Wywiady PLAYBOYA: Keith Richards

2016-07-27
Wywiady PLAYBOYA: Keith Richards

Gitarzysta i kompozytor największych hitów The Rolling Stones jest najprawdziwszą kwintesencją rock’n’rolla. Przez lata bił przeczące ludzkiej wydolności rekordy w życiu na krawędzi, co przyniosło mu przydomek Niezniszczalny.

PLAYBOY USA PAŹDZIERNIK 1989

 

Opowiadając o dzieciństwie w ciężkich czasach, burzliwych relacjach z Mickiem Jaggerem i Brianem Jonesem, ekstremalnych sytuacjach na scenie i za jej kulisami oraz okolicznościach powstania najsłynniejszych piosenek, daje niejeden przyczynek do wyjaśnienia własnego fenomenu. 46-letni wówczas rockman, świeżo po wydaniu pierwszej autorskiej płyty, uderza nawet w ton filozoficzny. Ale wszystkiego można się spodziewać po artyście jakim jest Keith Richards.

 

PLAYBOY: Śledzenie historii The Rolling Stones jest nie lada wyzwaniem: Stonesi się rozpadli, Stonesi znów grają razem, Mick pokłócił się z Keithem, Keith pokłócił się z Mickiem, Stonesi znów koncertują w pełnym składzie... Jaką rolę The Rolling Stones będą odgrywać w najbliższej przyszłości?
RICHARDS: Istnienie Stonesów jest czymś nieuniknionym. Ten proces jest nieubłagalnie przewidywalny. Nie chcę wpadać w przesadny optymizm tylko dlatego, że mówimy o zespole The Rolling Stones, ale myślę, że rok 1989 będzie dosłownie należeć do Stonesów – niezależnie od tego, czy mi się to podoba, czy nie. Mickowi i pozostałym członkom zespołu mogę tylko powiedzieć: „Moi drodzy, to jest ważniejsze od któregokolwiek z nas”. Dlaczego postanowiliśmy wrócić do siebie właśnie teraz? Czy chodzi o szmal? Tak, w dużej mierze. Pamiętajmy jednak, że Stonesi nie byli w trasie od siedmiu cholernych lat. Wymieńcie choćby jeden inny zespół, który może sobie pozwolić na tak długą przerwę. Jesteśmy już jak Frank Sinatra. Odnoszę wręcz wrażenie, że im dłużej się czymś nie zajmujesz, tym bardziej ludzie tego pragną. Ilekroć wychodzę na ulicę, ktoś pyta mnie: „Kiedy Stonesi wrócą, człowieku?”. Czasami tego rodzaju pytania wykrzykują nawet faceci siedzący na śmieciarkach. Nagranie płyty bez Stonesów było dla mnie porażką samą w sobie. Gdy kończyłem swój album solowy, Stonesi zadzwonili do mnie i powiedzieli, że chcą się spotkać i porozmawiać o odbudowie zespołu. Akurat wtedy, gdy udało mi się o nich zapomnieć!

 

PLAYBOY: Nawet w okresie, w którym nie pracowaliście ze sobą, zapotrzebowanie na muzykę Stonesów było całkiem duże, zgadza się?
RICHARDS: Tak. (Pauza) To, że tak wielu ludzi chce oglądać Stonesów, jest prawdziwym cudem. Czy członkowie zespołu zdają sobie sprawę, jak wielki to cud? Stonesi to samolubne skurczybyki. Nie odpowiadają na listy od wielbicieli, z wyjątkiem Billa [Wymana]. Nigdy nie robili nic, aby podlizać się publiczności. Ich podejście jest proste: „Albo chcecie nas słuchać, albo nie”. To coś w rodzaju dewizy zespołu. Koncertowanie jest dla nas niezwykle dochodowym zajęciem. Swego czasu przez rok albo dwa występowaliśmy w londyńskich klubach 4 razy tygodniowo, wykonując na żywo muzykę innych ludzi. Obecnie odnoszę jednak wrażenie, że im dłużej trzymasz się na uboczu, tym bardziej ludzie chcą cię oglądać. Musisz tylko dbać o to, aby zespół się nie rozpadł.

 

PLAYBOY: W ten sposób dochodzimy do twoich stosunków z Mickiem Jaggerem.
RICHARDS: Największy problem w mojej relacji z Mickiem polega na tym, że mogę mu powiedzieć: „Wkurza cię we mnie to, że jestem jedyną osobą, która może na ciebie nakrzyczeć i dać się przy tym ponieść emocjom”.

 

PLAYBOY: Z drugiej strony przez wiele lat nadużywałeś narkotyków i nie miałeś nad sobą zbyt dużej kontroli.
RICHARDS: Byłem w stanie koncertować i pisać piosenki. Przyznaję jednak, że przez większą część lat 70. to Mick się wszystkim zajmował. Harował jak wół. Nieraz ratował mi tyłek. Mam poczucie, że dużo mu zawdzięczam. To właśnie dlatego się na niego wściekam. W 1977 r. pozbierałem się do kupy i stwierdziłem: „OK, znów mogę wziąć na siebie część ciężaru. Niech Bóg błogosławi cię za to, że niosłeś to wszystko na swoich barkach, gdy ja bawiłem się w oderwanego od rzeczywistości artystę i zmagałem się z policją”. Mick udzielał mi swojego wsparcia na każdym etapie. Nie mam zamiaru go oczerniać. Kiedy jednak wróciłem, ze zdumieniem uświadomiłem sobie, że Mick czerpie radość z zajmowania się wszystkimi sprawami. Dzięki temu miał pełną kontrolę. Zaczął pragnąć władzy. Czasami mówił o mnie naprawdę gówniane rzeczy, np.: „Szkoda, że przestał być ćpunem”.

 

PLAYBOY: W pewnym momencie dość dobitnie skrytykowałeś jednak jego postawę. Niektórzy wasi znajomi twierdzą wręcz, że zrobiłeś to w dość ohydny sposób.
RICHARDS: Wiem. Mam niewyparzony język. Zdaję sobie z tego sprawę. Sądziłem jednak, że Mick będzie w stanie to zrozumieć. Założyłem, że zdążył już poznać mój styl i że nie będzie to dla niego zbyt trudne. Nie powinien był brać tego wszystkiego do siebie. Nie był to atak na jego osobę. Ja po prostu w ten sposób wyrażam siebie. Byłem bardzo rozczarowany tym, że Mick uznał, że może wynająć zastępczy zespół na swoją trasę solową i grać na koncertach piosenki Stonesów. Jeżeli postanawiasz robić coś samodzielnie, rób to samodzielnie. Mick ma na koncie 2 albumy solowe. Powinien więc grać własny materiał. Nie sądzę jednak, aby miał poczucie, że może zaufać samemu sobie w tak dużym stopniu.

 

PLAYBOY: Zanim włączyliśmy dyktafon, wspomniałeś o okresie, w którym między tobą a Mickiem dochodziło do bójek, a nawet gorszych rzeczy. Czy chcesz powiedzieć o tym coś więcej?
RICHARDS: Mniej więcej wtedy, gdy ukazał się album Emotional Rescue, w naszej relacji pojawiły się poważne problemy. Nie rozumiem, jak do tego doszło. Mick poczekał, aż znajdzie się 3 tys. mil ode mnie, i po prostu przysłał mi teleks o treści: „Nie jadę w trasę”. Przecież mógł mi to powiedzieć prosto w oczy dwa dni wcześniej – przed swoim wylotem! Mick jest dziwną mieszanką różnych ludzi. W dalszym ciągu próbuje żyć z nimi wszystkimi. Jest bardzo, bardzo zaborczy. Na pewnym etapie spędzałem dużo czasu z Gramem Parsonsem. W tamtym okresie po raz pierwszy zobaczyłem, jak Mick może reagować na ludzi, którzy chcą się ze mną zaprzyjaźnić. Gram był niezwykłym człowiekiem. Kiedy wchodził do pomieszczenia, wszyscy stawali się mili. Mick był bardzo niegrzeczny wobec Grama. Nie miało dla niego znaczenia to, że Gram chce z nim nawiązać życzliwy kontakt. Podejście Micka sprowadzało się do stwierdzenia: „Nie możesz go mieć”. Nigdy nie spędzałem z Mickiem dużo czasu. Udaje nam się kontynuować współpracę od tak dawna między innymi dlatego, że preferujemy odmienne style życia, ale zawsze jesteśmy w stanie pracować razem. Mam po prostu nadzieję, że Mick znajdzie sobie kilka osób, z którymi będzie się dobrze dogadywać. Dla mnie przyjaźń jest jednym z największych błogosławieństw w życiu. Nie zgadzam się z powiedzeniem „Prawdziwych przyjaciół można policzyć na palcach jednej ręki”. Jeśli tak jest w twoim przypadku, oznacza to, że tracisz czas, bo orzesz nie to pole co trzeba. Przyjaciele znajdują się wszędzie wokół nas.

 

PLAYBOY: Czy to właśnie podejście Micka do przyjaciół ci przeszkadza?
RICHARDS: Moje walki z Mickiem toczą się na wielu poziomach. Potrafię zrozumieć desperację tego rodzaju osób – niepewność, która mówi: „Dopóki nie będę pewny siebie, nie mogę nikogo dopuścić zbyt blisko. Jeśli bowiem to zrobię, będę mieć prawdziwy mętlik w głowie”. Trudno jest pełnić funkcję lidera zespołu tak, jak robi to Mick. Trudno jest być frontmanem. Musisz bowiem sprawić, że to wszystko będzie działać. Gdy jesteś na scenie, musisz naprawdę wierzyć, że jesteś półbogiem. Później jednak schodzisz ze sceny i dociera do sobie, że wcale nie jesteś. Problem polega na tym, że prędzej czy później twój czas reakcji się wydłuża. Jesteś w limuzynie albo w hotelu i w dalszym ciągu myślisz, że jesteś półbogiem. Po jakimś czasie zaczynasz uważać się za półboga przez całą cholerną trasę. Mick to niesamowity showman. Bez niego Stonesi niczego by nie osiągnęli.

 

PLAYBOY: Mick napisał teksty do kilku klasycznych piosenek Stonesów. Kiedy zmienił tekst twojej piosenki Wild Horses, stwierdziłeś podobno: „Całkowicie to zmienił. Teraz to cholernie piękne”.
RICHARDS: Mick ma w sobie dużo z Szekspira. Nie mam co do tego wątpliwości. Wielokrotnie miewaliśmy zabawne sprzeczki w trakcie pisania piosenek. Ja mówiłem: „Uważam, że ten numer powinien być instrumentalny”. On natomiast pisał w tym czasie prawdziwą operę. Od jakiegoś czasu trudno jest mi jednak kłócić się z Mickiem w taki sposób, aby nie miało to negatywnego wpływu na inne obszary życia. Czasami Mick świetnie potrafi uzasadniać swoje argumenty. W pewnym momencie dotarliśmy jednak do punktu, w którym każda sprzeczka – przynajmniej z mojego punktu widzenia – była osobistym atakiem. W takiej sytuacji trudno jest prowadzić rozmowy na jakikolwiek temat, zwłaszcza jeśli próbujesz pisać z kimś piosenki. Dla mnie układanie utworów muzycznych jest jak uprawianie miłości. Do napisania piosenki potrzebne są dwie osoby. Znam Micka od 40 lat, a więc dłużej niż jakąkolwiek inną osobę z wyjątkiem moich rodziców.

 

PLAYBOY: Porozmawiajmy przez chwilę o twoim dzieciństwie. Ani ty, ani Mick nigdy nie mówiliście zbyt dużo o tym okresie życia. Mick wyznał kiedyś, że jego pierwszym wspomnieniem z dzieciństwa są odgłosy karabinów strzelających do niemieckich samolotów w Dartford Heath. Ty również musiałeś słyszeć te strzały.
RICHARDS: Tak. Czasami zdarza mi się, że idę hotelowym korytarzem i słyszę, że któryś z gości ogląda w telewizji film o bombardowaniach Anglii podczas drugiej wojny światowej. Kiedy dobiegają mnie te dźwięki syren alarmowych, jeży mi się włos na głowie i dostaję gęsiej skórki. Nie wiem, czy można to nazwać wspomnieniem. To raczej reakcja – coś, co nabyłem w ciągu pierwszych 18 miesięcy życia. Moim pierwszym wspomnieniem z dzieciństwa jest sytuacja kilka miesięcy po zakończeniu wojny. Pamiętam, że spojrzałem na niebo i pokazałem na coś palcem, a moja mama powiedziała: „To Spitfire”. Moje późniejsze wspomnienia pochodzą z okresu, gdy miałem już 3 lub 4 lata. Pamiętam na przykład, że duże obszary Londynu były pokryte gruzami i porośnięte trawą.

 

PLAYBOY: Pewnie więc pamiętasz również reglamentację, która obowiązywała w Anglii do 1954 r.
RICHARDS: Zgadza się. Druga wojna światowa trwała w Anglii jeszcze przez 9 lat po tym, jak zakończyła się w innych krajach. Dopiero w 1954 r. wreszcie zniesiono reglamentację słodyczy. Nagle ludzie mogli kupować tyle, ile chcieli. Gdy poszedłem do szkoły, przez wiele miesięcy wydzielano nam skoncentrowany sok pomarańczowy w butelkach po lekach, aby ochronić nas przed szkorbutem. Tylko w ten sposób można było go dostać.

 

PLAYBOY: Czy mieszkaliście w budynku komunalnym?
RICHARDS: Nie, dopiero w 1953 albo 1954 r. udało nam się zdobyć nowy dom. Stary został zniszczony przez V1, czyli tak zwaną „latającą bombę”. Adolf siedział mi na ogonie. Ruszyliśmy więc w drogę i zamieszkaliśmy u mojej ciotki. Dartford jest oddalone o kilka mil od Tamizy. Chodziliśmy nad rzekę i bawiliśmy się w opuszczonych bunkrach, w których ukrywali się włóczędzy. To był nasz plac zabaw.

 

PLAYBOY: To właśnie w Dartford – a dokładniej w szkole podstawowej Wentworth County – poznałeś Michaela Phillipa Jaggera.
RICHARDS: Tak, znamy się od czasów szkoły podstawowej. Na dodatek Mick mieszkał dwa kroki ode mnie, więc spotykaliśmy się, aby pojeździć na naszych rowerach trójkołowych i poszwendać się tu i tam. W późniejszym czasie chodziliśmy do różnych szkół, ale od czasu do czasu nadal na niego wpadałem. Pewnego razu spotkałem go przed biblioteką w Dartford. Dorabiał sobie w wakacje, sprzedając lody z wózka z chłodziarką.

 

PLAYBOY: Być może kiedyś znów do tego dojdzie.
RICHARDS: Mam nadzieję, że w takiej sytuacji Mick będzie pamiętał, co robić.


PLAYBOY: Gdy byłeś nieco starszym dzieciakiem, pracowałeś jako chłopak do podawania piłek na pobliskim korcie tenisowym, zgadza się?
RICHARDS: Robiłem to w weekendy, gdy była ładna pogoda. Chadzałem tam z ojcem między ósmym a trzynastym rokiem życia.

 

PLAYBOY: Jako trzynastolatek zacząłeś natomiast śpiewać w chórze kościelnym.
RICHARDS: Tak, chodziłem w sutannie i w ogóle. Chórmistrz nazywał się Jake Clair. Uczęszczanie na lekcje chóru było wtedy dla mnie po prostu odskocznią od szkoły. Później dowiedziałem się, że śpiewaliśmy w Royal Festival Hall i Opactwie Westminsterskim. Wraz z upływem czasu występowałem jednak coraz rzadziej.

 

PLAYBOY: Trudno wyobrazić sobie Keitha Richardsa śpiewającego hymny w Opactwie Westminsterskim.
RICHARDS: Wraz z dwoma innymi chłopakami – tylko nasze trio – śpiewaliśmy sopranem, idąc nawą. To było w 1956 lub 1957 r. Byliśmy trzema najgorszymi zakapiorami w szkole, ale mieliśmy anielskie głosy. Jake Clair pracował nad nami przez kilka lat. Dopiero niedawno dotarło do mnie, jak dobry był ten facet. Był twardy, naprawdę twardy. Należałem do chóru 2 lub 3 lata. Kiedy jednak przeszedłem mutację, musiałem zrezygnować. Jestem pewien, że Jake rozpaczał z tego powodu. Chłopcy mogą bowiem śpiewać sopranem tylko przed mutacją.

 

PLAYBOY: Jak zareagowałeś na zmianę swojego głosu?
RICHARDS: Początkowo byłem urażony tym, że mnie wyrzucono. Postanowiłem więc po królewsku zawalić szkołę. Musiałem powtarzać rok szkolny, a rok później zostałem wydalony. Wysłano mnie do szkoły artystycznej. Miało to być coś w rodzaju pożegnalnego gestu życzliwości. To trochę tak, jakby powiedzieli mi: „To twoja ostatnia szansa”. Do tego czasu zdążyłem już całkowicie stracić formalny kontakt z muzyką. Być może zupełnie przestałbym się nią interesować, gdyby nie mój dziadek Augustus Theodore Dupree. Był saksofonistą i mistrzem piekarskim, ale podczas pierwszej wojny światowej zatruł się gazem i nie mógł dłużej grać na saksofonie. Jego płuca były całkiem zniszczone. Zaczął więc grywać na skrzypcach, gitarze i pianinie. Jako dziecko myślałem, że jego gitara zawsze stoi na pianinie. W rzeczywistości dziadek zazwyczaj trzymał ją w pokrowcu. Kiedy jednak wiedział, że mam do niego przyjechać, z jakiegoś powodu ją wyjmował, polerował i zostawiał na widoku. Nigdy na mnie nie naciskał, żebym się nią zainteresował. Nigdy nie powiedział: „Powinieneś to robić”. Po prostu zostawiał gitarę na widoku, jak coś w rodzaju ikony. Kiedy przyjeżdżałem, zawsze stała na pianinie oparta o ścianę.


PLAYBOY: Twój dziadek miał 7 córek, tak?
RICHARDS: Tak. Mieszkał z żoną i siedmioma córkami, a więc z ośmioma kobietami. To wystarczająco dużo, by dowolnego faceta doprowadzić do szaleństwa. W takiej sytuacji jedynym wyjściem jest pielęgnowanie w sobie poczucia humoru, którego mój dziadek miał pod dostatkiem. Dziadek od dawna nie żyje – od 15 lub 20 lat. W dalszym ciągu rozmyślam jednak o tym, jak wiele dla mnie zrobił. Gdy go odwiedzałem, najpierw mnie karmił, a następnie po prostu siedziałem i wpatrywałem się w jego gitarę. Przez wiele lat czekał, aż w końcu zapytałem go: „Co to jest?” albo „Czy mogę na tym pograć?”. Wydaje mi się, że wyczuł moment, w którym musiałem przenieść swoje zainteresowanie muzyką ze śpiewu na grę na jakimś instrumencie. Czasami błagał mnie: „Zagraj to dla mnie”. Mówił to tak, jakbym wyświadczał mu przysługę. Wkrótce po tym, jak zacząłem grywać na gitarze, prosił mnie czasem: „Zagraj Malagueña. Jeżeli będziesz w stanie to zagrać, będziesz w stanie zagrać cokolwiek”. Niezależnie od tego, jak źle grałem ten utwór, rozsiadał się w swoim krześle, zamykał oczy i kiwał głową. To musiało być dla niego straszne. Za każdym razem mówił jednak: „Świetnie, świetnie!” i udawał, że podoba mu się mój sposób gry. Ja natomiast myślałem sobie wtedy: „Wow, robię wrażenie na dziadku”. To wspaniała metoda nauczania. Dziadek zabierał mnie czasami do Londynu. Jechaliśmy na Charing Cross Road i spędzaliśmy czas na tyłach sklepu z gitarami założonego przez Ivora Mairantsa. Mogłem tam siedzieć całymi godzinami i patrzeć na gotujący się, bulgoczący klej. Obserwowałem pracowników sklepu, którzy łatali gitary i naprawiali skrzypce. Rozkoszowałem się zapachem lakieru. Czułem się tak, jakbym był w warsztacie świętego Mikołaja. Pracownicy sklepu rozmontowywali stare i rozwalone skrzypce, a następnie na twoich oczach przywracali im życie. W tamtym czasie to miejsce było dla mnie jak laboratorium alchemiczne. Mniej więcej w tym samym okresie, w którym rozpocząłem naukę gry na gitarze, zacząłem również uczęszczać do szkoły artystycznej. Chodziłem wtedy do drugiej klasy. Atmosfera w szkole była bardzo luźna. Czasami wchodziłem do toalety, aby się wysikać, i zastawałem tam trzech gości, którzy po prostu siedzieli z gitarą i grali kawałki Woody’ego Guthrie lub Ramblin’ Jacka Elliotta. Gdy słuchałem tych facetów, byłem coraz bardziej zafascynowany muzykami bluesowymi, takimi jak Big Bill Broonzy czy Jesse Fuller.

 

PLAYBOY: Następnie ponownie spotkałeś Micka.
RICHARDS: Zgadza się. Na stacji kolejowej w Dartford można było spotkać wszystkich mieszkańców miasteczka, którzy jechali do Londynu lub w tamtym kierunku. Spotkanie z Mickiem dla mnie o tyle ważne, że miał on ze sobą dwie płyty: Rockin’ at the Hops Chucka Berry’ego i The Best of Muddy Waters. W tamtym czasie nie znałem jeszcze Muddy’ego Watersa. Kiedy siedzieliśmy w pociągu, powiedziałem: „Stary, znam wszystkie solówki Chucka Berry’ego”. Mick zapytał więc: „Grasz na gitarze?”. Okazało się, że miał mały zespół, który grywał w pobliskim klubie młodzieżowym kawałki Buddy’ego Holly’ego i Eddiego Cochrana. Był bardzo mocno zafascynowany bluesem i zdążył już nawiązać kontakt z odpowiednią osobą. W Anglii nie można było kupić płyt bluesowych. Mick regularnie pisał więc do faceta, który nazywał się Marshall Chess i mieszkał w Chicago pod adresem 2120 South Michigan Avenue. Marshall realizował międzynarodowe zamówienia wytwórni Chess Records.

 

PLAYBOY: W późniejszym czasie Marshall Chess został pierwszym kierownikiem Rolling Stones Records.
RICHARDS: Tak. Bardzo szybko po moim spotkaniu z Mickiem w gazetach muzycznych pojawiła się reklama informująca o otwarciu pierwszego w Anglii klubu z rhythm and bluesem. Lokal ten znajdował się jednak w Ealing, w zachodniej części Londynu. Opuszczałem Dartford tylko po to, aby pojechać rowerem do Sidcup albo spędzić kilka dni u dziadka w Londynie. Mick pochodził z lepszej części miasta niż ja. Była to dość elegancka okolica. Rodzina Micka mieszkała w domu z garażem, a jego ojciec Joe był bardzo szanowanym człowiekiem i co jakiś czas jeździł do Ameryki, aby pełnić funkcję sędziego podczas meczów koszykarskich. Miało to bardzo korzystny wpływ na jego sprawność fizyczną. Ja natomiast wywodziłem się z klasy robotniczej. Kiedy więc poznawałem przyjaciół Micka i dziewczyny, z którymi się zadawał, myślałem sobie: „Wow, to dla mnie prawdziwy awans społeczny”. Gdy otwarto klub w Ealing, Mick pożyczył od taty samochód. Po raz pierwszy jechałem do miasta tylko po to, aby się trochę zabawić. Było to prawdziwe objawienie, ponieważ lokal okazał się małym klubem, gdzie na scenie czadu dawał zespół Blues Incorporated prowadzony przez Alexisa Kornera. Na basie grał Jack Bruce, na perkusji Charles Watts, na gitarze Alexis, a na harmonijce Cyril Davies. Był tam również Long John Baldry i Ian Stewart, a Brian Jones zagrał kilka niesamowicie elektryzujących i absolutnie cudownych kawałków Elmore’a Jamesa. Już po minucie byłem całkowicie zauroczony. Od jakiegoś czasu miałem bzika na punkcie muzyki, ale nigdy wcześniej nie byłem w klubie dla muzyków. Nagle stałem się częścią środowiska. Udało mi się porozmawiać z Alexisem. Tydzień później zaprosił mnie i Micka, abyśmy wpadli do niego i wspólnie pograli. Klub w Ealing był straszną norą położoną pod stacją metra i czasami zalewała go woda sięgająca do kostek. Wkrótce jednak stał się modnym miejscem – dziurą odwiedzaną przez dziewczyny, które nie miały jeszcze obycia w towarzystwie. Gdy poznawałeś „lady-taką-a-taką”, od razu wiedziałeś, z kim masz do czynienia.

 

PLAYBOY: Ostatecznie rzuciłeś szkołę artystyczną, prawda?
RICHARDS: Tak. Mogę się tylko domyślać, jak wielkim rozczarowaniem było to dla mojego ojca. Całe życie spędził w cholernym magazynie. Pracował dzień w dzień aż do emerytury. Codziennie wstawał o 4.30, jechał do Londynu i wracał dopiero o 7 wieczorem. Uważał, że ja również powinienem przejść przez coś takiego. Zapewne myślał sobie: „Dla kogo harowałem jak wół? Dla tego dziwaka ubranego w jaskrawe rock’n’rollowe skarpetki, który przesiaduje w pokoju na górze i brzdąka na gitarze, zamiast odrabiać pracę domową?”. Mój stary miał ochotę rzucić mną o ścianę. Podjąłem kilka idiotycznych prób znalezienia stałej pracy. Zatrudniłem się między innymi jako chłopak od herbaty w agencji reklamowej. Wkrótce jednak postanowiłem pójść na łatwiznę i odszedłem. Wiedziałem, co chcę robić. Chciałem grać w zespole. Wiedziałem, że gdybym chciał zrobić wrażenie na swoich rodzicach i zrobić coś sensownego ze swoim życiem, powinienem wybrać bardziej oczywistą drogę. Postanowiłem jednak dokonać mniej oczywistego wyboru i zostać propagatorem nowego gatunku muzyki. Taki właśnie wpływ mieli na moje życie Jimmy Reed, Chuck Berry, Muddy Waters i Howlin’ Wolf. Taki wpływ mieli na mnie tacy goście jak Elvis, Buddy, Eddie Cochran, Jerry Lee [Lewis], Little Richard, Bo Diddley. W tamtym okresie Brian [Jones], który był nieco starszy ode mnie, przeprowadził się do Londynu ze swoją laską i dzieckiem. Dostał mieszkanie w Howard Square. Było to obskurne miejsce z grzybami porastającymi ściany. Pewnej nocy Mick postanowił odwiedzić Briana. Briana nie było w domu, ale była za to jego żona. Mick był pijany i ją przeleciał. Cała ta sytuacja była dla Briana prawdziwym koszmarem. Sprawiła jednak, że Mick i Brian bardzo się do siebie zbliżyli. Poradzili sobie ze wszystkimi emocjami i pojawiła się między nimi prawdziwa zażyłość. Po jakimś czasie Brian został rzucony przez swoją laskę i przeprowadził się do mieszkania na przedmieściach Beckenham. Zamieszkałem razem z nim. Bardzo wiele nauczyłem się w tym okresie. Rozgryzałem muzykę Jimmiego Reeda i tym podobnych wykonawców. Był rok 1961 lub 1962. Należy pamiętać, że Elvis był wtedy świeżo po służbie wojskowej, Buddy i Eddie już nie żyli, Chuck siedział w więzieniu, Jerry Lee był skompromitowany, a Little Richard wyrzucił do wody swoje pierścionki. Ich muzyka sprawiła jednak, że nasz brytyjski świat stał się barwniejszy i rozleglejszy. Wcześniej wiedliśmy szarą egzystencję. Wegetowaliśmy. Choć rock’n’roll miał już za sobą pierwszą falę swej popularności, nie mieliśmy zamiaru wypuszczać tego skurwiela. Miałem zaledwie 18 lat, a ludzie już przestawali słuchać tej muzyki. Nie miało to dla mnie znaczenia. Rock’n’roll rozświetlił moje życie! Wiedziałem, że w taki czy inny sposób muszę podtrzymać ten ogień, choćby dla siebie samego. Było to bardzo samolubne. Nie liczyłem na to, że ktokolwiek inny zapała miłością do tej muzyki. Myśleliśmy sobie: „Oczywiście świetnie byłoby nagrywać płyty, ale nie jesteśmy wystarczająco utalentowani”. Chcieliśmy po prostu poprawić wyniki sprzedaży płyt takich artystów jak Jimmy Reed, Muddy czy John Lee Hooker. Byliśmy uczniami. Próbowaliśmy zainteresować ludzi tą muzyką. Taki był nasz pierwotny cel.

 

PLAYBOY: Nie myśleliście o tym, żeby zostać gwiazdami rock’n’rolla?
RICHARDS: Jeśli chciałeś czegoś takiego w Anglii, musiałeś pojawiać się na salonach i pozyskiwać wsparcie ze strony dużych wpływowych promotorów. Oznaczało to, że każdego wieczoru występowałeś w trzech lub czterech salach balowych. Grałeś 45-minutowy koncert, zbiegałeś ze sceny, wskakiwałeś do samochodu, jechałeś do kolejnego lokalu, a później wracałeś do pierwszego miejsca na drugi koncert. To wszystko było bardzo męczące. Musiałeś też nosić te gówniane garniturki. Najpierw dawali ci na nie zaliczkę, a później potrącali za nie z wynagrodzenia. Na dodatek, jeśli nie mogłeś zagrać, łamali ci cholerną nogę. (Mówi z mocnym akcentem) „Ponieważ Moe nie ma zamiaru tolerować żadnych pieprzonych wygłupów, mój chłopcze. Mówię ci. To jest Lou, to mój brachu Johnny, a o imię tego gościa lepiej nawet nie pytaj”. Jedynym sposobem na uniknięcie tego wszystkiego było wejście w inne środowisko. Tak się złożyło, że w Anglii było to środowisko studenckie, które nie chadza do sal balowych. To kwestia przynależności klasowej. Dzieciaki z uniwersytetów i szkół artystycznych nie pojawiają się w salach balowych, w których bywają kolesie szukający zaczepki i laski ubierające się w obcisłe minispódniczki i spinające włosy na czubku głowy. W tym samym czasie zachodził jednak inny proces. Nagle dzieciaki z sal balowych zaczęły przychodzić do spelunek, w których grywano R&B. Przez większą część roku budowaliśmy zespół. Nie graliśmy żadnych koncertów. Po prostu spotykaliśmy się na próbach. W tamtym okresie Brian, Mick i ja mieszkaliśmy razem w mieszkaniu w Edith Grove z kolesiem o imieniu Phelge. Zasługuje on na krótką wzmiankę, ponieważ był równie odrażający jak Brian i ja w tamtym okresie. To był niesamowity czas. Mick przechodził wtedy przez swój pierwszy okres zniewieściałości. Chodził po mieszkaniu w podomce z niebieskiego lnu, wymachując rękami i piszcząc: (Mówi piskliwym głosem) „Och! Nie róbcie tego!”. Przez 6 miesięcy zachowywał się jak prawdziwa królowa z King’s Road. Brian i ja często robiliśmy sobie z niego jaja. W tym samym czasie ów gość o imieniu Phelge miał swoją własną fazę. Był najbardziej obrzydliwym człowiekiem, jakiego można sobie wyobrazić. Czasem wchodziłeś do mieszkania, a on stał na szczycie schodów kompletnie nagi ze slipami – zapewne brudnymi – na czubku głowy i pluł na ciebie. Nie wściekałeś się jednak na niego, lecz po prostu wybuchałeś śmiechem. Stałeś pokryty śliną i ryczałeś ze śmiechu. Mieszkanie było w coraz gorszym stanie. Przez jakieś 6 miesięcy grywaliśmy w kuchni, ponieważ było tam chłodno. Robiliśmy tam próby. Pomieszczenie stawało się coraz brudniejsze i w końcu zaczęło śmierdzieć. Zaryglowaliśmy więc drzwi i uznaliśmy kuchnię za miejsce przeklęte. W tamtym okresie poświęcałem dużo czasu na robienie nagrań. Miałem magnetofon i mikrofon, który schowałem w spłuczce w toalecie. Kabel był przeciągnięty przez okno, a magnetofon stał przy moim łóżku. Miałem całe szpule taśm z nagraniami odgłosów wydawanych przez ludzi, którzy wchodzili do kibla. Słyszałem, jak pociągają za łańcuch do spłuczki. Dźwięk wody spuszczanej w kiblu zarejestrowany za pomocą taniego magnetofonu brzmi jak oklaski. Wraz z Brianem przygotowywaliśmy więc swego rodzaju przedstawienia, których bohaterem mogła zostać dowolna osoba, na przykład dziewczyna mieszkająca piętro niżej: „A teraz, moi drodzy, wystąpi panna Judy Jakaśtam”. Ilekroć ktoś wchodził do kibla, włączałem magnetofon, a następnie szybko podchodziłem do drzwi toalety i pukałem. Znajdująca się w środku osoba mówiła zwykle: „Chwileczkę”. Gdy później odsłuchiwałeś taśmę, słyszałeś rozmowę przeprowadzoną przez drzwi, a następnie rozlegały się oklaski. W tamtym czasie zajmowaliśmy się właśnie tego rodzaju rzeczami. Panowała naprawdę swojska atmosfera. Tak czy inaczej, Brain robił wystarczająco dużo, aby nie wyrzucono go z mieszkania. Pracował w sklepie płytowym, a wcześniej był zatrudniony w dziale elektronicznym sklepu Whitely, ale zwolniono go za podkradanie pieniędzy z kasy. Była zima – najgorsza zima, jaką pamiętam. Musieliśmy zaklejać sobie dziury w spodniach taśmą klejącą. Wtedy właśnie ukazał się pierwszy album Beatlesów. Używali harmonijki. Słyszeliśmy, że wykonują piosenki Chucka Berry’ego. Ich muzyka powaliła nas jednak na łopatki. To był początek beatlemanii. Nagle wszyscy zaczęli rozglądać się za nowymi grupami. Coraz więcej zespołów podpisywało kontrakty. Alexis Korner dostał umowę na nagranie płyty. Stał się tak ważną postacią, że zrezygnował z występów w klubie w Ealing. Kto zajął jego miejsce? Nie kto inny jak... The Rolling Stones. Zaczęliśmy zarabiać wystarczająco dużo pieniędzy, by móc utrzymać się przy życiu. Doprowadzaliśmy publiczność do szaleństwa. Regularnie grywaliśmy również na wyspie Eel Pie na Tamizie. Te miejsca zaczęły się cieszyć dużą popularnością.

 

PLAYBOY: Rozgłos przyciągnął uwagę Andrew Oldhama, waszego pierwszego producenta muzycznego. Podobno sądził, że twoje gitary należy podpiąć do gniazdek elektrycznych w ścianie, to prawda?
RICHARDS: Andrew był bardzo młody – młodszy nawet od nas. Nie miał zbyt dużej sieci kontaktów, ale był niesamowitym krętaczem i fantastycznym kanciarzem. Pomagał również Beatlesom zdobyć rozgłos na początku ich kariery. Rozpowszechnił te ich posępne zdjęcia, dzięki którym ich muzyka zaczęła się sprzedawać. W ten sposób zainteresował ludzi swoimi pomysłami. Przyjechał do nas wraz ze swoim znacznie starszym wspólnikiem Erikiem Eastonem. Po wojnie – a dokładniej w latach 50., gdy era wodewilów dobiegła końca, a teatr rewiowy stał się zwykłą rozrywką dla mas – Eric grywał na organach. Gdy go poznaliśmy, nie zarabiał zbyt dużo, ale ludzie w prawdziwym show-biznesie wydawali się go szanować. Miał sieć kontaktów i obracał się wśród ludzi ze środowiska muzycznego. Znał na przykład pewną piosenkarkę, której płyty kilka razy trafiały na listę 20 najpopularniejszych albumów. Wiedział również dość dużo o innych regionach Anglii, o których my nie mieliśmy zielonego pojęcia. Znał chyba każdą salę koncertową. Andrew i Eric zaproponowali nam umowę z firmą Decca. Wcześniej zdążyliśmy już jednak zrobić kilka kawałków dla I.B.C. Studios, w którym Glyn Johns – przyjaciel Stu (Iana Stewarta – przyp. tłum.) – pracował jako inżynier. Mieliśmy z nimi podpisany kontrakt nagraniowy. I.B.C. nie prowadziło sklepu firmowego i nie było w stanie zainteresować sobą żadnej wytwórni płytowej. Nasza umowa z tym studiem była niczym, ale musieliśmy jej przestrzegać. Brian wymyślił jednak fantastyczny plan, który pomógł nam wyjść z tej sytuacji.

 

PLAYBOY: Co dokładnie zrobił?
RICHARDS: Zanim facet z I.B.C. dowiedział się, że podpisujemy kontrakt z Decca, Brian spotkał się z nim i wręczył mu 100 funtów, które dostał od Andrew i Erica. Następnie powiedział mu: „Posłuchaj, nie jesteśmy zainteresowani dalszą współpracą. Nasz zespół się rozpada. Nie będziemy już razem grać, ale gdybyśmy w przyszłości dostali jakąś propozycję, nie chcielibyśmy być uwiązani tym kontraktem. Czy zgadzasz się na rozwiązanie umowy w zamian za sto funtów?”. Stary sknerus uwierzył w tę historyjkę i wziął od Briana 100 funtów. Następnego dnia dowiedział się, że mamy kontrakt z Decca, że wkrótce wydamy swój pierwszy singel i że jesteśmy odpowiedzią Londynu na The Beatles.

 

PLAYBOY: To właśnie wtedy Oldham zadecydował, że powinno być tylko pięciu Rolling Stonesów.
RICHARDS: W tamtym czasie Brian zaczął sobie uświadamiać, że sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Wcześniej uważał, że jest to jego zespół. Wszyscy o tym wiedzieli. Andrew Oldham zaczął jednak uważać Micka za wielki symbol seksu i chciał wywalić z zespołu Stu. Nie zgadzaliśmy się na to, ale ostatecznie daliśmy za wygraną. Postanowiliśmy, że rozmowę ze Stu przeprowadzi Brian, który znał go dłużej niż my. Na dodatek to on wpadł na pomysł założenia zespołu. Brian musiał więc powiedzieć Stu, że podpisaliśmy kontrakt z ludźmi, którzy przywiązują dużą wagę do swojego publicznego wizerunku, i że Stu do nich nie pasuje. Na miejscu Stu powiedziałbym w takiej sytuacji: „Pier... to. Pier... was”. On jednak postanowił zostać naszym pracownikiem technicznym. Stu był człowiekiem o wielkim sercu. Myślę, że jego podejście było niesamowite. W tamtym czasie wszyscy marzyliśmy już bowiem o sławie. The Beatles pojawili się na naszym występie, aby nas posłuchać. My natomiast poszliśmy na ich koncert w Albert Hall. Widzieliśmy masę krzyczących dziewczyn tuż przy scenie i marzyliśmy o tym, aby krzyczały w taki sam sposób dla nas.

 

PLAYBOY: Następnie pojechaliście w pierwszą dużą trasę Stonesów po Anglii.
RICHARDS: Razem z Little Richardem, Bo Diddleyem i The Everly Brothers. Był to nasz pierwszy kontakt z facetami, których muzykę wcześniej grywaliśmy. Każdej nocy mogliśmy słuchać ich koncertów. W ten sposób zostaliśmy wciągnięci przez kulturę popularną. Nie mieliśmy poczucia, że się sprzedajemy, ponieważ dużo się uczyliśmy. Obserwowaliśmy publiczność, która siedziała, słuchała i oglądała występ, a nie po prostu tańczyła do muzyki. To właśnie w tamtym okresie Mick zaczął się naprawdę usamodzielniać.

 

PLAYBOY: Czy podczas tej trasy uderzyłeś Briana?
RICHARDS: Tak. Pewnej nocy inspicjent wsunął głowę do mojej garderoby i krzyknął: „Za chwilę zaczynacie występ!”. Wzięliśmy więc gitary i ruszyliśmy w kierunku sceny. Gdy schodziliśmy po schodach, zobaczyliśmy Briana idącego w przeciwną stronę. Powiedziałem do niego: „Ty pizdo! Możesz mi obciągnąć, ty tchórzu!” i walnąłem go w oko. Po chwili wyszliśmy na scenę. Podczas występu oko Briana zaczęło puchnąć i zmieniać kolor. W ciągu kilku następnych dni przybierało wszystkie kolory tęczy po kolei – czerwony, fioletowy, niebieski, zielony, żółty.

 

PLAYBOY: Wkrótce po tej trasie po raz pierwszy doświadczyliście typowej dla początku lat 60. histerii na punkcie kultury popularnej.
RICHARDS: Tak. Ukazał się nasz album Not Fade Away i sprawy potoczyły się podobnie jak w przypadku The Beatles. Był to początek prawdziwej „Stonesmanii”. Każdej nocy byliśmy świadkami niewiarygodnych scen. Nie byliśmy już w stanie zagrać koncertu do końca. Stało się to niemożliwe. Już po dwóch numerach na scenie roiło się od dziewczyn. Z powodu dzieciaków musieliśmy przerywać koncerty w tych wszystkich miejscach, salach i klubach, ponieważ laski dostawały szału. Gdy tylko wchodziliśmy na scenę, dosłownie próbowały rozrywać nas na strzępy. Ryzykowaliśmy życie. Dwa razy niemal zostałem uduszony. Nosiłem w tamtym czasie łańcuszek, który w pewnym momencie zacisnął mi się na szyi. Z jednej strony ciągnęła go jedna dziewczyna, a z drugiej – druga. Mogły mnie zabić w jednej sekundzie. Już chyba wolałbym codziennie brać udział w bójkach.


PLAYBOY: Po kilku miesiącach od wydania waszego albumu pojechaliście po raz pierwszy do USA.
RICHARDS: Myśleliśmy sobie: „Oto nasza zapłata. Dotarliśmy do Ameryki”. Od dawna marzyliśmy o tym, aby się tam znaleźć! Dla takich kolesiów jak Charlie i ja Ameryka była baśniową krainą. Nikt z naszych znajomych nie znał sposobu na to, aby choć raz tam pojechać. Nie ma mowy. Wykluczone. Kiedy więc okazało się, że polecimy do Stanów, zagramy dla amerykańskiej publiczności i jeszcze dostaniemy za to pieniądze, robiliśmy pod siebie z podniecenia!

 

PLAYBOY: Czy bilety na wasze koncerty podczas tej trasy zostały wyprzedane?
RICHARDS: Nie. Pamiętam, że w Omaha na nasz występ przyszło jakieś 600 osób, choć sala mogła pomieścić 15 tysięcy widzów.

 

PLAYBOY: To właśnie wtedy mieliście problemy z powodu nielegalnego alkoholu.
RICHARDS: W tamtych czasach pijało się szkocką i colę. Nie wiem, czy ktokolwiek jeszcze sięga pamięcią tak daleko. Kilku członków zespołu – nie pamiętam już kto – piło whisky z colą. Ja piłem samą colę. W pewnym momencie do garderoby zajrzał gliniarz. Zobaczył butelkę whiskey i kazał nam wylać drinki do kibla. Odmówiłem. Powiedziałem mu: „Dlaczego do cholery amerykański gliniarz każe mi wylać narodowy napój do kibla?”. Policjant wyjął broń i wymierzył we mnie. Była to dla mnie bardzo dziwna scena. Stojący przede mną gliniarz trzymał mnie na celowniku i nakazywał mi wylać colę do sedesu.

 

PLAYBOY: Mieliście problemy na Środkowym Zachodzie USA, ale na obydwu wybrzeżach poradziliście sobie bardzo dobrze, prawda?
RICHARDS: W środkowej części kraju było koszmarnie. Rok później pojechaliśmy w drugą trasę po USA. W dalszym ciągu graliśmy w pustych salach. Był początek roku 1965. Po wydaniu Satisfaction sale zaczęły się zapełniać. Jednak to właśnie w tych pustych miejscach nauczyliśmy się swojego fachu. Nauczyliśmy się występować przed setką ludzi w pomieszczeniach, które mogłyby pomieścić 500 widzów. Graliśmy dla tej garstki i w pewnym momencie sala zaczynała się kołysać. Po jakimś czasie wszyscy zapominali o tych wszystkich pustych siedzeniach – o tej wielkiej pieczarze, którą my widzieliśmy ze sceny, gdy patrzyliśmy na roztańczoną widownię. Nauczyliśmy się tworzyć zupełnie nowe otoczenie.

 

PLAYBOY: Można powiedzieć, że szersze grono słuchaczy zyskaliście za sprawą Satisfaction i późniejszych hitów, które napisałeś wraz Mickiem Jaggerem.
RICHARDS: W tym miejscu znów pojawia się Andrew Oldham. Gdy ukazał się nasz pierwszy album, Andrew powiedział: „Musimy znaleźć kogoś, kto umie pisać piosenki, a następnie uwięzić tę osobę i korzystać z jej kompozycji. Co innego możemy zrobić? Nagrywać po prostu kolejne przeróbki cudzych piosenek? Możecie zrobić w ten sposób jeszcze jeden album albo dwa. Jeżeli jednak nie będziecie mieć zupełnie nowego materiału, niczego nie osiągnięcie”. Odpowiedziałem mu wtedy: „To nie jest moje zadanie”. Andrew zamknął nas więc w kuchni na noc i powiedział: „Nie wyjdziecie stąd bez nowej piosenki”. Usiedliśmy i napisaliśmy As Tears Go By. Piosenka ta różniła się od większości materiału Rolling Stonesów. Gdy zaczynasz komponować, natychmiast przenosisz się do jakiegoś innego wymiaru. Najdziwniejsze jest to, że Andrew znalazł w tym samym czasie Marianne Faithfull. Puścił jej tę piosenkę, a ona zrobiła z niej cholerny przebój. Staliśmy się kompozytorami piosenek! Przez resztę roku nie odważyliśmy się jednak napisać czegokolwiek nowego dla Stonesów.

 

PLAYBOY: Później pewnej nocy obudziła cię piosenka, czy też fragment piosenki. Gdzie wtedy byłeś?
RICHARDS: O ile mnie pamięć nie myli, byłem wtedy w londyńskim Hiltonie. Przyśnił mi się riff gitarowy. Nieczęsto zdarza mi się coś takiego. Była to pierwsza tego rodzaju sytuacja w moim życiu. Obok łóżka stała moja gitara i pierwszy magnetofon kasetowy Philipsa. Po prostu się obudziłem, wziąłem do ręki gitarę i zacząłem nucić: „I can’t get no... satisfaction... I can’t get no... satisfaction... (chrapanie)”. Przypomniałem sobie o tej sytuacji tylko dlatego, że następnego dnia rano sprawdziłem swój sprzęt. Zobaczyłem, że taśma znajduje się po niewłaściwej stronie kasety. Była przewinięta do samego końca. Jak mogło się to stać? Czy ktoś – Mick albo inny członek zespołu – wszedł w nocy do mojego pokoju i powiedział: „Pieprz się, Keith Richards, ty gnoju”? Przewinąłem kasetę do początku, aby ustalić, co się stało. Kiedy ją włączyłem, usłyszałem 30 sekund piosenki Satisfaction i 60 minut mojego chrapania.


PLAYBOY: W latach 60. Stonesi wydawali mnóstwo hitów. Niektórzy, jak na przykład Brian Jones, byli z tego powodu wściekli, czyż nie?
RICHARDS: Brian był dziwnym kolesiem. Był pierwszorzędnym manipulatorem. Musiał wywołać rozłam. Potrzebował czegoś w rodzaju intrygi. Czasami zachowywał się tak, jakby zgadywał się z Mickiem przeciwko mnie. Próbowałem się tym nie przejmować. Jeżeli masz dużo czasu, możesz sobie poradzić z tego rodzaju sprawami. Nie masz jednak na to cierpliwości, gdy jesteś w trasie – kiedy wszyscy ciężko pracują, próbują się przygotować do kolejnego występu i grają ponad 340 koncertów rocznie przez 4 czy 5 lat. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że zaczynam bardzo przypominać Briana. Mick i ja byliśmy dla niego bezlitośni. Im cięższa była praca, tym trudniejsza była dla nas obecność Briana. Kiedy coś układało się nie po jego myśli, stawał się jeszcze bardziej popieprzony. W końcu doszło do tego, że pracowaliśmy przez 3 tygodnie na Środkowym Zachodzie USA z tylko jednym gitarzystą, a mianowicie ze mną. To właśnie wtedy naprawdę zrozumiałem przekaz Rolling Stonesów. Z jedną gitarą nie mogliśmy wyrazić tego, czego wymagaliśmy
od naszego zespołu.

 

PLAYBOY: Czy nie wydaje ci się, że Brian poczuł się trochę niepewnie, gdy wraz z Mickiem zaczęliście pisać piosenki?
RICHARDS: Po raz pierwszy mógł się poczuć... wyobcowany. W 1965 i 1966 r. Brian i ja często się kłóciliśmy. W tamtym okresie Brian był w złej kondycji. Oddalił się od reszty zespołu. Nadawał się do leczenia. Powinien był być w pieprzonym szpitalu. Potrzebował pomocy. Następnie związał się z Anitą. W dalszym ciągu nie wykluczam tego, że postanowiłem odbudować przyjacielskie relacje z Brianem właśnie z jej powodu. Czy tak właśnie było? Próbuję być ze sobą szczery i często się nad tym zastanawiam. Myślę, że był to jeden z kilku powodów. Anita była fascynująca, ale mnie przerażała. Wiedziała wszystko i płynnie posługiwała się pięcioma językami. Pewnego razu Mick, Brian, Anita, ja i kilka innych osób byliśmy w Marrakeszu. Właśnie wszyscy mieliśmy wrzucić LSD. Atmosfera się zagęszczała. Brian próbował pobić Anitę i skończył z połamanymi żebrami. To pokazuje, jak twarda jest Anita. Cała ta historia kojarzy mi się z piosenką The Sheik of Araby. Anita i ja następnie oddzieliliśmy się od grupy, wsiedliśmy w środku nocy do ukrytego Bentleya i ruszyliśmy w kierunku Tangeru...

 

PLAYBOY: A porzucony Brian próbował popełnić samobójstwo.
RICHARDS: (Chwila milczenia) Hmm. Odbudowałem życzliwe stosunki z Brianem, po czym ukradłem mu dziewczynę. Schrzaniłem sprawę.


PLAYBOY: Po tym zajściu Brian już nigdy nie był w pełni zdrowy. Zniszczył swoją odporność fizyczną, co miało ogromny wpływ na jego ciało.
RICHARDS: Brian wkrótce został wessany przez epokę psychodeliczną. Wpadł w objęcia śmierci. Choć nie zdawał sobie z tego sprawy, pociągnął za sobą Jimiego [Hendrixa].

 

PLAYBOY: Śmierć Briana była jednym z pierwszych wydarzeń, które mogły zniszczyć Stonesów.
RICHARDS: W chwili śmierci Brian był już martwy od jakiegoś czasu. Nie należał już również do zespołu. Kilka tygodni wcześniej Mick i ja zajrzeliśmy do niego i powiedzieliśmy: „Posłuchaj, tak nie może dłużej być. Kończymy pracę nad Beggar’s Banquet, a ty nie bierzesz w tym udziału. Tak naprawdę nie jesteś członkiem zespołu. Lepiej odejdź w swoją stronę”. To, co próbowaliśmy mu powiedzieć, było niezwykle trudne. Jakkolwiek by patrzeć, to właśnie Brian wykopał z zespołu Stu. W pewnym sensie po tym wydarzeniu scenariusz zaczął nabierać kształtów.

 

PLAYBOY: Śmierć Briana była trudnym epizodem w historii Stonesów, ale wkrótce miało nastąpić jeszcze bardziej bolesne wydarzenie podczas występu w Altamont. Ten koncert zakończył pewną epokę. Młody czarnoskóry mężczyzna wymachujący pistoletem został zabity pod sceną przez członków gangu Hell’s Angels, gdy Mick śpiewał Under My Thumb. Dlaczego w ogóle Hell’s Angels tam byli?
RICHARDS: Chcieliśmy zagrać na darmowym koncercie w San Francisco, co było zgodne z duchem tamtej epoki. Całą organizację zostawiliśmy członkom Greteful Dead. Powiedzieliśmy po prostu: „Przez cały czas organizujecie darmowe koncerty w tym mieście. Jak się to robi?”. Myślę jednak, że za całą tę sytuację trudno kogokolwiek winić, nawet Hell’s Angels. Facet, który został tam zabity, w pewnym sensie sam się o to prosił.

 

PLAYBOY: Być może głupotą z jego strony było wyciąganie pistoletu i wymachiwanie nim w kierunku członków Hell’s Angels. Czy jednak ty również nie przyczyniłeś się do całej tej sytuacji? Byłeś dość opryskliwy wobec Hell’s Angels.
RICHARDS: Przyczyniłem się do tej sytuacji wyłącznie przez to, że otworzyłem pieprzone usta. Z perspektywy czasu zdumiewa mnie, że cała ta historia nie skończyła się znacznie gorzej. Nie jestem zbyt rozważny. Naraziłem na szwank wszystkich w Altamont. Coś trzeba było jednak powiedzieć, ponieważ w przeciwnym razie sytuacja całkowicie wymknęłaby się spod kontroli. Mick mówił błagalnym tonem: „Proszę, proszę”. Zobaczyłem, w jakim kierunku rozwija się sytuacja. Wskazałem na Hell’s Angels i powiedziałem: „Powstrzymajcie tamtego faceta”. Wiedziałem, że Hell’s Angels mogli natychmiast mi się odpłacić. Jeden z nich mógł po prostu się odwrócić i mnie zastrzelić. Wtedy jednak o tym nie myślałem. Tak naprawdę nie obchodzi mnie grupka facetów jeżdżących na Harleyach. Dlaczego miałaby mnie obchodzić? Jestem gitarzystą.

 

PLAYBOY: A co z policją?
RICHARDS: Policjanci zniknęli. Nie chcieli mieć nic wspólnego z całą sprawą. Na koncercie było zbyt dużo osób, a oni nie byli na to przygotowani. Z ich perspektywy wyglądało to tak, że jeden dzieciak się tam urodził, a inny tam umarł. Z koncertu wyszło więc tyle samo ludzi, co weszło. Powiedzieli: „No cóż, patrzymy tylko na liczbę biletów. Czy to znaczy, że nie pobieraliście opłat za wstęp od dzieci?”. Panował chaos.

 

PLAYBOY: Niewykluczone, że pomogłeś uspokoić sytuację w Altamont. Wielu sędziów uważało cię jednak za wcielenie diabła. Zostałeś aresztowany pod zarzutem posiadania narkotyków w Redlands w 1967 r. i w Aylesbury w 1973 r. W 1977 r. zatrzymano cię w Toronto. Jaki był według ciebie prawdziwy powód tych aresztowań? Chodziło o narkotyki czy może o twoją popularność?
RICHARDS: Narkotyki były tylko wymówką. Prawdziwym powodem był wpływ, jaki według władz mieliśmy na resztę społeczeństwa. Jedynymi narkotykami, których używałem przed rokiem 1967, były: amfetamina i trawa lub haszysz. Nie polecam narkotyków nikomu. Większości ludzi jednak bardzo trudno jest zrozumieć, jak wygląda życie muzyków. Muzycy żyją w zupełnie innym świecie. Zaczynają pracować wtedy, gdy każdy inny człowiek kończy pracę i chce rozrywki. Jeżeli mają wystarczająco dużo zleceń, pracują przez 350 dni w roku, ponieważ chcą zagrać wszędzie, gdzie mogą. Bardzo szybko docierają do punktu, kiedy siedzą w garderobie z jakimiś innymi muzykami i mówią: „Jutro muszę przejechać 500 mil i zagrać dwa koncerty. Nie dam rady”. Patrzą na pozostałych gości i pytają ich: „Jak do diabła udaje się wam robić to od lat?”. Oni natomiast odpowiadają: „No cóż, weź, spróbuj tego”. Muzycy nie zastanawiają się zbyt długo w takich sytuacjach. Jesteśmy bogaci i sławni. Nawalmy się. Od tego zależy, czy będziemy w stanie zagrać kolejny koncert. W pewnym sensie przypominamy pilotów bombowców. Jeżeli jutro masz zbombardować Drezno, wrzucasz 4 czy 5 tabletek amfy, aby wziąć się w garść i wypełnić misję. W latach 60. było to jeszcze legalne. W taki właśnie sposób się zaczynało. Przeważnie najpierw próbowaliśmy speeda. Po jakimś czasie publiczność również zaczęła go przyjmować, choć z zupełnie innych powodów. Muzycy byliby niezmiernie szczęśliwi, gdyby amfetamina wciąż była elitarnym narkotykiem zażywanym w garderobach. W pewnym momencie narkotyki stały się problemem. Część muzyków zaczęła pisać o nich piosenki, śpiewać o nich i zachęcać do ich przyjmowania. Reszta z nas mówiła: „O rany, to nie jest fajne!”. Nie chcieliśmy, aby to gówno wyszło poza garderoby. Kilka miesięcy później zażywanie narkotyków stało się popularnym stylem życia. Ludzie chcieli znaleźć kogoś, kogo mogliby obarczyć za to winą. Skupili się na nas, ponieważ rzucaliśmy się w oczy. „Czy pozwolilibyście swojej córce wyjść za któregoś z Rolling Stonesów?”. Byliśmy dla nich łatwym celem. Tak im się przynajmniej wydawało.

 

PLAYBOY: Ty natomiast pokazałeś im, że się mylą, i zaatakowałeś swojego sędziego. Jak wspominasz pobyt w więzieniu?
RICHARDS: Przede wszystkim nie odpowiadały mi ani tamtejsze warunki życia, ani tamtejsza moda. Wolę mieć do dyspozycji nieco więcej przestrzeni. Lubię też, gdy kibel znajduje się w osobnym pomieszczeniu. Nie znoszę natomiast, gdy ktoś mnie budzi. Więzienie nie przypadło mi więc do gustu.

 

PLAYBOY: Zostaliście wywaleni z Anglii pod zarzutem uchylania się od płacenia podatków. Czy nadal próbowaliby was zapuszkować, gdybyście mieszkali w Anglii?
RICHARDS: Och, nie, nie. Według mnie zostaliśmy wyrzuceni z kraju, ponieważ władza uświadomiła sobie, że jej dotychczasowe działania są bezcelowe. Pokazywała swoją słabość. Czy kraj istniejący od tysiąca lat miałby się martwić z powodu kilku gitarzystów i piosenkarza? Litości! Władze próbowały wyglądać groźnie, zwłaszcza gdy zabrały się za Johna Lennona. Najpierw przyznały mu Order Imperium Brytyjskiego, a następnie próbowały go zapuszkować! Tego rodzaju sytuacje uświadamiają nam, jak kruche jest nasze małe społeczeństwo. Wtedy jednak rząd pozwolił na to, by ta kruchość stała się widoczna. Mogliśmy zajrzeć mu pod spódniczkę i zobaczyliśmy tam po prostu kolejną cipkę. Gdy wyrzucali nas z kraju, poczuliśmy się tak, jakby powiedzieli nam: „Zapłaćcie, zbankrutujcie i żyjcie tu dalej albo spieprzajcie”. Nie miałem wyboru. Wolałem spieprzać. Dlaczego miałbym tego nie zrobić? Oczywiście kocham Anglię. To mój kraj. Jeżeli musisz długo przebywać poza swoją ojczyzną i w końcu wracasz, czujesz się jak D.H. Lawrence, który stwierdził kiedyś: „Czuję się tu bardziej wyobcowany niż gdziekolwiek indziej”. Gdy po długim czasie wróciłem do Londynu, spojrzałem na cholerną kolumnę Nelsona i zobaczyłem, że została wykonana z białego marmuru. Zawsze była pokryta sadzą i gównem. Nie przeszkadzało mi oczywiście to, że została wyczyszczona. Jest wspaniała. Byłem jednak zszokowany faktem, że jest biała, a nie ciemnoszara i czarna. To było niewiarygodne.

 

PLAYBOY: Wszyscy wiedzieli, że zażywasz narkotyki. Czy kiedykolwiek miałeś wrażenie, że dotarłeś do punktu, z którego nie ma już odwrotu?
RICHARDS: Zawsze czułem, że dysponuję pewnym marginesem bezpieczeństwa. Przede wszystkim trzeba znać siebie, choćby na poziomie fizycznym. Wychowywałem się w bardzo trudnych warunkach. Nie robią mi krzywdy nawet te rzeczy, które innych ludzi zabijają. W latach 60. naprawdę próbowaliśmy coś osiągnąć poprzez zażycie kilku chemikaliów. Chcieliśmy zmienić historię. Znajdowało to wyraz w przyziemnych rzeczach, takich jak fryzura, ubiór i muzyka. Ideał, który leżał u podstaw tego wszystkiego, był jednak bardzo czysty. W tamtym czasie wszyscy byli gotowi używać swojego ciała jako czegoś w rodzaju laboratorium, aby w ten sposób uciec od tego całego bałaganu. W przypadku wielu ludzi było to bardzo idealistyczne, a jednocześnie bardzo destrukcyjne. Negatywnym aspektem tamtej epoki jest to, że ludzie zaczęli postrzegać zażywanie narkotyków jako rozrywkę. Problem polega jednak na tym, że podziwiane przez nich osoby, które zmarły z powodu nadużywania narkotyków – a nawet tacy kolesie jak ja, którzy powinni byli umrzeć, ale w dalszym ciągu żyją – nie przyjmowały środków psychoaktywnych wyłącznie dla zabawy, dla rozrywki. Sięgały po nie, aby tworzyć. Ta kwestia jest dla mnie zbyt skomplikowana.

 

PLAYBOY: Wielu ludzi z naszego pokolenia, którzy w przeszłości przyjmowali narkotyki, obawiają się teraz, że ich dzieci będą robić to samo. Przeraża ich to, że ich dzieciaki również mogą podjąć to ryzyko i poczuć się tak, jakby były...
RICHARDS: Niezniszczalne. Ludzie zawsze tak się czują, gdy są młodzi. To właśnie ten popęd pozwala nam wejść w życie. Kiedy jednak stajemy się dojrzalsi i płodzimy dzieci, zaczynamy rozmyślać o wielu rzeczach. Zmienia się nasze życie i nasz sposób myślenia. Dzieci są naszym małym skarbem. Gdy na nie patrzymy, myślimy sobie: „Cholera, pomogłem to coś stworzyć”. Mają w sobie mnóstwo czystości i niewinności. Po prostu się do nas uśmiechają i próbują nas całować i przytulać. Pragną po prostu nas poczuć i dotknąć. Mamy poczucie, że nikt nigdy nie kochał nas tak mocno. Za ich sprawą doświadczamy tego samego rodzaju miłości, którym obdarowaliśmy niegdyś swoich rodziców i o którym zdążyliśmy już zapomnieć. Nasze dzieci oddają nam tę miłość. Dociera do nas wtedy: „Właśnie zwrócono mi pierwsze 2 lub 3 lata życia”. Ta świadomość jest nam niezbędna. Jest jak brakujący element układanki. Powinniśmy ją w sobie pielęgnować, a nie chwalić się swoimi dziećmi i mówić: „Hej, stworzyłem to coś”. Prawda jest bowiem taka, że to one stworzyły nas. Sprawy mają się więc zupełnie inaczej, niż mogłoby się wydawać. Dzieci ukazują nam ten maleńki, ale niezwykle ważny aspekt życia, o którym nie mamy zielonego pojęcia. Każda rzecz jest pozytywna. Gdy dziecko zaczyna zapamiętywać różne rzeczy, zaczyna również dokonywać ocen. W początkowym okresie życia – w ciągu roku lub dwóch od narodzin – może jednak być kimkolwiek. Jest najswobodniejszym ptakiem na tej planecie, tak jakby przyszło na ten świat jako kret, orzeł, szakal, lew, wół lub jakiekolwiek inne stworzenie. Dzieci sprawiają, że dojrzewamy i zaczynamy myśleć: „Co, do cholery, po sobie pozostawię w chwili śmierci?”. W pewnym sensie wrzucamy je do cholernego kotła pełnego zanieczyszczeń i strachu. Wielu ludzi nie zwraca jednak uwagi na swoje dzieci. Traktują je jak swoją własność albo myślą sobie: „Spieprzyłem sprawę tamtej nocy. Nie powinienem był kończyć w środku” albo: „Wszystko gra, zawsze możemy mieć więcej dzieci. Jeżeli temu nie wyjdzie w życiu, możemy zrobić sobie kolejne”. Ludzie potrafią być wobec siebie niezwykle bezwzględni. Jest nas tak dużo, a siły przyrody są niepohamowane. Wystarczy spojrzeć na pracujące mrówki lub jakiekolwiek inne formy życia. Gdyby nas tu nie było, życie naszej planety toczyłoby się w uporządkowany i elegancki sposób przez znacznie dłuższy czas. Czasami mam wrażenie, że nie ma tu dla nas miejsca. Robimy wszystko, aby odłączyć się od natury, mimo że prawdopodobnie jest ona rajem. Przyroda jest atrakcyjniejsza niż cokolwiek innego, ale mamy ją w dupie i jesteśmy gotowi wyeksploatować ją do końca tylko po to, by garstce ludzi żyło się lepiej. Jesteśmy po prostu większymi mrówkami. Wszyscy dążymy do samozniszczenia. Możemy więc wysłać Adama i Ewę na kolejną wycieczkę. Nasz obecny poziom rozwoju osiągnęliśmy w ciągu kilku tysięcy lat. Z  perspektywy całego procesu ewolucji jest to bardzo krótki okres. Możemy na to spojrzeć na dwa sposoby: albo jesteśmy jokerem w talii kart, albo ziarenkiem piasku, za którego sprawą w małżu pojawi się perła.

 

PLAYBOY: Czy zadaniem sztuki nie jest właśnie pomaganie w tym, aby w małżu pojawiła się perła?
RICHARDS: Ale przecież żadna inna forma życia na tej planecie nie potrzebuje sztuki. Już samo to sprawia, że jesteśmy dziwnym gatunkiem. To tak, jakby ktoś wskazał na nas palcem i powiedział: „Ta planeta ich nie potrzebuje”. To właśnie dlatego jesteśmy jedynymi formami życia na tej planecie, którym jest potrzebna religia – które naprawdę zabijają się nawzajem z powodu jakiejś abstrakcyjnej idei. Jesteśmy kompletnie skłóceni ze światem roślinnym. Rośliny najwyraźniej lubią posłuchać od czasu do czasu muzyki. Nauczyły się ją lubić. Jesteśmy jednak jedyną formą życia, która jest skłonna zniszczyć cały świat naturalny. Wysysamy z gleby wszystkie możliwe surowce, a jednocześnie emitujemy do atmosfery całe to gówno. Będziemy mieć szczęście, jeśli w przyszłym roku nadal będzie istniał prąd strumieniowy i jeżeli pieprzona warstwa ozonowa nie zniknie zbyt szybko. Ta kwestia dotyczy nas wszystkich. Jest to obecnie problem globalny. Nie jest tak, że ludzie o tym nie wiedzą. Wiemy o tym doskonale. Jesteśmy cholernie bystrzy. Wiemy o tym, ale nie potrafimy powstrzymać samych siebie. Wolimy walczyć ze sobą nawzajem niż zadbać o swoje środowisko. Nie mamy kontaktu z naszą planetą. Sądzimy, że jesteśmy jej właścicielami. Dinozaury również mogły tak myśleć i popatrzcie, co się z nimi stało. Jeżeli nadal będziemy traktować Ziemię jak swoją własność, prędzej czy później dostaniemy od niej łomot. Szczerze mówiąc, nasza przyszłość nie jawi mi się w jasnych barwach. Kocham swoje dzieci, ale czasem myślę sobie: „Po jaką cholerę sprowadziłem je na powierzchnię tej planety? Powinienem odciąć sobie fiuta”. Jednocześnie jednak bardzo się wzruszam, gdy moje córeczki budzą się rano i mówią do mnie: „Dzień dobry, tatusiu. Daj mi buziaka”. Potrzebuję tego. Co jednak tak naprawdę daję swoim dzieciom? Niszczymy nie tylko samą Ziemię. Niszczymy również atmosferę ziemską, której tak naprawdę nie rozumiemy. Za sprawą emitowanych przez nas zanieczyszczeń robią się w niej dziury. Co będzie nas ogrzewać w przyszłości? Nawet gdybyśmy przestali zanieczyszczać powietrze – a na pewno nie nastąpi to w ciągu najbliższych 20 lat – powinniśmy pamiętać, że atmosfera przypomina wieczną zmarzlinę, która przez cały czas się podgrzewa i z każdym rokiem stopniowo się rozpuszcza. Nie jest to jednak mój problem. To problem Boga. Aż chce się powiedzieć: „Kocham cię, Oceanie”.


PLAYBOY: Problemem Boga możemy być my.
RICHARDS: To prawda. Gdy słyszę, że zostaliśmy stworzeni na podobieństwo Boga, zastanawiam się nad tym, kto chciałby tak wyglądać?

 

PLAYBOY: Czy myślisz, że źródłem problemu jest grzech pierworodny?
RICHARDS: Gdybym wiedział, czym dokładnie jest grzech pierworodny, popełniłbym go i opowiedziałbym wam o tym.

 

PLAYBOY: Chodzi nam o to, że ludzie wydają się zepsuci i mieć naturalną skłonność do krzywdzenia siebie nawzajem. Czy według ciebie w jakikolwiek sposób możemy się temu przeciwstawić?
RICHARDS: Interesujące jest to, że muzyka zawsze wydawała się wyprzedzać wszystkie inne formy sztuki i wszystkie inne społeczne środki wyrazu. Mówiłem to już setki razy: według mnie muzyka jest nam potrzebna do życia niemal tak samo jak powietrze, jedzenie, woda i seks. W latach 60. panowało przekonanie, że w tym wszystkim nie chodzi wyłącznie o rozrywkę. Muzyka jest najlepszym komunikatorem. W dużej mierze to właśnie ona pomagała zbudować poczucie wspólnoty. Jestem przekonany, że zgodzi się z tym każdy, kto zastanawiał się nad tą kwestią. Muzyka wydawana w ciągu ostatnich 20 lat miała prawdopodobnie duży wpływ na zmiany, jakie zaszły w supermocarstwach w ciągu kilku ostatnich lat.

 

PLAYBOY: Rock’n’roll zawsze ma w sobie coś wywrotowego, nieprawdaż?
RICHARDS: Jest jak trąby niszczące mury Jerycha.

 

PLAYBOY: Miałeś zaszczyt wprowadzić Chucka Berry’ego do Rock and Roll Hall of Fame. Jak wspominasz tamtą noc?
RICHARDS: Najlepiej pamiętam jam session, które odbyło się w Hall of Fame po rozdaniu nagród. Oglądałem je wraz z Chuckiem Berrym. Pojechałem do St. Louis, aby spotkać się z Chuckiem i porozmawiać o naszej umowie dotyczącej filmu Hail! Hail! Rock’n’Roll, przy którym mu pomagałem. Powiedziałem mu wtedy: „Jeżeli jeszcze raz mnie uderzysz, nie ujdzie ci to na sucho, Chuck. Nawet uwielbienie dla bohaterów ma swoje granice”.

 

PLAYBOY: Kiedy Chuck cię uderzył?
RICHARDS: Och, kilka lat temu. Chuck wychodził z klubu nocnego w Nowym Jorku. Wyszedłem za nim i powiedziałem: „Nie idź jeszcze”. Odwrócił się i uderzył mnie pięścią w twarz. Gdy powstawał wspomniany przeze mnie film, znałem Chucka od 20 lat. Najmilszą rzeczą, jaką kiedykolwiek mi powiedział, było: „Spieprzaj”. Kiedy więc przyłożył mi w oko, pomyślałem sobie: „Chyba naprawdę nie żartuje”.


PLAYBOY: Czy miał coś ważnego do przekazania?
RICHARDS: Tak. Gdy byliśmy w jego mieszkaniu, puścił mi nagranie całego jam session, które odbyło się w Rock and Roll Hall of Fame. Nagrał ten występ wraz ze swoim przyjacielem. Chuck ma w mieszkaniu wideoprojektor z dwoma dużymi ekranami. Na jednym z nich przez cały czas leci kanał telewizyjny PLAYBOYA – te laski z obnażonym biustem, które podskakują, rzucają w siebie nawzajem tortami, potykają się o kłody i robią tym podobne rzeczy. Na drugim ekranie leci natomiast to, co Chuck ma ochotę oglądać w danym momencie. Kanał PLAYBOYA jest jednak zawsze włączony. Chuck w każdej chwili może rzucić okiem na nagie dziewczyny.

 

PLAYBOY: Facet ma dobry gust.
RICHARDS: Gość ma zestaw stereo. Gdy u niego byłem, na jednym z ekranów puścił nagranie koncertu w Hall of Fame. Było czadowe. Chuck powiedział „Posłuchaj tego, Jack!”. Zawsze mówił do mnie Jack.

 

PLAYBOY: Oprawę muzyczną do filmu przygotowałeś częściowo w swoim domu na Jamajce. Czy twój dom spodobał się Chuckowi?
RICHARDS: Chuck niemal dostał drgawek. Zachowywał się tak, jakby miał atak serca. Bardzo nerwowo. Gdy nie jest na swoim terytorium i nie ma całkowitej kontroli nad sytuacją, czuje się bardzo nieswojo. Wszystko zaczęło się już na lotnisku, gdy go odbierałem. Chuck czuje się źle nawet wtedy, gdy to nie on prowadzi samochód. To właśnie dlatego zawsze chce siedzieć za kierownicą. Kiedy jest u siebie, manewruje i manipuluje dosłownie wszystkim, ponieważ wie, że w każdym momencie może nacisnąć odpowiedni przycisk. Praca z nim pod wieloma względami przypomina pracę z Mickiem. Obaj mają podejście konfrontacyjne, tak jakby przez cały czas myśleli: „Nawet gdybym miał się źle bawić, nie pozwolę, aby ktokolwiek miał nade mną przewagę”. Taką właśnie cenę trzeba zapłacić za mówienie: „Żaden człowiek nie będzie uśmiechać się za moimi plecami i myśleć, że udało mu się zrobić mnie w konia”. K..., miliony ludzi zrobiły mnie w konia i mam to gdzieś. Jeżeli nie potrafisz sobie radzić z tego rodzaju rzeczami, to masz poważny problem. W pewnym sensie byłem więc dobrze przygotowany na współpracę z Chuckiem. Mimo wszystko facet w dalszym ciągu mnie fascynuje. Poznaliśmy się trochę lepiej. Obecnie Chuck wydaje mi się bardziej interesujący niż wtedy, gdy jego kontakty ze mną sprowadzały się do bicia mnie w twarz i mówienia: „Spieprzaj”. Dostałem możliwość zrealizowania swoich samolubnych nastoletnich marzeń. Kiedyś marzyłem o tym, żeby być kolesiem grającym na gitarze z Chuckiem Berrym. Myślałem sobie: „Będę musiał uporać się z wieloma gównianymi rzeczami, aby do tego doprowadzić. Jeżeli jednak mi się to uda, udowodnię coś sobie samemu. Jeśli stawię czoła tym wszystkim trudnościom, stanę się wystarczająco silny, aby móc nagrać własny album”. Naprawdę możemy spełniać swoje marzenia. Musimy tylko się ich trzymać i niestrudzenie podążać w wybranym przez siebie kierunku.

 

PLAYBOY: Czy chciałbyś, aby w najbliższym czasie w waszym zespole coś się zmieniło?
RICHARDS: Chciałbym, żeby reszta chłopaków miała nieco więcej energii i odwagi. Chciałbym, aby trochę bardziej cieszyli się z tego, że są członkami zespołu The Rolling Stones. Albo jesteś Stonesem, albo nie. Jeśli jesteś Stonesem, będziesz w stanie pracować ze Stonesami. Jeśli nie jesteś Stonesem, nigdy ci się to nie uda.

 

PLAYBOY: Wygląda na to, że twoja praca i twoje małżeństwo mają na ciebie dobry wpływ.
RICHARDS: Patricia to niesamowita dziewczyna. Kiedy ją poznałem, przechodziłem przez drugie rock’n’rollowe dzieciństwo. Mogłem odejść z tego świata. Nie byłoby to trudne. W tamtym okresie mogłem pójść albo w stronę życia, albo w stronę śmierci.

 

PLAYBOY: Przyszłość wygląda zachęcająco. Miło było z tobą pogawędzić. Podczas rozmowy zjedliśmy cały kubełek lodów.
RICHARDS: Tak. Być może zabrzmię jak starzec, ale w dzisiejszych czasach ludzie mają okropną tendencję do pozerstwa. Wszyscy to robimy. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że biznes muzyczny w każdej epoce jest w 98 procentach gównem. Jeżeli zdajesz sobie z tego sprawę i unikasz pozerstwa, nie stanie ci się żadna krzywda. Być może nic nie osiągniesz. Być może nie uda ci się odnieść sukcesu. Dopóki będziesz się skupiać na tych dwóch wartościowych procentach, biznes muzyczny nie wyrządzi ci żadnej krzywdy. Jeżeli jednak skupisz się na pozostałych 98 procentach, szybko będzie po tobie. Pa pa, brachu.

 

Tekst: Stanley Booth
Zdjęcia: Paul Natkin (Photo Reserve Inc.)
Przekład: Maciej Lorenc

 

Więcej klasycznych wywiadów PLAYBOYA przeczytasz w naszych specjalnych wydaniach. Do kupienia w sklepie Marquard.pl.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska