Wywiady PLAYBOYA: David Bowie

2016-07-21
Wywiady PLAYBOYA: David Bowie

Najbardziej esencjonalna gwiazda muzyki pop, uosabiająca wszelkie jej blaski, cienie i możliwości. Przeszło 40 lat utrzymywał się na szczycie – nieustannie zmieniając się i zaskakując. Sekretem jego powodzenia była całościowo przemyślana kreacja, w której sceniczne gesty i detale stroju liczyły się nie mniej niż muzyka. Na przemian uwodząc i szokując był mistrzem manipulacji.

PlLAYBOY USA WRZESIEŃ 1976

 

Wywiad dla PLAYBOYA, jeden z najlepszych i najbardziej pikantnych w całej jego karierze, jest kapitalnym okazem tej sztuki. Bohater liczył sobie wtedy niespełna 30 lat i miał u stóp Amerykę, podbitą za sprawą adaptujących soul albumów Young Americans (1975) i Station To Station (1976). Przed wami artysta, który potrafił perfekcyjnie wyreżyserować nawet własną śmierć - DAVID BOWIE.

 

PLAYBOY: Zacznijmy od pewnego pytania, na które chyba zawsze odpowiadasz wymijająco: Na ile twoja biseksualność jest faktem, a na ile chwytem marketingowym?
BOWIE: To prawda, jestem biseksualistą. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że bardzo umiejętnie wykorzystałem ten fakt. Sądzę, że mój biseksualizm to najlepsza rzecz, jaka mi się przytrafiła. Dostarcza mi również dużo radości. Chętnie opowiem o tym wszystkim.

 

PLAYBOY: Dlaczego mówisz, że jest to najlepsza rzecz, jaka ci się przytrafiła?
BOWIE: No cóż, z jakiegoś powodu większość dziewczyn sądzi, że zachowałem swoje heteroseksualne dziewictwo. Wiele z nich próbowało więc przeprowadzić mnie z powrotem na drugą stronę: „No dawaj, David. To nie jest takie złe. Pokażę ci”. Albo jeszcze lepiej: „Pokażemy ci”. W takich sytuacjach zawsze rżnąłem głupa. Z drugiej strony – a jestem pewien, że chcielibyście usłyszeć również o drugiej stronie – kiedy miałem 14 lat, seks nagle stał się dla mnie bardzo ważny. Tak naprawdę nie miało dla mnie znaczenia, z kim lub z czym go uprawiam. Liczyło się dla mnie wyłącznie doświadczenie seksualne. Kiedyś poznałem pewnego niezwykle urodziwego chłopaka. Nie wiem nawet, do jakiej szkoły chodził. Zaprowadziłem go do domu i porządnie zerżnąłem na moim łóżku w pokoju na piętrze. W ten właśnie sposób zostałem biseksualistą. W pierwszym momencie pomyślałem sobie: „No cóż, jeżeli kiedykolwiek trafię do więzienia, będę wiedział, jak sobie dogodzić”.

PLAYBOY: Czy oznacza to, że twoi hetero- seksualni koledzy z celi nie mieliby nawet chwili spokoju?
BOWIE: Zawsze byłem bardzo szowinistyczny – nawet w okresie, w którym miałem obsesję na punkcie chłopaków. Jestem jednak dżentelmenem. Zawsze traktowałem swoich chłopców jak prawdziwe damy. Zawsze eskortowałem ich w należyty sposób. Sądzę nawet, że gdybym był znacznie starszy od moich partnerów – gdybym miał 40 lub 50 lat – mógłbym zostać wspaniałym podstarzałym kochankiem jakiegoś młodocianego pedzia z Kensington. Miałbym małoletniego służącego o imieniu Richard, któremu mógłbym wydawać polecenia.

 

PLAYBOY: W jakim stopniu powinniśmy wierzyć w te opowieści? Twoja była rzeczniczka prasowa i znana eksgroupie Cherry Vanilla twierdzi, że z tobą sypiała i że nie masz w sobie nic z homoseksualisty. Według niej po prostu pozwalasz ludziom myśleć, że lubisz mężczyzn.
BOWIE: Och, bardzo chciałbym spotkać tego oszusta, o którym mówi Cherry. Z pewnością nie chodzi o mnie. Swoją drogą jej wypowiedzi na mój temat są naprawdę urocze. Cherry wykorzystuje media niemal równie dobrze jak ja.

 

PLAYBOY: Pozostaje jednak faktem, że nigdy nie widziano cię w towarzystwie żadnego kochanka. Dlaczego?
BOWIE: O Boże, przestałem być pedziem dość dawno temu. Przez jakiś czas byłem w połowie homoseksualistą, a w połowie heteroseksualistą. Obecnie homoseksualizm kusi mnie tylko wtedy, gdy jestem w Japonii. Można tam spotkać naprawdę przepięknych chłopców. Na wszelki wypadek zastrzegam, że nie chodzi mi tu o dzieci, lecz o młodzieńców mających jakieś 18 czy 19 lat. Są obdarzeni wspaniałą mentalnością. Do 25. roku życia wszyscy są pedziami, po czym zostają samurajami, żenią się i mają tysiące dzieci. Bardzo mi się to podoba.

PLAYBOY: Postanowiłeś korzystać z biseksualizmu w czasach, w których nikt inny w świecie rocka nie odważyłby się choćby do niego nawiązać. Dlaczego?
BOWIE: Ameryka mnie do tego zmusiła. Pewien dziennikarz zapytał mnie podczas wywiadu, czy jestem gejem. Było to chyba w 1971 r. Odpowiedziałem: „Nie. Jestem biseksualistą”. Mój rozmówca – dziennikarz pracujący dla jednej z angielskich gazet – nie miał zielonego pojęcia, co oznacza ten termin. Wyjaśniłem mu więc znaczenie tego słowa. Moja wypowiedź ukazała się w druku i tak się to wszystko zaczęło. Brzmi to dość nostalgicznie, nieprawdaż? 1971 był dobrym amerykańskim rokiem. Seks w dalszym ciągu był szokujący. Wszyscy uważali mnie tam za dziwaka i chcieli mnie zobaczyć. Ludzie nie mieli jednak pojęcia, co robię. Zanim się zjawiłem, bardzo rzadko rozmawiali o biseksualności i gejach. Mimowolnie przywiozłem te tematy ze sobą. Gdy po raz pierwszy byłem w Ameryce, ani razu nie widziałem słowa „gej”. Regularnie pokazywałem się w mediach i po jakimś czasie pojawiły się dość oburzające plotki na mój temat. W pewnym momencie geje oznajmili: „Wypieramy się Davida Bowie”. Naprawdę się mnie wyrzekli. Wiedzieli bowiem, że nie jestem tym, o co walczą. Nikt w Ameryce nie rozumiał europejskiego sposobu ubierania się i aseksualnego, androgenicznego stylu bycia. Ludzie krzyczeli na mój widok: „Ten facet nosi makijaż i nosi ubrania, które wyglądają jak sukienki!”. Nie byłem jednak pierwszą osobą promującą biseksualizm.

 

PLAYBOY: A kto był?
BOWIE: Dean. James Dean. Robił to bardzo subtelnie i bardzo dobrze. Mam pewne przemyślenia na ten temat. Dean prawdopodobnie pod wieloma względami był do mnie podobny. Powiedziała mi o tym kiedyś Elizabeth Taylor. Dean był wyrachowany. Nie był nieostrożny. Nie był buntownikiem, którego tak dobrze grał w filmach. Nie chciał umierać. Uważał jednak, że powinniśmy posuwać się do skrajności, aby w ten sposób wzbogacać swoją osobowość. James Dean był uosobieniem tego, co w dzisiejszych czasach jest tak pretensjonalnie szanowane, a mianowicie męskiej prostytutki. Był to element jego niesamowitego magnetyzmu. Wiecie zapewne, że był... dziwką. Często stał na Times Square, aby zarobić pieniądze, dzięki którym mógł pójść do Lee Strasberga i nauczyć się bycia Marlonem Brando. Miał dość złą reputację. Bardzo go podziwiam. W ten sposób odpowiedziałem na wasze ewentualne pytania o to, czy mam jakichkolwiek bohaterów.

 

PLAYBOY: Dzięki. Porozmawiajmy teraz o okładce twojego albumu The Man Who Sold the World. Znalazło się na niej twoje zdjęcie, na którym masz kobiece ubranie. Czy możesz o nim opowiedzieć?
BOWIE: To zabawna historia i prawdopodobnie w nią nie uwierzycie. Chciałem sparodiować Gabriela Rossettiego (XIX-wieczny angielski poeta, malarz i tłumacz – przyp. red.). Oczywiście w nieco wypaczony sposób. Kiedy więc usłyszałem, że formuje się za mną kult drag-queen, powiedziałem: „W porządku, nie próbujcie tego wyjaśniać. Nikt nie zada sobie trudu, aby to zrozumieć”. Zgodzę się na absolutnie wszystko, co pomoże mi się przebić. Dostałem swoją szansę, ponieważ wszyscy pragną skandali. Wystarczy spojrzeć na popularność takich czasopism jak „People”. Wszystkie gazety rozpisywały się o tym, że jestem chory i że pomagam uśmiercić prawdziwą sztukę. Zarazem jednak poświęcały mojej osobie znacznie więcej miejsca, niż „prawdziwym artystom”. To pokazuje, jak pociągająca jest pretensjonalność. Ukazywało się mnóstwo artykułów o tym, jaki kolor będą miały moje włosy w następnym tygodniu. Chciałbym wiedzieć, dlaczego dziennikarze marnowali cały ten czas, energię i papier na opisywanie moich ubrań i mojego stylu bycia. Dlaczego to robili? Być może dlatego, że stanowiłem zagrożenie. Skoro już się rozgadałem, specjalnie dla was powiem coś jeszcze. Po jakimś czasie dziennikarze zaczęli pytać: „Jak on śmie mieć tak silne ego?”. Niektórzy ludzie uważali moją postawę za coś groźnego. Czy zasługuję na to, by o mnie rozmawiać? Szczerze mówiąc, myślę, że tak. Kieruję się również przekonaniem, że jestem swoim własnym środkiem wyrazu. Muszę być cholernie arogancki i otwarcie prezentować swój punkt widzenia. Tylko w ten sposób mogę być skuteczny. Taki właśnie jestem. W pełni szczerze wierzę samemu sobie.

 

PLAYBOY: Czy jednak nie masz problemów z przekonaniem innych ludzi, aby ci wierzyli? Spójrzmy na przykład na twoje szeroko nagłaśniane pożegnania z show-biznesem. Już dwa razy kończyłeś karierę, zarzekając się, że nie chcesz mieć nic wspólnego z rock’n’rollem. Mimo to zakończyłeś właśnie sześciomiesięczną światową trasę koncertową promującą twój najnowszy album rock’n’rollowy Station to Station. W jaki sposób usprawiedliwiasz te sprzeczności?
BOWIE: Kłamię. Bardzo łatwo to robić. Liczy się tylko to, co robię w danym momencie. Wszystko inne nie ma znaczenia. Nie jestem w stanie prowadzić rejestru wszystkich swoich wypowiedzi. Mam to gdzieś. Nie przywiązuję nawet zbyt dużej wagi do tego, w jakim stopniu wierzę we własne słowa. Chodzi tylko o to, abyśmy rozwijali się w kierunku, w którym chcemy się rozwijać w chwili obecnej. Nie mam najmniejszego pojęcia, gdzie będę za rok. Być może będę bredzącym szaleńcem, hipisem, dyktatorem albo księdzem. Nie wiem tego. Dzięki temu nigdy się nie nudzę.


PLAYBOY: Co jeszcze robisz, aby się nie nudzić?
BOWIE: Wszystko, czego dusza zapragnie.

 

PLAYBOY: Może powiesz coś o narkotykach?
BOWIE: Który mamy rok? 1976? Od mniej więcej 11 lat pukam do bram niebios za pomocą różnych narkotyków. Korzystam jednak wyłącznie z tych substancji, które pozwalają mi dłużej pracować. Od 1968 r. nie nadużywam żadnego narkotyku. W latach 60. miałem głupi romans z heroiną. Chciałem jej spróbować tylko dlatego, że pociągała mnie jej enigmatyczność. Tak naprawdę nigdy za nią nie przepadałem. Wolę substancje pobudzające. Mówiłem o tym wiele razy. Po heroinie traciłem kontakt z otoczeniem i nie byłem w stanie ustać na nogach. Nie znosiłem tego stanu. Miałem poczucie, że tracę czas. Nie lubię narkotyków, które mnie uspokajają i spowalniają, takich jak trawka. Nie znoszę spać. Wolałbym przez cały czas pozostawać przytomny i oddawać się pracy. Irytuje mnie to, że ludzie nie są w stanie uwolnić się od potrzeby snu ani nawet pokonać zwykłego przeziębienia.

PLAYBOY: Czy pamiętasz swój pierwszy kontakt z narkotykami?
BOWIE: Już w młodości łykałem dużo tabletek. Zacząłem to robić, gdy miałem 13 lub 14 lat. Trawę po raz pierwszy zapaliłem wiele lat temu z Johnem Paulem Jonesem z Led Zeppelin, który w tamtym czasie grywał jeszcze na basie na płytach Herman’s Hermits. Rozmawialiśmy gdzieś z Ramblin’ Jackiem Elliotem i w pewnym momencie Jonesy zaproponował mi: „Wpadnij do mnie, a zapalimy trawę”. Zastanowiłem się przez chwilę, po czym odpowiedziałem: „Jasne, spróbuję jej”. Pojechaliśmy do jego mieszkania. Zaraz obok znajdował się posterunek policji. Jonesy miał duży pokój, w którym nie było nic oprócz wielkich organów Hammonda. Przyjmowałem już wcześniej kokainę, ale nigdy nie paliłem trawy. Nie wiem, dlaczego spróbowałem tych narkotyków w takiej kolejności. Być może dlatego, że znałem kilku marynarzy floty handlowej, którzy sprowadzali i sprzedawali kokainę. To właśnie z nimi zażywałem tę substancję. Marynarze, których znałem, nie znosili jednak trawy. Patrzyłem więc z zachwytem, jak Jonesy robi trzy grube skręty. Chwilę później je spaliliśmy. Byłem na niesamowitym haju, który szybko zmienił się w jeszcze bardziej niesamowity głód. Zjadłem dwa bochenki chleba. W pewnym momencie zadzwonił telefon. Jonesy zapytał mnie: „Czy mógłbyś zejść na dół i odebrać?”. Zszedłem więc po schodach, ale zamiast odebrać telefon wyszedłem na ulicę i nigdy nie wróciłem. Byłem zbyt zafascynowany pęknięciami na chodniku.

 

PLAYBOY: Czy kiedykolwiek przyjmowałeś LSD?
BOWIE: Trzy razy. Były to bardzo kolorowe doświadczenia, ale nie zrobiły na mnie zbyt dużego wrażenia. Miałem bowiem poczucie, że moja wyobraźnia w naturalny sposób jest od nich bogatsza i bardziej konstruktywna. Kwas pomaga jedynie ludziom nawiązać kontakt z własną fantazją. Ja już miałem z nią kontakt. Nie było to dla mnie nic nowego. Za sprawą LSD moim oczom ukazało się po prostu mnóstwo wymyślnych barw. Zobaczyłem błyskotliwe światła i tym podobne rzeczy. Niektórzy ludzie zażywają kwas i oznajmiają: „Och, spójrz. Widzę Boga w oknie”. No i co z tego? Nigdy też nie potrzebowałem LSD do robienia muzyki.

 

PLAYBOY: W jakim stopniu narkotyki wpłynęły na twoją muzykę?
BOWIE: Muzyka jest zaledwie przedłużeniem mojej osoby. Należałoby więc raczej zadać pytanie: „W jaki sposób narkotyki wpłynęły na mnie?”. Myślę, że mnie od nich popieprzyło. Popieprzyło mnie porządnie i nie ukrywam, że bardzo mi się to podobało.

 

PLAYBOY: Zgadzasz się zatem z pewnym dziennikarzem, który w recenzji twojego albumu Young Americans napisał: „Popieprzony longplay nagrany przez popieprzoną gwiazdę rocka”?
BOWIE: No cóż, najbardziej narkotycznym albumem, jaki kiedykolwiek zrobiłem, jest The Man Who Sold the Wold. Pracowałem nad nim w okresie, w którym najbardziej popieprzyło mnie od narkotyków. Young Americans plasuje się prawdopodobnie na drugim miejscu. Gdy nagrywałem tę płytę, zażywałem już jednak zupełnie inne substancje. The Man powstało w okresie, w którym byłem entuzjastą haszyszu. Gdy tylko przestałem korzystać z tego narkotyku, zdałem sobie jednak sprawę, że tłumił on moją wyobraźnię. Postanowiłem więc skończyć ze środkami, które mnie spowalniają.

 

PLAYBOY: Nie zmienia to jednak faktu, że niedawno zostałeś aresztowany w północnej części stanu Nowy Jork za posiadanie ośmiu uncji marihuany.
BOWIE: Reszta zatrzymanych osób zapewniała, że trawa nie jest moja. Nie jestem w stanie dodać nic więcej. Marihuana należała do ludzi, którzy przebywali ze mną w jednym pomieszczeniu w chwili pojawienia się policji. Cholerni palacze trawy. To okrutna ironia losu, że zostałem zapuszkowany właśnie za marihuanę. Źle się po niej czuję. Nie tknąłem jej od dekady.

 

PLAYBOY: W piosence Station to Station wspominasz o kokainie.
BOWIE: Tak, to prawda. Tekst brzmi: „To nie są skutki uboczne kokainy / Myślę, że to miłość”. Czy rozgłośnie radiowe zagłuszają słowo „kokaina” za pomocą wysokiego dźwięku?

 

PLAYBOY: Nie słyszeliśmy, żeby to robiły. Czy masz jakieś zastrzeżenia dotyczące tego tekstu?
BOWIE: Żadnych.


PLAYBOY: Ktoś mógłby uznać, że zachęcasz do zażywania kokainy. Czy taki właśnie jest przekaz tego tekstu?
BOWIE: W tym tekście nie ma żadnego przekazu. Naprawdę nie mam nic do powiedzenia. Nie mam zamiaru udzielać żadnych wskazówek ani porad. Sugeruję po prostu pewne idee, które zachęcą ludzi do słuchania moich piosenek. Być może słuchacze dostrzegą później w moich tekstach jakieś przesłanie i zaoszczędzą mi pracy. Tak właśnie wygląda moja kariera. Wszystko uchodzi mi na sucho.

 

PLAYBOY: Twierdzisz, że lubisz bezustannie pracować. Wydajesz jednak tylko jeden album rocznie. Czym dokładnie się zajmujesz pomiędzy sesjami nagraniowymi?
BOWIE: Pisuję piosenki, scenariusze i wiersze. Maluję, robię fotografie kirlianowskie (kładzie się obiekt na światłoczułej powierzchni i przykłada wysokie napięcie, rejestrowane są wyładowania – przyp. red.), jestem własnym menedżerem, bywam aktorem, zajmuję się produkcją, nagrywam muzykę, czasami koncertuję. Mógłbym ci dać pięć nowych, nieopublikowanych albumów Davida Bowie. Mógłbym po prostu ci je oddać. Mam bardzo dużo materiału, który nie został jeszcze wydany. Praca, praca, praca...

 

PLAYBOY: Czy kiedykolwiek odpoczywasz?
BOWIE: Jeżeli pytasz o to, czy robię sobie czasem wakacje, odpowiedź brzmi: Nie. Odpoczywam podczas pracy. Mówię poważnie. Zawsze uważałem, że przez życie od samego początku trzeba iść jak Superman. Gdy byłem zwykłym człowiekiem, miałem poczucie, że nic nie znaczę. Nie mogłem znieść myśli, że liczy się tylko to, aby być dobrym człowiekiem. W pewnym momencie stwierdziłem: „Pieprzyć to. Nie chcę być kolejnym przyzwoitym przeciętniakiem. Chcę być superistotą i ulepszyć wszystkie moje zdolności w taki sposób, aby działały o trzysta procent sprawniej”. Uznałem, że jestem w stanie to zrobić.

 

PLAYBOY: Czy mógłbyś powiedzieć, co dokładnie w sobie udoskonaliłeś?
BOWIE: Gdy zaczynałem pisać, potrafiłem wydusić z siebie co najwyżej 3 czy 4 słowa. Wydaje mi się, że obecnie piszę bardzo dobrze. Czasem na coś patrzę i myślę sobie: „To zostało zrobione przez człowieka”. Dociera do mnie wtedy, że ja również jestem w stanie to zrobić. Być może nawet mogę zrobić to lepiej. Jeszcze jakiś czas temu nie wiedziałem nic o robieniu filmów. Nie miałem o tym zielonego pojęcia. Zacząłem więc oglądać najbardziej cenione filmy i samodzielnie zgłębiłem tajniki kinematografii. Było to bardzo logiczne posunięcie. Obecnie doskonale znam się na sztuce filmowej. Stałem się cholernie dobrym aktorem. Wkrótce będę również znakomitym filmowcem. Jest to po prostu kwestia zadecydowania, czym chcesz się zajmować.


PLAYBOY: Jestem jednak pewien, że czasem wątpisz w siebie.
BOWIE: Obecnie właściwie mi się to nie zdarza. Mniej więcej 2 lata temu dotarło do mnie, że całkowicie zmieniłem się w wymyśloną przez siebie postać Ziggy’ego Stardusta. Zacząłem więc bardzo skutecznie walczyć o odzyskanie własnej tożsamości. Rozebrałem i rozmontowałem samego siebie, warstwa po warstwie. Co tydzień siadałem na łóżku i wybierałem jedną rzecz, która mi się nie podobała lub której nie potrafiłem zrozumieć. Następnie przez cały tydzień próbowałem tę rzecz zniszczyć.

 

PLAYBOY: Jaką rzecz zaatakowałeś w pierwszej kolejności?
BOWIE: Wydaje mi się, że pierwszą rzeczą, za którą się zabrałem, był mój brak poczucia humoru. Później skoncentrowałem się na swojej wyniosłości. Dlaczego mam wrażenie, że jestem lepszy od innych ludzi? Wiedziałem, że muszę dojść do jakiejś konkluzji. Jeszcze mi się to nie udało, ale zagłębiłem się we własną osobę. Była to bardzo dobra terapia. Wyrzygałem samego siebie. W dalszym ciągu to robię. Dzięki temu mam poczucie, że doskonale wiem, co mnie zasmuca.

 

PLAYBOY: Czy regularne rozkładanie na czynniki pierwsze własnej osobowości nie czyni z ciebie schizofrenika?
BOWIE: Cztery aspekty mojej osobowości muszą omówić tę kwestię. Czy jestem schizofrenikiem? Jedna część mnie prawdopodobnie jest. Druga część mojej psychiki pozostaje jednak stabilna jak kamień. Tak naprawdę nie mam w sobie nic ze schizofrenika. Moje myśli są oczywiście bardzo chaotyczne. Co do tego nie mam wątpliwości. Często rozmyślam o sześciu rzeczach naraz. Moje myśli często przeszkadzają sobie nawzajem. Złym pomysłem jest prowadzenie samochodu w takim stanie.

 

PLAYBOY: Czy kiedykolwiek miałeś problem z zadecydowaniem, co jest dla ciebie prawdziwe?
BOWIE: Nauczyłem się płynąć z moim własnym prądem. Przyznam szczerze, że nie wiem, gdzie jest prawdziwy David Jones. Przypomina to grę w trzy kubki. Obecnie mam jednak tak dużo kubków, że nie pamiętam już, jak wygląda przedmiot ukryty pod jednym z nich. Nawet gdybym go znalazł, nie poznałbym go. Sława pomaga odepchnąć od siebie problemy związane z odkrywaniem samego siebie. Wiem co mówię. To właśnie dlatego przez całe życie pragnąłem być akceptowany i dążyłem do tego, by móc używać mózgu do tworzenia sztuki. Chcę coś po sobie pozostawić. Na początku kariery próbowałem to osiągnąć za pomocą czystej pretensjonalności. Uważam, że jestem odpowiedzialny za powstanie zupełnie nowej szkoły pretensjonalnych artystów, którzy wiedzą, kim są. Prawda, Elton? Tylko żartuję. Tak naprawdę wcale nie żartuję. Rozumiesz, o czym mówię? Ta wypowiedź była na wskroś pretensjonalna. Idę o zakład, że zostanie wydrukowana – bez względu na to, czy jest prawdziwa, czy nie. Pokażcie coś, co powstało za sprawą intelektualnej analizy lub krytycznego myślenia, a ludzie zaczną ziewać z nudów. Jeśli jednak opublikujecie coś pretensjonalnego, od razu przyciągniecie uwagę. Poza tym tylko pretensjonalne treści są jeszcze szokujące. Szokują tak, jak Dylan szokował 14 lat temu. Szokują tak, jak seks szokował w dawnych czasach.

 

PLAYBOY: Twierdzisz, że seks nie jest już szokujący?
BOWIE: Och, daj spokój. Przykro mi, Hugh. Seks nigdy nie był naprawdę szokujący. Szokujący byli co najwyżej ludzie, którzy go uprawiali. Szokujący ludzie uprawiający seks. Obecnie nikogo to nie obchodzi. Wszyscy pieprzą się ze wszystkimi. Obecnie szokuje tylko to, co ekstremalne. Na przykład brandzlowanie się i mówienie wszystkiego, co ślina na język przyniesie. Jeżeli nie robisz takich rzeczy, ludzie nie zwrócą na ciebie uwagi. A nawet jeśli zwrócą, to szybko o tobie zapomną. Musisz ich walić prosto w głowę.

 

PLAYBOY: Czy to twoja recepta na sukces?
BOWIE: To zawsze była moja recepta na sukces. Nigdy się to nie zmieniło. Wystarczy spojrzeć na mojego Ziggy’ego Stardusta. Stworzyłem całkowicie wiarygodnego plastikowego piosenkarza rock’n’rollowego. The Monkees nigdy nie wymyśliliby równie dobrej postaci. Chodzi mi o to, że mój plastikowy rock’n’rollowiec był bardziej plastikowy niż ktokolwiek inny. Był potrzebny w tamtym czasie. W dalszym ciągu jest. Większość ludzi chce, aby ich idole i bogowie byli płytcy – aby przypominali tanie zabawki. Dlaczego twoim zdaniem nastolatkowie są tacy, jacy są? Biegają w kółko jak mrówki, żują gumy i co chwila zmieniają styl ubioru. Nie szukają niczego głębszego. Nie dziwi mnie więc, że Ziggy odniósł tak duży sukces.

 

PLAYBOY: Czy to właśnie dlatego w pewnym momencie stałeś się Ziggym?
BOWIE: Nawet o tym wszystkim nie myślałem. Początkowo po prostu stawałem się tą postacią, gdy wychodziłem na scenę. Po jakimś czasie wszyscy zaczęli mnie traktować w taki sam sposób, w jaki traktowali Ziggy’ego. Ludzie odnosili się do mnie tak, jakbym był kimś niezwykle ważnym – kimś, kto porusza masami ludzi. Uwierzyłem w to, że jestem mesjaszem. To było przerażające. Dość szybko przejrzałem na oczy.

 

PLAYBOY: Czy nie obawiasz się, że w pewnym momencie twoi fani się od ciebie odwrócą, ponieważ nie będą już chcieli słuchać Bowiego śpiewającego soul lub cokolwiek innego?
BOWIE: No cóż, moi fani muszą zrozumieć, co jest moim celem od samego początku kariery. Nigdy nie byłem muzykiem.

 

PLAYBOY: Kim zatem jesteś?
BOWIE: Niestety zawsze chciałem być reżyserem filmowym. Nieświadomie połączyłem dwie dziedziny sztuki w jedną całość i zacząłem robić filmy na płytach muzycznych. Pozwoliło mi to stworzyć mój własny schemat albumu koncepcyjnego, który po jakimś czasie zaczął mnie ograniczać. Obecnie wiem, że nagrywane przeze mnie albumy muszą mi się podobać od strony muzycznej. W przeciwnym razie powinienem po prostu zrobić pieprzony film. Mam poczucie, że wiele moich albumów koncepcyjnych – na przykład Aladdin Sane, Ziggy czy Diamond Dogs – zostało zrealizowanych zaledwie w 50 procentach. Powinien towarzyszyć im materiał wizualny. Według mnie kilku z najbardziej utalentowanych współczesnych aktorów pracuje w świecie rocka. Myślę, że mimo to rock zainicjuje renesans w kinematografii. Dojdzie do tego nie z powodu obecności zdolnych aktorów w świecie rocka, lecz pomimo niej.

 

PLAYBOY: Powiedziałeś jednak kiedyś, że rock jest według ciebie przygnębiający i jałowy, a nawet zły.
BOWIE: Bo jest przygnębiający i jałowy. W ostatecznym rozrachunku jest również zły. Złe jest wszystko, co sprzyja stagnacji. Gdy rock’n’roll jest przewidywalny, przestaje być rock'n'rollem. Staje się białym szumem. Pieśnią żałobną. Wystarczy spojrzeć na muzykę disco i jej nieprzerwany, otępiający rytm. Stanowi ona realne zagrożenie. Porzuciłem więc konwencje rockowe. Zaakceptowałem fakt, że nie jestem kolejnym nudnym piosenkarzem rockowym, lecz showmanem, Davidem Bowie. Wystąpiłem w filmie Nicolasa Roega Człowiek, który spadł na ziemię. Będę robić jeszcze więcej. Wykorzystam każdą okazję. Jeżeli wiesz, że stoisz na bezpiecznym gruncie, jesteś martwy. Jesteś skończony. Już po tobie. Ostatnią rzeczą, której pragnę, jest stabilizacja. Chcę codziennie wieczorem kłaść się do łóżka z myślą: „Być może jutro się nie obudzę. Wiem jednak przynajmniej, że przez całe życie naprawdę żyłem”.

 

PLAYBOY: Wróćmy do muzyki disco. Mówisz, że jest to pieśń żałobna. Nie zmienia to jednak faktu, że twoja piosenka Fame była największym hitem disco zeszłego roku, a w tym roku sukces ten powtórzyła twoja piosenka Golden Years. Jak to wyjaśnisz?
BOWIE: Uwielbiam muzykę disco. Jej słuchanie to cudowny sposób na oderwanie się od codziennych trosk. Nie podoba mi się jednak to, że rozgłośnie radiowe puszczają ją o każdej porze dnia i nocy. Piosenka Fame była niesamowitym blefem, który zadziałał. Bardzo mi to schlebia. Jestem w stanie robić cokolwiek, dopóki nie poniosę porażki. Nawet gdy udaje mi się odnieść sukces, prędzej czy później zaczynam podążać w innym kierunku. Jestem naprawdę oszołomiony tym, że ludzie tańczą do moich nagrań. Bądźmy jednak szczerzy. Moje utwory rhythm’n’bluesowe są na wskroś plastikowe. Płytę Young Americans, z której pochodzi piosenka Fame, mógłbym nazwać albumem utrzymanym w stylistyce „plastikowego soulu”. Zawiera skondensowane resztki muzyki etnicznej, która próbuje przetrwać w epoce mdłego rocka. Na dodatek została napisana i zaśpiewana przez białego Angola. Gdybyście 5 lat temu puścili mi Young Americans i powiedzieli: „To jest album R&B”, roześmiałbym się. Histerycznie.

PLAYBOY: A jak zareagowałbyś, gdybyśmy ci powiedzieli: „Taki właśnie album nagrasz za 5 lat”?
BOWIE: Wywaliłbym tę płytę i was z mojego domu.

 

PLAYBOY: Barbra Streisand nagrała własną wersję twojej piosenki Life on Mars. Co sądzisz o tej przeróbce?
BOWIE: Jest cholernie zła. Przepraszam, Barbro, ale ta przeróbka jest potworna.

 

PLAYBOY: Słyniesz z tego, że nie utrzymujesz serdecznych relacji z innymi artystami. Krążyły jednak plotki, że poleciałeś do Europy, aby spędzić urlop z Bobem Dyla-nem. Czy możesz coś o tym powiedzieć?
BOWIE: Przepiękna plotka. Od lat nawet nie wyjeżdżałem z tego cholernego kraju. Widziałem Dylana w Nowym Jorku 7 czy 8 miesięcy temu. Nie mamy za wiele wspólnych tematów. Nie jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Mam wręcz wrażenie, że Dylan mnie nienawidzi.

 

PLAYBOY: W jakich okolicznościach się spotkaliście?
BOWIE: Bardzo złych. Poszliśmy do czyjegoś mieszkania po koncercie w klubie. Wszyscy chcieliśmy się z kimś zobaczyć, nie pamiętam już z kim. Tam właśnie spotkałem Dylana. Byłem w bardzo... towarzyskim nastroju. Przez kilka godzin po prostu do niego mówiłem. Nie mam pojęcia, czy wywołałem w nim rozbawienie, strach, czy odrazę. Nie czekałem na żadne odpowiedzi. Po prostu nawijałem o wszystkim, co przychodziło mi do głowy. W pewnym momencie się pożegnałem. Nigdy do mnie nie zadzwonił.


PLAYBOY: Czy Dylan zrobił na tobie wrażenie?
BOWIE: Niespecjalnie. Chciałbym tylko wiedzieć, co chłopak sobie o mnie pomyślał. Miałem poczucie, że mam do powiedzenia coś niezwykle ważnego. Właściwie to poczucie towarzyszy mi przez cały czas. Od dawna nikt nie zrobił na mnie wrażenia.

 

PLAYBOY: Czy inny muzyk nie może zrobić na tobie wrażenia?
BOWIE: Gil Evans. Może Ricky Rickardo. Lubię poznawać innych artystów, ale bardzo rzadko robią na mnie wrażenie. Imponują mi zwykłe osoby, których nie interesują walki o władzę. Natychmiast dostrzegam walki o władzę i jestem w nich lepszy niż większość ludzi, więc radzę sobie z ewentualnymi oponentami w mgnieniu oka.

 

PLAYBOY: Jak w ogóle zostałeś rock’n’rollowcem?
BOWIE: Szczerze? Byłem spłukany. Wszedłem w świat rocka, ponieważ pozwalał w przyjemny sposób zarabiać pieniądze. Przez 4 czy 5 lat zastanawiałem się nad tym, jaki ruch powinienem wykonać w następnej kolejności. Wcześniej byłem malarzem i uczyłem się grafiki użytkowej w Bromley Technical Hich School. Postanowiłem spróbować swoich sił w świecie reklamy. To był koszmarny okres. Nigdy nie czułem się tak źle. Całkiem nieźle grałem jednak na saksofonie. Zrezygnowałem więc z pracy w reklamie i pomyślałem sobie: „Dam szansę rockowi”. Granie rocka dostarcza dużo zabawy i zazwyczaj pozwala zarobić co najmniej tyle pieniędzy, by starczyło na życie. W tamtych czasach było szczególnie dobrym pomysłem. To była epoka modsów. Ładne ubrania były połową sukcesu.

 

PLAYBOY: Ale za ładne ubrania trzeba zapłacić pieniędzmi.
BOWIE: Niekoniecznie. W tamtych czasach regularnie zaglądałem do kontenerów na śmieci w małych uliczkach odchodzących od Carnaby. Zanim ulica Carnaby zaczęła być znana wszystkim mieszkańcom Londynu, była całkiem gustowna. Mieszkali tam najlepsi młodzi projektanci. W większości byli to niezwykle rozrzutni Włosi. Wyrzucali wszystkie ubrania, które nie miały guzika lub były w jakikolwiek inny sposób wybrakowane. W kontenerach na śmieci można było więc znaleźć mnóstwo darmowych ubrań. Wystarczyło im tylko przyszyć guzik albo zaszyć rękaw. Swego czasu podkradałem dosłownie wszystko. Musiałem wyglądać modnie. Wszyscy daliśmy się wciągnąć w tę grę. Każdy z nas chciał być następnym Elvisem Presleyem i próbował swoich sił w kolejnych tandetnych zespołach. Śpiewałem między innymi w grupie David Jones and the Buzz. Inny z moich zespołów nosił nazwę David Jones and the Lower Third. Trafiłem nawet do trupy mimów o nazwie Feathers.


PLAYBOY: Jak to było być mimem?
BOWIE: Och, bardzo łatwo jest być mimem. W tamtych czasach właściwie nie było konkurencji. Byłem dość przeciętnym mimem. Miałem raczej kiepską technikę, ale tak naprawdę nikt o tym nie wiedział. Mam bardzo dobre ciało i potrafię nad nim panować. W dalszym ciągu nie jestem jednak wystarczająco zdyscyplinowany, aby konkurować z Marcelem Marceau. Bycie mimem sprawiło, że dowiedziałem się dużo o mowie ciała. To wszystko.

 

PLAYBOY: Czy twoja żona Angela w jakikolwiek sposób pomogła ci w podpisaniu twojego pierwszego kontraktu nagraniowego?
BOWIE: Angela i ja znaliśmy się, ponieważ obydwoje spotykaliśmy się z tym samym mężczyzną. Innym z jej chłopaków był łowcą talentów z Mercury Records. Pewnego razu zabrał ją na koncert w Roadhouse, gdzie akurat występowałem. Nienawidził mnie. Angela uznała natomiast, że jestem świetny. Ostatecznie zagroziła temu facetowi, że zostawi go, jeżeli jego wytwórnia nie podpisze ze mną umowy. W ten właśnie sposób zdobyłem kontrakt.

 

PLAYBOY: A jak potoczyła się znajomość z waszym wspólnym chłopakiem?
BOWIE: Wziąłem ślub z Angelą i obydwoje nadal się z nim widywaliśmy.

 

PLAYBOY: Dlaczego się z nią ożeniłeś?
BOWIE: Ponieważ uświadomiłem sobie, że to jedna z bardzo niewielu kobiet, z którymi byłbym w stanie mieszkać dłużej niż przez tydzień. Uwielbiam do niej wracać. Wiem, że zawsze tak będzie. Nikt nie jest bardziej wymagający ode mnie. Oczywiście mentalnie, a nie fizycznie. Jestem bardzo zaciętym człowiekiem. Bardzo się angażuję we wszystko, co robię. Odstraszam większość ludzi, z którymi mieszkam.

 

PLAYBOY: Czy byłeś zakochany w Angeli?
BOWIE: W zasadzie nigdy nie byłem zakochany. Może raz i było to okropne doświadczenie. Sprawiało, że gniłem. Wyssało ze mnie energię. Przypominało chorobę. Było pełne nienawiści. Stan zakochania rodzi ślepy gniew i zazdrość. Rodzi chyba wszystko oprócz miłości. Jest trochę jak chrześcijaństwo lub jakakolwiek inna religia.

 

PLAYBOY: W co wierzysz?
BOWIE: W siebie. W politykę. W seks...

 

PLAYBOY: Skoro stawiasz siebie na pierwszym miejscu, to czy uważasz się za oryginalnego myśliciela?
BOWIE: W żadnym wypadku. Uważam się raczej za eleganckiego złodzieja. Interesuję się wyłącznie tymi dziełami sztuki, z których mogę coś ukraść. Myślę, że moje plagiatorstwo jest skuteczne. Dlaczego w ogóle artyści tworzą? Z mojej perspektywy wygląda to tak, że jeżeli jesteś wynalazcą, próbujesz wymyślać rzeczy, z których ludzie będą mogli skorzystać. Chcę, aby sztuka była równie praktyczna. Sztuka może nawiązywać do polityki, seksu lub czegokolwiek innego, ale powinna być użyteczna. Czego, do cholery, chcą artyści? Okazów muzealnych? Im bardziej zrzynam, tym bardziej ludzie mnie chwalą. Wywołuję jednak dużo niezadowolenia, ponieważ swój podziw dla innych artystów wyrażam poprzez mówienie: „Tak, skorzystam z tego” albo „Tak, to zaczerpnąłem od niego, a to od niej”. Dla przykładu, Mick Jagger boi się nawet myśleć o nowych pomysłach, gdy przebywamy w tym samym pomieszczeniu. Wie, że je ukradnę.

 

PLAYBOY: Czy to prawda, że przy jakiejś okazji Jagger powiedział ci, że The Rolling Stones zamówili okładkę swojej nowej płyty u francuskiego grafika Guya Peellaerta, a ty od razu zatrudniłeś Peellaerta i poprosiłeś go o zrobienie okładki twojego albumu Diamond Dogs, który ukazał się wcześniej niż płyta Stonesów?
BOWIE: Mick postąpił głupio. Nie powinien był pokazywać mi niczego nowego. Pewnego razu byłem u niego w domu. Wszędzie wisiały prace Guya Peellaerta. Mick zapytał: „Co sądzisz o tym facecie?”. Odpowiedziałem mu, że według mnie te prace są niesamowite. Natychmiast zadzwoniłem do Guya. Mick wyciągnął naukę z całej tej sytuacji. Nigdy więcej nie popełni podobnego błędu. W tym biznesie trzeba być sukinsynem.

 

PLAYBOY: Czy są jacyś inni artyści, których chciałbyś zatrudnić?
BOWIE: Bardzo chciałem, aby Norman Rock-well zrobił okładkę jednej z moich płyt. Nadal chcę. Początkowo marzyłem o tym, by wykonał okładkę Young Americans. Zdobyłem jego numer i zadzwoniłem do niego. Było to niezwykle osobliwe przeżycie. Telefon odebrała jego żona. Powiedziałem jej więc: „Halo, z tej strony David Bowie”, po czym wyjaśniłem jej sytuację. Zapytałem ją, czy Rockwell mógłby namalować okładkę mojej płyty. Ona natomiast odpowiedziała mi drżącym, starym głosem: „Przykro mi, ale Norman potrzebuje co najmniej 6 miesięcy na przygotowanie obrazu”. Musiałem zrezygnować. Myślę jednak, że całe to doświadczenie było urocze. Rockwell to wspaniały artysta. Żałuję, że nie mam w sobie tej samej skrupulatnej pasji co on. Wolę po prostu wyrzucać z siebie pomysły najszybciej, jak to możliwe.

 

PLAYBOY: Niektórzy psychiatrzy nazwaliby twoje zachowanie kompulsywnym. Czy nie przeraża cię fakt, że w twojej rodzinie zdarzały się przypadki niepoczytalności?
BOWIE: Mój brat Terry przebywa obecnie w zakładzie psychiatrycznym. Chciałbym wierzyć, że przyczyną jego szaleństwa jest to, że wszyscy w naszej rodzinie są geniuszami. Obawiam się jednak, że nie jest to prawda. Znaczna część członków mojej rodziny to zwykli ludzie. Ja sam tak naprawdę uwielbiam szaleństwo. Dobrze się o nim rozmawia na imprezach, nie uważasz? Gdy wspominasz o tym, że masz w rodzinie samych świrów, w ludziach od razu pojawia się empatia. Wszyscy mówią: „Och, tak, moja rodzina też jest dość szalona”. Problem polega na tym, że moja rodzina naprawdę jest szalona. To nie jest żart. Większość członków mojej rodziny to szaleńcy, którzy albo właśnie wyszli z zakładu psychiatrycznego, albo niedługo w nim wylądują. Niewykluczone, że niektórzy z nich wkrótce będą już martwi.

 

PLAYBOY: Co myślą o tobie członkowie twojej rodziny?
BOWIE: Nie mam pojęcia. Od wielu lat nie rozmawiałem z żadnym z nich. Mój ojciec nie żyje. Z matką rozmawiałem chyba kilka lat temu. Nie rozumiem ich. Nie jest to już kwestia tego, czy oni rozumieją mnie. Sytuacja się odwróciła.

 

PLAYBOY: Często mówiłeś, że jesteś zwolennikiem faszyzmu. Jednocześnie jednak twierdzisz, że pewnego dnia będziesz kandydować na urząd premiera Wielkiej Brytanii. Czy to manipulacja medialna?
BOWIE: Chryste, wszystko jest manipulacją medialną. Bardzo bym chciał wejść do świata polityki. Pewnego dnia to zrobię. Marzę o tym, żeby zostać premierem. Nie ukrywam, że jestem zwolennikiem faszyzmu. Według mnie powinniśmy przyspieszyć rozwój prawicy, wprowadzić despotyczną tyranię i jak najszybciej rozprawić się z liberalizmem, który zatruwa obecnie nasze społeczeństwo. Ludzie zawsze reagują sprawniej, gdy zarządzają nimi służby mundurowe. Liberałowie tracą czas na pytania: „No cóż, jakie macie pomysły?”. Pokażmy im, co należy zrobić, na litość boską. W przeciwnym razie niczego nie załatwią. Nie znoszę ludzi, którzy się obijają. Najskuteczniejszym faszystą oczywiście jest telewizja. Gwiazdy rocka również są faszystami. Adolf Hitler był jedną z pierwszych gwiazd rocka.

 

PLAYBOY: Co dokładnie masz na myśli?
BOWIE: Zastanówcie się nad tym przez chwilę. Obejrzyjcie jakiś film poświęcony Hitlerowi i zobaczcie, w jaki sposób się poruszał. Myślę, że był równie dobry jak Jagger. To zdumiewające. Gdy przemawiał ze swojego podium, miał pełną kontrolę nad publicznością. Dobry Boże! Hitler nie był politykiem. Był artystą medialnym. Za pomocą polityki i sztuki aktorskiej stworzył coś, co przez 12 lat pozwalało mu kierować ludźmi i ich kontrolować. Świat już nigdy nie zobaczy kogoś takiego. Hitler stał się reżyserem całego swojego kraju. Naprawdę chciałbym zostać premierem. Myślę jednak, że najpierw musiałbym założyć własne państwo. Nie chcę być premierem starego kraju. Musiałbym najpierw stworzyć państwo, w którym chciałbym żyć. Marzę o tym, by pewnego dnia kupić przedsiębiorstwa i stacje telewizyjne – by je posiadać i kontrolować.

 

PLAYBOY: Podobno swego czasu obawiałeś się, że zostaniesz zamordowany na scenie. Czy nadal się tego boisz?
BOWIE: Nie. Zbyt wiele razy umierałem na scenie. Tak naprawdę nie jest to takie złe. Nie. Nie mam już tej paranoi. Doszedłem do wniosku, że moja śmierć powinna być niezwykle efektowna. Naprawdę chcę ją jakoś wykorzystać. Chciałbym, aby moja śmierć była równie interesująca jak moje życie. Wiem, że taka będzie. Zamordowany bohater nie do końca umiera. Zabójstwo jest... jest obelgą. Wielką obelgą. Jest ostatecznym skutkiem zasady sformułowanej przez Wilhelma Reicha: „Nie pozwolimy, aby ktokolwiek był lepszy od nas”. Większość ludzi w głębi serca się z tym zgadza. Ludzie nie są zbyt bystrzy. Mówią,
że chcą wolności. Kiedy jednak pojawia się okazja, zapominają o Nietzschem i wybierają Hitlera, który wchodzi do pomieszczenia i zaczyna przemawiać, a w strategicznych momentach pojawia się muzyka i światła. Wystąpienia Hitlera przypominały trochę koncerty rock’n’rollowe, podczas których dzieciaki stają się bardzo podekscytowane. Dziewczyny się rozpalają i pocą, a faceci żałują, że to nie oni stoją na scenie. Według mnie na tym właśnie polega doświadczenie rock’n’rollowe.

 

PLAYBOY: Podczas wywiadu dla czasopisma „Rolling Stone” stwierdziłeś, że za pomocą swojej muzyki chciałbyś „podprogowo rządzić światem”. Czy zechciałbyś rozwinąć tę wypowiedź?
BOWIE: Myślę, że reklama podprogowa jest czymś wspaniałym. Gdyby nie była zakazana, bardzo szybko znalazłaby zastosowanie w świecie polityki. Opanowałbym ją do perfekcji. Pomyślcie o tym. Ludzie mogliby przez półtorej godziny patrzeć na biały ekran. Niczego by nie zobaczyli, ale wróciliby do domów z całym doświadczeniem w głowach. Redakcja „Rolling Stone” dostała oczywiście mnóstwo obraźliwych listów. Salvador Dali również je jednak dostawał. Gdy malował swoje obrazy, doskonale wiedział, co robi. Wiedział, co oznaczają wszystkie przedmioty. Czy powinniśmy zniszczyć wszystkie jego prace i zmusić go do malowania wazonów z kwiatami? Przekonanie, że artyści powinni malować wyłącznie rzeczy, które są zrozumiałe dla proletariuszy, jest według mnie niezwykle destrukcyjne. Czy nie kojarzy się wam z podejściem Hitlera, który wchodził do muzeów i niszczył współczesne obrazy? Nie można bać się sztuki. Rock’n’roll jest tylko rock’n’rollem. Ludzie uważają go natomiast za coś świętego i nietykalnego. Za jego pomocą naprawdę można kierować dzieciakami. W latach 50. kręcono filmy przeciwko rockowi. Ich autorzy mieli rację. Płyty rock’n’rollowe stanowią zagrożenie dla zasad moralnych. Epoka płyt dobiega jednak końca. Trudno przewidzieć, co wydarzy się w przyszłości.

 

PLAYBOY: Nie do końca rozumiemy, jak przeskoczyłeś od reklam podprogowych do informacji o śmierci przemysłu nagraniowego. Skoro jednak to zrobiłeś, to czy mógłbyś powiedzieć, jak według ciebie będzie wyglądała przyszłość muzyki?
BOWIE: Powróci do wrażliwości klasy robotniczej. Uważam, że to ekscytujące. Dźwięk będzie traktowany raczej jako struktura niż jako muzyka. Produkowanie albumów noise’owych wydaje mi się więc w pełni logiczne. Moim ulubionym zespołem jest obecnie niemiecka grupa o nazwie Kraftwerk, która gra muzykę noise mającą „zwiększać produktywność”. Podoba mi się pomysł wykorzystywania muzyki w ten sposób.

 

PLAYBOY: Poddajemy się. Porozmawiajmy o filmach. Dlaczego postanowiłeś wystąpić w Człowieku, który spadł na ziemię?
BOWIE: Opowiem wam, jak do tego doszło. Pewnego dnia przysłano mi scenariusz i od razu zaintrygowała mnie postać Newtona, z którą miałem wiele wspólnego. Newton bał się samochodów, ale uwielbiał dużą prędkość. Był również wychudzony. Mieliśmy wiele wspólnych cech. Jedyny problem polegał na tym, że scenariusz mi się nie spodobał.

 

PLAYBOY: Jak udało ci się obejść ten problem?
BOWIE: Nicolas Roeg – reżyser tego filmu – przyjechał do mojego domu kilka tygodni po tym, jak dostałem scenariusz. Pojawił się o umówionej godzinie, ale nie było mnie w domu. Po mniej więcej ośmiu godzinach przypomniałem sobie o naszym spotkaniu. Pojawiłem się dziewięć godzin później. Oczywiście myślałem, że Nicolas sobie poszedł. Zastałem go jednak w mojej kuchni. Siedział tam od wielu godzin i nawet nie wszedł na piętro – nie wszedł do mojego pokoju. Przez cały czas był w kuchni. Boże, byłem bardzo zakłopotany. Myślałem, że z powodu tego zakłopotania zgodzę się na współpracę. Nicolas zapytał mnie: „No więc, David, co sądzisz o scenariuszu?”. Odpowiedziałem mu: „Jest dość kiepski, nie uważasz?”. Natychmiast zrzedła mu mina. Po chwili zaczął jednak mówić. Po dwóch lub trzech godzinach byłem przekonany, że facet jest geniuszem. Okazało się, że film ma bardzo wyraźną fabułę, która stanowi filar całej historii. Opowiada o duchowych i najbardziej podstawowych poziomach osobowości niesamowicie skomplikowanego kosmity, który przypomina nieco Howarda Hughesa. W dalszym ciągu nie rozumiem wszystkich subtelności, które Roeg zawarł w tym filmie. Mam wręcz poczucie, że poziom artystyczny tego faceta znajduje się gdzieś wysoko nade mną.

 

PLAYBOY: Dlaczego Roeg chciał, abyś wystąpił w jego filmie?
BOWIE: Początkowo miał w nim wystąpić Peter O’Toole, ale nie był w stanie. Wydaje mi się, że montażysta zachęcił Nicka do obejrzenia zrealizowanego przez BBC filmu dokumentalnego o mnie – Cracked Actor. Być może moje przywiązanie do postaci Ziggy’ego – mojego alter ego – zawładnęło uwagą i wyobraźnią Nicka. Pomógł również mój wygląd. Roeg szukał bowiem osoby o wyrazistym, surowym obliczu, a moja twarz spełniała jego oczekiwania.

 

PLAYBOY: Po jakim czasie przyzwyczaiłeś się do kamer?
BOWIE: Po niecałej godzinie. Był to pierwszy film, w którego realizacji uczestniczyłem. Nie mógłbym pracować z pierwszym lepszym reżyserem. Musiałem instynktownie poczuć, że mam do czynienia z kimś, kto stanie się moim mentorem. Nie byłbym w stanie pracować z osobą, którą uważam za gorszą od siebie – a mam bardzo, bardzo wysokie mniemanie o swoich umiejętnościach. Już po godzinie na planie filmowym wiedziałem, że wybrałem odpowiedniego faceta. Poczekajcie jednak, aż sam zostanę reżyserem. Będę wspaniały.

 

PLAYBOY: Czy aktorstwo jest dla ciebie bardziej interesujące od rock’n’rolla?
BOWIE: Granie rock’n’rolla jest aktorstwem. Na wszystkich swoich płytach odgrywałem po prostu określone pozy i postacie. To właśnie dlatego nie do końca jestem dumny z wielu moich albumów. Bardzo brakuje im aspektu wizualnego. Gdy wreszcie wystąpiłem w filmie, moje aktorstwo stało się po prostu czymś oficjalnym. Jestem pewien, że moi zwolennicy za mną pójdą. Są bardzo wierni.

 

PLAYBOY: Jednym z twoich największych fanów jest Steven Ford – 20-letni syn prezydenta. O czym rozmawialiście, gdy odwiedził cię w Los Angeles?
BOWIE: Steven Ford? Lubi rozmawiać o koniach. Powiedziałem mu, że potrafię na nich jeździć w stylu angielskim. On natomiast odrzekł, że jeździ w stylu westernowym i że wie, że styl angielski jest znacznie trudniejszy. Przyznałem mu rację i powiedziałem: „Tak, ma więcej wspólnego z etykietą i dyscypliną niż z jeździectwem”. Zgodził się ze mną. Tak właśnie wyglądała nasza rozmowa. Bardzo go polubiłem. Zapytałem go, co sądzi o używaniu rock'n'rolla jako narzędzia politycznego.

 

PLAYBOY: Co odpowiedział?
BOWIE: To właśnie wtedy zaczął mówić o koniach.

 

PLAYBOY: Czy zaprosił cię do siebie, abyś mógł poznać jego ojca?
BOWIE: Nie. Sam się wprosiłem. Zapytałem go, czy byłby skłonny zaprosić mnie do siebie, gdybym kiedykolwiek był w okolicy. Dość niechętnie się zgodził. Nie bardzo rozumiem, co wzbudziło jego niepokój. Byłem wobec niego bardzo męskim dżentelmenem.

 

PLAYBOY: Jak wyglądają obecnie twoje relacje z Eltonem Johnem?
BOWIE: Któregoś dnia przysłał mi bardzo miły telegram.

 

PLAYBOY: Czy to ty nazwałeś go „tandetnym pedziem będącym rockową wersją Liberace”?
BOWIE: Tak. No cóż, powiedziałem to, zanim dostałem od niego telegram. O wiele bardziej wolałbym słuchać go w radio niż z nim rozmawiać. Zróbmy coś innego. Czy chcecie napisać piosenkę?

 

PLAYBOY: Jasne.
BOWIE: W porządku. Zatytułujmy ją Publiczność. Będzie to piosenka o rock’n’rollu. Zgoda? Ja powiem: „Led Zeppelin są solidni. Czujesz się jak twardziel” (zapisuje). Szybko. Wybierzcie jakiegoś innego artystę rockowego.

 

PLAYBOY: Może Stevie Wonder?
BOWIE: Dobrze. „Stevie Wonder się rozwija. Nikogo nie kochasz bardziej” (zapisuje). Stevie Wonder jest kimś w rodzaju złotego chłopaka. Wszyscy go uwielbiają. Kto jeszcze? Wymieńcie kogoś, kto naprawdę potrafi pisać piosenki.

 

PLAYBOY: Joni Mitchell.
BOWIE: „Joni Mitchell porusza nasze serca”. (Zapisuje). Potrafi to robić, nieprawdaż? OK, pozwólcie mi wziąć do ręki gitarę. No dobra, zaczynamy (patrzy na to, co zapisał, po czym zaczyna delikatnie uderzać w struny i nucić):

„Led Zeppelin się rozwija, umysły nam ścierając Odlatujemy, wzroku już nie mając
Hej, Stevie Wonder czuje się jak twardziel
Na nikim nie możesz polegać bardziej..."
Niezła piosenka, prawda?

 

PLAYBOY: Czy tak właśnie powstała twoja piosenka Changes?
BOWIE: Nie, ale napisałem w ten sposób znaczną część albumu Diamond Dogs.


PLAYBOY: A co się stało z Joni Mitchell?
BOWIE: Jest wystarczająco dobra. Nie muszę o niej nucić. Widzicie więc, że w trakcie pracy nad piosenkami nie przestrzegam żadnych reguł.

 

PLAYBOY: Widzimy.
BOWIE: Pytaliście mnie o innych muzyków rockowych. Dostaliście piosenkę. Nie narzekajcie. Co za brak szacunku. Jak się nazywa ten komik? Już pamiętam: Rodney Dangerfield. Nie martw się, Rodney. Nowa sztuka zawsze jest wygwizdywana. Mona Lisę też krytykowano.

 

PLAYBOY: Czy masz poczucie, że w ciągu tych wszystkich lat byłeś wykorzystywany?
BOWIE: Nie byłem wykorzystywany. Byłem wyzyskiwany.

 

PLAYBOY: Czy sugerujesz, że nie osiągnąłeś wszystkiego, co powinieneś był osiągnąć?
BOWIE: Pytacie o sprawy finansowe? O Boże, nie. Niczego nie osiągnąłem. Wywarłem jednak pewien wpływ na ludzi i wywołałem kilka zmian. Ma to oczywiście ogromne znaczenie. Często sobie to powtarzam. Moja kariera to archetypowa historia muzyka rock’n’rollowego. To najlepsza rzecz, jaką można o niej powiedzieć. Przeczytajcie opowieści o Beatlesach, Stonesach i wielu innych wielkich showmanach, a następnie połączcie je w jedną całość. Mniej więcej tak właśnie wygląda moja historia. John Lennon również przez to przechodził. Powiedział mi kiedyś: „Trzymaj się tego. Przetrwaj. Czeka cię prawdziwa mordęga. Ludzie będą z ciebie zdzierać kasę na lewo i prawo. Musisz to po prostu przecierpieć”. Odrzekłem mu zarozumiale: „Mam świetnego menedżera. Wszystko jest świetnie. Mamy lata 70. Gdy ostatni raz widziałem się z Johnem, powiedziałem mu, że miał rację. Zostałem oskubany.

 

PLAYBOY: Nie jesteś bogaty? Przecież 5 twoich albumów uzyskało status złotej płyty.
BOWIE: Obecnie jestem niezmiernie bogaty. Nie! Momencik, Ameryko! Ani trochę. Nie mam grosza przy duszy. Obecnie klepię biedę, ale jestem potencjalnie bogaty. Teoretycznie bogaty, ale nie zamożny.

 

PLAYBOY: Lennon i Jagger mówią, że są bardzo rozgoryczeni z powodu kontaktów z biznesem muzycznym. Czy ty również jesteś?
BOWIE: Nie, nie, nie. Musiałem się po prostu dużo nauczyć o biznesie muzycznym. Wszyscy popełniamy błędny. Popełnianie błędów jest bardzo ważne. Bardzo, bardzo ważne. Gdyby wszystko szło gładko, nie byłbym człowiekiem, którym jestem obecnie.

 

PLAYBOY: Ostatnie pytanie. Czy wierzysz we wszystko, co powiedziałeś?
BOWIE: We wszystko z wyjątkiem podjudzających uwag.

 

Tekst: Cameron Crowe
Zdjęcia: Andy Kent & Cinema 5
Przekład: Macej Lorenc

 

Więcej klasycznych wywiadów PLAYBOYA przeczytasz w naszych specjalnych wydaniach. Do kupienia w sklepie Marquard.pl.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska