOLSON: Tak. Przed produkcją nie podpisałem odpowiedniej umowy, ale później dopuszczono mnie do niewielkich udziałów, dostałem jeden procent. To zdarza się bardzo rzadko, w zwykłej korporacyjnej strukturze nigdy się tak nie robi. Pozwolono mi też zmontować moją część filmu, co jest jeszcze dziwniejsze. Miało to związek z tym, że Dennis i ja znaliśmy się od dawna.


PLAYBOY: Czy to prawda, o czym poinformował kiedyś jeden z dziennikarzy, że w czasie sekwencji ogniskowej w Swobodnym jeźdźcu wypaliłeś 155 dżointów?
NICHOLSON: To lekka przesada. Ale za każdym razem, kiedy mieliśmy ujęcie, musiałem wypalić prawie całego skręta. Paliliśmy normalną trawę, niezłą meksykankę ze stanu Michoacán. Ale jest tak, że większa część tej sekwencji polega na przejściu od bycia trzeźwym do bycia nawalonym, więc po pierwszych dwóch ujęciach zadanie, które normalnie wykonuje aktor, zostaje jakby odwrócone. Zamiast być trzeźwym i grać nawalonego na końcu, jestem teraz nawalony na początku i muszę grać trzeźwego, a dopiero potem stopniowo mogę pozwolić sobie na powrót do stanu wyjściowego, który w moim przypadku oznaczał bycie bardzo nawalonym. Był to niezwykły, odwrócony do góry nogami problem aktorski. Dennis dostawał histerii ze śmiechu za kamerą, kiedy to grałem. Prawdę mówiąc, pewne sytuacje, które trafiły do filmu, takie jak moment, gdy odwracam wzrok i staram się nie wybuchnąć śmiechem, były spowodowane tym, że patrzyłem na Dennisa w krzakach, bo on tam dostaje kompletnego świra i śmieje się jak głupi, a ja próbuję naśladować prezydenta Johnsona i nie stracić głowy.

 

PLAYBOY: Słyszałem, że w podobnie naturalistyczny sposób zagrałeś w jednej ze scen w Pięciu łatwych utworach, w tej, w której dochodzi do konfliktu z nabzdyczoną kelnerką.
NICHOLSON: Tak, chodzi ci o scenę, w której kelnerka mówi: „Nie można wymieniać składników”, więc muszę w końcu zamówić sobie kanapkę z sałatką z kurczaka na pszennym toście, ale bez masła, sałaty, majonezu i sałatki z kurczaka, tylko po to, żeby dostać ten tost. No i w końcu bum, zwalam ze stołu wszystkie szklanki, sztućce i talerze. Szczerze mówiąc, coś takiego zdarzyło mi się naprawdę. Wiele lat temu, kiedy miałem może ze dwadzieścia lat, zwaliłem wszystko ze stołu w Pupi’s, kawiarni na Sunset Strip. Carole Eastman, scenarzystka Pięciu łatwych utworów i moja stara znajoma, wiedziała o tym incydencie. A reżyser Bob Rafelson i ja też przeżyliśmy kiedyś podobną przygodę, jak ta z kelnerką, chociaż wtedy nie zrzuciłem naczyń ze stołu. No więc ponieważ Carole i Bob mnie znali, po prostu połączyli te dwa incydenty w jeden i w ten sposób ta scena znalazła się w scenariuszu. Bob i Carole należą do grupy aktorów, scenarzystów i reżyserów, z którymi się trzymam od lat i których uważam za swoją rodzinę zastępczą. Żywię bardzo rodzinne uczucia wobec nich dwojga, a także Charlesa Eastmana, scenarzysty, Roberta Towne’a, aktora, Montego Hellmana, który ostatnio wyreżyserował Two-Lane Blacktop, i Rogera Cormana, który wyprodukował większość moich poprzednich filmów. To trochę tak, jakbyśmy wszyscy razem dorastali. Istnieje między nami rzadko spotykany symbiotyczny związek, w najlepszym sensie słowa „symbiotyczny”. Wygląda na to, że nakręcamy się artystycznie nawzajem. Naprawdę, zawsze byłem przekonany, że oni są bardziej utalentowani ode mnie, i to na wielu polach. Podziwiam ich wszystkich, ale są także moimi przyjaciółmi. W znacznej mierze dojrzałem dzięki temu, co z nimi przeżyłem. Wiem, że oni powiedzieliby to samo na mój temat.

 

PLAYBOY: Jak powstała ta twoja grupa przyjaciół?
NICHOLSON: Zaczęło się od tego, że przyjechaliśmy do Hollywood i zaczęliśmy karierę w tym samym czasie, chodziliśmy na zajęcia z aktorstwa, pracowaliśmy razem w filmach. Moją byłą żonę Sandrę poznałem w grupie, którą aktorstwa uczył Martin Landau. Pod koniec lat pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych nikt z nas nie śmierdział groszem. Przesiadywaliśmy w podupadających teraz kawiarniach, jak The Unicorn, Mac’s, Luan’s, The Renaissance i Chez Paulette. Spotykaliśmy się też w Barney’s Beanery albo graliśmy w rzutki w barze Rain Check — oba te miejsca wciąż jeszcze funkcjonują. Nigdy nie byłem pijakiem, ale należałem do pierwszych klientów w Rain Check i to ja sprowadziłem tam najtęższych ochlapusów. Myślę, że w jakimś sensie Sally Kellerman (aktorka i producentka filmowa – przyp. red.) i ja stworzyliśmy to miejsce. Ludzie w tej grupie pisali sztuki teatralne i odczytywali je na głos w kawiarniach. Kilkoro z nas dosłownie zbudowało niewielki teatr The Player’s Ring, gdzie wystawialiśmy legalnie nasze utwory. Nie mieliśmy ani grosza, wychodziliśmy więc i nocami kradliśmy drewno z tartaków. Okradaliśmy toalety na stacjach benzynowych; lampy, deski, wszystko w taki czy inny sposób kradliśmy. Bardzo dużo czasu poświęcaliśmy aktorstwu, to był naprawdę okres niezwykle intensywnej nauki. Czas świeżości i odkrywania tego, o co w aktorstwie chodzi. Spotykaliśmy nowych ludzi i inspirowaliśmy się ich pracą. Można było też obserwować aktora albo aktorkę, którzy na początku z trudem się wysławiali, a pół roku później potrafili zagrać genialną scenę. Tak to wyglądało na początku.

 

PLAYBOY: Czy teatr i kawiarnie były w tamtym czasie prawie całym twoim życiem?
NICHOLSON: Nie. Należałem też do pokolenia, które zostało wychowane na cool jazzie i Jacku Kerouacu, paradowaliśmy więc w sztruksach i golfach, rozmawiając o Camusie i Sartrze, o egzystencjalizmie i o tym, jak to będzie, kiedy znajdziemy się „w drodze” (aluzja do W drodze Kerouaca – przyp. tłum.). Nie spaliśmy całe noce, a wstawaliśmy o trzeciej po południu. Należeliśmy do wąskiego grona, które oglądało filmy europejskie. Chodziliśmy na pierwsze koncerty Dylana i Raviego Shankara. Paliliśmy dużo trawy, zazwyczaj w kiblu, na podwórku albo na podjeździe przed domem, bo palenie publiczne nie było wtedy cool. Zen robił się modny, słyszeliśmy więc o Alanie Wattsie. Większość z nas miała szczęście, jeśli chodzi o datę urodzenia, nie musieliśmy bowiem iść na wojnę i należeliśmy zapewne do pierwszych osób, które nie kupowały idei tak zwanego amerykańskiego snu. Dużo czasu spędzaliśmy na ulicy, na Sunset Strip. To było na długo zanim handel narkotykami zniszczył tę ulicę. Nie było tam jeszcze klubów rockandrollowych, klubów ze striptizem i kin pornograficznych; było naprawdę fajnie. No i chodziliśmy na mnóstwo przyjęć. Teraz już nie balanguję tak często. To były po prostu przyjęcia, na które każdy przynosił własny alkohol, albo przyjęcia, na których piło się wino. Harry Dean Stanton (aktor – przyp. red.), należący do moich najbliższych kumpli w tamtych czasach, mówi, że ilekroć wspomina mnie z tego okresu, zawsze widzi mnie z kroplą czerwonego wina na moich czerwonych ustach. Kupowaliśmy 19 półgalonowych butelek wina Gallo Red Mountain i wszyscy się upijali. Według najostrzejszej słownikowej definicji tego słowa, pewnie można by nazwać te przyjęcia orgiami. Urządzałem imprezy, na które przychodziły setki ludzi. W moim domu było sporo pokoi i goście wyruszali tam w swoje małe prywatne podróże. Nie wiem, co robili. Wiem jednak, co ja robiłem i wydaje mi się, że można nazwać te przyjęcia orgiami. Ale nie chodzi mi o to, że wszyscy rozbierali się do naga i pieprzyli po całym domu. W czymś takim nigdy nie uczestniczyłem. Raz czy dwa bezskutecznie próbowałem coś takiego sprowokować, bo poszukiwałem jakiegoś dreszczu emocji, ale nigdy mi nie wyszło. Ani razu nie uczestniczyłem w orgii, w której brałyby udział więcej niż trzy osoby, tamte przyjęcia były jednak świetne. Prawdę mówiąc, Dennis i ja zostaliśmy aktorami, bo lubimy imprezy, ludzi, dziewczyny, sztukę, akceptację i wszystko, co jest ulotne i bezpośrednie.

 

PLAYBOY: Przypominasz sobie jakieś wyjątkowe imprezy, w których braliście razem udział?
NICHOLSON: Chodziliśmy dość często na przyjęcia do salonu, który prowadził Samson DeVreer, czarownik. To jeden z największych „purysów” z Hollywood i LA, co do tego nie ma wątpliwości.

 

PLAYBOY: „Purysów”?
NICHOLSON: Przez purysów rozumiem osoby wyjątkowo reprezentatywne dla kultury LA, czyli dla przeładowanego dodatkami kalifornijskiego hamburgera, dla lodów o czterdziestu ośmiu tysiącach smaków i dla elektryzujących cudownych dzieci Hollywoodu. W każdym razie DeVreer prowadził coś w rodzaju domu otwartego, w którym bywali różni tamtejsi wariaci, miejscowi ekscentrycy, jak Vampira. Od czasu do czasu wpadał do niego James Dean. Ludzie na przykład stawiali sobie tarota na tych spotkaniach na długo, zanim tarot zrobił się modny. To były takie przyjęcia perypatetyczne. Zdarzało się, że Samson wyłączał światło w całym domu i czytał swoje wspomnienia. Nie znałem wtedy zbyt wielu ludzi, którzy uwielbiali André Gide’a (pisarz francuski, noblista, prekursor ruchu homoseksualnego we Francji – przyp. red.), więc wszystko to było dla mnie bardzo egzotyczne.

 

PLAYBOY: Z czego się utrzymywałeś w tamtym czasie?
NICHOLSON: Pomagały mi zasiłki dla bezrobotnych. Poza tym nieźle dawałem sobie radę, grając na wyścigach konnych. Czasem wygrywałem cztery razy w ciągu dnia i wracałem z toru z 300 albo 400 dolarami w kieszeni. Przestałem grać, kiedy straciłem całą forsę w czwartej gonitwie i nie mogłem znaleźć swojego samochodu na parkingu w Hollywood Park. Pomyślałem sobie: „No, cudownie. Jestem wkurzony, bo przegrywam, i na dobitkę nie mogę znaleźć wozu. Jak można się doprowadzić do takiego stanu?”. Więc po prostu przestałem grać. Zarabiałem na ogół w telewizji. W tamtych czasach było tam sporo pracy. Robiłem różne seriale i programy sądowe oraz różne inne improwizowane rzeczy tego rodzaju. Grałem na przykład korespondenta w Divorce Court. Swój pierwszy film The Cry Baby Killer, którego producentem wykonawczym był Roger Corman, zrobiłem zaraz po tym, jak wszedłem do zawodu. Grałem licealistę, który porywa kobietę i dziecko, chodzi tu o podobną sytuację, jak z Godziny rozpaczy. Ginąłem na końcu. Po tym filmie nie pracowałem za wiele prawie przez rok. Jednak stopniowo większość ludzi z mojego otoczenia zaczęła dostawać robotę. Jednym z najbardziej pamiętnych filmów był dla mnie Sklepik z horrorami Cormana, który nakręciliśmy w niewiele więcej niż dwa dni zdjęciowe. To historia o pewnym naukowcu, który krzyżuje mięsożerny storczyk z jakąś gargantuiczną rośliną. Zaczyna ją karmić muchami, potem myszami, a na końcu ludźmi. Resztę znasz.

 

PLAYBOY: Ile filmów zrobiłeś dla Cormana?
NICHOLSON: Zagrałem u Rogera główne role w jedenastu horrorach i filmach o krwiożerczych młodocianych przestępcach. Najdłużej kręciliśmy z nim góra dwa tygodnie, a w tym czasie stawki aktorskie wynosiły około 350 dolarów tygodniowo. Nigdy więcej nikt nikomu nie płacił. Kilka lat temu, kiedy Corman robił Masakrę w dniu świętego Walentego w 20th Century-Fox, mając do dyspozycji znacznie większy budżet niż zwykle, powiedziałem: „Roger, będę z tobą absolutnie szczery, ale nie chcę zagrać głównej roli. Zrób coś dla mnie, daj mi najmniejszą rólkę, tylko taką, która wymaga jak najdłuższej obecności na planie”. I Roger się zgodził. Zagrałem kierowcę morderców, pracowałem przez trzy tygodnie i zarobiłem więcej niż kiedykolwiek w jakimkolwiek filmie Cormana, a miałem tylko jedną kwestię dialogową. Powinienem tu dodać, że była to jedyna zabawna kwestia w całym filmie. Ktoś pyta jednego z morderców, który smaruje czymś kulę: „Co robisz, do cholery?”, a ja odpowiadam na to grobowym głosem: „To czosnek. Ofiara nie zginie od kuli, tylko od zatrucia krwi”. Z jakiegoś powodu mój głos zawsze wywoływał śmiech. Ale wyniki Rogera są zdumiewające. Kiedy przestałem z nim pracować, zrobił już 70 filmów i tylko dwa przyniosły straty. Żadne większe studio nie odnotowało nigdy takich wyników.

 

PLAYBOY: Co teraz myślisz o pracy w tych swoich wczesnych niskobudżetowych produkcjach?
NICHOLSON: Pewnie cieszę się z nich bardziej niż powinienem. Wspaniałe było to, że w większości pracowałem z tymi samymi aktorami i scenarzystami, z którymi chodziłem na przyjęcia i do kawiarni. Prawdę mówiąc, w pierwszym i jedynym filmie, który do tej pory wyreżyserowałem, Jedźmy przed siebie, wykorzystałem wielu moich dawnych kumpli. I było mi więcej niż miło, że mogłem to zrobić.

 

PLAYBOY: Dlaczego Jedźmy przed siebie zostało oznaczone przez Motion Picture Association of America jako film tylko dla dorosłych?
NICHOLSON: Bo pokazywaliśmy w nim zupełnie nagich ludzi i pojawiała się tam jedna postać, która się pieprzyła i miała orgazm. Ten orgazm słychać, nie widać. Bohater mówi: „Mam orgazm”. Jestem przekonany, że system oceny filmów przez MPAA jest w stu procentach obłudny. Cenzorzy twierdzą, że chronią w ten sposób amerykańską rodzinę, chociaż rzeczywistość cenzorska wygląda tak, że jeśli ktoś ssie babski cycek, to film dostaje X i jest klasyfikowany jako film tylko dla dorosłych, ale jeżeli obcinasz kobiecie pierś mieczem, to film będzie dozwolony od lat 12.

 

PLAYBOY: A co skłoniło MPAA, żeby jednak zmienić klasyfikację Jedźmy przed siebie na film od lat 16?
NICHOLSON: Walczyła o to Columbia, bo oni nigdy nie wypuścili filmu tylko dla dorosłych. Pokazali moje dzieło zespołowi psychiatrów i dostali setki oświadczeń stwierdzających, że ten film powinni obejrzeć widzowie poniżej 18. roku życia, ponieważ jest realistycznym przedstawieniem pewnego typu zachowań społecznych i odważnym spojrzeniem na pewne problemy. Ted Sorensen, Arthur Schlesinger i wielu wysoko postawionych duchownych wydało oświadczenia, w których wyrazili swoje poparcie dla filmu. Ramsey Clark, członek kancelarii prawniczej, która wystosowała w naszym imieniu apelację wobec zaklasyfikowania Jedźmy przed siebie jako pornografii, przedstawił podsumowanie naszych argumentów. Mam bardzo wiele ciekawych tekstów krytycznych, dowodzących, dlaczego ten film jest moralnie zdrowy. Niektórzy autorzy posunęli się do tego, by twierdzić, że młodzież powinna obejrzeć ten film koniecznie w towarzystwie przynajmniej jednego z rodziców – a to dlatego, żeby rodzice też go zobaczyli. To sprawiło mi największą satysfakcję.

 

PLAYBOY: Czy trzeba było dokonać jakichś cięć, żeby dostosować film dla widzów od lat 16?
NICHOLSON: Nie było żadnych cięć. Jak dotąd nie pozwoliłem na żadne ingerencje cenzury. Jeżeli pozwoliłbym komuś ocenzurować swoje dzieło po to, żeby zarobić więcej pieniędzy, to oznaczałoby, że wycofuję się ze stanowiska, które zajmowałem, kiedy podejmowałem pracę nad tym filmem. Nie mógłbym się sprzeciwiać całej korporacyjnej strukturze Columbia Pictures, gdyby postanowili, że chcą dokonać cięć, bo nie wszystko w tej kwestii zależy ode mnie. Ale jak dotąd Columbia mnie wspierała. Rząd kanadyjski zażądał 45 cięć, więc film nie jest tam dystrybuowany. Na razie nie jest również dystrybuowany w Anglii, ponieważ odmówiłem ocenzurowania sekwencji stosunku w samochodzie. Nie chodzi im o to, że ludzie się pieprzą, ale o ten orgazm. Właśnie to jest dla mnie fascynujące. Innymi słowy, możesz mieć sekwencję, w której wszyscy jęczą, mówią: „O, jak mi dobrze” albo „Pieprz mnie”, ale nikt nie może powiedzieć: „Mam orgazm”.

 

PLAYBOY: Kilku krytyków zasugerowało, że ta scena naznacza cię jako jednego z ostatnich artystów starej szkoły, wychowanych w przekonaniu, że seks jest czymś plugawym. Że jest to coś, co robi się na tylnym siedzeniu auta w kinie samochodowym. Mają rację?
NICHOLSON: Nie, nie uważam, żeby w seksie było coś plugawego. Nie przeszkadza mi też seks na tylnym siedzeniu samochodu i nie rozumiem, dlaczego ktoś mógłby myśleć, że to jest plugawe. Dla mnie na pewno nie jest.

 

PLAYBOY: Ale sposób, w jaki nakręciłeś tę scenę – dziewczyna pochyla się nad przednim siedzeniem, a facet posuwa ją od tyłu – określono jako mało atrakcyjny. Niektórzy z owych krytyków mówili, że może fajnie jest robić to w ten sposób, ale nie jest fajnie na to patrzeć.
NICHOLSON: To był najbardziej bezpośredni, szczery sposób pokazania tej sceny. Pieprzyłem się kiedyś na przednim siedzeniu dwumiejscowego sportowego auta i dlatego wiem, że to praktycznie jedyne miejsce i jedyna pozycja, w której można odbyć stosunek w takim samochodzie. Jeśli chodzi o to, czy jest to atrakcyjne czy nieatrakcyjne, to nie wiem, co może być atrakcyjnego albo nieatrakcyjnego w oglądaniu aktu seksualnego. Ba, załatwiłem nawet jednego krytyka w radiu, który patrzył na sprawę z podobnej perspektywy jak ci jego koledzy, o których wspominałeś. Spytałem go: „A co jest w tym takiego nieatrakcyjnego?”. Odpowiedział, że wydawało mu się, że ten facet wygląda trochę jak gad, no więc musiałem odpowiedzieć kolejnym pytaniem: „Czy w takim razie tylko ludzie piękni mogą się cieszyć seksem?”. Prawdę mówiąc, wiele osób bardzo starało się mi powiedzieć, że jest to dla nich absolutnie podniecająca scena. A moim zdaniem to jedna z najbardziej erotycznych scen, które jak dotąd znalazły się w jakimkolwiek legalnie dystrybuowanym filmie, chociaż wszystko widać tylko na twarzach dwojga ludzi. Wiedziałem, że będzie to scena erotyczna, kiedy ją kręciłem. Cała idea filmu opiera się na tym, że oto mamy pewnego młodego człowieka, który wchodzi w erotyczny związek ze starszą kobietą i nie potrafi się od niej oderwać emocjonalnie, nawet kiedy ona jest już nim zmęczona. Więc kiedy kręciłem tę scenę, zamierzałem jak najdobitniej pokazać, że moi bohaterowie są ze sobą w związku seksualnym. Myślę, że mi się to udało. Nie chciałbym, żeby ktoś powiedział, że coś zrobiłem „ze smakiem”, ale mam wrażenie, że właśnie tak to wyszło. Nadużywanie zwrotu „ze smakiem” śmiertelnie mnie nuży.

 

PLAYBOY: Czy przejście od bycia aktorem do bycia reżyserem było dla ciebie czymś trudnym?
NICHOLSON: Jak na kogoś, kto nigdy wcześniej nie reżyserował, miałem sporo doświadczenia w branży, ale zdumiałem się, jak niewiele wiem o reżyserii, kiedy tylko zacząłem ją uprawiać. W filmie znalazły się też błędy, na które nie miałem wpływu, ale w sumie powstał taki obraz, jaki chciałem zrobić. Jest bardzo głęboko przemyślany. Jedźmy przed siebie nie przyjmuje punktu widzenia rewolucjonisty, celebryty, obłudnego profesora, rozpustnego trenera koszykówki, który usiłuje zostać przywódcą duchowym, ani wojowniczego czarnego, i nie jest też opowiadaniem o życiu kobiety. Mój film przyjmuje wszystkie te punkty widzenia naraz. Dopiero pod koniec widzimy go w całości w planie ogólnym. Kiedy kamera cofa się o krok, widać, że ten facet, który odgrywał dramat rewolucjonisty z lat 60., nie przyciąga tłumów nawet na kampusie, chociaż wywożą go stamtąd w klatce. Pojawia się jego znajomy, usiłuje wskoczyć na ciężarówkę i zatrzymać ją, ale poza nim wszyscy idą po prostu na zajęcia, i tyle.

 

PLAYBOY: Co chciałeś przekazać tym filmem? Zmianę atmosfery wśród studentów?
NICHOLSON: Nie. Raczej powszechnie widoczny fakt, że ludzi nie pociągają zachowania ekstremalne. Chętnie je obserwują, ale nie chcą mieć z nimi nic wspólnego. Szczerze mówiąc, jest to podejrzane. Dlatego Gabriel z Jedźmy przed siebie traci zmysły. Wszystko, co mówi, jest w zasadzie prawdą. Wydaje mu się, że nasze społeczeństwo nie jest zdrowe seksualnie. Niektórzy uważają, że nadmiernie uprościłem sprawę, sprowadzając wszystko do seksu, ale jeżeli realnie popatrzeć na życie, to okaże się, że kiedy nie możesz dać upustu energii seksualnej, zaraz masz kłopoty. Jeżeli gdzieś wyjeżdżasz, nie ma cię w domu trzy dni i nie nawiążesz w tym czasie kontaktu z żadną dziewczyną, to wkrótce nie będziesz myślał o niczym innym, tylko o seksie, nawet jeżeli sprzedajesz Bromo-Seltzer. Po trzech dniach w nowym mieście myślisz: „Dlaczego nie mogę poznać żadnej dupy w barze?”. Albo jeżeli jesteś kobietą: „Dlaczego nie mogę spotkać żadnego faceta? Dlaczego wszyscy faceci, których poznaję, są tacy nieciekawi?”. Nie chodzi o to, że seks to podstawowy żywioł w naszym świecie, tylko po prostu o to, że kiedy się nie spełniasz seksualnie, to nie jest to obojętne dla twojego zdrowia. Chciałbym, żebyśmy mogli wyrażać swoją seksualność na tyle otwarcie, aby pozbawić wszystkie imprezy i rozmowy podtekstów seksualnych. A nie byłoby ich, gdyby nasze społeczeństwo naprawdę zdrowo podchodziło do seksu.

 

PLAYBOY: Co masz na myśli, mówiąc o zdrowym podejściu do seksu?
NICHOLSON: Brak seksualnych zahamowań. To temat wyjęty wprost z Wilhelma Reicha i dobrze ilustrujący jego stanowisko. Znam Reichowską terapię osobiście i na mnie bardzo dobrze podziałała. (Reich był austriackim naukowcem, który twierdził, że tłumienie seksualności może prowadzić do depresji, fobii, schizofrenii oraz do astmy czy nowotworów, a także do problemów społecznych, jak wojna, przemoc i zbrodnia oraz formowania systemów totalitarnych. Jego „odkryciem” był orgon – biopsychologiczna energia organizmu płynąca przez wszechświat. Jego terapia polegała na pozyskiwaniu i odblokowywaniu tej energii – przyp. red.)

 

PLAYBOY: Jak to się stało, że poddałeś się terapii reichowskiej?
NICHOLSON: Aż do niedawna nigdy nie byłem na żadnej terapii, jeśli chodzi o te sprawy. Zdecydowałem się na nią, kiedy rozpadł się mój długotrwały związek z pewną kobietą. Skończył się, zanim zdążyłem się na to przygotować. Ona uważała, że nie jestem wart jej czasu, miała dosyć. To stało się bardzo nagle, bardzo gwałtownie. Byłem nieprzygotowany. Nie mogłem sobie poradzić z tymi wszystkimi emocjami, które mnie ogarnęły, gdy zostałem rzucony.

 

PLAYBOY: Nadal chodzisz na tę terapię?
NICHOLSON: Tak.

 

PLAYBOY: Wiadomo, kiedy zostanie zakończona?
NICHOLSON: Zapewne nigdy. Jak się w nią już raz wejdzie, to nigdy się nie wychodzi. Człowiek po prostu stopniowo poprawia swoje zdrowie i wzmacnia organizm.

 

PLAYBOY: Co jest takiego w terapii reichowskiej, co czyni ją dla ciebie godną uwagi?
NICHOLSON: Struktura tej terapii wydaje mi się rozsądna. Polega na tym, żeby przynieść ulgę, zmiękczając pewne sfery zahamowań, które Reich opisuje jako zbroję powstającą ze strachu przed rozkoszą albo wskutek jej zanegowania. Kiedy tamujesz swoją energię oraz uczucia seksualne i inne, zaczynasz się sam pożerać. Reich twierdzi, że nasze społeczeństwo jest niezdrowe, ponieważ mamy skłonności do fragmentowania i izolowania seksualności. Rozmawiamy o niej jak o podbojach, mamy facetów, którym najbardziej podobają się kobiece tyłki, facetów, którym najbardziej podobają się cycki, facetów, którym najbardziej podobają się nogi, facetów, którym najbardziej podobają się cipy i facetów, którzy najbardziej uwielbiają usta. To wszystko są subiektywizmy.

 

PLAYBOY: Czy te subiektywizmy i męskie zainteresowanie podbojami seksualnymi to nie jest dokładnie to, o czym opowiada Porozmawiajmy o kobietach?
NICHOLSON: Reich i Feiffer, scenarzysta tego filmu, mają ze sobą dużo wspólnego. Ale jest jedna różnica pomiędzy poglądami Julesa i moimi. W wywiadzie dla Playboya mówił o monologu, który nie wszedł do filmu, monologu, w którym grana przeze mnie postać mówi: „Faceci w gruncie rzeczy nie lubią dziewczyn”. To coś, z czym się nie zgadzam, bo jest to prawda, ale tylko jeśli chodzi o niektórych mężczyzn. Ja mam przynajmniej tyle samo przyjaciół, co przyjaciółek. Pozostaję w wielu nieseksualnych związkach z kobietami. Nie usiłuję ściągnąć majtek każdej babce, która mnie interesuje. Na przykład teraz w moim domu mieszka atrakcyjna babka, gwiazda filmowa, z którą nie łączy mnie związek seksualny. Sally Kellerman siadała mi na kolanach i opowiadała o swoich narzeczonych i problemach. Jonathan z Porozmawiajmy o kobietach jest moim dokładnym przeciwieństwem. Nie wydaje mi się, żeby on wiedział, jak porozumiewać się z kobietami inaczej niż je pieprząc.

 

PLAYBOY: Sam przechodziłeś kiedyś taki etap?
NICHOLSON: Oczywiście. Długo byłem infantylny seksualnie. Kiedy zacząłem życie płciowe, usiłowałem po prostu wszystkie uwodzić. Miałem wtedy problemy z przedwczesnym wytryskiem. Wielu facetów ma z tym kłopoty. U mnie ten problem utrzymywał się niemal przez cały czas, mniej więcej do 26. roku życia. Wiesz, kochasz się z dziewczyną, a potem zrobisz góra 8 ruchów i już się spuszczasz. Trudno jest później osiągnąć drugi orgazm, nie tracąc po drodze erekcji, więc jesteś zdesperowany i szukasz sposobów, żeby zrobić dziewczynie dobrze, nie dymając jej, stosując jakieś zastępcze manipulacje. Ewentualnie bierzesz sobie następną dziewczynę, żeby to ona dzieliła z tobą ten problem. Robisz wszystko, żeby nie powiedzieć sobie: „Stary, mam tu poważny kłopot. Nie jestem w stanie się pieprzyć”. Nie opowiadałbym ci teraz o tym, gdybym nadal był w takiej sytuacji. Ale wtedy nie wiedziałem, o co chodzi. Mówiłem sobie: „No tak, nie dymałem żadnej od trzech dni i jestem naładowany”. A potem miałem przedwczesny wytrysk, który właściwie jest formą impotencji. Na dnie tego wszystkiego leżał jakiś rodzaj negacji rozkoszy, bo przecież kobietom, które się ze mną zadawały, nie przynosiło to większej satysfakcji. W moim życiu seksualnym w pewien sposób przekształcałem kobietę w kogoś w rodzaju matki, w autorytarną kobiecą postać. Nie dorastałem przez to do sytuacji, wydawało mi się, że niewiele znaczę, i czułem się dziecinnie. Sporo się wtedy onanizowałem. Żadnego z tych problemów nie rozwiązałem w drodze terapii, tylko samodzielnie. Ale każdy z nich może się pojawić na nowo.


PLAYBOY: To, o czym mówisz, w jakimś sensie też przypomina Jonathana z Porozmawiajmy o kobietach.
NICHOLSON: Bo ja bardzo upodobniłem Jonathana do siebie. Mike Nichols i ja zgadzaliśmy się, że ten facet nie powinien stać się postacią rozpustną, lubieżną, ponieważ w gruncie rzeczy nie o to chodzi. Jonathan to najwrażliwszy bohater tego filmu. To właśnie on nie potrafi dojść do siebie po rozpadzie pierwszego swojego trójkąta seksualnego i potem już nie jest w stanie zaufać żadnej dziewczynie. Kończy w bardzo rytualistycznym, ale szczerym związku z zawodową prostytutką i to jest coś najlepszego, a nie najgorszego, co może dla siebie zrobić. Jest gościem z problemami seksualnymi, który nigdy nie miał dosyć szczęścia, żeby nawiązać z kimś autentyczny kontakt, być może w dużej mierze z własnej winy. Znajduje się w sytuacji, w której naprawdę nie chce już dłużej wyłącznie rżnąć panienek, a kiedy płaci za seks, udaje mu się uniknąć kłopotów życiowych. Nikt się na nikogo nie gniewa. Nikogo nie obchodzi, że gość dmuchnął prostytutkę. Dziwce jest wszystko jedno, czy to on zostanie u niej na noc, czy ona u niego. Nie rozwiązał swojego problemu pozytywnie, ale udzielił sobie najlepszej negatywnej odpowiedzi, na jaką go było stać.

 

PLAYBOY: Rosalyn Dexter napisała w „New York Timesie”: „Porozmawiajmy o kobietach można uznać za studium ukrytego homoseksualizmu dwóch kolegów z akademika, którzy dorastają razem od połowy lat 40. po dzień dzisiejszy”. Czy to uzasadniona interpretacja?
NICHOLSON: Kiedy określenia „ukryty homoseksualizm” używa laik, jest ono równie uzasadnione z medycznego punktu widzenia jak stosowanie pijawek albo innych środków leczniczych, wykorzystywanych w średniowieczu. Pewnie zawsze, kiedy kręcisz film z dwiema głównymi rolami męskimi, pojawia się jakaś konotacja ukrytego homoseksualizmu. Ale można by to chyba przenieść nawet na takie postaci jak Romulus i Remus albo Abbott i Costello. Nie sądzę, żeby ukryty homoseksualizm był w jakimkolwiek sensie intencjonalnym przesłaniem tego filmu.

 

PLAYBOY: A co powiedziałbyś innemu krytykowi, który zasugerował, że „patologiczne historie choroby dwóch głównych bohaterów, które autorzy uważają za reprezentatywne… należałoby określić trafniej jako ekstremalne odchylenia od normy”?
NICHOLSON: Oczywiście istnieją ludzie, którzy nie należą do dzisiejszego wszechotaczającego społeczeństwa seksualnego. Myślę jednak, że Nichols i Feiffer założyli sobie, że będą pisać o ludziach bardzo towarzyskich, o pracujących nowojorczykach, o zamożnych przedstawicielach wolnych zawodów, którzy spotykają się z kobietami, chodzą na koktajle, wdają się w romanse i nieustannie przyglądają się ze wszystkich stron swojej seksualności, starając się w niej znaleźć jakiś sens i dokonywać podbojów seksualnych. W Nowym Jorku jest mnóstwo takich facetów jak w każdym mieście na świecie. Te postaci pewnie nie są dość wyrafinowane intelektualnie dla kultury europejskiej, w której ludzi nie trzyma się w takiej niewiedzy na temat seksualności. Ale wyłączając osoby aseksualne, uważam, że powinniśmy przyjąć, że postaci grane przez Artiego Garfunkela i mnie są pewnie bardziej typowe niż większość z nas chciałaby przyznać. Oczywiście nie są to postaci typowe dla mieszkańców prowincji albo wsi, bo przede wszystkim jest to opowieść miejska. Żaden facet w małym miasteczku nie mógłby być tak otwarcie rozwiązły jak Jonathan. Zostałby napiętnowany jako wyrzutek społeczny, jako człowiek zbyt napastliwy.

 

PLAYBOY: Jedna z twoich kwestii w Porozmawiajmy o kobietach głosi: „Miłość jest tak ulotna, że być może w ogóle nie istnieje”. Uważasz, że to prawda?
NICHOLSON: Nie. Nie wiem, czy potrafiłbym podać wyrazistą definicję miłości, ale uważam, że miłość istnieje w moim życiu i w moich związkach z ludźmi. Nawet gdyby została jutro zakazana i gdyby udało się ją wyeliminować ze wszystkich aspektów życia z wyjątkiem naszych myśli, to i tak istniałaby w moim życiu.

 

PLAYBOY: Prawdopodobnie byłeś zakochany przynajmniej przez jakiś czas swojego trwającego 6 lat małżeństwa. Co było powodem rozwodu?
NICHOLSON: Moje małżeństwo rozpadło się w czasie, kiedy za dnia grałem w filmie, a wieczorami pisałem scenariusz. Po prostu nie miałem czasu prosić o ciszę i spokój albo mówić coś w rodzaju: „No zaraz, chwileczkę, może zachowujesz się nieracjonalnie”. Nie miałem nawet 30 minut na rozmowę. Jeśli druga osoba nie potrafi zrozumieć, że w danym momencie nie mam dla niej czasu, to nie jestem w stanie jej tego wyjaśnić. Wiele ważnych związków w moim życiu rozpadło się, ponieważ pracowałem i nie miałem kiedy zajmować się większymi kryzysami. Jeszcze jednym powodem moich kłopotów osobistych jest to, że w miarę, jak staję się coraz bardziej znany, zaczynam przez to zagrażać swojej partnerce, a przecież nie można nagle zrezygnować ze sławy, żeby ratować związek. A nawet nie powinno się tego robić. Nie muszę cały czas grzać się w światłach jupiterów, ale ktoś, kto chce być pustelnikiem, nie wchodzi do świata filmu.

 

PLAYBOY: Czy po nieudanym małżeństwie miałbyś obawy przed powtórnym ożenieniem się?
NICHOLSON: Jeśli istnieje dla mnie jakiś prawdziwy ślubny odstraszacz, to pewnie taki, że nie byłoby mnie stać na rozwód, gdyby zdarzyło mi się drugie nieudane małżeństwo. Zostałbym finansowo zrujnowany ze względu na niesprawiedliwość prawa rozwodowego, które skubie mężczyznę w sądzie w absolutnie niewiarygodny sposób. Mam nadzieję, że ruchy feministyczne w tym kraju zaczną coś robić, żebyśmy osiągnęli ekonomiczną równość w tej kwestii. Prawdę mówiąc, teraz nie mam z tym problemu, ponieważ pozostaję w dobrych kontaktach z moją byłą żoną. Nasz związek raczej się wypalił niż rozpadł. Nasze drogi po prostu się rozeszły. Zmierzaliśmy w różnych kierunkach w tak oczywisty sposób, że staliśmy się ciężarem nie tylko dla siebie nawzajem, ale także dla naszego dziecka. Ale nie wycięliśmy się wzajemnie z naszego życia. Pozostajemy w kontakcie. Czyli nie jestem jakoś stanowczo przeciwny ponownemu żenieniu się, choć z drugiej strony nie szukam drugiego małżeństwa jako ścieżki wiodącej ku spełnieniu.

 

PLAYBOY: Niedawno w stanie Maryland zaproponowano wprowadzenie prawa umożliwiającego zawieranie trzyletnich kontraktów małżeńskich. Sądzisz, że ta propozycja ma jakiś sens?
NICHOLSON: Tak, oczywiście. Pewien fatalizm może być wpisany w każdy związek, ale jeśli partnerzy zdają sobie sprawę z tego, co takie wyjście awaryjne mogłoby oznaczać dla ich dobrego samopoczucia umysłowego, to może to mieć tylko pozytywne skutki. Na szczęście jestem w tej chwili związany z kimś – z Michelle Phillips (z zespołu The Mamas & the Papas – przyp. red.). – kto ma podobne zdanie na temat małżeństwa jak ja. Nie wydaje mi się, by któreś z nas jakoś szczególnie paliło się do ślubu. Poza tym nie mieszkamy razem.

 

PLAYBOY: To chyba dosyć staroświecki układ?
NICHOLSON: Nie wiem, czy to jest układ staroświecki, czy nie. Ktoś mi niedawno powiedział: „Nigdy nie wiem, czy ty wyprzedzasz modę, czy raczej zostajesz w tyle”. Być może to nowa moda. Michelle i ja rozmawiamy o tym, żeby ostatecznie zamieszkać w osobnych posiadłościach koło siebie. Poznałem ją w bardzo burzliwych okolicznościach. Była żoną mojego dobrego przyjaciela, Dennisa Hoppera, ale ich małżeństwo trwało tylko 8 dni. Zacząłem się z nią spotykać, bo była w depresji. Oczywiście wcześniej zadzwoniłem do Dennisa i upewniłem się, jakie jest jego zdanie na ten temat, obgadałem to z nim. Nie sądzę, żeby miał o to do mnie jakieś pretensje. Aktualnie jest związany z kimś innym. Kiedy moje uczucie do Michelle zaczęło się pogłębiać, powiedziałem jej wprost: „Słuchaj, nie chcę, żebyśmy bezustannie zastanawiali się nad tym, czy nasz związek się rozwija. Niech będzie spontaniczny”. I na razie świetnie się to sprawdza. Próbuję się dalej otwierać, dojrzewać jako mężczyzna i znajdować spełnienie w związku z kobietą. Przez pewien czas nie byłem z nikim związany, ale wydaje mi się, że kiedy z kimś jestem, umiem się bardziej cieszyć swoimi osiągnięciami. Lubię się dzielić z ludźmi i uczyć się, jak to robić. Natomiast kiedy jestem sam, robię się zaskorupiały i pod wieloma względami pokręcony. W tej chwili stoję na takim stanowisku, że rozwijanie własnej seksualności nie daje więcej satysfakcji dzięki rozwiązłości, ale dzięki ciągłej komunikacji z konkretną osobą.

 

PLAYBOY: Czy to oznacza, że zrezygnowałeś ze wszelkich kontaktów seksualnych poza swoją obecną partnerką?
NICHOLSON: Nie musiałem z niczego rezygnować. Chociaż wiesz, nie jestem jeszcze trupem. Jak każdy codziennie odczuwam pociąg do czegoś albo kogoś. Ale ponieważ spełniam się w innych sferach, mam mniejszą ochotę na szukanie spełnienia w drodze uwodzenia czy zdobywania kobiet. Dlatego jeżeli widzę na ulicy jakąś babkę, która mi się podoba, to nie znaczy, że od razu podejdę do niej i zapytam kim jest, poproszę ją o numer telefonu, a potem zadzwonię, „Jak się masz, w porządku?”, „A ty?” i „Czy mogę wpaść?”. Kiedyś zanimbym tam dojechał, spuściłbym się w spodnie. To mi się już nie zdarza. Mam tego dosyć.

 

PLAYBOY: A jak zareagował byś, gdyby Michelle albo twoja przyszła żona zrobiła to z kimś innym?
NICHOLSON: Nie jestem aż takim altruistą, żeby dzielić się z innymi swoją żoną, ale podejrzewam, że gdyby to było coś incydentalnego, to nie pozwoliłbym, aby taka historia zniszczyła coś, co byłoby dla mnie o wiele ważniejsze. Nie wiem jednak, czy poradziłbym sobie z tym. Jak powiedziałem, nie uganiam się już za wszystkimi kobietami. To się zdecydowanie zmieniło. Zdarzało mi się w życiu, że przez 3 albo 4 dni czy tygodnie z rzędu spotykałem się z czterema, a nawet większą liczbą kobiet. Uznałem jednak, że to wewnętrzne kłamstwo. Po prostu nie da się takich związków posunąć poza pewien określony punkt. To nierealistyczne. To tak, jak gdyby starać się pobić jakiś rekord. Każdy wie, że takie rzeczy robi się po prostu po to, by podbudować własne ego. Kilka lat temu powiedziałem jednemu dziennikarzowi, że przez wiele lat dymałem wszystkie panienki, na jakie miałem ochotę. I muszę powiedzieć, bracie, że dziewczyny, z którymi byłem kiedyś związany, przyjęły to moje oświadczenie z prawdziwą niechęcią. Rola Jonathana w Porozmawiajmy o kobietach też zniechęciła do mnie wiele kobiet. Na podstawie zwykłej towarzyskiej rozmowy ze mną można mieć pewne trudności, żeby odróżnić moją postawę seksualną od postawy Jonathana. Możesz sobie wyobrazić, jak zachowuje się w takiej sytuacji dziewczyna, która najpierw idzie na ten film, a potem spotyka mnie. Z jej punktu widzenia staję się tą postacią, negatywnym bohaterem, którego widziała w filmie. A ona nie chce brać udziału w żadnej paradzie cipek. Wiesz, chodzi mi o to, że żadna dziewczyna nie ma ochoty być tylko jedną z całego stada cip, które przeleciałeś. I wcale nie mam do nich o to pretensji.

 

PLAYBOY: Czy to nie sprawia, że chciałbyś pokazać, kim naprawdę jesteś?
NICHOLSON: Właściwie to nie. Robiłem to już dość często. Prawdę mówiąc, jeden z problemów, który ostatnio mnie nęka, polega na tym, że nieustannie odczuwam jakieś nacis- ki, żeby się tłumaczyć przed publicznością. Dlatego nigdy nie biorę udziału w telewizyjnych talk-shows, bo nie chcę stracić pewnej aury tajemniczości, która mnie otacza. Im więcej ludzie o tobie wiedzą, tym trudniej jest im potem uwierzyć, że jesteś kimś innym, niż jesteś. A praca aktora polega na iluzorycznym wcielaniu się w wielu rozmaitych ludzi. Po co miałbym brać udział w programie telewizyjnym i stawać się częścią cudzego wieczoru, spędzanego nad herbatnikami i szklanką mleka, opowiadając, co robiłem tego dnia albo jaką śmieszną historyjkę o kimś tam, albo jak to było, kiedy robiłem coś tam.

 

PLAYBOY: W takim razie dlaczego mówisz o sobie tak szczerze w tym wywiadzie?
NICHOLSON: W tej chwili tego żałuję. Może mówiłem szczerze, ponieważ wiem, że kiedy ludzie przeczytają ten wywiad, ujawni on prawdę o mnie, ale jednocześnie zamąci im w głowach co do tego, kim jestem.

 

PLAYBOY: Czy kiedy grasz, obnażasz się tak samo jak w czasie takiej rozmowy? Twoi znajomi sugerowali, że w tej scenie w Pięciu łatwych utworach, w której się załamujesz i płaczesz na oczach ojca, z którym nie widziałeś się od lat, przywoływałeś wspomnienia swojego taty. Tak było?
NICHOLSON: Oczywiście, kto by tego nie zrobił w takiej scenie? Właściwie nigdy nie byłem bliżej związany ze swoim ojcem. Rzadko bywał w domu. Przeżywał osobistą tragedię, którą był alkoholizm, zresztą nie ukrywano tego przede mną. Po prostu zaakceptowałem to, kim był. A pił nieprawdopodobnie. Chodziłem z nim do barów, kiedy byłem dzieckiem, i ja wypijałem 18 sarsaparilli, a on w tym samym czasie 35 kieliszków 3-gwiazdkowego koniaku Hennessy. Ale nigdy nie słyszałem, żeby podnosił głos i nie widziałem, żeby ktoś się na niego gniewał, nawet moja matka. Był spokojną, melancholijną, tragiczną postacią, bardzo wrażliwym człowiekiem. Umarł rok po moim przyjeździe do Kalifornii.

 

PLAYBOY: Czy brak ojca w domu pozostawił w tobie jakiś ślad?
NICHOLSON: Nie sądzę, chyba nie. Jeżeli tak, polegałoby to po prostu na tym, że nie miałem się na kim wzorować, kiedy sam zostałem ojcem.

 

PLAYBOY: Dlaczego nie pojechałeś na pogrzeb ojca?
NICHOLSON: Mieszkałem wtedy w Los Angeles i brakowało mi pieniędzy na podróż, a w każdym razie to dało mi pretekst do tego, żeby nie jechać. Poza tym nie bardzo chciałem lecieć na Wschodnie Wybrzeże tylko po to, żeby pójść na pogrzeb. Nigdy nie byłem wcześniej na żadnym pogrzebie, pierwszy raz dopiero 2 lata temu, kiedy umarła moja matka i wróciłem do New Jersey.

 

PLAYBOY: Czy celowo unikałeś pogrzebów?
NICHOLSON: Tak. Co prawda nie zdarzały mi się takie, na które musiałbym iść z potrzeby serca albo szacunku dla zmarłego. Ale z pewnością nigdy nie przepadałem za pogrzebami jako pretekstami do spotkań towarzyskich. Śmierć mojej mamy była dla mnie jednak dobrym doświadczeniem. Doskonale wiedziałem, co się dzieje, odczuwałem smutek, wiedziałem, co straciłem. W pewnym momencie, kiedy leżała już w domu pogrzebowym, poprosiłem, żeby wszyscy wyszli, i na tak zwanym czuwaniu przy zwłokach przesiedziałem przy jej trumnie z godzinę. Naprawdę starałem się to wszystko przeżyć i zobaczyć, co czuję. To doświadczenie bardzo mnie oświeciło. Wydawało mi się, że okazywałem miłość mojej mamie. Często się kłóciliśmy – jak wszyscy z rodzicami – ale byłem pewien, że mnie rozumiała. Nie było między nami jakiegoś żadnego skrywanego żalu. Zawsze spełniałem jej oczekiwania wobec mnie i vice versa. W chwili żałoby nie pomyślałem, że jest mi przykro, że kiedyś nie zrobiłem dla niej tego czy tamtego. Czułem się dobrze, na ile można czuć się dobrze, kiedy ktoś bliski umiera.

 

PLAYBOY: Potrafisz myśleć o swojej śmierci?
NICHOLSON: Mój umysł ma z tym trudności. Zwykle wyobrażam sobie, że jestem zamknięty w trumnie pod ziemią i drapię po jej ścianach albo że odczuwam niewiarygodnie piekący ból w czasie kremacji. Myśl, że kiedyś umrę, że kiedyś dojdzie do tego krótkiego spięcia, nigdy mi się specjalnie nie podobała. Dlatego staram się być w formie. Lekarz powiedział mi w zeszłym roku, że jestem w strasznym stanie i że powinienem zacząć ćwiczyć. Teraz każdego ranka biegam wokół stawu na niewielkim wzgórzu koło mojego domu. Dzięki temu czuję się bezpiecznie. Ale mimo to mój sposób myślenia o śmierci ostatnio się trochę zmienił. Już kilkanaście razy zdarzyło mi się siedzieć w spokoju i myśleć, że gdybym miał umrzeć właśnie w tym momencie, to miałbym dobre wspomnienia.

 

PLAYBOY: Czyli niczego specjalnie nie żałujesz?
NICHOLSON: Zabawne, że o to pytasz, ponieważ zbliżają się moje trzydzieste piąte urodziny, dwudziestego drugiego kwietnia, i ostatnio sporo myślałem o tym, co zrobiłem ze swoim życiem, myślałem o sukcesach i upadkach, które zdarzały mi się zarówno w życiu codziennym, jak i w karierze zawodowej. Tak naprawdę żałuję tylko tego, że nie mam wykształcenia akademickiego i trudno mi prowadzić rozmowę w kategoriach akademickich, ponieważ nie jestem wielkim intelektualistą. Żałuję też, że nie utrzymuję częstszych kontaktów z córką. Ma teraz 8 lat. Chciałbym osiągnąć większe sukcesy na polu ojcostwa. 35 lat to jakby kamień milowy. Zapewne ostatnia szansa, żeby zastanowić się nad zarzuceniem tego, od czego zaczynałeś, i wejść w coś kompletnie nowego. Myślałem ostatnio o tym, żeby dać sobie spokój z filmem i zająć się czymś innym, na przykład prowadzić ranczo. Zresztą myślałem o tym już dawniej. Jeden z moich problemów polega na tym, że jestem romantykiem. Zawsze wierzę, że wszystko może być lepiej. Trzeba się jednak przyjrzeć temu, co człowiek robi ze swoim romantyzmem. Próbuje go rozwijać? Czy raczej go porzuca i staje się bardziej pragmatyczny? Nie chodzi mi o to, że zrobiłem mniej niż to, na co mnie stać. Nie chcę się uważać za kogoś, kto poniósł porażkę, jednak mam nadzieję, że w przyszłości zapracuję na większy spokój umysłu niż przez te 35 lat.

 

PLAYBOY: Czy taki spokój umysłu zapewniłoby ci zdobycie Oscara?
NICHOLSON: Nie wiem. Bardzo chciałbym dostać tę statuetkę, chociaż nagrody artystyczne nigdy nie przynoszą wielkiej satysfakcji. A film to niewątpliwie lekka forma sztuki, więc trudno traktować takie nagrody zbyt poważnie. Ale jeśli zdobędę kiedyś Oscara, to na pewno dopiero za jakiś czas… na pewno nie w tym roku. Teraz, kiedy zagrałem 3 dobre role, które spodobały się szerokiej publiczności, trudniej mi jest ją zainteresować, pewnie ze względu na to, że ustawiłem sobie poprzeczkę wysoko. A poufałość zawsze rodzi pogardę.

 

PLAYBOY: Skoro poświęciłeś tyle namysłu swoim trzydziestym piątym urodzinom, to jak chciałbyś je spędzić?
NICHOLSON: Jeżeli będę w takim nastroju, jak zawsze, to otworzę z przyjaciółmi butelkę szampana i wypalimy fantastycznego dżointa. To bardzo by mi pomogło. Oczywiście będzie ze mną Michelle. Zero muzyki, tylko cisza i spokój. Czysta atmosfera. Ale właściwie nie chcę planować tych urodzin, stary. Wolę, żeby były niespodzianką, tak jak niespodzianką było dla mnie wszystko, co osiągnąłem w ciągu tych 35 lat. W ten sposób uniknę przykrej świadomości przemijania i ładnie się ustawię na następną trzydziestkę piątkę. Choć jak się nad tym dobrze zastanowić, to 35-letni facet nie jest chyba jeszcze taki stary.

 

Tekst: Richard Warren Lewis
Zdjęcia: Carl Iri
Przekład: Maciej Świerkocki

 

Więcej klasycznych wywiadów PLAYBOYA przeczytasz w naszych specjalnych wydaniach. Do kupienia w sklepie Marquard.pl.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska