Recep Tayyip Erdoğan – kim jest prezydent, zwany nowym sułtanem Turcji.

2016-07-18
Recep Tayyip Erdoğan – kim jest prezydent, zwany nowym sułtanem Turcji.

Czy to możliwe, aby prezydent Turcji sam sfingował zamach stanu? Wcześniej Recep Tayyip Erdoğan jako jedyny w NATO ostro postawił się Rosji i teraz rozdaje karty w wojnie wszystkich ze wszystkimi, która toczy się na Bliskim Wschodzie. I jest na dobrej drodze, by zostać nowym sułtanem nowoczesnej Turcji.

ilustracja Rafał Piekarski

tekst Jakub Mielnik

 

Niejaki Vezir Cakras przyjechał do Stambułu z mocnym postanowieniem odebrania sobie życia i pewnie by mu się udało, gdyby na jego drodze nie stanął sam sułtan. To znaczy oficjalnie sułtan jest tylko prezydentem, namaszczonym co prawda przez naród w bezpośrednich wyborach, ale jednak przedstawicielem świeckiej republiki, a nie władcą reaktywującym otomańskie imperium. Ale jego wyznawcy wiedzą swoje. 

– Erdoğan jest dla nas jak drugi prorok – za te słowa Ismail Sezer wyleciał co prawda z prezydenckiej partii, ale nikt nie miał wątpliwości, że to tylko przejaw wrodzonej skromności tureckiego władcy, na którego widok mdleją tureckie kobiety a Władimir Putin dostaje drgawek. Nic więc dziwnego, że gdy między Vezirem Cakrasem a samobójczą śmiercią stanął Recep Tayyip Erdoğan, desperacki plan nie mógł się powieść. Tak naprawdę sułtan nawet nie wysiadł z limuzyny. To jego przystrojeni w garnitury dworzanie obskoczyli Cakrasa szykującego się do skoku w fale Bosforu i przekonali, żeby stanął przed władcą. Wzruszony chłopina z dalekiego miasta Siirt na wschodzie Turcji przyklęknął i pocałował w rękę Erdoğana, który nawet nie oderwał swojego iPhone’a od ucha. Gdyby nie współczesne okoliczności zdarzenia, można by przyjąć, że mamy do czynienia ze scenką zaaranżowaną na potrzeby popularnego także w Polsce serialu Wspaniałe stulecie, którego bohaterem jest sułtan Sulejman Wspaniały, troskliwy i mądry władca, który wyniósł Turcję na wyżyny imperialnej potęgi. Coś w tym jest, bo choć zamiast patriarchalnej brody i kapiących od złota szat nowy turecki władca nosi wąsy i garnitur politycznego wygi, to jego tęsknoty za reaktywacją otomańskiej potęgi są aż nadto czytelne. 

 

 

Prezydent w pałacu w Ankarze w otoczeniu żołnierzy w historycznych strojach. Mało czytelne odwołanie do potęgi sułtanów?

Fot. Getty Images

 

Pałace na miarę sułtana

O znaczeniu tureckich padyszachów zawsze świadczyła okazałość atrybutów ich władzy. Jeśli mierzyć obecnego przywódcę Turcji tą miarką to mamy bez wątpienia do czynienia z sułtanem, który nie jest marionetką. O jego wielkości zaświadczać ma wybudowany za ponad 600 mln dolarów pałac prezydencki w Ankarze, podobno aż cztery razy większy od Wersalu, z ponad tysiącem pokoi i personelem, wśród którego jest także pięciu etatowych testerów jedzenia, sprawdzających, czy sułtan nie zatruje się podczas posiłku. Erdoğan ma jedną żonę od 1979 r., czworo dorosłych już dzieci
i – z tego co wiadomo o konserwatywnym polityku – żadnych kochanek na boku, a więc miejsca w pałacu będzie miał aż nadto. 

Druga, jeszcze bardziej okazała, choć prywatna rezydencja przysposabiana jest dla niego w Stambule. Będzie nią pałac Yildiz, zbudowany w XIX w. przez prawdziwego otomańskiego sułtana Abdulhamida II, ostatniego, który rządził imperium, a nie tylko panował, patrząc biernie na jego rozpad. To tu abdykował ostatni otomański sułtan Wahdetin, zmuszony przez republikańskich oficerów do opuszczenia Turcji w 1922 r. Reaktywacja muzeum w Yildiz jako prywatnej rezydencji nowego tureckiego władcy ma więc symboliczny wymiar. Nie mówiąc o wygodach, jakie czekają tu na prezydenta. Poza apartamentami gościnnymi jest tu m.in. teatr, opera i wytwórnia cesarskiej porcelany, no i park z pięknym widokiem na Bosfor. Wnętrza kapią od złota, o czym podczas ostatniej wizyty w Turcji mogła przekonać się kanclerz Angela Merkel, podejmowana przez Erdoğana na misternie rzeźbionym złoconym tronie, godnym dekoracji z serialu Wspaniałe stulecie.

Prezydent byłby jednak tylko samolubnym despotą, gdyby dbał o własne wygody. Nie pochodzi jednak ani ze starej osmańskiej arystokracji, ani z republikańskiej elity. Jego ojciec pracował w straży przybrzeżnej, a on sam marzył o karierze piłkarskiej, grając w klubie w stambulskiej dzielnicy Kasimpasa, gdzie się urodził. Podobno interesował się nim słynny pierwszoligowy klub Fenerbahçe, ale ojciec nie uważał kopania piłki za godny zawód. Chłopak dorabiał sobie sprzedając lemoniadę na ulicach Stambułu i wie, jak wygląda życie zwykłej tureckiej rodziny. Jak na światłego władcę przystało, sułtan myśli więc także o poddanych, stawiając na nogi gospodarkę, wydając krocie na programy socjalne dla zaniedbanych prowincji, a także budując nowe mosty, lotniska, tunele i sieci kolejowe, z których część już nazwano jego imieniem. Stąd już prosta droga do panteonu. – Erdoğan jest liderem, który gromadzi w sobie wszystkie przymioty Allaha – oświadczył Fevai Aslan, polityk prezydenckiej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju AKP.

 

Minarety to bagnety

Majestat władzy sułtana jest święty, a naruszenie świętości może mieć poważne konsekwencje, przed którymi nie chroni ani uroda ani młodość. Przekonała się o tym Merve Büyüksaraç, była Miss Turcji, oskarżona o znieważenie prezydenta poprzez zalinkowanie na swoim koncie na Instagramie satyrycznego magazynu „Uykusuz”, który przerobił hymn Turcji na wiersz krytykujący politykę Erdoğana. Groziła jej za to kara dwóch lat więzienia. 

To akurat można kłaść na karb nadgorliwości jego wyznawców – przecież paragrafy chroniące rządzących funkcjonują w wielu krajach świata – także w Polsce, gdzie robiono z nich użytek, ścigając np. studentów urządzających internetowe kpiny z prezydenta. Znacznie jednak gorzej, gdy nadepnie się sułtanowi bezpośrednio na odcisk. Przekonał się o tym Fetullah Gulen, wpływowy imam i lider potężnego ruchu polityczno-społecznego, który przez całe lata był sprzymierzony z Erdoğanem. Gulen, liberalny muzułmański duchowny, miał duże wpływy w policji i wymiarze sprawiedliwości, których użył, by pomóc Erdoğanowi poradzić sobie z turecką armią. Wojsko zawsze miało wiele do powiedzenia w tureckiej polityce – najpierw jako podpora dynastii otomańskiej a potem jako strażnik świeckiej republiki, obalający każdy cywilny rząd, który został uznany za zagrożenie. Jedną z ostatnich ofiar wszechwładzy armii był sam Erdoğan, który od lat 70. piął się po szczeblach w młodzieżowych organizacjach islamskich, stając się protegowanym Necmettina Erbankana, pierwszego wywodzącego się z tradycyjnych środowisk religijnych premiera Turcji. W połowie lat 90. został burmistrzem Stambułu, jednak wbrew obawom zdominowanego przez liberałów miasta zamiast wprowadzać szariat i zasłaniać kobietom twarze, zajął się uporządkowaniem motoryzacyjnego chaosu, ograniczeniem smogu i unowocześnieniem miejskich wodociągów. Spłacił 2 mld dol. długów i przyciągnął dwa razy tyle inwestycji do miasta. 

Sukcesy umiarkowanych islamistów takich jak Erdoğan nie uszły uwadze armii, która doprowadziła do delegalizacji partii religijnej. – Meczety to nasze koszary, ich kopuły to nasze hełmy, minarety to bagnety, a wierni to nasi żołnierze – nawoływał na jednym z wieców protestacyjnych burmistrz Erdoğan, cytując otomańskiego poetę Ziya Gökalpa. Prokuratura uznała to za nawoływanie do nienawiści na tle religijnym i skazała przyszłego sułtana na 10 miesięcy więzienia, zmuszając także do zrzeczenia się urzędu. Po latach Erdoğan wziął odwet na wojskowych. Gdy jako lider zbudowanej na gruzach zdelegalizowanych ugrupowań fundamentalistycznych konserwatywnej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju został premierem, poświęcił wiele lat na przetrącenie politycznego kręgosłupa korpusu oficerskiego. Wspomniany wyżej Fetullah Gulen i jego zwolennicy w sądach i prokuraturze dostarczyli mu na tacy kilkudziesięciu generałów spiskujących przeciw nowym władzom – przeciwnicy premiera mówili, że dowody zostały sfabrykowane dla neutralizacji opozycji.

Gulen nie cieszył się długo pozycją sojusznika sułtana. Czarne chmury nad jego ruchem zaczęły zbierać się wraz z kolejnymi antykorupcyjnymi śledztwami  prowadzonymi w najbliższym otoczeniu sułtana. Zwłaszcza w momencie, gdy podejrzenia zaczęły koncentrować się wokół jego synów Bilala i Buraka. Niezachwiana dotąd władza Erdoğana zawisła na włosku, jednak władca znakomicie poradził sobie z kryzysem. Ruch Fetullaha Gulena został nazwany groźną dla państwa strukturą równoległą, próbującą obalić władze za pomocą oszczerstw fabrykowanych przez służby, stosujące nielegalne podsłuchy wobec najbliższej rodziny sułtana. Zarazę wyrwano z korzeniami, urządzając czystkę wśród sympatyzujących z imamem Gulenem sędziów, policjantów i prokuratorów. Zamknięto także należącą do niego stację telewizyjną i wprowadzono kontrolę internetu, żeby spacyfikować opozycję. Sam Gulen uniknął więzienia tylko dlatego, że od kilku lat mieszka w USA. 

Co więcej, w ubiegłym roku Erdoğan, który w tym czasie zamienił realną władzę premiera na żyrandol prezydenta Turcji, zdecydował się także na przedterminowe wybory parlamentarne, w których wieszczono klęskę jego zwolenników. Jednak turecki lud okazał wdzięczność władcy, który kiedyś zrobił karierę w partiach konserwatywnych jako przedstawiciel ulicznego, plebejskiego islamu. AKP zdobyła bezwzględną większość, konieczną do zmiany konstytucji i przemiany Turcji w republikę prezydencką, w której głowa państwa będzie miała pełnię władzy wykonawczej. Dziś władzy Erdoğana w Turcji nic już nie zagraża, może się więc całkowicie poświęcić odbudowie otomańskiego imperium.

 

 

Pałac w Ankarze. Erdoğan wychodzi na powitanie prezydenta Putina w grudniu 2014 r., gdy spotkali się by rozmawiać o „zacieśnianiu więzi gospodarczych”. 

Fot. Getty Images

   

Ucieranie nosa Putinowi

Kolebka państwa, które turecki prezydent chce odbudować z sobą w roli nowoczesnego sułtana, znajduje się na terytorium Syrii w samym sercu ziem opanowanych przez krwiożerczych islamistów z kalifatu. Jest to mauzoleum Sultan Szacha, na poły mitycznego protoplasty rodu osmańskiego, który miał utonąć podczas przeprawy przez Eufrat. Po upadku imperium mauzoleum znalazło się na terytorium Syrii, ale Turcji zagwarantowano prawo do utrzymywania małego garnizonu strzegącego eksterytorialnej enklawy. 

W ubiegłym roku, gdy pod Karakozak nad Eufratem zaczęły zapuszczać się oddziały ISIS, Turcja rozpętała w tej sprawie dyplomatyczne piekło: – Każda próba ataku na mauzoleum będzie potraktowana jak atak na Turcję i NATO – ostrzegał Ahmet Davutoğlu, ówczes- ny szef dyplomacji, a dziś premier Turcji. Jego szef za nic w świecie nie dawał się wciągnąć w wojnę domową w Syrii. Wyjątek zrobił dla grobu o wątpliwej autentyczności, wysyłając w końcu w głąb wrogiego terytorium kolumnę pancerną, która ewakuowała szczątki założyciela sułtańskiego rodu i strzegący je pluton wojska.  Erdoğan uważa Syrię i wszystkie jej problemy za swoją strefę wpływów. Wmieszanie się Rosji w tę wojnę zostało uznane za afront o rozmiarach, którego nie pomieści ani rozległy park Yilmaz w Stambule ani nawet 1000 pokoi pałacu w Ankarze. Odpowiedź mogła być tylko jedna i brzmiała ona: – Nie zadziera się z sułtanem. Ten komunikat wysłany przez Erdoğana innemu wielkiemu twardzielowi światowej polityki był jednym z głównych wydarzeń ubiegłego roku. Oczywiście komunikat nie został sformułowany w ten sposób, ale biorąc pod uwagę mało elegancką formę, w jakiej go przekazano, trudno o inną interpretację zestrzelenia przez tureckie F-16 rosyjskiego samolotu, operującego na pograniczu Turcji z Syrią. Erdoğan nie szukał nawet wiarygodnego pretekstu, po prostu uderzył, żeby pokazać, że niezależnie od wielkich imperialnych ambicji Putina, w toczącej się w Syrii wojnie domowej trzeba się z nim liczyć. Żeby Kreml lepiej to pojął, podlegli Ankarze rebelianci dobili jeszcze katapultującego się pilota, dając sułtanowi sposobność do wykonania wspaniałomyślnego gestu, jakim było przekazanie Moskwie ciała. 

Świat zamarł w oczekiwaniu na wybuch nowej wojny światowej. W większości europejskich stolic, panicznie reagujących na jakąkolwiek próbę konfrontacji z Rosją, przeważała opinia, że Moskwa nie puści tego płazem. Skończyło się na telewizyjnych połajankach i wprowadzonym przez Putina zakazie wyjazdów turystycznych do Turcji. Car Władimir okazał się bezradny wobec sułtana Erdoğana. 

 

PS

Tekst ten powstał jeszcze przed próbą zamachu stanu. Teraz po nieudanym puczu mówi się o zbliżeniu Turcji z Rosją.

 

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska