Wywiady PLAYBOYA: Frank Sinatra

2016-07-19
Wywiady PLAYBOYA: Frank Sinatra

Uznawany za wokalistę wszech czasów, aktywny na scenie przez 6 dekad stał się symbolem potęgi amerykańskiego show-biznesu XX wieku i ucieleśnieniem ponadczasowego szyku ery swingu. Syn włoskich emigrantów w latach 40. był pierwszym w dziejach idolem nastolatków, a w latach 50. wyznaczał męski styl klasy średniej. Przyjaciel prezydentów i mafiosów, kochanek i mąż hollywoodzkich gwiazd, nagrodzony Oscarem aktor.

PLAYBOY USA LUTY 1963

 

Gdy rozmawiał z PLAYBOYEM, zbliżał się do czterdziestki i miał już status klasyka, pewnie dlatego pozwolił sobie zabrać głos na tematy, o których piosenkarze wówczas nie rozmawiali. Przed wami mistrz frazowania Frank Sinatra.

 

PLAYBOY: Frank, to już 20 lat odkąd odszedłeś z grupy Tommy’ego Dorseya by tworzyć własną markę solisty, pogłębiać i urozmaicać swe talenty w innych dziedzinach. Jak dotąd jednak żadna z tych aktywności nie przyćmiła twoich dokonań jako wokalisty. Może więc najpierw przyjrzyjmy się Sinatrze piosenkarzowi?

SINATRA: OK, zgoda.

 

PLAYBOY: Na różne sposoby próbowano  wyjaśnić twą niezwykłą zdolność – niezależną od subtelności stylu i możliwości wokalnych – do przekazywania nastroju piosenki publiczności. A ty sam, jak określiłbyś ją?

SINATRA: Według mnie chodzi o to, że sprawiam, iż słuchacze angażują się osobiście w piosenkę – ponieważ ja sam jestem w nią zaangażowany. Nie jest to coś, co robię z premedytacją, po prostu nie mogę się powstrzymać. Jeśli dana piosenka to rodzaj lamentu nad utraconą miłością, coś boli mnie w środku. Sam czuję tę stratę i wypłakuję samotność, poczucie zranienia i ból.

 

PLAYBOY: Ale czy każdy dobry wokalista „nie czuje” piosenki?

SINATRA: Nie wiem, co czują inni piosenkarze, ale jako pierwszorzędna ofiara psychozy maniakalno-depresyjnej, mając za sobą życie pełne gwałtownych sprzeczności emocjonalnych, w tej samej mierze przejawiam nadzwyczajną zdolność do smutku, jak i do radosnego uniesienia. Wiem, co stara się powiedzieć gość, który stworzył tekst piosenki. Ja już tam byłem – tam i z powrotem. Myślę, że słuchacze czują to razem ze mną. Nic na to nie poradzą. Sentymentalność jest w końcu uczuciem wspólnym dla całej ludzkości.

 

PLAYBOY: Z tysiąca słów, które napisano o tobie, czy przypominasz sobie jakieś, które dobrze opisywałyby tę zdolność?

SINATRA: Większość z tego, co o mnie napisano, to lanie wody, ale przypominam sobie, że kiedyś ktoś opisał mnie jednym prostym słowem, z którym się zgadzam. Autor artykułu rozniósł w perzynę wszystko, co robię poza sceną, ale powiedział też, że gdy zaczyna grać muzyka, a ja zaczynam śpiewać, jestem „szczery”. Właśnie tak to czuję. Cokolwiek innego powiedziano o mnie, nie liczy się. Kiedy śpiewam, wierzę. Jestem szczery. Jeśli chcesz porwać publiczność ze sobą, nie ma innego sposobu. Musisz zwrócić się do niej z kompletną szczerością i pokorą. Nie wyciągam tu jakichś szumnych frazesów. Odkryłem – można to zobaczyć u innych – że gdy piosenkarz nie zwraca się w stronę publiczności, by się z nią spotkać, nic ważnego się nie dzieje. Możesz osiągnąć doskonałość artystyczną, ale jeśli śpiewając jesteś obojętny, słuchacza nic to nie obchodzi. Tak samo jest z każdą inną formą kontaktu między ludźmi: z politykami w telewizji, aktorami filmowymi czy dziewczyną i chłopakiem. Tak jak w życiu, tak samo ważne jest to w sztuce.

 

PLAYBOY: Z tego, co mówisz, wynika, że będziemy musieli dowiedzieć się czegoś o tym, co cię porusza jako człowieka, by zrozumieć, co motywuje cię jako artystę. Czy nie masz nic przeciwko temu, byśmy to zrobili – spróbowali zbadać kilka z podstawowych przekonań, które poruszają i kształtują twoje życie?

SINATRA: Ejże, czy to będzie rejs przez ocean czy szybka wycieczka wokół portu? Tak jak i ty myślę, czuję, zastanawiam się. To i owo wiem. Wierzę w tysiące rzeczy, a ciekawi mnie jeszcze milion innych. Co konkretnie chciałbyś wiedzieć?

 

PLAYBOY: Dobrze, zacznijmy od najbardziej podstawowego pytania: czy jesteś człowiekiem religijnym? Czy wierzysz w Boga?

SINATRA: Niezły początek. Myślę, że mogę podsumować moje uczucia religijne w kilku punktach. Po pierwsze wierzę w ciebie i mnie. Przypominam Alberta Schweitzera, Bertranda Russella i Alberta Einsteina w tym, że mam szacunek dla życia – w każdej formie. Wierzę w przyrodę, w ptaki, w morze, w niebo, we wszystko, co widzę albo na czego istnienie są prawdziwe dowody. Jeśli przez te rzeczy rozumiesz Boga, to wierzę w Boga. Nie wierzę jednak w Boga osobowego, od którego oczekuję pocieszenia albo samych szóstek w następnym rzucie kośćmi. Nie jestem obojętny wobec ewidentnej potrzeby wiary, którą przejawia człowiek. Gorąco popieram każdą rzecz, która pozwala przetrwać noc: czy będzie to modlitwa, środki uspokajające czy butelka Jacka Danielsa. Religia jednak jest dla mnie rzeczą głęboko osobistą, miejscem, dokąd człowiek i Bóg idą sami, bez pośrednictwa jakiegoś czarownika. Taki czarownik stara się przekonać nas, że musimy prosić Boga o pomoc, artykułować swoje potrzeby, nawet przekupywać go modlitwą czy forsą…  Cóż, ja wierzę, że Bóg wie, czego każdy z nas potrzebuje czy pragnie. Nie jest konieczne, by co niedziela docierać do kościoła, żeby do Niego trafić. Można Go znaleźć wszędzie. A jeśli moje słowa zakrawają na herezję, mogę je poprzeć niezłym źródłem: Ewangelia św. Mateusza, pięć – siedem, Kazanie na Górze.

 

PLAYBOY: Nie znalazłeś dla siebie odpowiedzi w zorganizowanej religii?

SINATRA: Są pewne rzeczy w zorganizowanej religii, których po prostu nie cierpię. Chrystusa czci się jako Księcia Pokoju, ale więcej krwi rozlano w Jego imieniu niż w imieniu jakiejkolwiek postaci historycznej. Jeśli wskażesz mi jeden krok naprzód poczyniony w imię religii, ja wskażę sto kroków wstecz. Proszę nie zapominać, że to ludzie pobożni zniszczyli skarby nauki w Aleksandrii, dopuścili się zbrodni hiszpańskiej Inkwizycji, palili czarownice w Salem. Na tej planecie rozkwita ponad 25 tys. zorganizowanych religii, ale wyznawcy każdej z nich sądzą, że wszyscy inni tkwią w fatalnym błędzie i prawdopodobnie czynią zło. W Indiach czci się białe krowy, małpy i kąpiel w Gangesie. Muzułmanie godzą się na niewolnictwo i przygotowują się na spotkanie Allacha, który obiecuje im wino i dziewice. A czarowników spotyka się nie tylko w Afryce. Wystarczy, że rzucisz okiem na gazety w Los Angeles w niedzielny poranek a zobaczysz, że miejscowa odmiana czarowników zachwala tam swoje towary niczym garnitury z dwiema parami spodni.

 

PLAYBOY:  Czy wiara religijna nie miała równie często wpływu cywilizującego?

SINATRA: Pamiętasz plujący szyderstwami i przekleństwami tłum w Little Rock? Chcieli zlinczować łagodną, niewinną dwunastoletnią czarną dziewczynkę za próbę zapisania się do szkoły publicznej. Czy ten tłum nie składał się, przynajmniej w większości, z oddanych wiernych, co niedziela zbierających się pod dachem kościoła? Gardzę ludźmi dwulicowymi, którzy udają liberałów, ale praktykują bigoterię w swoich własnych mizernych małych światkach. Nie mówiłem córce, kogo ma poślubić, ale skręciłbym jej kark, gdyby wdzięczyła się do jakiegoś bigota. Według mnie człowiek jest wytworem warunkowania, a siły społeczne, które kształtują jego moralność i zachowanie – włączając w to uprzedzenia rasowe – same wynikają bardziej z czynników materialnych, takich jak jedzenie i konieczność ekonomiczna niż z lęku, bojaźni i bigoterii wytwarzanych przez najwyższych kapłanów skomercjalizowanego przesądu. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Jak najbardziej opowiadam się za przyzwoitością – i tyle. Popieram wszystko i każdego, kto chroni miłość bliźniego i wzajemny szacunek. Ale gdy schlebianie jakiemuś tajemniczemu bóstwu zezwala na bestialstwo w środę i rozgrzeszenie w niedzielę – wypisuję się z tego.

 

PLAYBOY: Ale czy tacy duchowi hipokryci nie należą do mniejszości? Czy większość Amerykanów nie stosuje się dosyć spójnie do zaleceń doktryny religijnej?

SINATRA: Nie zwracam się przeciwko ludziom przyzwoitym. Ale nie wierzę, że przyzwoitość bierze się tylko z religii. I nie mogę się nadziwić, ile postaci życia publicznego deklaruje wiarę religijną, by uchodzić za godnych szacunku. Naszą cywilizację taką, jaka jest, ukształtowała religia, a ludzie, którzy aspirują do jakichkolwiek urzędów publicznych w wolnym świecie, muszą być posłuszni Bogu albo ryzykują natychmiastowe potępienie. Nasza prasa dobrze odzwierciedla religijną naturę społeczeństwa, ale zauważ, że znajdą się w niej także artykuły na temat astrologii, reklamy usług wróżbitów albo orędzia odnowicieli wiary typu kaznodziei-oszusta Elmera Gantry (tytułowa postać powieści Sinclara Lewisa i jej oscarowej ekranizacji z 1960 r. – przyp. red.). My, Amerykanie, szczycimy się wolnością prasy, ale każdego dnia widzę, i ty też, przyjacielu, ten rodzaj nieszczerości i przeinaczeń. Nie tylko w dziedzinie, o której mówimy, ale i w tekstach o gościach takich jak ja, na przykład, co akurat nie ma większego znaczenia dla nikogo poza mną, a także, gdy chodzi o wiadomości ze świata. W jaki sposób wolny naród ma podejmować decyzje bez znajomości faktów? Jeśli prasa sprawozdaje wiadomości ze świata tak, jak sprawozdaje wiadomości o mnie, no to mamy kłopot.

 

PLAYBOY:  Czy mówisz, że…

SINATRA: Nie, daj mi skończyć. Czy pomyślałeś, na co się narażam otwarcie mówiąc w ten sposób? Czy potrafisz wyobrazić sobie potop zajadłych anonimowych listów, klątw, pogróżek i świństw, który zaleje mnie po tym, jak moje uwagi znajdą się w publicznym obiegu? Jeszcze gorzej: bojkot moich płyt, filmów, może nawet pikieta przed występem w Sands (słynny hotel w Las Vegas, w którym regularnie występował Sinatra, a z czasem stał się jego udziałowcem – przyp. red.). Dlaczego? Bo odważyłem się powiedzieć, że miłość i przyzwoite postępowanie nie muszą być efektami ubocznymi zapału religijnego.

 

PLAYBOY: Jeśli sądzisz, że przekraczasz granice, obrażasz słuchaczy czy narażasz się na coś w rodzaju ekonomicznego samobójstwa, może przerwiemy tę rozmowę, wyczyścimy taśmę i zaczniemy od nowa, trzymając się bardziej bezpiecznych torów?

SINATRA: Nie, niech leci dalej. Od lat myślę w ten sposób, świerzbiło mnie, żeby to powiedzieć. Kogo skrzywdziłem mówiąc to, co powiedziałem? Czy sugeruję moralne zepsucie? Nie, nie chcę teraz stchórzyć. Pytaj dalej, przyjacielu, zegarek cyka.

 

PLAYBOY: Dobrze, przejdźmy zatem do kolejnego delikatnego tematu: rozbrojenie. Jakie są pańskie uczucia co do konieczności i możliwości osiągnięcia rozbrojenia?

SINATRA: Cóż, to jedna z tych rzeczy jak szarlotka albo własna matka – jak można być przeciwko niej? W końcu, pomimo ogólnego i jednogłośnego założenia, że oba mocarstwa – Rosja i Stany Zjednoczone – zgromadziły już taką ilość broni nuklearnej, która wystarczyłaby by rozpylić całą planetę, każda z sił wciąż buduje, ulepsza i powiększa swój przerażający arsenał. Albowiem pierwszy raz w historii człowiek stworzył środek, za którego pomocą można unicestwić wszelkie życie w jednym wstrząsającym momencie. I, bracie, nikt nie dostaje przepustki, przed tą bronią nie ma kryjówki. Ale pytanie powinno brzmieć nie tyle: czy rozbrojenie jest pożądane, albo nawet: czy w ogóle można je osiągnąć, ale czy – gdybyśmy byli w stanie je osiągnąć – byłoby nam lepiej, czy być może nieskończenie gorzej.

 

PLAYBOY: Czy sugerujesz, że rozbrojenie może szkodzić pokojowi?

SINATRA: Tak, w pewnym bardzo delikatnym sensie. Wiesz, jestem realistą, albo przynajmniej tak sobie siebie wyobrażam. Tak samo jak wierzę, że religia nie zawsze się sprawdza, tak też czuję, że rozbrojenie może przekraczać ludzkie możliwości, że ludzkość nie potrafiłaby z nim żyć. Zapomnijmy na chwilę o problemach, wobec których stanęlibyśmy próbując przejść od zimnej wojny do ekonomii pokoju. Przyjrzyjmy się rozbrojeniu w kategoriach ludzkich uwarunkowań politycznych, społecznych i filozoficznych. Powiedzmy, że ONZ udaje się jakoś doprowadzić do programu rozbrojenia, który byłby do przyjęcia dla każdego z narodów. Wyobraźmy sobie, że za kilka lat mamy do czynienia z całkowitym, globalnym rozbrojeniem. Ale wyobraźmy sobie też wszystkie dręczące wątpliwości, podejrzenia i szarpiące nerwy napięcia, które nieuchronnie zaczną wypełniać pustkę: strach, że druga strona – może jakaś trzecia siła – potajemnie się zbroi albo zachowała kilka bomb, którymi mogłaby zaskoczyć i pokonać przeciwnika. Ja jednak żywię niezachwiane przekonanie, że wojna nuklearna jest absolutnie niemożliwa. Nie wierzę, żeby ktokolwiek w świecie chciał wojny nuklearnej – nawet Rosjanie. Oni, i my, i kraje X – jak określają strategowie nuklearni przyszłe moce jądrowe – wszyscy stoją wobec niepodważalnej pewności śmiertelnej odpłaty za jakikolwiek atak nuklearny. Ani przez chwilę nie mogę uwierzyć, że jakikolwiek naród mógłby zrodzić takiego idiotę, który nacisnąłby ten pierwszy guzik – nawet przypadkiem.

 

PLAYBOY: Nie przewidujesz możliwości wojny światowej czy skutecznego rozbrojenia?

SINATRA: Nie jestem przemysłowcem ani ekonomistą. Wiem, że próbując choćby pojąć złożoność przestawienia produkcji jakiegoś kraju z wojny na pokój, tracę grunt pod nogami. Ale jeśli w jakiś sposób ci, którzy są za- mieszani w produkcję narzędzi zniszczenia, nabraliby chęci, aby usłyszeć głos rozsądku, jak i zew rozsądnego zysku, myślę, że taka zmiana w psychice byłaby możliwa. I jeśli to miałoby się zdarzyć, wierzę, że strach, który głęboko osadził się w sercach większości ludzi  wskutek bezustannego zagrożenia całkowitym zniszczeniem, znikłby. Rezultatem byłoby bardziej pozytywne, mniej zachłanne, mniej egoistyczne i bardziej kochające podejście do przetrwania. Powiem jedno, opierając się na osobistym doświadczeniu i obserwacji: nienawiść nie rozwiązuje problemów. Jedynie je stwarza. Ale wiesz co, zadajesz mi mnóstwo pytań, pozwól więc, że ja o coś zapytam: pewnego wieczoru spytałem o to Mike’a Romanoffa (właśc. Hershel Geguzin, 1890–1971, litewski imigrant podający się za członka carskiej rodziny Romanowów, który prowadził słynną restaurację w Beverly Hills – przyp. red.). Wiesz, Mike to poważny myśliciel. Gdy spędzamy razem wieczór, rozgrywamy coś na kształt intelektualnej partii szachów, dotykając wszelakich tematów, włącznie z tymi, które tu teraz rozważamy.  W każdym razie zapytałem Mike’a, co by się stało, gdyby zwołano spotkanie na szczycie przywódców wszystkich krajów świata, włącznie z Czerwonymi Chinami, w siedzibie ONZ. Następnie wyobraźmy sobie, że każdy z przywódców zabiera ze sobą swojego najważniejszego doradcę: Kennedy przychodzi z Ruskiem (Dean Rusk, sekretarz stanu w gabinecie J.F. Kennedy’ego – przyp. red.), Chruszczow przyprowadza Gromykę (Andriej Gromyko, w latach 1957–1985 szef dyplomacji ZSRR – przyp. red.), Mao zabiera ze sobą Czou (właśc. Zhou Enlai, dyplomata i premier Chin – przyp. red.). Wszyscy ci spryciarze są razem w jednym pokoju i nagle – bum! Ktoś wysadza w powietrze budynek. Nie ma już przywódców. Nie ma zastępców. Pytanie, które zadałem Mike’owi, a teraz zadam je tobie, brzmi: co stałoby się ze światem?

 

PLAYBOY: Ty  nam powiedz.

SINATRA: Powiedziałem Mike’owi, że to mogłaby być jedyna szansa tego świata na przetrwanie. Ale Mike potrząsnął tylko głową i powiedział: „Frank, jesteś chory”. Może tak. Do momentu, kiedy ktoś włączy guzik, myślę sobie, że utrzymywanie gotowości w zimnej wojnie może być bardziej skuteczne w zachowaniu pokoju, niż rzewna idea całkowitego rozbrojenia. Zastanawiam się też, czy „całkowite” rozbrojenie obejmuje broń chemiczną i biologiczną, które, jak wiadomo, mogą być równie śmiercionośne jak broń jądrowa. Pokerzyści mówią: „W porządku, możesz grać, o ile nie będziesz spuszczać wzroku ze stołu” – innymi słowy: „Ceną wolności jest nieustanna czujność”.

 

PLAYBOY: Czy sądzisz, że należy kontynuować eksperymenty nuklearne?

SINATRA: Absolutnie nie. Myślę, że trzeba je przerwać, i myślę, że będą przerwane – bo muszą się skończyć. Wzajemne przylepianie sobie etykietek w ONZ i wytykanie palcami na konferencjach pokojowych to tylko wielka dyplomatyczna blaga. Obie strony muszą żyć na tej planecie, a przywódcy wszystkich krajów wiedzą, że ich dzieci i wnuki też będą musiały tu żyć. Podejrzewam, że gdy zawartość izotopu strontu 90Sr (radioaktywny składnik odpadów technologii jądrowych – przyp. red.)w atmosferze osiągnie naprawdę niebezpieczny poziom, naukowcy po obu stronach przekonają polityków, by położyć ostateczny kres eksperymentom z bronią jądrową – prawdopodobnie stanie się to w tym samym momencie, bez ponaglania z drugiej strony.

 

PLAYBOY: Przed chwilą mówiłeś o strachu i podejrzeniach, które mogłyby unicestwić jakikolwiek plan trwałego i skutecznego rozbrojenia. Czy dalsze utrzymywanie gotowości nuklearnej – z testami czy bez nich – nie będzie rozbudzało tych emocji na jeszcze bardziej niebezpieczną skalę?

SINATRA: Strach jest wrogiem logicznego myślenia. Nie ma na świecie bardziej osłabiającej, druzgocącej, autodestrukcyjnej, obrzydliwszej rzeczy niż strach – czy to dla jednostki czy dla narodu. Jeśli dalej będziemy bać się Rosjan, a oni dalej będą bali się nas, wtedy i dla nas, i dla nich będzie to wielki kłopot. Żadna strona nie będzie zdolna do podejmowania logicznych, rozsądnych decyzji. Sądzę jednak, że ich lęk i niepokój co do równowagi sił w niektórych sferach dalekie są od irracjonalności. Na przykład nasz niepokój w związku z bliskością zsowietyzowanej Kuby leżącej 90 mil od Key West  porównać można z ich niepokojem powodowanym tym, że otaczają ich nasze wyrzutnie rakietowe. I słusznie, że jesteśmy głęboko zaniepokojeni, ale musimy też umieć zobaczyć drugą stronę monety – i nie pozwolić, by ten niepokój przerodził się w strach u drugiej strony.

 

PLAYBOY: Na praktycznym poziomie, jak zwalczałbyś ekspansję komunizmu na tereny takie jak Kuba, Laos i powstające kraje afrykańskie?

SINATRA: Ależ to śmiesznie proste: przestańcie martwić się komunizmem. Po prostu pozbądźcie się warunków, które go karmią. Zostawiając na boku filozofię marksistowską i wycieczki dialektyczne, myślę, że komunizm może jątrzyć się tylko wtedy i tylko tam, gdy mu się sprzyja – i nie mam tu na myśli samych komunistów, ale złe warunki społeczno-ekonomiczne. Zawsze możemy liczyć na komunistów, że te warunki wykorzystają. Największym sprzymierzeńcem, jakiego mają komuniści, jest prawdopodobnie bieda. Gdziekolwiek istnieje, w jakimkolwiek miejscu świata, mamy do czynienia z potencjalnym gruntem dla rozwoju komunizmu. Okazuje się, że jeśli człowiek jest sfrustrowany w wymiarze materialnym, jego rodzina głoduje, a on cierpi, popada wówczas w zadumę i staje się podatny na hasła jakiejkolwiek ideologii, która obiecuje, że zdejmie go z haczyka.

 

PLAYBOY: Czy podzielasz niepokój amerykańskiej prawicy, że nasz własny kraj może być podatny na plany komunistów?

SINATRA: No cóż, jeśli mówisz o biednym, pobitym, zdehumanizowanym, dyskryminowanym gościu w jakiejś zapadłej dziurze na Południu, na pewno jest on potencjalnym nabywcą jakiejkolwiek oferty poprawy losu. Ale nikt mi nie wmówi, że jakikolwiek, powiedzmy, tokarz w Detroit, który skończył właśnie czterdziestogodzinny tydzień pracy i wsiada do błyszczącego chevroleta by udać się na barbecue za swoim wartym 25 tys. dolarów domem, na dobry początek  weekendu ze swą dobrze odżywioną, świetnie ubraną rodziną, przehandluje to, co ma, na legitymację partyjną. W Ameryce – pomijając dziury nędzy tu i tam, które jeszcze nie zostały załatane – Chruszczow ma szanse na sukces nie większe niż wygrana w ruletkę sto razy z rzędu.

 

PLAYBOY: Co możemy uczynić by zapobiec ekspansji komunizmu w krajach rozwijających się, oprócz pomocy materialnej na dużą skalę i przewodnictwa, jakie zapewniamy już od końca II wojny światowej?

SINATRA: Nie wiem. Nie jestem ekonomistą. Nie udaję, że mam jakąś wiedzę w dziedzinie politologii. Ale wiem tyle: chodzenie na wiece sponsorowane przez dwustuprocentowych antykomunistów albo zakładanie białych prześcieradeł i galopowanie z Klanem – tym, z trzema K – to żadna odpowiedź. Wiem tylko, że naród o naszym standardzie życia, z naszym systemem opieki społecznej, TVA (agencja rządowa powołana w 1933 r. m.in. w celu rozwoju produkcji energii elektrycznej – przyp. red.), cenami parytetowymi za produkty rolne, planami zdrowotnymi i ubezpieczeniem bezrobotnych, może pozwolić sobie na to, by odnieść się do komórek rakowych głodu, nędznych domów, próżni edukacyjnej i obywatelstwa drugiego gatunku, które wciąż istnieją na niektórych zacofanych obszarach naszego własnego kraju. Gdy już wyczyścimy te skazy, wtedy możemy z czystym sumieniem wyruszyć w świat w poszukiwaniu ludzi, którym możemy pomóc. Głód jest niewybaczalny w świecie, w którym zboże gnije w silosach, a masło jełczeje przechowywane dla utrzymania wysokich indeksów giełdowych.

 

PLAYBOY: Czy wsparcie Ameryki dla ONZ to jeden ze sposobów na poprawienie globalnych warunków ekonomicznych?

SINATRA: Zdaje mi się, że wielu z nas uważa ONZ za prywatny klub – oczywiście nasz – oparty na dżentelmeńskich umowach, tak jak każdy elitarny klub.  Tylko zamiast wykluczania ludzi, ras czy religii członkowie ONZ mają moc wykluczania całych narodów. Ja akurat nie sądzę, że można zmieść osiemset milionów Chińczyków pod dywan i po prostu udawać, że nie istnieją. A to z tego właśnie powodu, że istnieją. Jeśli ONZ ma być organizacją naprawdę reprezentatywną, to musi akceptować wszystkie narody świata. Jeżeli nie reprezentuje zjednoczonych narodów świata, to co z tego, do cholery, mamy? Nie demokrację – i na pewno nie światowy rząd. Najwyraźniej wszyscy zapomnieli, że prezydent Kennedy, zanim został prezydentem, w swojej książce Strategia pokoju wyraźnie opowiedział się za uznaniem Czerwonych Chin. Więc chyba zbytnio nie przesadzam, prawda?

 

PLAYBOY: Niezależnie od tego, czy Chiny kontynentalne będą w ONZ, jak sądzisz, jakie są perspektywy, by w końcu doszło do zbliżenia się USA i Rosji?

SINATRA: Jestem piosenkarzem, a nie prorokiem czy dyplomatą. Niech pan zapyta ekspertów o raporty Fundacji Rockefellera. Ale jako laik, zwykły człowiek, który myśli i martwi się, sądzę, że jeśli uda nam się wytrzymać dziesięć lat bez wojny, to nowej wojny już nie będzie. Wnioskując ze wszystkiego, co ostatnio czytałem i widziałem, założę się, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat Rosjanie dostaną kopa kredytowego, tak jak my. Będą chcieli kolorowych telewizorów, ich żony będą chciały zelektryfikowanych kuchni, a ich dzieci – prędkich samochodów. Nawet rosyjskie dziewczyny zaczynają fajnie wyglądać. Widziałem zdjęcia z rosyjskich plaż i wyglądają całkiem jak z Riwiery. Szczupleją i widzę, że spodobała im się moda na noszenie bikini. Gdy Centralny Dom Towarowy w Moskwie zacznie sprzedawać bikini, będzie to szansa dla nas, bo to będzie oznaczało, że ich dziewczęta chcą być dziewczętami, a chłopaki przestaną wtedy myśleć o komunizmie i zaczną myśleć o dziewczętach. Zawsze wyznawałem teorię, że gdy tylko chłopcy i dziewczęta ruszają tańczyć swing, podbój świata przestaje ich interesować. Chcą po prostu wygodnego łóżka, odtwarzacza stereo i samochodu, a wówczas ich myśli zwracają się ku temu, co w życiu dobre – nie ku wojnie. Rozluźniają się, po prostu żyją i są skłonni, by pozwolić żyć innym. No nie?

 

PLAYBOY: Faktycznie.

SINATRA: Wiesz, bardzo chciałbym odwiedzić Rosję, a nieco później i Chiny. Wydaje mi się, że im więcej będę o nich wiedział, a oni o mnie, tym większą mamy szansę, by zamieszkiwać ten sam świat w pokoju. Nie zamierzam jechać tam z jakąś misją, sprzedawać amerykański styl życia, nie jestem kompetentny by podejmować tego typu dyskusje o rządach. Ale bardzo chciałbym pojechać tam i pokazać im amerykańską muzykę. Wziąłbym ze sobą Counta Basiego i Ellę Fitzgerald i zrobilibyśmy to, co robimy najlepiej. Grając prawdziwy amerykański jazz wywołalibyśmy prawdziwą burzę, tak, by ich dzieciaki zobaczyły, co porusza nasze dzieciaki, bo jestem pewien, że podrostki na całym świecie są takie same. Założę się, że by to uwielbiali. A to musi wytworzyć jakiś rodzaj dobrej woli, człowieku, ależ by się nam przydało trochę dobrej woli! By przełamać barierę językową, wystarczy trochę dobrej woli i uśmiech. Gdy do Los Angeles przyleciał balet Igora Moisiejewa, Eddie i Liz Fisher (Eddie Fisher, 1928–2010, jeden z najpopularniejszych amerykańskich piosenkarzy pop w latach 50. XX wieku, Liz, jego ówczesna żona, to wielka gwiazda kina Elizabeth Taylor – przyp. red.) wydali na ich cześć przyjęcie i choć nie znałem ani słowa po rosyjsku, radziłem sobie świetnie. Po prostu wołałem do tancerek: „Hallo, baby” a one odpowiadały krzycząc do mnie :„Ałło, biejbii!”. To był wspaniały bal.

 

PLAYBOY: W czasie tej rozmowy wyraziłeś parę negatywnych poglądów na naturę ludzką.  A jednak odnosi się wrażenie, że – pomimo bigoterii, hipokryzji, głupoty, okrucieństwa i strachu, o których rozmawialiśmy – masz wrażenie, że wciąż istnieją podstawy, by patrzeć na przyszłość homo sapiens z nadzieją. Czy to prawda?

SINATRA: Absolutnie tak. Nigdy nie popadam w cynizm, nigdy nie tracę optymizmu co do przyszłości. Historia ludzkości udowadnia, że w niektórych momentach ludzie dają sobie wpuścić gola, ale myślę, że teraz to my szykujemy się do strzału. Myślę, że uda nam się, jeżeli będziemy żyć i pozwolimy żyć innym. I jeśli będziemy się nawzajem kochać – naprawdę kochać. Jeśli nie znasz kolesia po drugiej stronie świata, kochaj go i tak, bo jest on taki jak ty. Ma te same marzenia, te same nadzieje i lęki. Świat jest jeden, przyjacielu. Wszyscy jesteśmy sąsiadami. Ale czy ktoś już kiedyś nie wspiął się na pewną górę, by powiedzieć światu te same rzeczy?

 

Tekst: Joe Hyams
Zdjęcie: William Woodfield
Przekład: Saba Litwińska

 

Więcej klasycznych wywiadów PLAYBOYA przeczytasz w naszych specjalnych wydaniach. Do kupienia w sklepie Marquard.pl.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska