Wywiady PLAYBOYA: Steve Jobs

2016-08-12
Wywiady PLAYBOYA: Steve Jobs

Firma Apple, której był współzałożycielem, stała się najdroższym koncernem w historii – jej wartość wyceniana jest na ponad 775 miliardów dolarów. A dwóch Steve’ów – Jobs i Wozniak – zaczynało skromnie, składając komputery Apple I w garażu przybranych rodziców tego pierwszego.

PLAYBOY USA LUTY 1985

 

Dziewięć lat później Jobs nie miał jeszcze trzydziestki, a już był bogaczem. Nie przestał jednak być wizjonerem. To wywiad z czasów, kiedy nie było jeszcze iPoda, iPhone’a, iPada ani żadnego innego gadżetu na i. Na rynek wchodziły pierwsze komputery z serii Macintosh. Odpowiadał za nie on, STEVE JOBS.


PLAYBOY: Udało nam się przetrwać rok 1984 i chociaż niektórym trudno w to uwierzyć, komputery nie zdołały przejąć władzy nad światem. Jeśli można kogoś obwiniać – a może pochwalić – za rozpowszechnienie komputerów, to właśnie ciebie, 29-letniego ojca rewolucji informatycznej. To ona uczyniła cię niewyobrażalnie bogatym – w pewnym momencie twoje akcje były warte prawie pół miliarda dolarów.
JOBS: Prawdę mówiąc, kiedy akcje spadły, w ciągu roku straciłem ćwierć miliarda (śmiech).

 

PLAYBOY: Potrafisz się z tego śmiać?
JOBS: Nie pozwolę, żeby coś takiego zrujnowało mi życie. Czy ta sytuacja nie jest właściwie śmieszna? Całe to zamieszanie i zainteresowanie traktuję z humorem, bo trudno uznać je za najważniejsze i najbardziej charakterystyczne dla tego, co przydarzyło mi się w ciągu ostatnich 10 lat. Ale czasem czuję się dziwnie, kiedy na spotkaniach ze studentami przekonuję się, że jestem najbardziej znany z tego, że jestem milionerem. Co prawda chodziłem do szkoły już po epoce lat 60., ale jeszcze przed późniejszą falą trzeźwego utylitaryzmu. Teraz studenci zupełnie nie myślą kategoriami idealizmu. Nie pozwalają sobie na marnowanie czasu na kwestie filozoficzne i koncentrują się na studiowaniu ekonomii. W moich czasach ciągle czuliśmy klimat lat 60. i większość ludzi w moim wieku na zawsze pozostała pod jego wpływem.

 

PLAYBOY: To intrygujące, że komputery uczyniły milionerami…
JOBS: …młodych maniaków, wiem.

 

PLAYBOY: Chciałem powiedzieć ludzi takich jak ty i Steve Wozniak, którzy jeszcze 10 lat temu pracowali w garażu. Czym jest ta rewolucja, którą właśnie wy zaczęliście?
JOBS: Żyjemy w świecie uformowanym 100 lat temu przez rewolucję przemysłową, która dała nam powszechny dostęp do energii – energii mechanicznej. To zupełnie zmieniło strukturę społeczną. Nasza rewolucja, rewolucja informatyczna, także daje powszechny dostęp do energii, ale tym razem jest to energia intelektualna. Komputer Macintosh jest jeszcze bardzo prymitywny, ale zużywa mniej prądu niż 100-watowa żarówka i pozwala zaoszczędzić wiele godzin codziennej pracy. Czego będzie w stanie dokonać za 20 lub 50 lat? Nasza rewolucja przyćmi rewolucję przemysłową. Właśnie się zaczęła.

 

PLAYBOY: Może zatrzymajmy się na chwilę przy tej sprawie. Chciałbym się dowiedzieć, w jaki sposób zdefiniowałbyś komputer. Jak on działa?
JOBS: Komputery to właściwie bardzo proste urządzenia. Siedzimy sobie teraz przy stoliku w kawiarni. (Byliśmy tam podczas pierwszej części naszej rozmowy). Załóżmy, że potrafi pan rozumieć jedynie podstawowe polecenia. Pyta mnie pan, jak trafić do toalety. Musiałbym panu opisać drogę za pomocą specyficznych i precyzyjnych instrukcji. Mógłbym powiedzieć: „Odsuń się w bok na 2 metry od krzesła. Stań wyprostowany. Podnieś lewą stopę. Zegnij lewą nogę w kolanie. Wyciągnij nogę, postaw ją w odległości 30 cm i przenieś na nią ciężar ciała”. I tak dalej. Gdyby potrafił pan wypełnić te polecenia 100 razy szybciej niż ktokolwiek w tej kawiarni, uznano by pana za magika. Mógłby pan podbiec do lady, zabrać koktajl mleczny, wrócić, usiąść, postawić koktajl na stoliku i pstryknąć palcami. Pomyślałbym, że wyczarował pan koktajl, bo prędkość pańskiego działania przekroczyłaby możliwości mojej percepcji. Dokładnie tak samo funkcjonuje komputer. Kieruje się bardzo prostymi instrukcjami: „Weź liczbę, dodaj ją do drugiej, pokaż wynik, sprawdź, czy suma jest większa od kolejnej liczby” – ale robi to z szybkością miliona operacji na sekundę. Przy takiej prędkości wygląda to na magię. To uproszczone wyjaśnienie, ale rzecz w tym, że ludzie nie muszą wiedzieć, jak działa komputer. Większość ludzi nie ma pojęcia, jak działa automatyczna skrzynia biegów, ale potrafią prowadzić samochód. Nie trzeba studiować fizyki i praw mechaniki, aby jeździć samochodem. Nie trzeba wiedzieć nic z tego co powiedziałem, aby używać Macintosha, no ale sam pan o to zapytał (śmiech).

 

PLAYBOY: Niewątpliwie ty wierzysz, że komputery zmienią nasze życie, ale jak przekonałbyś sceptyka? Kogoś, kto nie chce tego przyjąć do wiadomości?
JOBS: Komputer to najbardziej niesamowite narzędzie z jakim kiedykolwiek mieliśmy do czynienia. Może służyć do pisania, jako centrum komunikacyjne, maszyna licząca, notatnik, archiwum i narzędzie kreacji artystycznej. Potrafi robić to wszystko naraz, trzeba tylko wydać mu odpowiednie instrukcje lub zapewnić oprogramowanie. Żadne inne narzędzie nie jest tak wszechstronne i potężne. Nie mamy pojęcia, jaki jest kres możliwości komputera. Teraz tylko ułatwiają życie, w ułamku sekundy wykonują pracę, która zajęłaby nam wiele godzin. Podnoszą jakość życia eliminując z niego niepotrzebną harówkę i rozszerzając nasze możliwości. W miarę upływu czasu będą dla nas wykonywać coraz więcej zadań.

 

PLAYBOY: Jaki jest praktyczny powód, żeby kupić dzisiaj komputer? Pewien dyrektor z waszej branży niedawno powiedział: „Daliśmy ludziom komputery, ale nie wyjaśniliśmy im, jak się nimi posługiwać. Potrafię szybciej sprawdzić swoje wydatki przeglądając książeczkę czekową niż robiąc to za pomocą komputera”. Dlaczego warto kupić komputer?
JOBS: Istnieją różne odpowiedzi, w zależności od tego, kto pyta. W biznesie odpowiedź jest prosta: naprawdę można przygotować dokumenty szybciej i dokładniej oraz usprawnić działalność biura. Komputery uwalniają ludzi od nudnej, rutynowej roboty. Poza tym dostają narzędzie, która zwiększa ich kreatywność. Pamiętajmy, komputery to narzędzia, a narzędzia usprawniają pracę. W szkolnictwie komputery to jedyny przedmiot – oprócz książek – który zawsze będzie towarzyszył uczniowi i będzie w stanie interaktywnie mu pomóc, nie oceniając go przy tym. Edukacja typu sokratejskiego jest już dziś niemożliwa, a komputery dają możliwość prawdziwego przełomu w procesie nauczania. Oczywiście kiedy stosują je światli nauczyciele. Mamy je już w większości szkół.

 

PLAYBOY: To są argumenty przemawiające za zastosowaniem komputerów w biznesie i szkołach. A w domu?
JOBS: Na razie to sprawa przyszłości. Teraz kupuje się komputer do domu, jeśli chce się wykonywać jakieś prace biurowe albo korzystać z programów edukacyjnych – przeznaczonych dla dorosłych lub dzieci. Jeśli ktoś kupuje komputer z innych powodów, to dlatego, że chce opanować jego obsługę. Ludzie wiedzą, że pojawiło się coś nowego – nie wiadomo dokładnie co – i chcą nauczyć się tym czymś posługiwać. To się zmieni. W większości domów komputery staną się niezbędne.

 

PLAYBOY: Co się zmieni?
JOBS: Trudno będzie obyć się bez komputerów w domu, bo będą podłączone do ogólnokrajowej sieci komunikacyjnej. Jesteśmy na początku drogi, która doprowadzi do niezwykłego przełomu, podobnego do tego, jakim stał się telefon.

 

PLAYBOY: O jakim przełomie mówisz?
JOBS: Na razie mogę tylko spekulować, bo widzimy pewne oznaki w naszej branży. Nie wiadomo jeszcze dokładnie czym to się skończy, ale można mieć pewność, że będzie to naprawdę wielki przełom. I bardzo pozytywny.

 

PLAYBOY: Więc kiedy teraz namawiasz ludzi by kupili komputer do domu, zachęcasz ich, by zainwestowali 3 tysiące dolarów po prostu w akcie wiary.
JOBS: W przyszłości nie będzie to akt wiary. Główna trudność, z którą teraz się zmagamy, to pytania o szczegóły, na które nie możemy odpowiedzieć. Gdyby 100 lat temu ktoś zapytał Aleksandra Grahama Bella, na ile sposobów da się wykorzystać telefon, też nie potrafiłby odpowiedzieć. Nie wiedział, jak bardzo to urządzenie wpłynie na losy świata, że ludzie będą dzwonić i dowiadywać się jaki film grają wieczorem w kinie, zamawiać zakupy do domu lub rozmawiać z krewnymi na drugim końcu świata. Ale pamiętajmy, że pierwszy publiczny telegraf powstał w 1844 r. i był to niezwykły przełom w komunikacji – w ciągu jednego popołudnia można było przesłać wiadomość z Nowego Jorku do San Francisco. Były plany, aby zainstalować telegrafy na każdym biurku – by poprawić wydajność pracy. Ale to nie był dobry pomysł, nie przyniósłby efektów. Użycie telegrafu wymagałoby od ludzi znajomości długiej sekwencji dziwnych zaklęć – kropek i kresek alfabetu Morse’a. Nauka tego języka zajmowała 40 godzin, większość ludzi nie byłaby w stanie go opanować. Ale na szczęście w latach 70. XIX wieku Bell opatentował telefon. Spełniał w zasadzie takie same funkcje jak telegraf, ale wszyscy potrafili posługiwać się nim bez problemów. Najlepsze w nim było to, że do porozumiewania się używano słów i można było przekazać melodię języka.

 

PLAYBOY: To znaczy?
JOBS: Pozwalał na używanie intonacji i nadawanie takiego znaczenia słowom, które wykracza poza zwykłą semantykę. Dziś mamy taką samą sytuację. Niektórzy mówią, że w celu zwiększenia wydajności pracy na każdym biurku w Ameryce powinien znaleźć się pecet IBM. To nic nie da. Tym razem trzeba by poznać inne zaklęcia, w rodzaju „ukośnik q–z” czy inne komendy języka programowania. Podręcznik do Word Stara, najpopularniejszego takiego języka, liczy 400 stron. Aby napisać własną książkę, trzeba najpierw przeczytać taką, która dla większości wygląda jak podręcznik czarnej magii. Nikt nie będzie miał ochoty opanować sekwencji „ukośnik q–z” – podobnie jak alfabetu Morse’a. Na tym polega przewaga Macintosha – to pierwszy „telefon” w naszej branży. I najlepsze w nim jest to, że pozwala przekazać melodię, tak jak telefon. Komunikujemy się nie tylko za pomocą słów, mamy do dyspozycji różne funkcje graficzne, możemy rysować i dodawać zdjęcia by lepiej wyrazić to, co chcemy przekazać.

 

PLAYBOY: Czy to naprawdę istotna zmiana, a nie zwykła nowinka techniczna? Niektórzy krytycy nazwali Macintosha najdroższym znikopisem, zabawką z magnetycznym ekranem Etch A Sketch.
JOBS: Różnica jest równie znacząca jak pomiędzy telefonem a telegrafem. Proszę sobie wyobrazić, co mógłby pan zrobić gdyby miał pan w dzieciństwie tak wyrafinowaną zabawkę. A to tylko drobna część jego możliwości. Macintosh nie tylko zwiększa efektywność pracy i rozwija kreatywność, ale pozwala na lepszą komunikację poprzez zastosowanie zdjęć i grafiki na równi ze słowami i liczbami.

 

PLAYBOY: W większości komputerów do wprowadzenia danych wykorzystuje się klawisze funkcyjne. Macintosh zastępuje wiele z nich przyrządem zwanym myszką – małym pudełeczkiem, które przetaczane po biurku porusza kursorem na ekranie. To duża zmiana dla ludzi przyzwyczajonych do klawiatury. Po co ta myszka?
JOBS: Jeśli chcę powiedzieć, że ma pan plamę na koszuli, nie opiszę tego słowami „na pańskiej koszuli jest plama, 14 cm poniżej kołnierzyka i 3 cm na lewo od guzika”. Jak zobaczę plamę, to ją pokażę – jest tutaj (wskazuje palcem). Taki gest to metafora, którą wszyscy rozumiemy. Przeprowadziliśmy dużo badań i testów, które pokazują, że takie czynności jak wycinanie i wklejanie wykonujemy przy pomocy myszki nie tylko łatwiej, ale i szybciej.

 

PLAYBOY: Jak długo trwały prace nad Macintoshem?
JOBS: Nad samym komputerem ponad 2 lata. Nad różnymi rozwiązaniami technicznymi pracowaliśmy wcześniej przez wiele lat. Chyba nigdy nad niczym tak się nie natrudziłem, ale praca nad Macintoshem była najwspanialszym doświadczeniem w moim życiu. Każdy, kto nad nim pracował powie to samo. Nikt z nas nie chciał, żeby prace się skończyły, jakby w obawie, że kiedy wypuścimy go na świat, nie będzie już należał do nas. Kiedy wreszcie zaprezentowaliśmy go na spotkaniu udziałowców, cała publiczność zgotowała pięciominutową owację na stojąco. To było niesamowite. Widziałem w pierwszych kilku rzędach członków zespołu Maka – nikt nie mógł uwierzyć, że w końcu go skończyliśmy. Wszyscy zaczęli płakać.

 

PLAYBOY: Ostrzegano mnie przed tobą. Przed tym wywiadem ktoś powiedział, że mnie zbajerujesz, że jesteś w tym mistrzem.
JOBS: (Uśmiecha się) Jesteśmy po prostu pasjonatami.

 

PLAYBOY: Ale biorąc pod uwagę tę pasję, wielomilionowe kampanie reklamowe i twoją umiejętność dotarcia do mediów, skąd nabywca Maka ma wiedzieć, co kryje się za tym bajerem?
JOBS: Reklama jest niezbędna, konkurencja robi to samo – ogłoszenia IBM są wszędzie. Ale dobry PR to po prostu edukacja, nic więcej. W tym biznesie nie da się oszukać ludzi. Produkt mówi sam za siebie.

 

PLAYBOY: Poza powtarzającymi się zarzutami, że myszka jest mało efektywna i że monitory Macintosha są czarno-białe, najpoważniejsze oskarżenie dotyczy zbyt wysokich cen Apple’a. Czy masz ochotę odpowiedzieć na te zarzuty?
JOBS: Przeprowadziliśmy badania, które udowadniają, że myszka przyśpiesza pracę z danymi i aplikacjami. Pewnego dnia pewnie będziemy mogli zbudować kolorowy monitor za rozsądną cenę. Jeśli chodzi o ceny, to wprowadzenie na rynek nowego produktu powoduje zwiększenie kosztów. To się zmieni w miarę upływu czasu. Im więcej będziemy produkować, tym bardziej spadną ceny…

 

PLAYBOY: To właśnie zarzucają ci krytycy – naciągasz entuzjastów i sprzedajesz towar po zawyżonych cenach, a potem obniżasz je, by zgarnąć resztę konsumentów.
JOBS: To po prostu nieprawda. Jak tylko będziemy mogli obniżyć ceny, zrobimy to. A prawdą jest, że nasze komputery są teraz tańsze niż były 4 lata temu, a nawet rok temu. Tak samo jest z pecetami IBM. Naszym celem jest udostępnienie komputerów dziesiątkom milionów użytkowników – im będą tańsze, tym łatwiej go osiągniemy. Bardzo bym chciał, żeby Macintosh kosztował tysiąc dolarów.

 

PLAYBOY: A co z ludźmi, którzy kupili komputery Lisa i Apple III, dwa modele, które wypuściliście przed Macintoshem? Zostawiliście ich z niekompatybilnymi, przestarzałymi produktami.
JOBS: Jeśli ujmuje to pan w ten sposób, proszę dodać do tej listy osoby, które kupiły IBM PC lub PC junior. Jeśli chodzi o Lisę, to część jej podzespołów wykorzystaliśmy w Macintoshu. Można na niej teraz używać oprogramowania Macintosha i jest postrzegana jako jego starsza siostra. Chociaż na początku nie odniosła sukcesu, jej sprzedaż teraz gwałtownie rośnie. Ciągle sprzedajemy miesięcznie ponad 2 tysiące Apple III – z tego ponad połowa trafia do stałych klientów. Rzecz w tym, że nowa technologia nie zastąpi starej, ale będzie ją uzupełniała. Chociaż oczywiście kiedyś ją wyprze. Ale podobnie było z czarno-białymi telewizorami, kiedy pojawiły się kolorowe. Ludzie musieli zdecydować, czy chcą zainwestować w nowy sprzęt.

 

PLAYBOY: Wszystko zmienia się w szybkim tempie. Czy sam Macintosh nie okaże się przestarzały za parę lat?
JOBS: Przed Macintoshem obowiązywały dwa standardy – Apple II i IBM PC. Te dwa standardy to jak dwa łożyska rzek wyżłobione w skalnym podłożu kanionu. Zajęło to całe lata: 7, by wyżłobić łożysko dla Macintosha i 4 dla IBM. Macintosh dzięki swoim innowacyjnym właściwościom i sile marketingu, jaki włożyła weń nasza firma, w ciągu roku przebił skały i utworzył trzeci nurt, trzeci standard. Moim zdaniem tylko dwie firmy są dziś w stanie osiągnąć coś takiego – Apple i IBM. Może to niedobrze, ale by tego dokonać potrzebny jest kolosalny wysiłek i nie sądzę, by Apple lub IBM zrobiły coś podobnego w ciągu następnych trzech, czterech lat. Pod koniec lat 80. być może doczekamy się czegoś nowego.

 

PLAYBOY: A tymczasem?
JOBS: Rozwój technologii sprawi, że komputery będą coraz mniejsze i lżejsze. Zostaną połączone w sieci, będziemy korzystać z drukarek laserowych, ze wspólnych baz danych, będziemy rozwijać możliwości komunikacyjne i połączymy możliwości telefonu z siłą komputera osobistego.

 

PLAYBOY: Dużo ryzykujecie. Niektórzy mówią, że Macintosh pogrąży Apple. Po Lisie i Apple III wasze akcje gwałtownie spadły. Branża spekulowała, że firma może tego nie przetrwać.
JOBS: No tak, czuliśmy presję. Wiedzieliśmy, że Macintosh to musi być królik wyciągnięty z kapelusza, bo inaczej nigdy nie zrealizujemy marzeń związanych z firmą i naszym produktem.

 

PLAYBOY: Sytuacja była tak poważna? Groziło wam bankructwo?
JOBS: Nie, nie. Przepowiadano to w roku 1983, który był niezwykle udany dla Apple. Podwoiliśmy naszą wartość. Sprzedaż wzrosła z 583 mln dol. w 1982 r. do około 980 mln w 1983 r. Prawie wszystko zawdzięczaliśmy Apple II. Ale to nie spełniało naszych oczekiwań. Gdyby Macintosh nie okazał się sukcesem, prawdopodobnie sprzedawalibyśmy dalej Apple II i różne jego wersje i zarabiali miliard dolarów rocznie.

 

PLAYBOY: Więc skąd wzięły się te spekulacje o sytuacji Apple z zeszłego roku?
JOBS: IBM naciskał na nas bardzo mocno i szala zaczęła przechylać się na ich stronę. Twórcy oprogramowania przechodzili do IBM, sprzedawcy coraz więcej o nich mówili. Dla wszystkich, którzy pracowali nad Macintoshem, było jasne, że powali on całą branżę na kolana, całkowicie ją zmieni. Taki był jego cel. Gdyby tak się nie stało, rzuciłbym ręcznik i się poddał, bo okazałoby się, że moja wizja była całkowicie błędna.

 

PLAYBOY: Apple III miał być podrasowaną wersją Apple II, ale kiedy wprowadziliście go na rynek 4 lata temu, okazał się fiaskiem. Wycofaliście pierwsze 14 tysięcy sztuk, ale nawet poprawiona wersja nie zyskała uznania. Ile straciliście na Apple III?
JOBS: Niewyobrażalnie dużo. Gdyby trójka odniosła sukces, IBM miałby dużo trudniej. Ale takie jest życie. Myślę, że zyskaliśmy na tym doświadczeniu i wzmocniliśmy się.

 

PLAYBOY: O Lisie też można powiedzieć, że właściwie była klapą. Co poszło nie tak?
JOBS: Przede wszystkim była za droga – kosztowała około 10 tysięcy dolarów. Staraliśmy się ją sprzedawać firmom z listy 500 największych przedsiębiorstw magazynu „Forbes”, podczas gdy nasza domena to dostarczanie komputerów indywidualnym klientom. Doszły kolejne problemy – opóźnienia w dostawach. Oprogramowanie nie nadeszło na czas i straciliśmy impet potrzebny przy wprowadzaniu nowego produktu. A IBM naciskał. Mieliśmy półroczne opóźnienie, za wysokie ceny i popełniliśmy kolejny strategiczny błąd – zdecydowaliśmy się sprzedawać Lisę tylko poprzez 150 dealerów, co było głupotą z naszej strony. To wszystko sporo nas kosztowało. Zatrudniliśmy ludzi, o których myśleliśmy, że są ekspertami od marketingu i zarządzania. To nie był zły pomysł, ale niestety ten biznes był zupełnie nowy i wiedza tych tak zwanych profesjonalistów bardziej przeszkadzała niż pomagała.

 

PLAYBOY: Czy to była oznaka zwątpienia? Powiedziałeś sobie: „Teraz zaczynamy wielką grę, więc lepiej zatrudnię profesjonalistów”?
JOBS: Proszę pamiętać, że mieliśmy wtedy po 23–25 lat. Nigdy nie robiliśmy czegoś takiego i wydawało nam się to dobrym pomysłem.

 

PLAYBOY: Czy większość tych decyzji, dobrych i złych, to były twoje wybory?
JOBS: Staraliśmy się unikać takich sytuacji kiedy tylko jedna osoba podejmuje wszystkie decyzje. W tym czasie firmą zarządzały trzy osoby: Mike Scott, Mike Markkula i ja. Teraz jest to John Sculley (prezes Apple’a – przyp red.) i ja. We wczesnym okresie, kiedy występowała różnica zdań, najczęściej ustępowałem ludziom, którzy mieli więcej doświadczenia. W wielu przypadkach mieli rację. Gdybyśmy jednak w niektórych ważnych sprawach zdecydowali się robić to, co uważałem za słuszne, wyszlibyśmy na tym lepiej.

 

PLAYBOY: Chciałeś zarządzać działem odpowiedzialnym za Lisę. Czy to prawda, że Markkula i Scott, którzy byli twoimi przełożonymi – chociaż sam ich wynająłeś – uważali, że nie dasz sobie rady?
JOBS: Po tym jak stworzyłem ramy projektu, po tym jak znalazłem kluczowych ludzi i określiłem kierunki rozwoju technicznego, Scotty zdecydował, że mam za mało doświadczenia, by tym zarządzać. To zabolało, nie da się tego ukryć.

 

PLAYBOY: Czułeś, że tracisz Apple?
JOBS: Chyba odrobinę tak, ale najtrudniejsze było dla mnie to, że zatrudnili przy Lisie mnóstwo ludzi, którzy nie podzielali naszej pierwotnej wizji. Powstał poważny konflikt pomiędzy ludźmi, którzy – w skrócie – chcieli zbudować coś w rodzaju Macintosha, a wynajętymi osobami z Hewlett-Packarda i innych firm, którzy przynieśli ze sobą pomysły na stworzenie większych komputerów i sprzedaży ich korporacjom. Zdecydowałem, że się wycofam i zrobię to sam z małą grupą współpracowników – jakbym miał znów wrócić do garażu, by zaprojektować Macintosha. Nie potraktowali nas poważnie. Myślę, że Scotty ustąpił mi dla świętego spokoju.

 

PLAYBOY: Ale to była firma, którą ty założyłeś. Czy nie czułeś urazy?
JOBS: Nie czuje się urazy do swojego dziecka.

 

PLAYBOY: Nawet kiedy dziecko mówi, żebyś spier...?
JOBS: Nie czułbym urazy. Poczułbym, że mi bardzo przykro, byłbym sfrustrowany. I tak też było. Ale dostałem najlepszych ludzi jacy byli w Apple, ponieważ sądziłem, że jeśli tego nie zrobimy, wpadniemy naprawdę w poważne kłopoty. No i razem stworzyliśmy Macintosha (wzrusza ramionami). Proszę tylko spojrzeć na Maka.

 

PLAYBOY: Jeszcze za wcześnie, aby wydać werdykt. Wprowadziliście Maka z taka samą pompą jaka poprzedzała Lisę, która na początku okazała się niewypałem.
JOBS: To prawda. Pokładaliśmy w Lisie wielkie nadzieje, ale myliliśmy się. Było nam trudno, ale wiedzieliśmy, że zbliża się czas Macintosha, który wydawał się najlepszą odpowiedzią na słabości Lisy. Jako firma wracaliśmy do naszych korzeni – do sprzedaży komputerów ludziom, a nie firmom. Wróciliśmy na właściwą drogę i zbudowaliśmy najbardziej szalony i wspaniały komputer na świecie.


PLAYBOY: Czy trzeba być szalonym, żeby stworzyć szalone, wielkie rzeczy?
JOBS: Tworzenie czegoś szalonego i genialnego ma wiele wspólnego z tworzeniem zwykłych przedmiotów. Musisz nauczyć się nowych rzeczy, wcielić w życie świeże pomysły i wyrzucić stare. Ale tak, muszę przyznać, że ludzie którzy stworzyli Maka, byli trochę stuknięci.

 

PLAYBOY: Jaka jest różnica pomiędzy ludźmi, którym przychodzą do głowy szalone pomysły, a ludźmi, którzy wcielają je w życie?
JOBS: Posłużę się porównaniem z IBM. Jak to się stało, że my stworzyliśmy Maka, a ludzie z IBM PC juniora? Uważamy, że Mac sprzeda się w milionach egzemplarzy, ale nie budowaliśmy go dla innych ludzi, zbudowaliśmy go dla siebie. Byliśmy grupą osób, które miały same osądzić, czy jest wielki, czy nie. Nie zamierzaliśmy go nikomu pokazywać ani przeprowadzać żadnych badań marketingowych. Chcieliśmy po prostu zbudować coś najlepszego. Jeżeli jesteś stolarzem i robisz przepiękną komodę, nie użyjesz sklejki z tyłu, nawet jeśli nikt tego nie zobaczy, bo będzie stała przy ścianie. Wiesz, że tam będzie, więc użyjesz pięknego kawałka drewna. Żebyś mógł potem dobrze spać w nocy. Sprawy estetyczne i jakość wykonania są ważne i trzeba ich dopilnować.

 

 

PLAYBOY: Twierdzisz, że ludzie, którzy stworzyli PC juniora, nie odczuwali takiej dumy ze swojego dzieła?
JOBS: Gdyby było inaczej, nie stworzyliby czegoś takiego jak PC junior. To dla mnie oczywiste, że zaprojektowali go na podstawie badań rynku ukierunkowanych na potrzeby specyficznego segmentu, dla szczególnego typu klienta. Mieli nadzieję, że jeżeli tak zrobią, mnóstwo ludzi go kupi i zarobią wielkie pieniądze. Nasze motywacje są inne. Ludzie z grupy Maka chcieli zbudować najlepszy komputer, jaki kiedykolwiek powstał.

 

PLAYBOY: Dlaczego branżę komputerową zdominowali tak młodzi ludzie? Przeciętna wieku pracownika Apple to 29 lat.
JOBS: To częste przy nowych, rewolucyjnych projektach. Ludzie wapnieją w miarę jak się starzeją. Nasze mózgi są czymś w rodzaju elektrochemicznych komputerów. Umysł wznosi z pewnych wzorców coś na kształt rusztowania. To fakt, w mózgu naprawdę utrwalają się pewne chemiczne wzorce. W większości przypadków ludzie trzymają się tych wzorców jak igła w rowkach płyty gramofonowej i nigdy nie udaje im się z nich wyskoczyć. To rzadkość, aby ktoś wytrawił swój własny rowek, który jest oryginalnym, nowym spojrzeniem na jakiś problem, zakwestionowaniem dotychczasowego oglądu sprawy. Nieczęsto spotyka się artystę po trzydziestce lub czterdziestce, który jest w stanie stworzyć coś naprawdę oryginalnego. Oczywiście istnieją ludzie, którzy mają wrodzoną ciekawość świata, potrafią patrzeć na niektóre problemy jak dzieci, ale to rzadkość.

 

PLAYBOY: Na pewno zyskasz wielu zwolenników wśród ludzi po czterdziestce. Przejdźmy do kolejnej sprawy – sposobu w jaki ludzie mówią o Apple jako o firmie, a nie komputerze. Masz podobne poczucie misji, gdy zarządzasz Apple, prawda?
JOBS: Czuję, że możemy wpływać na społeczeństwo nie tylko za pośrednictwem komputerów. Sądzę, że Apple w latach 80. i 90. ma szansę stać się modelowym przykładem firmy z listy 500 największych przedsiębiorstw pisma „Fortune”. Gdyby 10 czy 15 lat temu poprosić ludzi, by wskazali 5 firm budzących największe emocje, na ich liście z pewnością znalazłyby się Polaroid i Xerox. A teraz? Z pewnością nikt by ich nie wymienił. Co się takiego stało? Kiedy firmy rosną i stają się wielomiliardowymi tworami, tracą z oczu swoje cele, pierwotne wizje. Ludzie zarządzający firmą odgradzają się od ludzi, którzy dla nich pracują, od licznej kadry średniego szczebla. Nie odczuwają już autentycznej pasji, emocji związanych ze swoim produktem. Kreatywni ludzie, ci którym naprawdę na czymś zależy, muszą przekonywać 5 szczebli kierownictwa aby zrobić to, co jest słuszne. Większość firm nie jest w stanie utrzymać przy sobie wybitnych ludzi, bo każą im pracować w środowisku, które zniechęca ich do działania. Ci ludzie opuszczają firmę, która stacza się w przeciętność. Wiem o tym, ponieważ tak powstało Apple. Apple to twór rodem z wyspy Ellis, została stworzona przez uchodźców z innych firm. Byli to błyskotliwi ludzie, którzy sprawiali kłopoty w swoim miejscu pracy, byli wichrzycielami. Doktor Edwin Land też był wichrzycielem. Opuścił Harvard i założył Polaroid. Nie tylko był jednym z wielkich współczesnych wynalazców, ale, co ważniejsze, zauważył pewne punkty wspólne dla sztuki, nauki i biznesu i zbudował korporację, w której znalazło to odzwierciedlenie. Polaroid działał tak przez wiele lat, aż wreszcie poproszono doktora Landa, by opuścił własną firmę – co było jedną z najgłupszych rzeczy, o jakich słyszałem. Więc Land w wieku 75 lat odszedł i zajął się czystą nauką próbując rozwiązać problem postrzegania barw. Ten człowiek to nasz narodowy skarb. Nie rozumiem, dlaczego tacy ludzie nie stają się współczesnymi ikonami. To oni są niesamowici, a nie astronauci czy sportowcy. Tak czy inaczej naszym największym wyzwaniem, za które za 5 lat będzie nas można rozliczyć (Johna Sculleya i mnie), jest przekształcenie Apple’a w gigantyczną firmę wartą 10 lub 20 miliardów. Czy zachowa dzisiejszego ducha? Wkraczamy na nowe terytorium. Nie ma modeli, które opisywałyby wpływ naszego wzrostu na nasze pomysły na zarządzanie. Musimy znaleźć własną drogę.

 

PLAYBOY: Jeśli Apple jest naprawdę taką firmą, dlaczego dążycie, aby dwudziestokrotnie ją powiększyć? Dlaczego nie pozostaniecie relatywnie małą firmą?
JOBS: To działa w następujący sposób – jeśli chcemy mieć znaczący wpływ na naszą branżę, musimy przekształcić się w firmę wartą 10 miliardów. Tylko taki wzrost umożliwi nam sprostanie konkurencji. To jest nasz główny cel, a nie na ile dolarów nas wycenią. W Apple pracuje się po 18 godzin dziennie. Przyciągamy do siebie specyficznych ludzi – takich, którzy nie chcą czekać 5 czy 10 lat, aby ktoś podjął za nich ryzykowne decyzje. Tacy, którzy naprawdę chcą przekraczać granice i pozostawić po sobie jakiś ślad. Zdajemy sobie sprawę, że robimy coś wyjątkowego. Jesteśmy na początku drogi i możemy ją ukształtować. Wszyscy tutaj wiedzą, że właśnie w tej chwili kształtujemy przyszłość. Przez większość czasu ludzie mają do czynienia z różnymi przedmiotami, których sami nie stworzyli. Ani ty ani ja nie zrobiliśmy ubrań, w których chodzimy. Nie produkujemy żywności, którą zjadamy. Używamy języka, który ukształtowali inni ludzie, używamy matematyki rozwiniętej przez inne społeczeństwo. Bardzo rzadko mamy okazję dołożyć do tego własną cegłę. A teraz mamy taką szansę. I nie wiemy, gdzie nas to zaprowadzi. Wiemy tylko, że będzie to coś większego od każdego z nas.

 

PLAYBOY: Powiedziałeś, że musicie podbić rynek Macintoshem, że jest to nieodzowne. Czy jesteście w stanie pokonać IBM?
JOBS: Tak. Rynek ma kilka sektorów. Nie chcę koncentrować się na pięćsetce „Fortune”, tam IBM jest najsilniejszy. Wolę myśleć o 5 milionach firm, a jeszcze lepiej 14 milionach. W tym kraju jest 14 milionów małych firm. Uważam, że większość z nich potrzebuje komputeryzacji, także średnie i małe firmy. W 1985 r. będziemy mogli zaproponować im interesujące rozwiązania.

 

PLAYBOY: Jakie?
JOBS: Myślimy o nich nie jak o firmach, ale jak o grupach ludzi. Chcemy jakościowo zmienić sposób w jaki pracują, nie chcemy, żeby tylko szybciej pisali lub liczyli. Chcemy zmienić sposób, w jaki komunikują się nawzajem. Wyobrażamy sobie 5-stronicowe dokumenty skondensowane do jednej stronicy, bo możemy użyć grafiki, by wyrazić ich główną koncepcję. Chcemy, aby krążyło mniej papierów, a za to zapewnimy lepszą jakość komunikacji. I dużo zabawy. To mit, że fajni ludzie, którzy potrafią bawić się w domu, po przyjściu do biura zmieniają się w sztywnych nudziarzy. To nieprawda. Jeżeli potrafimy zaszczepić liberalno-artystycznego ducha w poważne ramy biznesu, to będzie coś istotnego. Nie możemy sobie jeszcze wyobrazić, dokąd to nas doprowadzi.

 

PLAYBOY: Ale na rynku zwalczacie IBM. Ludzie kojarzą IBM ze stabilnością i efektywnością. Nowa firma na rynku, AT&T, też ma nad wami taką przewagę. Apple jest stosunkowo młodą i niesprawdzoną firmą, zwłaszcza w oczach korporacji, które mogą być waszymi klientami.
JOBS: To zadanie Macinosha – spenetrować rynek. IBM koncentruje się nad narzuconym odgórnie, centralnie sterowanym systemie sprzedaży. Jeżeli mamy odnieść sukces, musimy działać odwrotnie, od podstaw. Weźmy problem sieci komputerowej – IBM zajmuje się osieciowieniem całych przedsiębiorstw, my skoncentrujemy się na małych zespołach, pracy w niewielkich połączonych modułach.

 

PLAYBOY: Jeden z ekspertów twierdzi, że dla rozwoju branży i dobra klientów powinien przetrwać tylko jeden standard.
JOBS: To nieprawda, że potrzebny jest tylko jeden standard. Gdyby w 1920 r. ludzie z branży samochodowej uwierzyli, że potrzebny jest jeden standard w produkcji samochodów, to nie byłoby takich wynalazków jak automatyczna skrzynia biegów, wspomaganie kierownicy i niezależne zawieszenie. Nie chcemy, aby technologia uległa zamrożeniu. W dziedzinie komputerów Macintosh jest rewolucyjny. Nie chodzi o to, że jest lepszy od IBM, ale potrzebna jest alternatywa.

 

PLAYBOY: Czy wasza decyzja, aby nie być kompatybilnymi z IBM nie wzięła się z obawy, że zostaniecie im podporządkowani? Jeden z krytyków twierdzi, że Mac nie jest kompatybilny z IBM z powodu czystej arogancji, bo Steve Jobs miał powiedzieć „fuck you” IBM-owi.
JOBS: Nie musimy udowadniać naszej męskości. Nie dlatego chcemy się odróżnić.


PLAYBOY: Więc dlaczego to robiliście?
JOBS: Po pierwsze nasza technologia jest po prostu lepsza. Nie byłaby tak dobra, gdybyśmy byli kompatybilni z IBM. Oczywiście to prawda, że nie chcemy, by IBM zdominowało branżę. Wiele osób uważało, że zwariowaliśmy nie chcąc być kompatybilnymi z IBM, że nie chcemy schronić się pod parasol IBM. Są dwa podstawowe powody, dla których tego nie zrobiliśmy. Przede wszystkim myśleliśmy – i  jak pokazała historia mieliśmy rację – że IBM zwinie parasol nad firmami produkującymi kompatybilne komputery i je zniszczy. Drugi, dużo ważniejszy powód – kierujemy się jako firma zupełnie inną wizją. Uważamy, że komputery to najbardziej niesamowite narzędzie, jakie ludzkość kiedykolwiek wymyśliła i sądzimy, że to prywatni ludzie są właściwymi użytkownikami tych narzędzi. Więc jeśli uda nam się dostarczyć jak najwięcej komputerów do jak największej liczby osób, przyczyni się to do jakościowej zmiany świata. W Apple chcemy przekształcić komputery w zwykłe urządzenia i dostarczyć je dziesiątkom milionów ludzi. To właśnie jest nasz cel. A nie moglibyśmy tego zrobić stosując obecną technologię IBM. Więc musieliśmy zbudować coś innego i dlatego stworzyliśmy Macintosha.

 

PLAYBOY: Od 1981 do 1983 r. wasz udział w sprzedaży komputerów spadł z 29 proc. do 23 proc. W tym samym czasie IBM zwiększył swój od 3 proc. do 28 proc. Jak zmierzysz się z tymi danymi?
JOBS: Nigdy nie przejmowaliśmy się takimi danymi. Apple koncentruje się na produkcie, ponieważ to on jest najważniejszy. IBM stara się skupić uwagę na serwisie, wsparciu, bezpieczeństwie, dużych systemach i płytach głównych. Przed trzema laty Apple zauważył, że jeśli sprzedaje się co roku 10 milionów komputerów, to nawet IBM nie ma wystarczającej ilości płyt głównych, by dostarczać je z każdym komputerem. Trzeba więc wbudować płytę główną w komputer. I to jest zasadnicza cecha Macintosha. To wszystko pokazuje, że cała sprawa sprowadza się do rywalizacji pomiędzy Apple’em a IBM. Jeśli z jakiegoś powodu popełnimy poważny błąd i IBM wygra, uważam, że na 20 lat wejdziemy w coś w rodzaju średniowiecza komputerowego. Kiedy IBM przejmuje kontrolę nad jakąś częścią rynku, prawie zawsze hamuje innowacje. Przeszkadzają w rozwoju.

 

PLAYBOY: Dlaczego?
JOBS: Spójrzmy na przykład na Frito-Lay. To bardzo interesująca firma, co tydzień rozliczają się z ponad pół milionem sprzedawców. Mają swoje półki i stojaki z chipsami w każdym sklepie. Dla Frito-Lay najpoważniejszym problemem jest nieświeży produkt, innymi słowy zepsute chipsy. Firma zatrudnia 10 tysięcy pracowników, którzy jeżdżą i wymieniają zepsute produkty. Rozmawiają z kierownikami sklepów i dbają, żeby wszystko było w porządku. Dzięki swojej obsłudze i wsparciu Frito ma teraz ponad 80 proc. udział w każdym segmencie chipsów i nikt jej nie może zagrozić. Jak długo będzie tak działać, nikt inny nie zdobędzie 80 proc. rynku, bo nie będzie mógł zapewnić podobnej obsługi i wsparcia. Nie będzie go na to stać, bo nie ma 80 proc. udziałów w rynku. Paragraf 22. Nikt nie będzie w stanie zagrozić ich pozycji. Taka firma nie musi być specjalnie innowacyjna. Obserwuję małych producentów chipsów i jeśli któryś wprowadza coś nowego, bada to przez kilkanaście miesięcy, a po roku lub dwóch wprowadza własny produkt i dzięki morderczej strategii po roku ma 80 proc. udziałów w tym nowym segmencie rynku. IBM gra dokładnie w tę samą grę. Jeśli przyjrzeć się rynkowi komputerów mainframe (duże systemy biznesowe – przyp. red.), można zobaczyć, że nie było na nim żadnych zmian od 15 lat, od czasu kiedy IBM zdominowało ten rynek. Jeśli będą w stanie, postąpią tak z każdym segmentem rynku komputerowego. IBM PC w zasadzie nie wniósł nic nowego w dziedzinie technologii. To technologia Apple II, nieco przerobiona i podana w nowym opakowaniu. A chcą mieć wszystko, bezwzględnie chcą zawładnąć całością rynku. Na razie podzieliliśmy go między siebie – czy komuś się to podoba czy nie. Mnie się to za bardzo nie podoba, ale w tej chwili rynek zaczyna ograniczać się tylko do Apple i IBM.

 

PLAYBOY: Jak możesz tak mówić o branży, która rozwija się bardzo szybko? Macintosh to teraz bardzo pożądany produkt, ale czy będzie nim w dalszym ciągu za 2 lata? Czy nie zaprzeczasz własnej filozofii? Ścigacie się z IBM – czy inne małe firmy nie gonią Apple’a?
JOBS: Jeśli chodzi o sprzedaż samych komputerów rywalizacja sprowadza się do Apple i IBM. Nie wydaje mi się, by istniało dużo średnich firm, a małych jest jeszcze mniej. Większość nowych innowacyjnych firm skupia się na oprogramowaniu. Myślę, że będzie wiele nowości w dziedzinie oprogramowania, ale nie w sprzęcie.

 

PLAYBOY: IBM mógłby to samo powiedzieć o sprzęcie, ale ty się z tym nie zgodzisz. Czym się od siebie różnicie?
JOBS: Myślę, że skala naszej działalności jest już tak duża, że komuś nowemu będzie bardzo trudno wejść na rynek z czymś nowym i odnieść sukces.

 

PLAYBOY: Nie będzie już nowych firm, które osiągną wielomiliardową wycenę? Nic już nie zrodzi się w garażach?
JOBS: Nie. Obawiam się, że nie w branży komputerowej. To nakłada na Apple wielką odpowiedzialność, ponieważ rozwój jest konieczny i będzie zależał od nas. Tylko w ten sposób możemy konkurować z IBM. Jeśli będziemy dostatecznie szybcy, nie nadążą za nami.

 

PLAYBOY: Jak myślisz, kiedy wreszcie IBM – używając twoich słów – zwinie parasol ochronny nad firmami, które produkują komputery kompatybilne z ich standardem?
JOBS: Być może będzie kilku naśladowców wartości rzędu 100 czy 200 milionów dolarów, ale dla firmy wartość 200 milionów oznacza walkę o przetrwanie. A to nie jest pozycja, przy której można pozwolić sobie na innowacje. Myślę, że IBM rozprawi się z naśladowcami przez dostarczanie oprogramowania, którego oni nie będą w stanie zapewnić i w końcu wprowadzi nowy standard, który nawet nie będzie kompatybilny z tym, co produkują do tej pory – bo ten ich za bardzo ogranicza.

 

PLAYBOY: Czyli zrobią dokładnie to samo, co zrobił Apple. Jeśli ktoś ma oprogramowanie dla Apple II, nie może go uruchomić na Macintoshu.
JOBS: To prawda, Mac jest zupełnie nowy. Wiemy, że z technologią obecnej generacji moglibyśmy dotrzeć do zapaleńców, którzy używają Apple II i IBM PC – tacy ludzie nie śpią po nocach i „rozgryzają” komputery – ale nie bylibyśmy w stanie zainteresować większości ludzi. Jeżeli chcieliśmy dotrzeć z komputerami do dziesiątków milionów ludzi, potrzebowaliśmy nowych rozwiązań. Potrzebowaliśmy przełomu – czegoś, co radykalnie uprości obsługę i sprawi, że sprzęt będzie bardziej wydajny. Musieliśmy tego dokonać. Chcieliśmy mieć pewność, że będzie to coś wielkiego, ponieważ dla każdego z nas była to ostatnia szansa, by zrobić coś przełomowego. I jestem szczęśliwy, że udało się tego dokonać z Macintoshem. To naprawdę solidną podstawa na następne 10 lat.

 

PLAYBOY: Wróćmy do czasów sprzed Lisy i Maka, do początków. Jaki wpływ mieli twoi rodzice na to, że zainteresowałeś się komputerami?
JOBS: Rodzice wspierali moje zainteresowania. Mój ojciec był mechanikiem, był jak to się mówi złotą rączką. Potrafił wszystko naprawić, rozłożyć i złożyć każdy mechanizm. To były moje pierwsze doświadczenia – zaczynałem pasjonować się elektroniką, a on dawał mi różne rzeczy, które mogłem rozbierać i składać z powrotem. Kiedy miałem 5 lat, przeniesiono go do Palo Alto. W ten sposób znaleźliśmy się w Dolinie.

 

PLAYBOY: Byłeś adoptowany. Jak to wpłynęło na twoje życie?
JOBS: Tak naprawdę chyba nie da się tego ocenić, prawda?

 

PLAYBOY: Czy starałeś się odnaleźć swoich biologicznych rodziców?
JOBS: Myślę, że to zupełnie naturalna ciekawość – ludzie adoptowani chcą poznać swoje korzenie. Ale ja jestem zwolennikiem teorii o wyższości środowiska nad dziedzicznością. Sądzę, że wartości jakim hołdujemy i nasz ogląd świata bierze się z tego jak nas wychowano. I z doświadczeń wieku dojrzewania. Ale nie wszystko od tego zależy. Uważam chęć poznania biologicznych rodziców za rzecz zupełnie naturalną. Zrobiłem to.

 

PLAYBOY: Udało ci się odnaleźć biologicznych rodziców?
JOBS: To jest jedna ze spraw, o których nie chcę mówić.

 

PLAYBOY: Dolina, do której przeprowadzili się twoi rodzice, teraz jest znana pod nazwą Doliny Krzemowej. Jak wyglądało tam życie, kiedy dorastałeś?
JOBS: To były przedmieścia, podobne do wielu innych w USA. Dorastałem tam razem z innymi dzieciakami. Matka nauczyła mnie czytać, zanim poszedłem do szkoły, więc na lekcjach nudziłem się i stałem się małym rozrabiaką. Powinieneś nas zobaczyć, jak byliśmy w trzeciej klasie. Właściwie zniszczyliśmy naszą nauczycielkę. Wypuszczaliśmy węże i podkładaliśmy petardy. To zmieniło się w czwartej klasie. Imogene Hill, nauczycielka, która zaczęła mnie wtedy uczyć, była świętą osobą. W ciągu miesiąca zrozumiała moją sytuację i rozpaliła we mnie chęć do nauki. W ciągu tego roku nauczyłem się więcej niż przez jakikolwiek inny rok nauki w całym życiu. Potem chcieli mnie od razu posłać do szkoły średniej, ale na szczęście moi rodzice nie pozwolili na to.

 

PLAYBOY: Ale miejsce zamieszkania chyba wpłynęło na twoje zainteresowania? W jaki sposób Dolina Krzemowa stała się tym, czym jest teraz?
JOBS: Dolina leży w strategicznym punkcie pomiędzy dwoma uniwersytetami – Berkeley i Stanford. Obie te uczelnie przyciągają mnóstwo studentów, i to bardzo dobrych studentów, z całych Stanów Zjednoczonych. Przyjeżdżają, zakochują się w tym miejscu i zostają na zawsze. Bez przerwy napływają nowe błyskotliwe umysły. Przed drugą wojną światową dwaj absolwenci Stanforda Bill Hewlett i Dave Packard stworzyli innowacyjną firmę elektroniczną – Hewlett-Packard. Potem, w 1948 r., w Bell Telephone Laboratories wynaleziono tranzystor. Jeden z trzech współtwórców tranzystora William Shockley postanowił wrócić do rodzinnego Palo Alto i założył małą firmę nazwaną chyba Shockley Labs. Ściągnął do siebie kilkunastu najlepszych i najbardziej błyskotliwych fizyków i chemików tamtych czasów. I krok po kroku ludzie zaczęli tam zakładać różne małe, kreatywne, innowacyjne firmy. Na podobieństwo kwiatów czy innych roślin, które rozsiewają w różnych kierunkach tysiące nasion, kiedy w nie dmuchniesz. To dlatego Dolina jest teraz taka wspaniała.

 

PLAYBOY: W jaki sposób zetknąłeś się po raz pierwszy z komputerami?
JOBS: Larry Lang, nasz sąsiad, był inżynierem w Hewlett-Packardzie. Spędzał ze mną sporo czasu i uczył mnie. Pierwszy komputer, jaki zobaczyłem, był wyprodukowany przez tę firmę. Co wtorek zapraszali do siebie kilkanaścioro dzieciaków, robili wykład i pozwalali nam obsługiwać komputer. Miałem wtedy ze 12 lat. Pamiętam dobrze pewien wieczór, kiedy pokazali nam nowy model biurowego komputera i pozwolili nam zagrać w jakąś grę. Strasznie chciałem go mieć.

 

 

PLAYBOY: Dlaczego tak ci się spodobał? Czy przeczuwałeś już wtedy, jaki kryje się w nim potencjał?
JOBS: Nic podobnego. Po prostu myślałem, że są fajne. Chciałem się nim trochę pobawić.

 

PLAYBOY: Zacząłeś pracować dla Hewlett-Packarda. Jak to się stało?
JOBS: Miałem 12 czy 13 lat, chciałem coś zbudować i potrzebne mi były części. Podniosłem słuchawkę i zadzwoniłem do Billa Hewletta – jego numer był w książce telefonicznej Palo Alto. Odebrał telefon i był bardzo miły, rozmawiał ze mną ze 20 minut. Nie znał mnie, ale dał mi części i załatwił mi wakacyjną pracę przy linii produkcyjnej. Składałem mierniki częstotliwości. Chociaż składałem to za dużo powiedziane, po prostu przykręcałem śrubki, ale byłem w siódmym niebie. Pamiętam swój pierwszy dzień. Powiedziałem do Chrisa, swojego opiekuna w zakładzie, jaki jestem szczęśliwy i zachwycony, bo mogę w czasie wakacji tu pracować i że najbardziej na świecie kocham elektronikę. Zapytałem go, co on lubi najbardziej. Popatrzył na mnie i odpowiedział: „Ruchać” (śmiech). Tego lata wiele się nauczyłem.

 

PLAYBOY: Kiedy poznałeś Steve’a Wozniaka?
JOBS: Poznałem Woza w garażu u kolegi, kiedy miałem 13 lat. On miał 18. Był pierwszym kolegą, który wiedział o elektronice więcej niż ja. Zostaliśmy przyjaciółmi, ponieważ obaj interesowaliśmy się komputerami i mieliśmy podobne poczucie humoru. Razem robiliśmy różne kawały.

 

PLAYBOY: Jakie?
JOBS: (Uśmiecha się) Zwyczajne. Zrobiliśmy wielką flagę z tym (pokazuje wyciągnięty środkowy palec). Chcieliśmy rozwinąć ją podczas zakończenia roku szkolnego. Innym razem Wozniak skonstruował coś, co przypominało bombę. Umieściliśmy ją w szkolnej kafeterii. Rozkręciliśmy też interes z blue-boxami.

 

PLAYBOY: To były takie nielegalne urządzenia, które umożliwiały darmowe rozmowy zamiejscowe, tak?
JOBS: Tak. Najsłynniejsza historyjka związana z nimi to ta, jak Woz zadzwonił do Watykanu i przedstawił się jako Henry Kissinger. Zanim zorientowali się, że to nie Kissinger, już zdążyli wysłali kogoś, by obudził papieża w środku nocy.

 

PLAYBOY: Mieliście kłopoty z powodu tych żartów?
JOBS: Tak. Kilka razy wyrzucili mnie ze szkoły.

 

PLAYBOY: Czy byłeś wtedy, lub później, maniakiem komputerowym?
JOBS: Nie lubiłem pogrążać się na długo w jednym świecie. Wokół tyle się działo. Po drugim roku studiów po raz pierwszy spróbowałem trawki. Odkryłem Szekspira, Dylana Thomasa i mnóstwo innych pisarzy. Przeczytałem Mobby Dicka i zapisałem się dodatkowo na zajęcia z literatury i warsztaty pisarskie. Na trzecim roku w Stanford spędzałem połowę czasu na tych zajęciach.

 

PLAYBOY: A czy Wozniak miewał okresy, kiedy był czymś opętany?
JOBS: (Śmiech) Tak, ale nie tylko komputerami. Woz żył we własnym świecie, którego nikt nie rozumiał. On wyprzedzał trochę swój czas, nikt nie podzielał jego zainteresowań, był bardzo samotny. Kierują nim własne wizje, a nie oczekiwania otoczenia, więc udało mu się przetrwać. Woz i ja bardzo się różnimy, ale w wielu sprawach zgadzamy się i to nas zbliża do siebie. Jesteśmy jak dwie planety krążące po swoich orbitach, ale te orbity czasem się przecinają. I nie chodzi tylko o komputery. Obaj bardzo lubiliśmy Boba Dylana, spędzaliśmy sporo czasu na dyskusjach o poezji. Żyliśmy w Kalifornii. Łatwo dostępne było świeżutkie LSD, wyprodukowane w Stanford. Można było spędzić noc na plaży ze swoją dziewczyną. W Kalifornii jest żywy duch eksperymentowania, to bardzo otwarty stan – sprzyja nowym pomysłom. Oprócz Dylana interesowałem się wschodnim mistycyzmem, który w tym czasie stał się modny. Kiedy poszedłem do college’u w Reed w Oregonie, przewijało się tam mnóstwo ludzi jak Timothy Leary (filozof i pisarz, jeden z inicjatorów ruchu hipisowskiego – przyp. red.), Richard Alpert (pisarz i psycholog, z Learym prowadził badania nad efektami substancji psychodelicznych u ludzi – przyp. red.) czy Gary Snyder (amerykański poeta i eseista, wyznawca zen – przyp red.). Toczyły się intelektualne dysputy na temat sensu życia. To były czasy kiedy każdy student czytał Be Here Now czy Diet for a Small Planet. Było chyba z 10 takich książek. Na dzisiejszych campusach niełatwo je znaleźć. Nie mówię, że to gorzej, czy lepiej. Po prostu jest inaczej. In Serach of Excellence (książka poświęcona praktyce biznesu – przyp. red.) zastąpiła Be Here Now.

 

PLAYBOY: Jak tamte doświadczenia wpłynęły na to, co teraz robisz?
JOBS: Ten okres miał na mnie wielki wpływ. Było jasne, że lata 60. się skończyły, a wielu ludziom którzy je przeżyli, nie udało się osiągnąć tego, co zamierzali, ponieważ porzucili dyscyplinę i nie mieli na czym się oprzeć. Wielu moich przyjaciół zostało zainspirowanych idealizmem tych czasów, ale także pewnym praktycyzmem. Bali się, żeby nie skończyć jak ich starsi koledzy, którzy w wieku 45 lat pracowali za ladą w jakimś sklepie ze zdrową żywnością. Widzieli, że to spotkało sporą część ich znajomych. To nie znaczy, że to samo w sobie jest czymś złym. Złe jest wtedy, kiedy robisz nie to, co chciałeś.

 

PLAYBOY: Po pobycie w Reed wróciłeś do Doliny Krzemowej i odpowiedziałeś na bardzo teraz słynne ogłoszenie: „Baw się i zarabiaj pieniądze”.
JOBS: Zgadza się. Postanowiłem, że chcę podróżować, ale brakowało mi funduszy. Wróciłem, żeby znaleźć pracę. Przeglądałem gazetę i znalazłem to ogłoszenie. Zadzwoniłem. To było Atari. Nigdy wcześniej nie miałem żadnej pracy, nie licząc tej z dzieciństwa. Miałem szczęście – następnego dnia oddzwonili i zatrudnili mnie.

 

PLAYBOY: To musiało być w najwcześniejszym okresie istnienia Atari.
JOBS: Byłem chyba czterdziestym pracownikiem, jakiego zatrudnili. To była bardzo mała firma. Dopiero co wypuścili Pong i jeszcze jakieś dwie inne gry. Moim pierwszym zadaniem było pomaganie pewnemu facetowi, nazywał się Don, przy pracach nad grą o koszykówce. To była katastrofa. Oprócz tego ktoś jeszcze pracował nad grą w hokeja. Ponieważ Pong odniósł ogromny sukces, próbowali wtedy tworzyć swoje gry opierając się na popularnych dyscyplinach sportowych.

 

PLAYBOY: Ale ty nigdy nie straciłeś z oczu głównego celu, jakim było zarobienie pieniędzy na podróżowanie.
JOBS: Atari wysyłało sporo gier do Europy. Były w nich jakieś błędy, a ja wpadłem na pomysł jak je naprawić. Ale ktoś musiał tam pojechać i zreperować je własnoręcznie. Zgłosiłem się i kiedy już tam byłem, poprosiłem o urlop. Zgodzili się. W końcu znalazłem się w Zurychu, a stamtąd poleciałem do Delhi. W Indiach spędziłem trochę czasu.

 

PLAYBOY: I ogoliłeś głowę.
JOBS: To niezupełnie tak. Wędrowałem w rejonie Himalajów i natrafiłem na coś, co okazało się obchodami religijnego święta. Był tam baba, święty człowiek tego wydarzenia i grupa jego wyznawców. Wyczułem zapach dobrego jedzenia. Od dawna nie miałem okazji dobrze się najeść, więc przyłączyłem się do nich, by okazać szacunek i coś zjeść. Nie wiem dlaczego, ale kiedy baba mnie zobaczył jak siedzę i jem, od razu podszedł do mnie, usiadł obok i wybuchnął śmiechem. Nie mówił zbyt dobrze po angielsku, a ja znałem tylko odrobinę hindi, ale próbowaliśmy rozmawiać. W tym czasie on ciągle tarzał się po ziemi ze śmiechu. Potem chwycił mnie za ramię i poprowadził ścieżką w góry. To było dość zabawne, bo wokół zgromadziło się wiele setek Hindusów, którzy przebyli tysiące mil, aby zobaczyć go choć przez kilka sekund. Ja wpadam na chwilę coś zjeść, a on od razu zaciągnął mnie tą ścieżką w góry. Pół godziny później weszliśmy na szczyt. Było tam źródełko i staw. Zanurzył mi głowę w wodzie, wyciąga z kieszeni brzytwę i zaczyna golić mi głowę. Byłem kompletnie oszołomiony. Miałem 19 lat, byłem w obcym kraju, w Himalajach, a ten dziwaczny hinduski baba wyciąga mnie z tłumu, prowadzi na szczyt góry i goli mi głowę. Do dziś nie wiem, dlaczego to zrobił.

 

PLAYBOY: Co robiłeś po powrocie?
JOBS: Powrót był większym szokiem kulturowym niż wyjazd. Zadzwonili z Atari – chcieli żebym wrócił do pracy. Nie bardzo miałem na to ochotę, ale w końcu mnie przekonali, żebym pracował dla nich jako konsultant. Spędzałem dużo czasu z Wozniakiem. Zabierał mnie na spotkania w jakimś klubie komputerowym – Homebrew Computer Club – gdzie hobbyści dyskutowali o swoich pomysłach. Nie wszyscy mi się podobali,
ale niektórzy byli zabawni. Wozniak chodził tam regularnie.

 

PLAYBOY: Co wtedy myślałeś o komputerach? Dlaczego cię to interesowało?
JOBS: Klub działał wśród miłośników zestawu komputerowego Altair. Dla nas wszystkich było niesamowite, że ktoś w końcu zbudował komputer, który sam mogłeś mieć. Do tej pory było to niemożliwe. Pamiętaj, kiedy byliśmy na uczelni, żaden z nas nie miał dostępu do dużego systemu komputerowego. Musieliśmy jeździć i szukać jakiejś wielkiej firmy, która łaskawie wydawała zgodę na udostępnienie nam komputera. A teraz, po raz pierwszy w historii, można było kupić własny komputer. Altair był zestawem, który w 1975 r. kosztował mniej niż 400 dolarów. Chociaż był relatywnie tani, nie każdego było na niego stać. Tak powstały kluby komputerowe. Ludzi łączyło wspólne zainteresowanie i zakładali kluby.

 

PLAYBOY: Co dało się zrobić za pomocą tych składaków?
JOBS: W tych czasach nie było funkcji graficznych, wszystko działało na zasadzie alfanumerycznej. Byłem zafascynowany programowaniem, prostym programowaniem. We wczesnych wersjach tych zestawów komputerowych nawet nie używało się klawiatury. Zastępowały ją przełączniki, które odpowiadały za poszczególne znaki.

 

PLAYBOY: I wtedy Altair zaprezentował prototyp komputera osobistego.
JOBS: To był po prostu komputer, który można było kupić. Nie wiedzieli, do czego może służyć. Zainstalowali na nim języki programowania, więc można było pisać różne programy. Dopiero po dwóch latach ludzie zaczęli ich używać do prostych praktycznych zadań takich jak księgowość.

 

PLAYBOY: A wy uznaliście, że potraficie zbudować lepszą wersję Altaira.
JOBS: Jakoś tak wyszło. Pracowałem dużo nocami w siedzibie Atari i często wtedy przychodził Woz. Atari wypuściło wtedy grę Gran Track, pierwszą grę samochodową, którą można było sterować za pomocą kierownicy. Woz oszalał na jej punkcie. Wydawał na nią mnóstwo ćwierćdolarówek, więc nocą wpuszczałem go do działu produkcyjnego, gdzie mógł w nią grać za darmo przez całą noc. Kiedy w pracy nad projektem natrafiałem na przeszkodę, prosiłem Woza, żeby na 10 minut przerwał swój rajd samochodowy i przyszedł mi pomóc. Pracował też nad swoimi pomysłami. Kiedyś zaprojektował terminal komputerowy połączony z ekranem. Później kupił mikroprocesor i zamontował go w terminalu. I tak powstało Apple I. Wspólnie zrobiliśmy płytki obwodów drukowanych. I tyle.

 

PLAYBOY: Istotą pomysłu było po prostu, by to zrobić?
JOBS: Jasne. No i żeby pokazać to znajomym.

 

PLAYBOY: A kolejny krok? Produkcja i sprzedaż, żeby na tym zarobić?
JOBS: Zebraliśmy 1300 dolarów. Ja sprzedałem swojego volkswagena busa, a Woz swój kalkulator Hewlett-Packarda. Facet, który założył jeden z pierwszych sklepów komputerowych, powiedział, że będzie mógł je sprzedawać jeżeli będziemy je dostarczać. To nas oświeciło – przedtem o tym nie myśleliśmy.

 

PLAYBOY: Jak wyglądała praca z Wozniakiem?
JOBS: On zaprojektował większość elementów. Ja współpracowałem przy częściach odpowiedzialnych za pamięć i pomogłem przy innych pracach, kiedy zdecydowaliśmy się, że będzie to produkt na sprzedaż. Woz nie jest najlepszy, jeśli chodzi o finalny produkt, ale jest naprawdę znakomitym projektantem.


PLAYBOY: Apple I było przeznaczone dla hobbystów?
JOBS: Wyłącznie. Sprzedaliśmy około 150 sztuk. To nie był wielki biznes, ale zarobiliśmy około 95 tysięcy dolarów. Uświadomiłem sobie, że to może być też niezły interes. Apple I to tylko drukowana płytka obwodu, nie miał obudowy ani zasilania. To nie był skończony, gotowy produkt. Trzeba było samemu dokupić transformator. Trzeba było dokupić klawiaturę (śmiech).

 

PLAYBOY: Czy ty i Wozniak domyślaliście się, jak to się rozwinie? Czy mieliście przeczucie, jaka to wielka sprawa i jak komputery będą w stanie zmienić świat?
JOBS: Nie, nie za bardzo. Żaden z nas nie myślał, do czego to doprowadzi. Woza motywuje rozwiązywanie problemów. Skoncentrował się na sprawach technologicznych i zaczął prace nad jednym ze swoich wspaniałych rozwiązań – napędem dyskowym. To było kolejne osiągnięcie inżynierskie, które umożliwiło stworzenie Apple II. Ja usiłowałem zbudować firmę – starałem dowiedzieć się, co to w ogóle jest firma. Nie sądzę, aby udało się to bez Woza. Ani beze mnie.

 

PLAYBOY: Co się stało z waszą współpracą w miarę upływu czasu?
JOBS: Woza tak naprawdę nigdy nie interesowało Apple jako firma. Przede wszystkim chciał, aby Apple II miał drukowaną płytkę obwodu i żeby mógł zabrać go do swojego klubu komputerowego, tak by po drodze nie urywały mu się przewody. Udało mu się to i postanowił zająć się innymi sprawami. Miał nowe pomysły.

 

PLAYBOY: Takie jak festiwal muzyki rockowej połączony z prezentacją komputerów, na którym stracił 10 milionów?
JOBS: Moim zdaniem pomysł z US Festival był trochę zwariowany, ale Woz bardzo się do tego zapalił.

 

PLAYBOY: Jak się teraz układają stosunki pomiędzy wami?
JOBS: Kiedy pracowało się z kimś tak blisko i doświadczyło tego, co my dwaj, pozostaje więź na całe życie. Bez względu na kłótnie, taka więź pozostaje. I jeśli nawet z upływem czasu taka osoba przestaje być twoim najbliższym przyjacielem, pozostaje coś, co w pewien sposób przewyższa nawet przyjaźń. Teraz Woz żyje własnym życiem. Nie jest w Apple od 5 lat. Ale to co zrobił, przejdzie do historii. Wygłasza odczyty, bywa na spotkaniach z fanami komputerów. Lubi to.

 

PLAYBOY: Obaj stworzyliście Apple II, który rozpoczął rewolucję komputerową. Jak to się stało?
JOBS: Nie zrobiliśmy tego tylko we dwóch. Dołączyli do nas inni. Wozniak nadal zajmował się układami logicznymi, które stanowią podstawę Apple II, ale były też do opracowania inne ważne elementy. Kluczową sprawą był układ zasilania. Apple II był przełomowy, ponieważ był kompletnym produktem. To był pierwszy komputer sprzedawany w całości, nie jako zestaw do składania. Miał obudowę, klawiaturę i wszystkie pozostałe części – można było przed nim usiąść i na nim pracować. To właśnie był przełom – Apple II wyglądał jak kompletny produkt.

 

PLAYBOY: Czy pierwszymi nabywcami byli hobbyści?
JOBS: Różnica polegała na tym, że Apple II nie był przeznaczony wyłącznie dla miłośników samego sprzętu, ale i dla pasjonatów programowania. To jedna z najważniejszych, przełomowych cech Apple II. Uświadomiliśmy sobie, że o wiele więcej ludzi chce bawić się komputerem, tak jak Woz i ja, niż zajmować się jego konstrukcją i składaniem. O to chodziło w Apple II. Mimo to przez pierwszy rok sprzedaliśmy tylko 3 lub 4 tysiące.

 

PLAYBOY: Nawet to wydaje się dużą liczbą dla kilku facetów, którzy nie za bardzo wiedzieli, co robią.
JOBS: Gigantyczną! W 1976 r., kiedy pracowaliśmy jeszcze w garażu, zarobiliśmy 200 tysięcy dolarów. W 1977 r. już jako normalna firma – 7 milionów. To niesamowite! W 1978 r. zarobiliśmy 17 milionów, a w 1979 r. – 47 milionów! Wtedy już wiedzieliśmy, że przebiliśmy szklany sufit. W 1980 r. było 117 milionów, w 1981 r. – 335 milionów, w 1982 r. – 583 miliony. W 1983 r chyba 985 milionów. W tym roku będzie półtora miliarda.

 

PLAYBOY: Dobrze pamiętasz te liczby.
JOBS: Cóż, to jedynie miara sukcesu. Najfajniejsze było to, że w 1979 r. mogłem wejść do klas w szkołach, gdzie stało po 15 komputerów Apple’a, i zobaczyć jak korzystają z nich dzieciaki. Takie sprawy to prawdziwe kamienie milowe.

 

PLAYBOY: I tak zatoczyliśmy koło do ostatniego kamienia milowego, jakim jest Mac i twoja przeciągająca się wojna z IBM. W tym wywiadzie ciągle podkreślasz, że tylko wasza para pozostała w grze. Pomimo że w sumie macie 60 proc. udziału w rynku, czy można zapominać o pozostałych 40 proc.? Czy Radio Shack, DEC, Epson znaczą tak niewiele? Co więcej, czy nie lekceważysz swojego potencjalnie największego konkurenta, AT&T?
JOBS: AT&T z pewnością będzie ważnym graczem. Ich firma przechodzi teraz poważną restrukturyzację. Zmieniają się z instytucji subsydiowanej i zorientowanej na usługi w technologiczną firmę wolnorynkową, opartą na konkurencji. Produkty A.T.&T. same w sobie nigdy nie były najwyższej jakości. Wystarczy popatrzeć na ich telefony. Są żenujące. Ale ich laboratoria mają duży potencjał naukowy. Stoją przed wyzwaniem jak komercyjnie wykorzystać swoje osiągnięcia technologiczne. Muszą się też sporo nauczyć o rynku i konsumentach. Myślę, że sobie z tym poradzą, ale zajmie im to kilka lat.

 

PLAYBOY: Nie uważasz ich za zagrożenie?
JOBS: Nie sądzę, żeby w ciągu następnych dwóch lat stali się znaczącym graczem, ale w końcu mogą odnieść sukces.

 

PLAYBOY: A co z Radio Shack?
JOBS: Radio Shack wypadło z gry. Spóźnili się na pociąg. Usiłowali włączyć komputery do własnego systemu sprzedaży detalicznej, co oznaczało sprzedaż drugorzędnych produktów w podrzędnych sklepach. Nabywcy komputerów to osoby wyrafinowane, a Radio Shack nie zdało sobie z tego sprawy. Ich udziały w rynku gwałtownie spadły. Nie spodziewam się, że odbiją się od dna.

 

PLAYBOY: A Xerox? Texas Instruments? DEC? Wang?
JOBS: Xerox wypadł z branży. T.I. nie osiągnął zamierzonych celów. Co do innych, duże firmy jak DEC czy Wang mogą sprzedawać komputery osobiste jako zaawansowane terminale, ale ten rynek się kurczy.

 

PLAYBOY: A co z takimi tanimi komputerami jak Atari czy Commodore?
JOBS: Uważam, że są jak żywe reklamy wyjaśniające, dlaczego warto kupić Apple II czy Macintosha. Myślę, że ludzie już się przekonali, że komputery w cenie poniżej 500 dolarów nie potrafią za wiele. Prowokują, żeby mieć coś większego albo tylko drażnią.

 

PLAYBOY: A co z niektórymi małymi przenośnymi urządzeniami?
JOBS: Są w porządku, jeśli jesteś dziennikarzem i musisz szybko sporządzić notatki. Ale dla przeciętnego nabywcy nie są zbyt przydatne, zwłaszcza że nie ma dla nich dobrego oprogramowania. Kiedy kupujesz program, za chwilę wchodzi na rynek nowy sprzęt z trochę większym wyświetlaczem i twój program już na nim nie działa. Niewiele osób pisze dla nich oprogramowanie. Ale niedługo to my weźmiemy się za taki sprzęt – proszę sobie wyobrazić moc Macintosha w czymś w rozmiarach książki!

 

 

PLAYBOY: A co z Epsonem i niektórymi japońskimi producentami komputerów?
JOBS: Już o tym mówiłem. Japończycy są jak ławica morskich ryb wyrzucona na brzeg. Epson poniósł porażkę.

 

PLAYBOY: Czy z komputerami będzie podobnie jak z amerykańskim przemysłem samochodowym, który prawie straciliśmy na rzecz Japończyków? Wiele mówi się o tym, że nasi wytwórcy półprzewodników przegrywają z Japończykami. Jak utrzymasz się na powierzchni?
JOBS: Japonia to bardzo interesujący kraj. Niektórzy myślą, że Japończycy tylko kopiują różne rzeczy. Ja już tak nie uważam. Myślę, że wynajdują je na nowo. Biorą coś, co zostało już wynalezione i badają to, aż zrozumieją dogłębnie jego istotę. W niektórych przypadkach potrafią rozgryźć różne rzeczy lepiej niż sam wynalazca. Z tą wiedzą konstruują coś bardziej wyrafinowanego, coś co staje się drugą generacją. Ta strategia działa, kiedy mają do czynienia z czymś, co nie zmienia się szybko. Na przykład urządzenia stereo i samochody. Kiedy obiekt ich zainteresowania zmienia się w szybkim tempie, staje się dla nich za trudny, ponieważ cykl potrzebny na powtórne wynalezienie produktu trwa kilka lat. Tak długo jak definicja tego, czym jest komputer osobisty będzie się zmieniać równie szybko jak obecnie, będzie im bardzo trudno. Kiedy tempo zmian zmniejszy się, Japończycy ze wszystkich sił będą usiłowali wejść na rynek, ponieważ bardzo chcą zdominować branżę komputerową. Nie ma co do tego wątpliwości. Postrzegają to jako swój narodowy priorytet. Sądzę, że w ciągu 4 lub 5 lat Japończycy w końcu będą w stanie skonstruować przyzwoity komputer. Jeżeli ta branża, w której na razie dominujemy, ma pozostać w naszych rękach, mamy 4 lata by zostać producentami światowej klasy. Nasz przemysł i technologia muszą dorównać lub prześcignąć japońską.

 

PLAYBOY: W jaki sposób planujesz tego dokonać?
JOBS: W czasie kiedy projektowaliśmy Macintosha, zaprojektowaliśmy także maszynę, która buduje komputery. Wydaliśmy 20 milionów dolarów na budowę najbardziej zautomatyzowanej fabryki w branży. Ale to nie wystarczy. Zamiast przeznaczyć ją do kasacji po 7 latach, jak zrobiłaby większość amerykańskich firm, zrobimy to już po dwóch. Zamkniemy ją w 1985 r. i zbudujemy nową, którą też zamkniemy po dwóch latach. Tak więc za 3 lata będziemy mieć już trzecią zautomatyzowaną fabrykę. Tylko w ten sposób będziemy w stanie uczyć się wystarczająco szybko.


PLAYBOY: Z Japończykami nie tylko rywalizujecie – kupujecie na przykład stacje dysków od Sony.
JOBS: Kupujemy wiele części od Japończyków. Jesteśmy największym na świecie odbiorcą mikroprocesorów, wysoko zaawansowanych kości pamięci RAM, stacji dysków czy klawiatur. Zaoszczędzamy mnóstwo energii nie musząc projektować stacji dysków czy mikroprocesorów. Możemy przeznaczyć ją na prace nad oprogramowaniem.

 

PLAYBOY: Porozmawiajmy o oprogramowaniu. Jakie są twoim zdaniem najbardziej rewolucyjne zmiany w tej dziedzinie?
JOBS: Na pewno prawdziwym przełomem jest pre-programowanie i umieszczenie języka programowania na mikroprocesorze. VisiCalc stał się przełomem, ponieważ umożliwił po raz pierwszy zastosowanie komputerów w biznesie. Ludzie mogli namacalnie przekonać się o korzyściach płynących z używania komputerów. Przedtem trzeba było samemu pisać aplikacje, a ludzi, którzy mają ochotę zajmować się programowaniem, jest niewielu – być może to jeden procent użytkowników komputerów. Ważna też była możliwość zastosowania grafiki oraz przedstawiania danych w postaci wykresów. No i Lotus.

 

PLAYBOY: Wymieniłeś nazwy, które większości mogą być nieznane. Proszę powiedzieć o nich coś więcej.
JOBS: Lotus połączył dobry arkusz kalkulacyjny z programem graficznym. Bazy danych i edytor tekstu Lotusa nie są może idealne i pewnie można kupić lepsze. Ale Lotus połączył w jednym programie arkusz kalkulacyjny z grafiką. Kolejny przełom dokonuje się teraz dzięki Macintoshowi, który udostępnił technologię Lisy za rozsądną cenę. Istnieje już wiele – i ciągle pojawią się nowe – rewolucyjnych programów. Naprawdę dopiero po kilku latach będzie można ocenić skalę zmian.

 

PLAYBOY: A co z edytorami tekstów? Nie było tego na twojej liście ważnych programów.
JOBS: Masz rację. Powinienem je wymienić zaraz po VisiCalc. Edytor tekstu jest najbardziej pożądaną i potrzebną aplikacją. I jednocześnie taką, którą najłatwiej zrozumieć. Pisanie to chyba podstawowy sposób, w jaki ludzie wykorzystują obecnie komputery osobiste. Edytory tekstów istniały już przed epoką komputerów osobistych, ale edytor tekstu na komputerze to raczej zmiana ekonomiczna – obniża koszty pracy. A wcześniej nie było niczego takiego jak VisiCalc.

 

PLAYBOY: Czy nastąpił przełom w programach edukacyjnych?
JOBS: Pojawiło się dużo dobrego oprogramowania, ale nie przełomowego. Nic podobnego do VisiCalc. Myślę, że powstaną, ale nie w ciągu najbliższych dwóch lat.


PLAYBOY: Podkreślałeś fakt, że edukacja to dla ciebie sprawa priorytetowa. W jaki sposób wpłyną na nią komputery? 

JOBS: Komputery same w sobie i nowe oprogramowanie zrewolucjonizują sposób, w jaki będziemy się uczyć. Założyliśmy Fundację Edukacyjną Apple i wydajemy wiele milionów dolarów oraz mnóstwo sprzętu ludziom, którzy pracują nad oprogramowaniem edukacyjnym. Wspieramy też szkoły, których nie stać na komputery. Chcemy, żeby Macintosh stał się podstawowym komputerem na uniwersytetach, tak jak Apple II jest dla szkół podstawowych i średnich. Szukaliśmy sześciu uniwersytetów które zaangażują się na szeroką skalę w zakup komputerów osobistych – przez dużą skalę rozumieliśmy ponad 1000 sztuk. Zamiast sześciu znaleźliśmy 24. Zapytaliśmy te uczelnie, czy zainwestują po 2 miliony dolarów, by mogły stać się częścią programu Macintosha. Wszystkie 24, w tym cała Ivy League (Liga Bluszczowa – najstarsze i najbardziej prestiżowe uczelnie w USA – przyp. red.) powiedziały tak. Tak więc w niecały rok Macintosh stał się standardowym komputerem na wyższych uczelniach. Mógłbym wysłać wszystkie produkowane przez nas Macintoshe do tych uczelni. Oczywiście nie możemy tego zrobić, ale takie zapotrzebowanie istnieje.

 

PLAYBOY: Ale nadal nie ma dobrego oprogramowania?
JOBS: Trochę jest. Jeśli czegoś brakuje, to ludzie na uczelniach dopiszą to sami. IBM starał się nas powstrzymać rozdając pecety – słyszałem, że stworzyli w tym celu 400-osobowy zespół. Ale uczelnie zachowały się rozsądnie. Zdały sobie sprawę, że inwestycje w oprogramowanie przekroczą wartość sprzętu, który mogą dostać, a nie chciały wydawać pieniędzy na oprogramowanie, które wiązałoby je z przestarzałą technologią IBM. Więc w większości wypadków odrzuciły ofertę IBM. Czasem nawet wykorzystują pieniądze z grantów od IBM na zakup Macintoshy.

 

PLAYBOY: Możesz podać nazwy tych uczelni?
JOBS: Nie, nie chcę przysparzać im kłopotów.

 

PLAYBOY: Studiował pan w epoce „przedkomputerowej”. Jak ty i twoi koledzy chcieliście wnieść swój wkład w społeczeństwo? Zająć się polityką?
JOBS: Nikt naprawdę zdolny z mojej uczelni nie zajął się polityką. Wszyscy wiedzieli, że dla ludzi, którzy chcą zmienić społeczeństwo, świat polityki przełomu lat 60. i 70. nie był najlepszym miejscem. Wszyscy zajmują się teraz interesami – zabawne, ponieważ są to ci sami ludzie, którzy podróżowali do Indii i starali się na różne sposoby zgłębić sens życia.

 

PLAYBOY: Czy biznes i robienie pieniędzy nie okazało się w końcu najprostszym rozwiązaniem?
JOBS: Dla żadnej z tych osób pieniądze nie były ważne. Oczywiście mnóstwo z nich zarobiło wielkie pieniądze, ale to nie był ich cel. Ich styl życia specjalnie się nie zmienił. Wykorzystali szansę, by czegoś spróbować, odnieść sukces lub zakosztować porażki, dorosnąć. Przez ostatnie 10 lat polityka nie była właściwym miejscem, by sprawdzać własne możliwości. Chociaż nie mam jeszcze trzydziestki, myślę, że jak ma się dwadzieścia parę lat, to warto zachować entuzjazm. Ideały wielu ludzi zostałyby wystawione na szwank, gdyby zajęli się polityką. Zostałyby zgaszone. Żeby coś zmieniło się, w Ameryce potrzebny jest kryzys. I wierzę, że na początku lat 90. przyjdzie poważny kryzys. Kłopoty z naszym politycznym przywództwem osiągną punkt krytyczny. I wtedy mnóstwo tych ludzi, o których mówiłem, wniesie swoją praktyczną wiedzę i idealizm w świat polityki. Zobaczymy najlepiej przygotowane pokolenie, które wkroczy w politykę. Będzie wiedziało jak wybierać najlepszych ludzi, jak rozwiązywać problemy, jak przewodzić.

 

PLAYBOY: Czy nie twierdzi tak każde nowe pokolenie?
JOBS: Teraz czasy są inne. Rewolucja technologiczna coraz bardziej wpływa na naszą gospodarkę i społeczeństwo. Ponad 50 proc. dochodu narodowego USA pochodzi z branży związanej z informatyką, a większość naszych przywódców politycznych nie ma pojęcia o tej rewolucji. Przy podejmowaniu najważniejszych decyzji – jak dzielić nasze zasoby, jak kształcić nasze dzieci – niezbędne będzie uwzględnienie i zrozumienie problemów technologicznych, kierunków w jakich zmierza współczesna technika. Na razie tak się nie dzieje. Już za chwilę możemy zacząć wstydzić się za poziom naszych szkół. W społeczeństwie, w który kluczowe będą innowacyjność i informacja, istnieje niebezpieczeństwo, że Ameryka stanie się drugorzędnym krajem przemysłowym – jeśli stracimy techniczną przewagę, którą teraz posiadamy.

 

PLAYBOY: Wspomniałeś o inwestycjach w edukację. Czy nie będzie trudno zdobyć na to fundusze przy rosnącym deficycie budżetowym?
JOBS: W ciągu najbliższych 5 lat zainwestujemy w zbrojenia największe sumy w historii ludzkości. Jako społeczeństwo zdecydowaliśmy, że właśnie na to powinniśmy przeznaczyć nasze pieniądze. I to jest przyczyną deficytu i wzrostu kosztów pozyskania kapitału. Tymczasem Japonia, nasz największy rywal na froncie technologicznym – przemyśle mikroprocesorów – tak ukształtowała swoją politykę podatkową i społeczną, by zwiększyć inwestycje w tym sektorze. Można odnieść wrażenie, że w Ameryce nie rozumiemy związków pomiędzy takimi rzeczami jak zbrojenia a faktem, że możemy utracić naszą przewagę w dziedzinie mikroprocesorów. Musimy mieć lepszy system edukacji, by stawić czoła temu zagrożeniu.

 

PLAYBOY: I uważasz, że komputery nam w tym pomogą.
JOBS: Opowiem ci coś. Obejrzałem kasetę wideo, której nie powinienem był zobaczyć. Była przeznaczona dla Kolegium Połączonych Szefów Sztabów. Oglądając ten film dowiedzieliśmy się, że taktyczna broń jądrowa obsługiwana przez Amerykanów w Europie była sterowana przez Apple II. Tak było przynajmniej kilka lat temu. Nie sprzedawaliśmy komputerów wojsku, kupili je u dealerów. Ale wcale się nie ucieszyliśmy, że nasze komputery sterują bronią nuklearną w Europie. Jedyna dobra strona to fakt, że nie są to komputery Radio Shack Trs–80! Dzięki Bogu! Rzecz w tym, że narzędzia zawsze znajdują różne zastosowania i nie każde z nich musi się nam podobać. Najważniejsza jest mądrość ludzi, a nie narzędzia, to ona determinuje czy zostaną użyte w pozytywny, produktywny sposób.

 

PLAYBOY: Jak widzisz najbliższą przyszłość komputerów i oprogramowania?
JOBS: Jak na razie używamy komputerów niczym służących. Wydajemy im polecenia, żądamy, by coś zrobiły, na przykład arkusz kalkulacyjny, by przekładały uderzenia w klawisze na litery. Z tym radzą sobie bardzo dobrze. Zobaczymy, jak w tym się udoskonalą, jak sprawdzą się jako maszyny służebne. Następnym krokiem będzie komputer przewodnik, komputer jako coś czynnego, a nie biernego. To oznacza, że będzie bardziej aktywny w kategoriach przewidywania tego, co chcemy zrobić i będzie robił to za nas. Będzie dostrzegał powiązania i reguły w naszym działaniu, będzie pytał nas, czy to nasze działanie jest czynnością, którą chcemy wykonywać regularnie. Będziemy więc mieć do czynienia z czymś w rodzaju impulsu inicjującego. Będziemy mogli polecić komputerom, by nadzorowały za nas jakieś procesy. Kiedy pewne warunki zostaną spełnione, nastąpi impuls inicjujący. Komputery będą podejmować określone działania i informować o nich po fakcie.

 

PLAYBOY: Na przykład?
JOBS: Proste rzeczy jak nadzór nad portfelem akcji, co godzina lub raz dziennie. Jeśli wartość akcji spadnie poniżej określonego poziomu, komputer skontaktuje się z maklerem, sprzeda je i da mi znać. Inny przykład – pod koniec miesiąca komputer przeszuka bazy danych, znajdzie wszystkich sprzedawców, którzy przekroczyli plan o 20 proc. i wyśle im w moim imieniu personalizowane listy gratulacyjne za pośrednictwem poczty elektronicznej. A dla mnie sporządzi raport, komu takie listy wysłał. Nadejdzie czas, kiedy komputery będą wykonywać setki takich zadań, staną się czymś w rodzaju naszych osobistych asystentów. Zobaczysz, że ten proces rozpocznie się już w ciągu najbliższego roku, ale na dobre rozkręci się w ciągu 3 lat. To będzie następny przełom.

 

PLAYBOY: Czy tego wszystkiego da się dokonać na obecnym sprzęcie? Czy zażądasz od nas pieniędzy za nowe komputery?
JOBS: Wszystkiego? Ryzykowałbym używając tego słowa. Tego jeszcze nie wiem. Ale Macintosh został zaprojektowany z myślą o takich zadaniach.

 

PLAYBOY: Czerpiesz dumę z tego, że wysforowałeś Apple na czoło stawki. Co czujesz myśląc o starszych firmach, które muszą sprostać wyzwaniu rzuconym przez młode firmy lub zginąć?
JOBS: To nieuniknione. Dlatego myślę, że śmierć to najwspanialszy wynalazek życia. Oczyszcza system z elementów, które są przestarzałe. To wyzwanie, przed którym stoi Apple. Kiedy dwóch młodych ludzi przyjdzie z nowym pomysłem, czy damy im szansę i powiemy, że są fantastyczni? Czy będziemy gotowi porzucić produkowane przez nas stare modele komputerów, czy też wybijemy im ich pomysł z głowy. Uważam, że staniemy na wysokości zadania, ponieważ jesteśmy świadomi naszych celów.

 

PLAYBOY: Kiedy myślisz o swoim sukcesie, czy bywają chwile, kiedy łapiesz się za głowę i pytasz, co się dzieje? W końcu to wszystko wydarzyło się prawie z dnia na dzień.
JOBS: Myślałem kiedyś o sprzedawaniu miliona komputerów rocznie, ale to była tylko przelotna fantazja. Kiedy stało się to faktem, wszystko się zmieniło. Tak, pomyślałem „cholera, to się dzieje naprawdę!”. Może trudno w to uwierzyć, ale nie stało się to z dnia na dzień. Za rok będę obchodził swoje dziesięciolecie w branży. Wcześniej nie zajmowałem się niczym dłużej niż rok. Kiedy zaczynaliśmy z Apple, 6 miesięcy to był dla mnie bardzo długi okres. Takie było moje życie odkąd zostałem w pełni świadomym, obdarzonym wolną wolą dorosłym człowiekiem. Każdy rok był tak przepełniony problemami, sukcesami i zdobywaniem doświadczenia – naukowego i w kontaktach z ludźmi – że mogę powiedzieć, iż rok w Apple to jak całe życie. Przeżyłem 10 takich lat.

 

PLAYBOY: Czy wiesz, jak chcesz przeżyć resztę życia?
JOBS: Jest takie stare hinduskie powiedzenie, które czasem przywołuję: „Przez pierwsze 30 lat swojego życia wyrabiasz w sobie pewne przyzwyczajenia. Przez następne 30 lat to one kierują twoim życiem”. W lutym kończę trzydziestkę i dlatego o tym pomyślałem.

 

PLAYBOY: Więc co dalej?
JOBS: Nie jestem pewien. Zawsze będę związany z Apple. Mam nadzieję, że nić mojego życia jest nierozerwalnie spleciona z losami Apple, że razem będziemy jak pięknie utkany gobelin. Być może odejdę na kilka lat, ale na pewno wrócę. Może właśnie tak spróbuję postąpić. Kiedy mowa o mnie, trzeba zawsze pamiętać, że nadal się uczę. Ciągle jestem jakby na obozie szkoleniowym. Jeśli ktoś chce czytać mi w myślach, radzę o tym pamiętać. Proszę nie traktować tego wszystkiego zbyt poważnie. Jeśli chce się przeżyć swoje życie kreatywnie, jak artysta, nie wolno oglądać się za siebie. Trzeba być gotowym, by odrzucić swoje dokonania i siebie samego. Kim zresztą tak naprawdę jesteśmy? To co o sobie myślimy, to w większości zbiór tego co lubimy i tego co odrzucamy – szablon nawyków. Jądrem tego, czym jesteśmy, są wartości, w które wierzymy oraz nasze decyzje i czyny, które je odzwierciedlają. Dlatego tak trudno jest udzielać wywiadów i być osobą publiczną – dorastasz i zmieniasz się, a świat zewnętrzny stara się narzucić ci swoje własne wyobrażenie na twój temat, obraz tego jak cię postrzega. Dlatego trudno jest pozostać artystą i dlatego artyści często porzucają wszystko i odchodzą: „Żegnajcie. Muszę iść. Zaczynam wariować i muszę się stąd wynieść”. Odchodzą i zapadają gdzieś w sen zimowy. I czasem później wracają trochę odmienieni.

 

PLAYBOY: Mógłbyś odejść. Na pewno nie musisz martwić się o pieniądze. Nadal pracujesz…
JOBS: (Śmiech) Z poczucia winy. Winy z powodu pieniędzy.

 

PLAYBOY: Porozmawiajmy o pieniądzach. Zostałeś milionerem w wieku 23 lat.
JOBS: A kiedy miałem 24, byłem warty 10 milionów. W wieku 25 lat ponad 100 milionów dolarów.

 

PLAYBOY: Jaka jest główna różnica pomiędzy posiadaniem miliona a kilkuset milionów?
JOBS: Rozpoznawalność. W tym kraju ludzi, którzy mają milion dolarów, są dziesiątki tysięcy. Ludzi, którzy są warci ponad 10 milionów, można liczyć w tysiącach. A tych którzy mają ponad 100 milionów, jest kilkuset.

 

PLAYBOY: Czym są dla ciebie pieniądze?
JOBS: Ciągle tego nie rozumiem. To wielka odpowiedzialność mieć więcej, niż można wydać przez całe życie – i czuję, że muszę je wydawać. Kiedy umrę, nie chcę zostawić wielkiej sumy dzieciom – to by zrujnowało im życie. A jeśli umrze się bezdzietnie wszystko dostanie rząd. Prawie każdy myśli, że potrafi lepiej zainwestować pieniądze dla dobra społeczeństwa niż rząd. To prawdziwe wyzwanie jak z nimi żyć i jak najlepiej zainwestować je z pożytkiem dla świata. Czyli albo trzeba je oddać, albo wydać zgodnie z wyznawanymi wartościami.

 

PLAYBOY: Więc co zrobisz?
JOBS: To sprawa, co do której pragnę zachować dyskrecję. Kiedy będę miał czas, założę fundację. Teraz robię pewne rzeczy zupełnie prywatnie.

 

PLAYBOY: Mógłbyś poświęcić cały swój czas na rozdzielanie swoich pieniędzy.
JOBS: Z pewnością. Wydanie jednego dolara z sensem jest trudniejsze niż zarobienie go.

 

PLAYBOY: Czy to wymówka, by tego nie robić?
JOBS: Nie. Mogę to prosto wytłumaczyć. Po pierwsze, żeby nauczyć się coś robić dobrze, trzeba czasami się pomylić. By mówić o pomyłce, musi być system oceny. I taki jest problem z filantropią – nie ma systemu oceny. Dajesz komuś trochę pieniędzy, żeby coś z nimi zrobił i nie potrafisz ocenić czy udało ci się osiągnąć cel. Nie potrafisz ocenić tej osoby, jej pomysłów i sposobów ich realizacji. Więc jeśli nie da się odróżnić sukcesu od porażki, trudno się doskonalić. Poza tym ludzie przychodzą z różnymi pomysłami, nie zawsze najlepszymi. Zaczynasz sam szukać lepszych pomysłów, a to zajmuje sporo czasu.

 

PLAYBOY: Jeżeli planujesz wykorzystać swoją rozpoznawalność, by stworzyć warunki działania dla różnych ludzi, dlaczego nie chcesz o tym rozmawiać?
JOBS: Bo niewiele na razie zrobiłem. Tu powinny przemawiać czyny.

 

PLAYBOY: Czy jesteś chodzącym ideałem, czy też masz jakieś słabości?
JOBS: Najbardziej lubię książki, sushi i… Moje ulubione rzeczy nie kosztują wiele. To oczywiste, że naszym najcenniejszym zasobem jest czas. W związku z tym płacę wysoką cenę i nie mam prawie życia prywatnego. Nie mam czasu wdawać się w romanse, podróżować po małych włoskich miasteczkach, przesiadywać w kawiarniach i zajadać się mozzarellą z pomidorami. Czasem wydaję trochę pieniędzy, by zaoszczędzić sobie różnych kłopotów, czyli zaoszczędzić czas. I to wszystko. Kupiłem apartament w Nowym Jorku, bo kocham to miasto. Pochodzę z małego miasteczka w Kalifornii i staram się nauczyć wyrafinowanego stylu życia i kultury wielkiej metropolii. Uważam, że to część mojej edukacji. Wiesz, w Apple jest wielu ludzi, którzy mogą kupić wszystko, co im się zamarzy, ale prawie w ogóle nie wydają pieniędzy. Nie twierdzę, że to jakiś problem. Ludzie to przeczytają i powiedzą: jasne, ale ma kłopot. Też chciałbym mieć taki. Pomyślą, że jestem aroganckim dupkiem.

 

PLAYBOY: Ale ze swoim bogactwem i osiągnięciami możesz pokusić się o spełnienie marzeń, jakie są dostępne dla nielicznych. Czy ta wolność nie przeraża cię?
JOBS: W chwili kiedy bierze się odpowiedzialność za własne marzenia, za ich realizację lub klęskę, życie staje się cięższe. Łatwo jest snuć marzenia, kiedy ich realizacja nie jest możliwa. Kiedy osiąga się taką pozycję, że można wcielić je w życie, pojawia się też ciężar odpowiedzialności.

 

PLAYBOY: Mówiliśmy o tym, jak widzisz najbliższą przyszłość. A co z tą odległą, jeżeli na razie jesteśmy jeszcze w technologicznym przedszkolu? Jak więc według ciebie komputery zmienią kiedyś nasze życie?
JOBS: Kiedy wróciłem z Indii, zadałem sobie pytanie: „Jaka była najważniejsza rzecz, którą zrozumiałem?”. Chyba taka, że racjonalna myśl Zachodu nie jest wrodzoną cechą umysłu ludzkiego. To umiejętność, której się nauczyliśmy. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że gdyby nie nauczono nas myśleć właśnie w taki sposób, to tak byśmy nie myśleli. Jedno z podstawowych zadań, przed jakim staje system nauczania, to nauka myślenia. Już teraz przekonujemy się, że komputery będą miały wpływ na sposób naszego myślenia, zwłaszcza wtedy, kiedy większość naszych dzieci nauczy się korzystać z tego narzędzia. Ludzie potrafią posługiwać się narzędziami. Najbardziej niesamowite w książkach jest to, że możemy przeczytać, co napisał Arystoteles. Nie musimy korzystać z tego, co jakiś nauczyciel mówi nam o Arystotelesie. Oczywiście możemy go wysłuchać, ale możemy też przeczytać co dokładnie napisał sam Arystoteles. Bezpośredni przekaz myśli i idei jest jednym z kluczowych elementów, z których zbudowano nasze społeczeństwo. Ale z książkami jest jeden problem – nie możemy zadać pytania Arystotelesowi. Myślę, że komputer kryje w sobie potencjał, by uchwycić fundamentalne zasady leżące u podstaw doświadczenia.

 

PLAYBOY: To znaczy?
JOBS: Podam taki trochę toporny przykład. Gra video Pong korzystała z zasad grawitacji, momentu pędu i podobnych praw fizyki. Każda rozgrywka była inna, jak w życiu, ale wszystkie podlegały tym zasadom. To najprostszy przykład. A program komputerowy jest w stanie uchwycić podstawowe reguły, bazowe zasady, a następnie przełożyć to na tysiące różnych doświadczeń wynikających z tych podstawowych zasad. A co by było, gdyby udało nam się uchwycić to, jak Arystoteles postrzegał świat? Gdybyśmy poznali podstawowe zasady rządzące jego postrzeganiem? Wtedy moglibyśmy takiemu Arystotelesowi zadać jakieś pytanie. OK, możesz powiedzieć, że to nie byłby prawdziwy Arystoteles. Może to byłoby do niczego. A może nie.

 

PLAYBOY: Przynajmniej uzyskalibyśmy interesującą opinię.
JOBS: Dokładnie. Stoimy przed wyzwaniem, aby te narzędzia dostarczyć do dziesiątków milionów ludzi. I zacząć je tak udoskonalać, by pewnego dnia można było – początkowo niezbyt dokładnie, a następnie w sposób coraz bardziej wyrafinowany – porozmawiać z Arystotelesem, Einsteinem lub Landem. Wyobraź sobie, co to może znaczyć dla dziecka, które się uczy. Nie tylko dziecka – dla nas! I to jest właśnie prawdziwe wyzwanie.

 

PLAYBOY: Będziesz nad tym pracował?
JOBS: To już praca dla kogoś innego, dla następnego pokolenia. Myślę, że ciekawym wyzwaniem intelektualnym będzie zestarzeć się z wdziękiem. Wszystko zmienia się tak szybko. Jeśli pod koniec lat 80. naprawdę będziemy chcieli przekazać stery następnej generacji, której drogi wyznaczy ówczesny stan wiedzy, musimy to zrobić w taki sposób, by mogli pójść dalej. By mogli stanąć na naszych barkach i pójść znacznie dalej. To bardzo ciekawe wyzwanie, prawda? Zestarzeć się z wdziękiem.

 

Tekst: David Sheff
Zdjęcia: Baron Wolman
Przekład: Tomasz Kłoszewski

 

Więcej klasycznych wywiadów PLAYBOYA przeczytasz w naszych specjalnych wydaniach. Do kupienia w sklepie Marquard.pl.

 

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska