Wywiady PLAYBOYA: Fidel Castro

2016-08-19
Wywiady PLAYBOYA: Fidel Castro

Niewielu światowych przywódców pozostaje na scenie politycznej tak długo jak Fidel Castro, który jeszcze za życia stał się ikoną socjalistycznej Kuby. Dziś już schorowany oddał władzę w ręce brata Raula, a ten doprowadził właśnie do wznowienia stosunków dyplomatycznych z USA po ponad pół wieku wzajemnej nienawiści.

PLAYBOY USA SIERPIEŃ 1985

 

W 1985 roku – kiedy sytuacja była diametralnie inna – na Kubę pojechali dwaj wyjątkowi wysłannicy PLAYBOYA: profesor politologii dr Jeffrey M. Elliot i amerykański kongresman Mervyn M. Dymally. Po rozmowie z nimi 59-letni Castro przyznał, że był to jego najdłuższy wywiad z przedstawicielami amerykańskiej prasy. Przeczytajcie, co opowiedział im „El Commandante” – Fidel Castro.

 

PLAYBOY: Ludzie znają Fidela Castro – polityka, osobę publiczną – ale niewielu zna go prywatnie, jak zwykłego człowieka. Panie prezydencie, chcemy porozmawiać na wiele tematów, ale zacznijmy od kilku osobistych pytań. Przez 26 lat znajdował się pan w centrum historii, budził liczne kontrowersje. Co nadal motywuje do działania Fidela Castro?
CASTRO: To bardzo trudne pytanie. Zacznę od tego, co mnie nie motywuje. Na pewno nie są to pieniądze ani dobra materialne. Podobnie nie żądza chwały, sławy i władzy. Szczerze mówiąc, motywują mnie jedynie idee. Idee i przekonania są najlepszymi bodźcami, to one skłaniają człowieka do działania. Jeżeli naprawdę poświęcisz się idei, w miarę upływu czasu stajesz się coraz bardziej przekonany i zaangażowany, coraz bardziej bezinteresowny, wzmacnia się w tobie chęć poświęcenia się sprawie. Stopniowo pozbywasz się dumy i próżności… Tych wszystkich złych emocji, od których w taki czy w inny sposób nie jest wolny żaden z nas. Jeśli nie będziesz wystrzegał się próżności, jeśli staniesz się zarozumiały, to zaczniesz myśleć, że jesteś niezastąpiony, a wtedy odurzy cię pragnienie bogactwa i sławy. Ja wystrzegałem się tych uczuć. Może rozwinąłem w sobie filozofię o znikomej ważności pojedynczego człowieka, o relatywnej ważności jednostek, przekonanie, że to nie jednostka, a ludzie tworzą historię i idee, że nie mogę przypisywać sobie zasług całego narodu. Pewne zdanie wypowiedziane przez José Martíego pozostawiło na mnie niezatarte wrażenie: „Całą chwałę świata można zawrzeć w jednej kolbie kukurydzy”.

 

PLAYBOY: Więc pana zdaniem, to nie przeznaczenie decyduje o wielkości niektórych ludzi? Wszystko zależy od czasu i okoliczności?
CASTRO: Zdecydowanie tak. Podam wam kilka przykładów. Gdyby Lincoln żył w obecnych czasach, pewnie byłby zwykłym amerykańskim farmerem i nikt by o nim nigdy nie usłyszał. To czas i społeczeństwo, w których żył, stworzyły Lincolna. Gdyby Jerzy Waszyngton urodził się 50 lat po uzyskaniu niepodległości przez USA, być może byłby zupełnie nieznanym człowiekiem – podobnie, gdyby urodził się 50 lat wcześniej. Lenin, pomimo swoich niezwykłych talentów, także byłby nieznany, gdyby urodził się w innych czasach. Weźcie mój przypadek. Gdybym nie miał warunków, żeby nauczyć się czytać i pisać, jaką rolę odegrałbym w historii mojego kraju, historii rewolucji? Tam gdzie się urodziłem, spośród setek dzieciaków, tylko moi bracia, siostry i ja mieliśmy szansę ukończyć więcej niż kilka klas. Ile tych dzieci było obdarzonych takimi samymi lub lepszymi kwalifikacjami niż ja? Ale nie dano im możliwość nauki. Jeden z najlepszych wierszy w języku hiszpańskim opowiada, jak często geniusz skrywa się uśpiony w zakamarkach ludzkiej duszy, czekając na głos który wykrzyknie: „Wstań i idź!” To prawda, w którą głęboko wierzę. Dlatego jestem przekonany, że kwalifikacje potrzebne, by zostać przywódcą nie są czymś wyjątkowym. Nietrudno je znaleźć wśród ludzi. Dlaczego to mówię? Ponieważ zauważyłem, zwłaszcza na Zachodzie, tendencję do przypisywania ważnych wydarzeń historycznych działaniu jednostek. To stara teoria, że to ludzie tworzą historię. Zachód ma także tendencję do widzenia w każdym z liderów krajów Trzeciego Świata wodza. Jest taki stereotyp: lider równa się wódz. Stąd bierze się tendencja do przeceniania roli jednostki. Widzę to w tym, jak mówicie o nas: Kuba Castro, Castro zrobił to czy tamto, Castro nie zrobił tego. Prawie wszystko, co dzieje się w tym kraju, przypisuje się Castro, działaniom Castro, przewrotności Castro. Ten typ mentalności jest niestety szeroko rozpowszechniony na Zachodzie. Wydaje mi się, że to błędne podejście do wydarzeń historycznych i politycznych.

 

PLAYBOY: Pana zdaniem Zachód przecenia rolę jednostek, ale czy tu, na Kubie, ludzie nie przypatrują się panu bacznie? Czy nie czuje się pan jak ryba w akwarium?
CASTRO: Tak naprawdę nawet nie zdaję sobie z tego sprawy. Jest coś, co może to wyjaśnić: moja działalność prawie w ogóle nie jest opisywana w prasie. Mogę zajmować się jakimiś sprawami przez kilka tygodni, a nic z tego nie przedostaje się do gazet. Pewnie zauważyliście, że prawie we wszystkich krajach istnieją biura prasowe rządu. I wszystko co przywódca robi w ciągu dnia jest opisywane w prasie, relacjonowane w telewizji i radio. Wokół tych ludzi budowane są jakby wieże z kości słoniowej lub akwaria. Ja nie dałem umieścić się w akwarium. Odwiedzam fabryki, szkoły, prowincje i miasta. To prawda, że kiedyś robiłem to częściej, bo miałem więcej czasu. Ale nigdy nie istniał specjalny protokół powitalny, jakiś ceremoniał, jakim honoruje się przywódców wielu innych krajów. Jednak tam, gdzie się zjawiam pojawiają się tłumy. Tak dawno nie byłem już w restauracji. Dlaczego? Właśnie niedawno otworzono nową chińską restaurację w starej Hawanie, w dzielnicy którą odbudowujemy. Mieści się w zabytkowym budynku, jest mała i przytulna. Już od pewnego czasu mam ochotę się tam wybrać. Ale to oznaczałoby, że podczas gdy ja jem, ludzie czekaliby na mnie na zewnątrz. Cóż, takie są drobne niedogodności mojej pracy. Potrafię sobie z nimi radzić. Kiedy chcę odpocząć, zrelaksować się, jadę nad morze i nurkuję na małej rafie koralowej. Jest tam cudowne dno, ryby i rafy, polubiłem to miejsce. Kiedy byłem studentem, nikt nie myślał o nurkowaniu z akwalungiem w oceanie dla rozrywki czy sportu. Krążyło tyle opowieści o rekinach…

 

PLAYBOY: Biorąc pod uwagę te wszystkie podróże, które odbył pan po Kubie, jak opisałby pan stosunki pomiędzy zwykłymi ludźmi a Fidelem Castro?
CASTRO: Myślę, że ludzie obdarzają mnie jednocześnie zaufaniem i szacunkiem połączonym z poufałością. Łączą nas bardzo bliskie stosunki, są prawie jak związki rodzinne. Ludzie traktują mnie jak sąsiada, jak jeszcze jednego człowieka, którego dobrze znają. Nie są onieśmieleni moją pozycją, tym, że jestem osobą publiczną. Nikt nie nazywa mnie Castro, tylko Fidel. Wierzę, że takie bliskie więzi biorą się między innymi stąd, że nigdy nie okłamywaliśmy ludzi. Nasza rewolucja była uczciwa. Ludzie wiedzą, że zawsze dotrzymujemy słowa, i to nie tylko w stosunku do Kubańczyków na Kubie, ale i tych w Miami. Nawet ludzie, którzy nie są nam życzliwi, wierzą w nasze słowo. Od początku rewolucji wiedzą, że nie będziemy oszukiwać, zdradzać czy zastawiać pułapek. Kiedy powiedzieliśmy im, że mogą odpłynąć z portu Mariel do USA, mogli to zrobić, nawet jeśli byli wśród nich nasi najgorsi wrogowie, terroryści. Jesteśmy jak Arabowie na pustyni, którzy przyjmują wroga w swoich namiotach i nie obchodzi ich, gdzie skieruje on swe kroki, kiedy ich opuści. Oczywiście to wszystko oparte jest na fakcie, że rewolucja nigdy nie kłamała. Nigdy! To tradycja, która datuje się od wojny. Przez całą wojnę wszystkie podawane przez nas informacje dotyczące walk, liczby ofiar i zdobytego uzbrojenia, były jak najbardziej dokładne. Nie dodaliśmy nawet jednej kuli czy karabinu. Nawet wojna nie usprawiedliwia kłamstwa lub powiększania rozmiarów zwycięstwa. To był ważny element naszej rewolucji.

 

PLAYBOY: Czy ma pan wielu bliskich przyjaciół? Czy ktoś o pańskiej pozycji może w ogóle mieć przyjaciół?
CASTRO: Cóż, mam dużo przyjaciół, którzy nie są Kubańczykami, których spotkałem podczas swoich licznych zajęć. Niektórzy z nich to wybitne jednostki: lekarze, pisarze, reżyserzy, naukowcy, moi przyjaciele z zagranicy. A przyjaciele z czasów rewolucji to moi towarzysze walki, ci wszyscy, którzy pracują teraz ze mną, ci wszyscy, którzy zajmują odpowiedzialne stanowiska w państwie. Łączą nas przyjacielskie stosunki. Nie mam czegoś, co można by nazwać wąskim kręgiem przyjaciół, krąg przyjaciół to dla mnie bardzo szerokie pojęcie. Nie mam zwyczaju spotykać się zawsze z tymi samymi ośmioma lub dziesięcioma osobami. Raz odwiedzam jednego przyjaciela, drugiego dnia innego. Z niektórymi rozmawiam częściej, ponieważ łączy nas praca – to zrozumiałe. Jednak staram się unikać – ze względu na odpowiedzialność jaką ponoszę to nie jest dobry zwyczaj – utrzymywania kontaktów z tym samym gronem osób każdej niedzieli.

 

PLAYBOY: Chodziło nam o to, czy ludzie w pana towarzystwie nie czują się onieśmieleni, czy mogą się z panem nie zgadzać.
CASTRO: Stosuję zasadę, że każdy z moich towarzyszy, którzy pracują ze mną w ramach funkcji państwowych czy partyjnych, może przyjść do mnie i w całkowitym zaufaniu porozmawiać o wszystkich swoich problemach i wątpliwościach. Moje stosunki z towarzyszami są doskonałe. Ale skoro już pytacie mnie o to, mogę powiedzieć, że są 2 lub 3 osoby z którymi blisko współpracuję, a które powiedziałyby wam, jakie mają ze mną urwanie głowy. Towarzysz Chomy, który siedzi tu razem z nami, jest tego najlepszym przykładem. Ma niewdzięczne zadanie przedstawiania mi listy osób, z którymi muszę się spotkać, osób, które prosiły o spotkanie… Wtedy marudzę i narzekam. (Castro i Chomy wybuchają śmiechem. Chwilę później Chomy wychodzi z pokoju. Kiedy Castro zaczyna mówić, magnetofon, który został przygotowany przez asystentów Castro dla weryfikacji naszego nagrania, przestaje działać. Zirytowany Castro woła Chomy’ego, który wbiega z powrotem do pokoju.) Z zasady nie pozwalam, by jakieś problemy mnie zdenerwowały lub stały się moją obsesją. Gdybym nie miał poczucia humoru, gdybym nie potrafił żartować z ludzi i z samego siebie, nie mógłbym sprawować swojej funkcji. Bo zadaję sobie także takie same pytania co wszyscy: Jakie mam ciśnienie? Jak tam z moim sercem? Jak potrafiłem to wszystko wytrzymać przez tyle lat? Spotykam ludzi, o których od razu wiem, że umrą młodo. Widzę, jak są zapracowani, zgorzkniali, spięci. Ale ze mną jest inaczej. Pomagają mi ćwiczenia fizyczne i nawyk, aby nie jeść w nadmiarze. Dlaczego mam nie żyć długo? Natura i szczęście także mi sprzyjają.

 

PLAYBOY: W przeciwieństwie do innych przywódców politycznych pracuje pan późno w nocy, a często we wczesnych godzinach porannych. Dlaczego ma pan takie nietypowe godziny pracy?
CASTRO: W takim dniu jak dzisiaj, kiedy nasza rozmowa trwa tak długo, rozkład zajęć można wrzucić do kosza. Wszystko się zmienia, a to się często zdarza. Kubę odwiedza wielu gości: ministrowie spraw zagranicznych, przedstawiciele partii, mnóstwo ludzi. Gdybym musiał ustalić dokładną datę i godzinę przyjęcia każdego, kto prosi o rozmowę za pośrednictwem towarzysza Chomy’ego, za pośrednictwem partii, ministerstwa spraw zagranicznych, komitetu wykonawczego i innych kanałów, byłbym uwiązany przez cały czas. Nie lubię czysto protokolarnych spotkań, to strata czasu. Wolę rozmawiać z gośćmi na interesujące tematy i nie znoszę wtedy patrzeć na zegarek. Zawsze mówię ludziom którzy organizują czyjąś wizytę: „To wy ustalacie plan, ja chcę tylko wiedzieć, gdzie jest nasz gość i kiedy ma czas się spotkać.” To oczywiście niesie ze sobą niedogodności. Często mówią mi: „Minister taki–a–taki odlatuje jutro” i wtedy jestem zmuszony spotkać się z nim późno w nocy. Z drugiej strony nikt mi tak nie uprzykrza życia jak dziennikarze.

 

PLAYBOY: Czy kiedykolwiek myślał pan o małżeństwie, założeniu rodziny i odejściu na emeryturę?
CASTRO: Zawsze miałem alergię na dziennikarskie plotki o prywatnym życiu osób publicznych. Uważam, że każdy ma prawo do intymności w niektórych sprawach. Dlatego zachowuję dyskrecję – do czasu. Pewnego dnia sprawy, o które pytacie wyjdą na jaw, ale ja w tym pomagać nie będę. Mogę zapewnić was, że z moim życiem prywatnym wszystko jest w porządku – żadnych problemów (uśmiecha się).

 

PLAYBOY: Jeszcze jedno osobiste pytanie. Jest pan jednym z ostatnich wielkich mówców, grzmiącym głosem wygłasza pan przemówienia na zapełnionych tłumami stadionach, potrafi pan być bardzo przekonujący. Czy jest jakaś różnica pomiędzy tym oratorem a osobą prywatną?
CASTRO: (Śmiech) Na tym polu mam wielkiego rywala – prezydenta Reagana. Ale powiem wam coś, w co ludzie mogą nie uwierzyć: w trakcie publicznych wystąpień mam tremę. Zawsze kiedy mam przemawiać odczuwam napięcie. Właściwie nie lubię przemawiać. Traktuję to bardziej jak obowiązek, trudne zadanie, wyzwanie. Przemówienia przed wielkimi zgromadzeniami są niełatwe. Mam przygotowane w pamięci podstawowe założenia, można to nazwać skrótem zasadniczych idei, i mniej więcej kolejność w jakiej mam je zaprezentować. Ale rozwinięcie tych idei, słowa, zdania i sposób ekspresji dobieram w trakcie samego przemówienia. Ludzie wolą to od mów wygłaszanych z kartki. Wydaje mi się, że wolą oglądać człowieka, który musi się zmagać, oglądać wysiłek, z jakim rodzą się słowa opisujące idee.

 

PLAYBOY: W tym roku udzielił pan już kilku wywiadów. Dlaczego? I dlaczego rozmawia pan z nami?
CASTRO: To prawda, w ciągu kilku ostatnich miesięcy udzieliłem kilku wywiadów. Uważałem, że będzie korzystne zrobić to właśnie teraz. Nie prowadzę kampanii reklamowej, nie mam zamiaru poprawić swojego wizerunku. Nie ubiegam się o żaden urząd w USA. Robię to, ponieważ w stosunkach międzynarodowych nastał szczególny czas. W Ameryce Środkowej panuje napięcie, Amerykę Łacińską ogarnął poważny kryzys, zarówno ekonomiczny jak i społeczny. Międzynarodowa opinia publiczna jest zaniepokojona wyścigiem zbrojeń i groźbą wojny. Jednocześnie mamy konflikty w Afryce Południowej. Jeśli te problemy będą lepiej rozumiane, będzie to mój wkład w próbę ich rozwiązania.

 

PLAYBOY: Mógł się pan przekonać o wpływie, jaki wywarły wcześniejsze wywiady. Jak pan je ocenia?
CASTRO: Uważam, że wywiad dla stacji PBS był ważny, dotyczył interesujących i złożonych problemów. Potem miałem wywiad z Danem Ratherem z  CBS. Nie wydaje mi się, żebyśmy poruszyli w nim ważne tematy. Był bardziej anegdotyczny, zawierał moje osobiste opinie o Reaganie i na inne sprawy. Ale telewizja nie nadaje się do przekazywania ważnych informacji. Chcieli się przede wszystkim dowiedzieć, dlaczego nie poleciałem na pogrzeb Czernienki (przywódca ZSRR od lutego 1984 r. do śmierci w marcu 1985 r. – przyp. red.). Czasem wkłada się w coś wiele wysiłku i czasu, a potem reporterzy zostawiają samą warstwę anegdotyczną, a pomijają istotę sprawy. Jak już wam mówiłem, jeśli chce się dogłębnie wyrazić swój punkt widzenia, potrzeba na to poświęcić w programie dużo miejsca.


PLAYBOY: Może nie uważa pan tego za rzecz poważną, ale widzieliśmy wywiad Rathera i podobnie jak on zastanawialiśmy się nad sprawą pogrzebu Czernienki. Dlaczego pan nie pojechał? Nie odpowiedział pan tak naprawdę na to pytanie Ratherowi.
CASTRO: Słuchajcie, byłam na pogrzebie Breżniewa, byłem na pogrzebie Andropowa, (przywódcy radzieccy – przyp. red.) brałem udział w dwóch ostatnich zjazdach partii sowieckiej, czyli w większości ostatnich ważnych wydarzeń tego typu w ZSRR. Trzeba pamiętać, jak daleko leży Kuba od Związku Radzieckiego. Inne kraje socjalistyczne są o dwie godziny lotu od Moskwy, czasem mniej. Śmierć Czernienki – człowieka, którego darzyłem wielkim szacunkiem, którego poznałem już jakiś czas temu i który był przyjacielem Kuby – nastąpiła kiedy miałem mnóstwo zajęć. W dniu jego śmierci właśnie zakończył się zjazd Związku Kobiet, któremu poświęciłem wiele dni intensywnej pracy. Skoro mnie naciskacie, powiem wam coś jeszcze. Pomiędzy zakończeniem zjazdu, na którym wygłosiłem przemówienie – było to w piątek wieczorem – a ósmą rano w niedzielę, pracowałem bez przerwy przez 42 godziny. Bez odpoczynku, bez snu. W Hawanie było wielu gości, z którymi miałem zaplanowane spotkania w kolejnych dniach, nie mogłem ich zawieść. Wy jesteście najlepszym przykładem, że nie żałuję czasu ani energii na spotkania z gośćmi, bez względu na ich polityczne znaczenie. I dlatego zdecydowałem się poprosić swojego brata Raula, by reprezentował mnie na pogrzebie. Dopełnienie formalnych obowiązków to nie jedyny sposób na okazanie uczuć uznania i szacunku dla przyjaciela. Powiem wam całkowicie szczerze, że nasze stosunki ze Związkiem Radzieckim są doskonałe, tak dobre jak nigdy. I właśnie ze względu na zaufanie, jakim się wzajemnie darzymy, wiedziałem, że zrozumieją moje postępowanie.

 

PLAYBOY: To, co Sowieci myślą o panu, to jedna sprawa, ale dla nikogo nie jest tajemnicą, że stosunek Waszyngtonu do pana usztywnił się w ciągu ostatnich lat. Prezydent Reagan określił pana jako bezwzględnego, wojskowego dyktatora, który rządzi Kubą żelazną ręką. Wielu Amerykanów zgadza się z nim. Co pan na to?
CASTRO: Zastanówmy się nad waszym pytaniem. Dyktator to ktoś, kto sam podejmuje arbitralne decyzje, ktoś, kto stoi ponad wszystkimi instytucjami, ponad prawem, i nad którym nie ma żadnej kontroli. Istnieje tylko jego wola lub kaprysy. Jeśli bycie dyktatorem oznacza rządzenie poprzez dekrety, można uznać, że papież też jest dyktatorem. Jego szerokie prerogatywy w rządzeniu państwem Watykan i Kościołem katolickim są powszechnie znane. Ja nie mam takiej władzy. Ale nikt nie powie o papieżu, że jest dyktatorem. Prezydent Reagan może podejmować straszne decyzje nie konsultując się z nikim! Czasem musi stosować się do czysto formalnych procedur – kiedy mianuje ambasadora niezbędna jest zgoda Senatu – ale może sam zarządzić inwazję, taką jak na Grenadę, lub brudną wojnę, jak przeciwko Nikaragui. Może nawet użyć kodów do walizki, którą zawsze ma przy sobie i wywołać termonuklearną wojnę, która oznaczałaby zagładę rasy ludzkiej. Bo po co mu ta walizka? Można przypuszczać, że Reagan podjąłby decyzję o wojnie jądrowej bez konsultacji z Senatem lub Izbą Reprezentantów, bez konsultacji ze swoim gabinetem. A to mogłoby oznaczać koniec rasy ludzkiej. Nawet cesarze rzymscy nie mieli takiej władzy.

 

PLAYBOY: Panie prezydencie, ale czy pan nie rządzi poprzez dekrety? Czy nie podejmuje pan samodzielnie wszystkich ważnych decyzji w kraju?
CASTRO: Nie. Nie podejmuję wszystkich decyzji samodzielnie. Odgrywam rolę przywódcy zespołu. W naszym kraju nie mamy instytucji podobnej do prezydenta USA. U nas wszystkie podstawowe decyzje – najważniejsze decyzje – podlegają analizie. Dyskutuje się nad nimi i podejmuje kolektywnie. Nie mianuję ministrów ani ambasadorów. Nie mianuję nawet najniższego urzędnika w tym kraju, bo istnieje system selekcji, analizy, wyznaczania i nominacji urzędników. Co prawda mam pewien autorytet, mam wpływy. Ale moją jedyną legalną prerogatywą jest przemawianie przed Komitetem Centralnym, Zgromadzeniem Narodowym, przed opinią publiczną. To jest główna władza jaką mam, nie aspiruję do żadnej innej, nie potrzebuję ani nie chcę innej. Takie są warunki, w których musi u nas pracować przywódca polityczny. Nie wydaje mi się, żeby miało to jakikolwiek związek z ideą dyktatora, która pochodzi od czasownika dyktować i wiąże się z kimś, kto zawsze dyktuje wszelkiego rodzaju rozkazy. Nie działam w ten sposób ani nie mam do tego uprawnień. Nie wydaję rozkazów, ja przekonuję. Nie rządzę dekretami, nie wolno mi. Podczas wojny dowodziłem armią, w czasie wojny jest inaczej. Musi istnieć tego typu odpowiedzialność – podczas II wojny światowej Eisenhower brał na siebie odpowiedzialność i miał możliwość podejmowania decyzji – ale jak tylko nasz ruch zorganizował się, na długo przed atakiem na koszary Moncada 26 lipca 1953 r., mieliśmy kolektywne przywództwo. W trakcie wojny nasz ruch miał kolektywne przywództwo, a kiedy wojna się skończyła, natychmiast zorganizowaliśmy kolektywne przywództwo dla kraju. Te zasady nie zostały zmienione przez kolejne lata. Naprawdę uważam, że prezydent USA ma o wiele większą władzę i możliwości wydawania bezpośrednich rozkazów. Jeśli ta władza obejmuje coś tak monstrualnie niedemokratycznego jak możliwość zarządzenia wojny jądrowej, pytam was, kto tu jest dyktatorem: prezydent USA czy ja?

 

PLAYBOY: Mimo to Amerykanie dostrzegają, że istnieje widoczna różnica pomiędzy prawami gwarantującymi wolność osobistą na Zachodzie a tymi na Kubie.
CASTRO: Wydaje mi się, że koncepcja wolności na Kubie różni się od tej w USA. Na przykład w USA zaginęło ponad milion dzieci. Obok swoich milionerów macie żebraków. U nas nie ma bezdomnych, porzuconych dzieci ani żebraków. Ciągle mówicie o wolności. Od czasów waszej Deklaracji Niepodległości mówicie o wolności. My także uważamy za oczywiste, że wszyscy ludzie rodzą się równi. Ale kiedy Jerzy Waszyngton i inni ogłaszali niepodległość USA, nie uwolnili niewolników. Jeszcze niedawno czarny amerykański bejsbolista nie mógł grać w największej lidze zawodowej. A pomimo to nazywacie swój kraj ojczyzną wolności. Ten najbardziej wolny kraj na świecie odpowiada także za eksterminację Indian. Zabiliście więcej Indian niż Buffalo Bill bizonów. Od tego czasu zawarliście sojusze z najpodlejszymi tyranami z Argentyny i Chile, ochraniacie Afrykę Południową, wykorzystujecie morderców, by organizować kontrrewolucje – i to wy nazywacie się ojczyzną wolności? Jakiego rodzaju wolności naprawdę bronią USA? Jeśli jesteś komunistą w USA, jakie masz prawa? Czy możesz pracować w Departamencie Stanu albo na jakimkolwiek stanowisku rządowym? Czy możesz wypowiadać się swobodnie w telewizji? W jakich gazetach możesz pisać? Można nas krytykować, ale przynajmniej jesteśmy uczciwsi. Nasz system jest uczciwszy, ponieważ nie uważamy się za wzór wolności.

 

PLAYBOY: W rzeczywistości w USA komunista może wypowiadać się swobodnie. U nas ludzie mają swobodę wypowiedzi.
CASTRO: Możesz mówić co chcesz, ale nie masz gdzie tego powiedzieć – chyba że stać cię na to. Jeśli nie jesteś właścicielem gazety albo imperium medialnego, jesteś ignorowany. Czytałem jak pewien prawicowy senator chciał wykupić CBS, by wyrzucić Dana Rathera – a przecież on nie jest komunistą. Ale i tak chcą zamknąć mu usta. Przyznaję, że jest kilku błyskotliwych pisarzy i dziennikarzy, którzy są zarazem za i przeciw kapitalizmowi i mogą wypowiadać się w telewizji, ale komunista, który chce propagować komunizm, który pragnie zmienić wasz system, nie ma szans, by pojawić się w dużej stacji telewizyjnej czy w poważnej gazecie.

 

PLAYBOY: A jak jest na Kubie? Czy ktoś mógłby skrytykować wasz system w gazetach?
CASTRO: Nie, kontrrewolucjonista nie może pisać w naszych gazetach. Nie może wypowiadać się przeciwko naszemu systemowi. Ale dokładnie tak samo dzieje się w USA – tylko my jesteśmy uczciwi, przyznajemy się do tego. Mówicie, że jesteście wzorcowym modelem swobód obywatelskich. Kiedy przeczytam komunistę piszącego w „The New York Times” lub „The Washington Post”, albo zobaczę jak występuje w CBS, przyrzekam, że otworzę drzwi przed wszystkimi kontrrewolucjonistami, którzy chcą pisać w naszych gazetach! Ale najpierw sami dajcie przykład.

 

PLAYBOY: Na pewno wie pan, że w naszych wyborach biorą udział kandydaci komunistyczni i wolno im się swobodnie wypowiadać.
CASTRO: Tak, wolno im rozdawać ulotki i wygłaszać przemówienia. Ale prasa o nich nie pisze, nie wolno im brać udziału w debatach, nie publikuje się ich przemówień.

 

PLAYBOY: Czy moglibyśmy teraz pójść do największego parku w Hawanie i zacząć mówić krytycznie o Kubie?
CASTRO: Kuba jest miejscem, gdzie ludzie są bardzo krytyczni. Każdy kto nas odwiedza wie, że Kubańczycy mówią otwarcie to, co chcą. Od rana do wieczora krytykują wszystko. Nikt nie został aresztowany za to co mówi. Gdyby tak było, wszyscy siedzieliby w więzieniach! U nas nie jest tak, jak sobie wyobrażacie. Poza tym ludzie nie chcą innej partii. Ten kraj jest politycznie wyedukowany, ma świadomość rewolucyjną. Ludzie mówią co myślą, ale nie zaczynają konspirować ani nie zakładają organizacji terrorystycznych…

 

PLAYBOY: Więc gdybyśmy wyszli i zaczęli agitować przeciw partii…
CASTRO: Śmiało, spróbujcie. Moglibyście mieć kłopoty (śmiech).

 

PLAYBOY: Historia stosunków pomiędzy Kubą a USA jest zła. Jak bardzo jeszcze pogorszyły się one od chwili kiedy Reagan objął swój urząd?
CASTRO: Znacząco. Reagan zacieśnił blokadę Kuby. Następnie uniemożliwił prywatne podróże naszych obywateli do USA, co było możliwe od kilku lat. Wprowadził także dokuczliwą, twardogłową politykę stwarzania barier przeciwko gospodarce i operacjom handlowym naszego kraju. Nie wiem ile osób w USA jest dziś zaangażowanych w zbieranie informacji o naszej gospodarce i handlu zagranicznym ze światem Zachodu, ilu ludzi próbuje blokować sprzedaż naszych produktów, uniemożliwiać eksport niklu z Kuby do jakiegokolwiek zachodniego kraju, utrudniać przyznawanie kredytów dla Kuby, a nawet przełożenie terminu spłat naszego długu. Za każdym razem, kiedy negocjujemy z bankami, USA wyciągają dokumenty i wysyłają je do wszystkich rządów i instytucji finansowych. USA nie ograniczają się do blokowania handlu z Kubą –zabraniają nawet wysyłania leków, a to haniebna rzecz. Nawet aspiryna nie może dostać się do nas z USA – jest to niezgodne z prawem. Zakazane są farmaceutyki, które mogą ratować życie. Żaden sprzęt medyczny nie może być dostarczony z USA na Kubę. Ani sprowadzony. Stany rozszerzają tę blokadę na cały świat, to część ich polityki nieustannego, haniebnego i niegodziwego prześladowania gospodarki Kuby. Tylko dlatego nie wtrącają się do naszego handlu z krajami socjalistycznymi, bo nie mogą tego zrobić. Taka jest prawda.

 

PLAYBOY: Czy dla zmniejszenia napięcia gotów byłby pan spotkać się z prezydentem Reaganem bez żadnych wstępnych warunków?
CASTRO: (Bardzo ostrożnie, przerywając kilka razy i zaczynając od początku) Po pierwsze należałoby o to spytać prezydenta USA. Nie chcę, żeby mówiono, iż proponuję spotkanie z Reaganem. Chociaż jeśli chcecie znać moje zdanie, nie uważam, żeby było to prawdopodobne. Ale jeżeli władze USA miałyby zaproponować takie spotkanie, nie widziałbym większych przeszkód.

 

PLAYBOY: A co gdyby zaproszenie wystosował Kongres albo afroamerykańskie lobby w Kongresie? Przyjąłby pan takie zaproszenie?
CASTRO: Mam bardzo dobre stosunki z tą grupą kongresmanów. Znam wielu z nich osobiście i zaproszenie od nich lub możliwość spotkania się z nimi w USA albo na Kubie byłoby dla mnie zaszczytem. W każdym razie musiałbym najpierw poznać stanowisko władz USA, ponieważ wizyta w USA wymaga wizy wydawanej przez władze. Gdyby było to możliwe, gdyby prowadziło do szerszego spotkania z członkami Kongresu, myślę, że mam argumenty, których mógłbym użyć w dyskusji z grupą lub ze wszystkimi kongresmanami. Tak mi się wydaje; chyba bym pojechał. Jest wiele rzeczy, o których warto porozmawiać i byłaby to dobra okazja, żeby członkowie Kongresu mogli mnie wysłuchać. Odpowiedziałbym też na wszystkie ich pytania. Ale to tylko spekulacje, plan czysto teoretyczny. Nie sądzę, żeby mógł dojść do skutku bez zgody prezydenta USA.

 

PLAYBOY: A to wydaje się mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę, co obecna administracja mówi o panu. Szczególnie ostry zarzut wysunął sekretarz stanu George Shultz, który twierdzi, że istnieją dowody na powiązania w handlu narkotykami pomiędzy Kubą a Kolumbią. Co pan na to odpowie?
CASTRO: Jedno z dziesięciu przykazań mówi: „Nie będziesz fałszywie świadczył przeciwko bliźniemu swemu”. Administracji Reagana należałoby o tym bez przerwy przypominać. Uważam, że Kongres i naród amerykański zasługują na większy szacunek. To absolutnie niemożliwe, żeby USA i Departament Stanu miały choćby najmniejszy dowód tego typu! (Wstaje ze złością i zaczyna spacerować po pokoju.) Uważam, że to brudne, haniebne oskarżenia, nieuczciwy sposób prowadzenia polityki zagranicznej! Przez ostatnie 26 lat reputacja Kuby w takich sprawach jest nieskazitelna, ponieważ pierwszą sprawą, jaką rewolucja załatwiła w naszym kraju, w którym kiedyś narkotyki były używane, sprzedawane i  produkowane bez przeszkód, było zlikwidowanie tej plagi. Podjęto ostre środki, by zniszczyć uprawy marihuany i ostro karać za produkcję i rozprowadzanie narkotyków. Od zwycięstwa rewolucji przez 26 lat żadne narkotyki nie zostały sprowadzone na Kubę i nigdy nie zarabialiśmy na handlu narkotykami w innych krajach. Przez 26 lat rewolucji nigdy nie słyszałem, by jakikolwiek urzędnik był zamieszany w handel narkotykami – ani jeden. Pytam, czy to samo można powiedzieć o USA lub o jakimkolwiek kraju Ameryki Łacińskiej, Karaibów czy innych krajach Zachodu?

 

PLAYBOY: Sekretarz Shultz twierdzi, że Kuba taktycznie sprzyja handlowi narkotyków, bo zezwala na przelot szmuglerom w lekkich samolotach nad swoim terytorium.
CASTRO: Posłuchajcie, handlarze narkotyków najbardziej obawiają się naszego kraju. Wszyscy starają się nie lądować na Kubie i omijać nasze wybrzeże, bo zdają sobie sprawę z konsekwencji i ostrego prawa w naszym kraju. Nasza wyspa leży na osi wschód – zachód na Morzu Karaibskim i ma ponad tysiąc kilometrów długości, ale w niektórych miejscach jest szeroka tylko na 50 km. Łatwo nad nią przelecieć i po kilku minutach znów znaleźć się nad wodami międzynarodowymi. Radary często wykrywają obiekty zbliżające się lub opuszczające nasze terytorium. Samoloty szpiegowskie USA robią to prawie codziennie, nawet bez wkraczania w naszą przestrzeń powietrzną. Często robią to za pomocą zaawansowanych samolotów, które latają na wysokości 30 km z prędkością 3 tysięcy km/h. Domyślam się, że te samoloty nie przewożą narkotyków. Małe cywilne samoloty wlatują w naszą przestrzeń powietrzną dość często i nie zwracają uwagi na nasze myśliwce przechwytujące. Decyzja o otwarciu ognia do nieuzbrojonego cywilnego samolotu jest poważą decyzją, mogącą przynieść tragiczne skutki. Nie ma sposobu, żeby upewnić się, kto w nim jest. Samolot w powietrzu to nie samochód na drodze, który można zatrzymać i przeszukać. To mogą być handlarze narkotyków albo ktoś kto zszedł z kursu, bo chce zaoszczędzić paliwo lecąc krótszą trasą. To mogą być rodziny, dziennikarze, biznesmeni lub poszukiwacze przygód – wielu z USA – którzy boją się wylądować na Kubie z obawy przed aresztowaniem.

 

PLAYBOY: Skąd, pana zdaniem, nagromadziło się tyle napięć? Dlaczego amerykańscy przywódcy – i do pewnego stopnia amerykańska opinia publiczna – mają taki negatywny obraz Kuby i pana?
CASTRO: Po pierwsze to nie jest jedynie negatywny obraz Kuby i Castro. To fundamentalnie antysocjalistyczne, antyrewolucyjne i antykomunistyczne podejście do problemów świata przez USA. Jest faktem, że przez ostatnie 100 lat w USA, Europie i wszędzie na świecie wszelkimi dostępnymi środkami wpajano masom te antykomunistyczne uczucia. Antykomunistyczna indoktrynacja zaczyna się właściwie od narodzin dziecka. To samo było w naszym kraju: permanentna kampania we wszystkich gazetach, czasopismach, książkach, filmach, telewizji i radiu, nawet w komiksach dla dzieci, była nakierowana na jeden cel – wykształcić najbardziej wrogie idee i uprzedzenia przeciw socjalizmowi. Mówię oczywiście o rewolucji socjalistycznej, a nie o często używanym i nadużywanym określeniu „socjalizm”, które tyle burżuazyjnych partii próbując ubrać staroświecki kapitalizm w nowe szaty zaadaptowało jako coś bardzo eleganckiego.

 

PLAYBOY: Krytycy z administracji Reagana odpowiedzieliby, że pan z kolei musi stosować okrutne represje, żeby narzucić Kubie swój własny model socjalizmu.
CASTRO: Jeśli chodzi o zarzut okrucieństwa, to uważam, że najokrutniejsi są ci, którzy są obojętni na społeczną niesprawiedliwość, dyskryminację, nierówność i wyzysk. To ludzie, którzy nie reagują na widok dziecka bez butów, żebraka na ulicy i miliony głodujących. Naprawdę myślę, że ci którzy poświęcili życie na walkę z niesprawiedliwością i uciskiem, na służbie innym ludziom, walce za drugiego człowieka i na praktykowaniu i głoszeniu solidarności, nie mogą być okrutni. Powiedziałbym, że naprawdę okrutne jest społeczeństwo – na przykład kapitalistyczne – które zmusza ludzi, aby byli okrutni. Socjalizm jest tego przeciwieństwem. Z definicji zawiera wiarę w człowieka, solidarność pomiędzy ludźmi i braterstwo – a nie egoizm, ambicję, rywalizację czy walkę. Wierzę, że okrucieństwo rodzi się z egoizmu, nierówności, niesprawiedliwości, rywalizacji i walki pomiędzy ludźmi.

 

PLAYBOY: Wracając do sposobu w jaki USA malują obraz Kuby, zwłaszcza…
CASTRO: Naprawdę, powinno powstać studium ile miejsca, ile papieru, ilu mediów użyto przeciwko Kubie. Ale pomimo olbrzymiego technologicznego zaplecza i rozwiniętych mass mediów Amerykanie – stwierdzam to ze smutkiem – są jednym z narodów najgorzej wyedukowanych i najsłabiej poinformowanych na temat Trzeciego Świata, Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. To wszystko leży u źródeł tych nastrojów antykubańskich i antycastrowskich. Chciałbym też dodać, że w Ameryce jest wąska grupa ludzi myślących, na wysokim poziomie kulturalnym i uświadomionych politycznie, którzy dobrze wiedzą, co dzieje się na świecie, ale nie są reprezentatywni dla przeciętnego obywatela. Co więcej, wiem, że wielu obywateli USA nie ulega tej fobii, tym uprzedzeniom, tym antykubańskim nastrojom. Z drugiej strony chcę wam o czymś przypomnieć: 20 lat temu, najgorsze, najstraszniejsze rzeczy mówiono o Chinach, Mao Tse Tungu, o chińskim komunizmie, o czerwonym niebezpieczeństwie, o najbardziej niewyobrażalnych zagrożeniach jakie stwarzały Chiny. Prasa codziennie pisała o Chinach jak najgorzej. A jednak to już należy do przeszłości. Prasa nie obraża już chińskiego rządu i Chińskiej Republiki Ludowej. Wręcz przeciwnie, stosunki dyplomatyczne są doskonałe, zwiększają się inwestycje i rośnie handel. A ten proces nie rozpoczął się z obecnymi Chinami, ale z Chinami Mao, w czasach rewolucji kulturalnej, w czasach kiedy w Chinach głoszono i wprowadzano najbardziej skrajną formę komunizmu. Teraz nawet Reagan odwiedził Wielki Mur, popatrzcie, jak wszystko się zmienia. A dlaczego? Możecie powiedzieć mi, dlaczego? Teraz są nawet dwa rodzaje komunizmu: dobry komunizm i zły. Bez wątpienia zostaliśmy zaliczeni do tych złych, a ja jestem jego uosobieniem. Cóż, przez długi czas Mao Tse-tunga też zaliczano do tej kategorii.

 

PLAYBOY: Co się musi stać, aby ze złego komunisty stał się pan dobrym komunistą?
CASTRO: Niestety, jeśli przemiana złego komunisty w dobrego zakłada powstrzymanie się od potępiania rzeczy, które uważamy za niewłaściwe, powstrzymanie się od popierania rzeczy, które uważamy za słuszne, zerwaniu więzi przyjaźni z Sowietami, przyjęcie postawy antysowieckiej, by zostać dobrymi komunistami, akceptowanymi i chwalonymi przez USA, to się nigdy nie stanie. Jeśli pewnego dnia USA zmienią swoje postrzeganie Kuby i opinia publiczna będzie mogła poznać prawdę, będzie musiało być to oparte na podstawie, że ani Castro ani naród kubański nie są oportunistycznymi renegatami, których można kupić.

 

PLAYBOY: Sądzi pan, że USA uważają, iż resztę krajów Ameryki Łacińskiej można kupić?
CASTRO: Jestem przekonany, że USA prowadzą taką właśnie politykę w stosunku do Ameryki Łacińskiej. Zachowują się jak właściciele tej części półkuli ziemskiej, z pogardą traktują mieszkających tu ludzi. To się daje odczuć na każdym kroku – w najprostszych sprawach, przemówieniach, dowcipach i anegdotach, we wznoszonych toastach, w kontaktach z przywódcami z Ameryki Łacińskiej. Mam wrażenie, że kiedy Kolumb, Cortez, Pizarro i inni europejscy konkwistadorzy przybyli na ten kontynent, traktowali Indian w taki sam sposób. Ich filozofia przejawiała się w wymianie lusterek i innych świecidełek za złoto. Takie jest też podejście USA. Tak to postrzegam, tak to czuję. Nie dlatego, że ze mną też tak rozmawiają – ponieważ ze mną moi goście nie mogą tak rozmawiać. Poza tym goście, jakich przyjmuję, to zazwyczaj ludzie innego pokroju, prawda? Ale kiedy obserwuję prezydentów USA i ich stosunek do Ameryki Łacińskiej, nie da się nie zauważyć pogardy i lekceważenia dla tutejszych mieszkańców, tej dziwnej mieszanki dumnych Hiszpanów, czarnoskórych Afrykańczyków i zacofanych Indian. Niespotykana i dziwna mieszanina, która według USA nie zasługuje na jakiekolwiek zrozumienie i  szacunek. Myślę, że pewnego dnia ta polityka – polityka interwencji w sprawy wszystkich krajów Ameryki Łacińskiej, narzucania własnych zasad, mówienie jakiego typu rząd należy wybrać i jakich reform społecznych nie wolno przeprowadzać – wyczerpie się i wywoła kryzys. I naprawdę wierzę, że ten dzień jest coraz bliższy. USA miały do tej pory szczęście, że takie kryzysy występowały w małych, odizolowanych krajach Ameryki Środkowej jak Kuba, Grenada czy Nikaragua. Ciągle stać je na grożenie inwazją, interwencją i rozwiązaniami opartymi na przemocy. Wprowadzono je w życie w 1965 roku przeciwko innemu małemu karaibskiemu państwu, Republice Dominikańskiej. Ale kiedy USA zostaną skonfrontowane z takimi problemami w innych miejscach na półkuli południowej, w jakimkolwiek z dużych lub średnich krajów Ameryki Południowej, nie będą w stanie rozwiązać ich za pomocą interwencji, brudnej wojny czy inwazji. To byłaby katastrofa. Odkąd zdołałem wyobrazić sobie dokładnie, co się stanie, poruszałem te sprawy w rozmowach ze wszystkimi Amerykanami, których spotykałem. Być może mój wysiłek okaże się w jakimś stopniu przydatny i przynajmniej kilku Amerykanów zrozumiało te problemy. Może gdyby w czasach, kiedy USA miały zamiar zaangażować się w Wietnamie – i potem, kiedy w końcu z ochotą to zrobiły – ktoś wytłumaczyłby ludziom, co się tam stanie, wyświadczyłby wielką przysługę amerykańskiemu narodowi. Na przykład mówi się, że gdyby „The New York Times” zawczasu opublikował wiadomości dotyczące inwazji w Zatoce Świń, wyświadczyłby Kennedy’emu wielką przysługę i zapobiegłby temu błędowi. Przechodzimy teraz to samo w związku z Ameryką Środkową – przynajmniej jeśli chodzi o rząd USA; nie mogę powiedzieć Amerykanów, bo 72 proc. jest przeciwnych interwencji w Ameryce Środkowej. Stany znów mają ochotę na interwencję. Nie działamy przeciwko narodowi amerykańskiemu, kiedy ostrzegamy przed konsekwencjami takiego postępowania dla nich i dla nas wszystkich.

 

PLAYBOY: Z pewnością takie stanowisko cieszy się poparciem. Najlepszym przykładem jest głosowanie w Senacie, które zablokowało propozycję Reagana pomocy dla przeciwników sandinistów. Ale trudno to uznać za aprobatę dla antysandinistów lub rządu kubańskiego. Przeciwnie, generalnie uważa się, że kiedy władzę obejmują marksiści, nieuchronnym rezultatem są represje, ograniczenie praw człowieka i wtrącanie do więzień przeciwników politycznych.
CASTRO: Zarzut, że ktokolwiek siedzi w więzieniu na Kubie – bez względu na to co słyszeliście – za to, że ma idee inne niż te, które głosi rewolucja, jest po prostu nonsensowny. (Znowu wstaje i zaczyna spacerować) Nikt w naszym kraju nigdy nie został ukarany za to, że był dysydentem, lub miał poglądy inne niż nasi rewolucjoniści. Przestępstwa za które obywatel może być skazany są ściśle określone w naszym kodeksie karnym. Wiele z zawartym w nich praw zostało uchwalonych przed zwycięstwem naszej rewolucji, na wyzwolonych terenach gór Sierra Maestra, i dotyczyło kar dla oprawców i innych kryminalistów. Broniliśmy się i nie przestaniemy tego robić. Nie spodziewam się, że kontrrewolucjoniści wzniosą pomnik na moją cześć, lub uczczą mnie tak nasi wrogowie. Ale przez całą rewolucję stosowałem zasadę – stosowałem ją przez całe swoje życie – całkowitego poszanowania praworządności i nietykalności fizycznej. Jeśli musimy wymierzyć karę – nawet drastyczną – wymierzamy ją. Ale bez względu na to, co o nas mówią nasi wrogowie, bez względu na to, jakimi obrzucają nas kłamstwami, w historii naszej rewolucji nie było fizycznego znęcania się ani tortur! Wszyscy obywatele tego kraju, bez wyjątku, o tym wiedzą.

 

PLAYBOY: To daleko idące zaprzeczenie, panie prezydencie. Czy to oznacza, że każda historia o niesłusznym uwięzieniu lub torturach na Kubie, jakie mogliśmy słyszeć przez te wszystkie lata, to kłamstwo?
CASTRO: Tak. Nigdy nie musieliśmy posuwać się do niczego sprzecznego z prawem – siły, tortur czy zbrodni. Przez cała historię rewolucji nikt nie może wskazać choćby jednego przypadku tortur, morderstwa lub zaginięcia bez wieści – rzeczy, które są częste, które są codziennością w innych krajach Ameryki Łacińskiej. Kolejna sprawa: na Kubie nigdy żadna demonstracja nie została rozpędzona przez policję. Przez 26 lat żaden policjant nie użył gazu łzawiącego, nie pobił obywatela w czasie demonstracji ani nie poszczuł psów na ludzi. Nigdy żadna demonstracja nie została rozpędzona przez armię lub policję, co zdarza się codziennie każdego dania w Ameryce Łacińskiej i samych USA.


PLAYBOY: Tak jak w ZSRR i innych krajach bloku wschodniego. Dlaczego twierdzi pan, że Kuba jest wyjątkiem?
CASTRO: Ponieważ naród popiera swój rząd, broni go. Prawdziwe represje, o których mówię stosowane se w krajach, gdzie rządy sprawowane są przeciwko narodowi, gdzie rządy muszą bronić się przed ludem: w Argentynie, z jej wojskową dyktaturą; w Chile, Salwadorze i w innych krajach, gdzie są brutalne siły policyjne i szwadrony śmierci szkolone przez USA. Kiedy rewolucja to w istocie sami ludzie, nie potrzeba bronić jej gwałtami i niesprawiedliwością. Nasz rząd jest jedynym na tej półkuli, który – mówię to z dumą – nigdy nie stosował przemocy fizycznej ani nie dopuszczał się uprowadzeń lub zabójstw na tle politycznym.

 

PLAYBOY: Twierdzi pan, że sposób w jaki traktuje się u was dysydentów politycznych skutkuje większą wolnością niż mają Amerykanie?
CASTRO: Jestem pewien, że każdego dnia obywatele USA widzą u siebie rzeczy, których nie spotyka się u nas – akty przemocy przeciwko ludziom. U nas nikt nigdy nie widział ani nie zobaczy morderstwa orędownika praw obywatelskich, jakim był Martin Luther King. Takie rzeczy nigdy nie zdarzały się u nas, a mimo to nie przechwalamy się w kółko humanitaryzmem naszej rewolucji i przestrzeganiem praw człowieka.

 

PLAYBOY: Pan sam był w więzieniu przed rewolucją. Jak pan to wspomina?
CASTRO: Przed długi czas byłem odizolowany. Ludzie Batisty (obalonego później przez Castro dyktatora Kuby – przyp. red.) nie chcieli, bym stanął przed sądem, ponieważ obawiali się mojego publicznego wystąpienia. Zdemaskowałem wszystkie przestępstwa, jakie popełnił reżim i było jasne, że cała sprawa ma charakter polityczny. Nawet w więzieniu byłem w stanie zorganizować działalność polityczną – naukę, kursy historii, filozofii i nauk politycznych. Wysłano mnie na wyspę Pines, którą teraz nazywamy Wyspą Młodzieży. Dobrze się tam zorganizowaliśmy. Pamiętam jak pewnego razu sam Batista przyjechał na wyspę, by otworzyć niewielką elektrownię. W chwili kiedy miał odjeżdżać, zaczęliśmy śpiewać w więzieniu nasz hymn nawiązujący do powstania z 26 lipca. Batista myślał, że słyszy jakąś pieśń na swoją cześć – a może wydawało mu się, że jest to jakiś chór kościelny, lub coś podobnego. Ale kiedy dotarły do niego słowa „chciwi tyrani” do więzienia przyjechała policja. Nastąpiły drastyczne represje. Jeden towarzysz został pobity – był to czarnoskóry autor naszego hymnu. Inni zostali umieszczeni w izolatkach. Mnie trzymali w izolatce ponad rok. Tamtego dnia odcięli nam nawet prąd.

 

PLAYBOY: Czy zawsze było tak ciężko?
CASTRO: Mógłbym powiedzieć i kilka dobrych słów o więzieniu. Skorzystaliśmy z danego nam czasu. Bardzo dużo czytaliśmy, po 14–15 godzin dziennie. Przestudiowałem wiele marksistowskich dzieł. Udostępniono nam nawet Kapitał.

 

PLAYBOY: Przez wiele lat trwały spekulacje, kiedy został pan marksistą. Niektórzy mówili, że stało się to już po objęciu władzy, kiedy wrogość Waszyngtonu wepchnęła was w objęcia komunizmu. Ale wygląda na to, że opuścił pan więzienie już jako zdeklarowany komunista.
CASTRO: Nie. Byłem marksistą jeszcze przed aresztowaniem. Jeszcze przed naszą porażką w Moncada, w rezultacie której znalazłem się w więzieniu, głęboko podzielałem te przekonania. Nabyłem je wcześniej, kiedy czytałem książki o socjalizmie. Zostałem wtedy komunistą utopijnym. Studiując ekonomię przekonałem się o irracjonalnej, szalonej naturze kapitalizmu. Byłem na drugim roku studiów prawniczych, kiedy przekonałem się do teorii Marksa. Nie miałem wtedy wiedzy, jaką mam dzisiaj, ale gdyby nie wpływ teorii marksistowskich nie zacząłbym walczyć z Batistą.

 

PLAYBOY: Ostatnie doniesienia mówią, że Kuba gwałtownie rozbudowała swoje siły obronne. Czy mimo upływu lat nadal obawiacie się ataku lub inwazji ze strony USA? Czy myśli pan, że naprawdę istnieje realne zagrożenie?
CASTRO: (Bardzo zdecydowanie). To żadna tajemnica, że znacząco rozbudowaliśmy naszą obronę, zwłaszcza przez ostatnie 4 lata. Nie tylko zrewolucjonizowaliśmy także nasze myślenie o obronie. Przez ostatnie 4 lata włączyliśmy ponad półtora miliona mężczyzn i kobiet do naszej obrony terytorialnej, nie liczę tu armii i rezerwistów. Wyszkoliliśmy dziesiątki tysięcy członków kadry dowódczej. Przygotowaliśmy się na wszelkie możliwe scenariusze agresji na Kubę, nawet te najgorsze. Nawet w najbardziej odległych zakątkach Kuby ludzie są zorganizowani i gotowi walczyć w każdych okolicznościach, przeciwko każdemu najeźdźcy. Dlaczego to zrobiliśmy? Oczywiście nie dla sportu czy zabawy, nie dlatego, że lubimy broń. Wolałbym móc użyć słów Hemingwaya: „Pożegnanie z bronią”. To była odpowiedź na otwartą, zadeklarowaną politykę siły i pogróżek stosowaną przez władze USA.

 

PLAYBOY: Mówi pan, że stało się to w ostatnich czterech latach, więc to oczywiste, że czujecie się zagrożeni polityką administracji Reagana.
CASTRO: Rozpoczęliśmy te przygotowania jeszcze przed objęciem władzy przez obecną ekipę, kiedy zdaliśmy sobie sprawę z fali konserwatyzmu i wielkich kłopotów gospodarczych, które mogą przeciągnąć amerykańskich wyborców na stronę szowinistycznej polityki, kiedy zobaczyliśmy, że republikanie mogą zdobyć władzę. Znaliśmy ich program, idee i filozofię dotyczącą spraw regionu karaibskiego i Ameryki Łacińskiej. Partia republikańska nie kryła się z nimi, otwarcie mówili o tym w swoim programie. Obecna administracja jest bardzo silnie zideologizowana. Z ideami i mentalnością krzyżowców praktycznie obrali za cel zmiecenie socjalizmu z powierzchni ziemi. W innych czasach byli już tacy ludzie, którzy mieli podobny cel i wiemy, czym to się skończyło. Wzmogliśmy nasz wysiłek po inwazji na Grenadę. To co zrobiliśmy jest logiczne. Nie mogliśmy czekać, aż amerykańska administracja zdecyduje się na inwazję Kuby. Nie mogliśmy pozwolić sobie na taki błąd. Ci którzy go popełnili, nie przeżyli.

 

PLAYBOY: Czy myśli pan, że USA będą interweniować militarnie w Nikaragui?
CASTRO: Nie wykluczam interwencji wojskowej. To oczywiste, że administracja Reagana ma obsesję na punkcie Nikaragui. Dokładniej mówiąc, to prezydent USA ma obsesję, osobiście zaangażował się w tę sprawę. I to w pewnym momencie może spowodować interwencję. To oczywiste, że administracja zmierza w tym kierunku. Zbudowano nowe lotniska w Hondurasie, rozbudowano i poszerzono stare. Rozmieszczono lądowe i morskie instalacje wojskowe, centra szkoleniowe i liczne oddziały. Ćwiczenia i manewry wojskowe mają na celu wywołanie napięcia i przygotowanie inwazji – wtedy, kiedy taka decyzja zostanie podjęta. Już teraz jest to możliwe: czołgi, pojazdy opancerzone i inny sprzęt wojskowy są na miejscu – wszystkie warunki militarne zostały spełnione.

 

PLAYBOY: Nie wierzy pan, że administracja Reagana pragnie pokojowego rozwiązania w Nikaragui?
CASTRO: Celem administracji Reagana w Nikaragui jest zniszczenie rewolucji sandinistycznej. A w Salwadorze wybicie do nogi rewolucjonistów. Mówiąc ogólnie, chce raz na zawsze zniszczyć ducha buntu wśród narodów Ameryki Środkowej. Jakby administracja Reagana chciała dać ostrą nauczkę, aby nikt więcej w Ameryce Środkowej i Łacińskiej już nigdy nie buntował się przeciwko tyranom służącym interesom USA, przeciwko głodowi i wyzyskowi – by nikt nigdy nie walczył o niepodległość i sprawiedliwość społeczną.

 

PLAYBOY: Waszyngton uważa, że problem nie leży w tym, jak Nikaraguańczycy i Kubańczycy rządzą swoimi krajami, ale w tym, że rozszerzają rewolucję na inne państwa.
CASTRO: Powiedziałem kiedyś, że Kuba nie posiada broni nuklearnej, ale ma broń moralną. Jeśli USA czują się zagrożone altruizmem i poświęceniem kubańskich nauczycieli i lekarzy przebywających w innych krajach, być może mają rację, że się boją. Bo ci pracownicy są obdarzeni wyższą moralnością. Jeśli boją się naszych idei, to powiem – tak, mają czego się obawiać. To dlatego wymyślono tyle kłamstw. Ale twierdzić, że stanowimy fizyczne zagrożenie dla USA – to absurd. Jak Kuba czy Nikaragua może stanowić zagrożenie dla kraju, który ma 16 lub 17 lotniskowców, 300 baz wojskowych na całym świecie, tysiące pocisków nuklearnych? Jak kraj Trzeciego Świata, który nie produkuje samolotów, może zagrozić państwu, które rozważa obronę typu „Wojny gwiezdne”? To żałosne pranie mózgów.

 

PLAYBOY: Pomówmy o Salwadorze. Wasi krytycy mówią, że Kuba pracuje nad obaleniem nowo wybranego rządu prezydenta José Napoleona Duarte dostarczając broń rebeliantom. Czy to prawda?
CASTRO: Nie wiem skąd bierze się opinia o legalności tego rządu. Wszyscy wiedzą, że była tam wojna domowa. Wszyscy wiedzą, że w ciągu ostatnich 6 lat szwadrony śmierci i armia zamordowały tam ponad 50 tysięcy osób. Wszyscy wiedzą, że było tam prawdziwe ludobójstwo i że sam Duarte przyczynił się do tej zbrodni. Był wspólnikiem, jest współodpowiedzialny za te przestępstwo. Nie może zrzucić odpowiedzialności za to co działo się w Salwadorze przez ostatnie 5 lat.

 

PLAYBOY: Ale czy Duarte nie został wybrany przez naród w wolnych, demokratycznych wyborach?
CASTRO: Nie! (Uderza w stół) Wszyscy wiedzą, w jakich warunkach odbyły się wybory – wśród najbardziej okrutnych represji, terroru i wojny. Wszyscy wiedzą, że kampania wyborcza została zaplanowana w USA, że partie polityczne były zmanipulowane przez USA, że finansowane to wszystko było przez CIA. Obecny rząd i wszystkie inne rzekomo legalne instytucje powstały w wyniku matactwa USA. Augusto Pinochet z Chile też mógłby powiedzieć, że jego rządy są legalne po tym jak narzucono narodowi faszystowską konstytucję w tak zwanym referendum, w którym poddano pod głosowanie tylko jego projekt. Właściwie można się zastanawiać, dlaczego USA uznają wybory w Salwadorze za legalne, a w Nikaragui za nielegalne. Pomimo że wybory w Nikaragui były sabotowane przez USA, ludzie głosowali z entuzjazmem. Sandiniści i lewica zdobyła ponad siedemdziesiąt procent głosów. Świadkami tego było tysiąc obserwatorów z całego świata: przedstawiciele rządów, organizacji politycznych i partii i zagraniczni dziennikarze.

 

PLAYBOY: Jak pan mówi, obie strony mają swoje argumenty. Pozostaje pytanie, czy Kuba naprawdę starała się ze wszystkich sił obalić rządy prezydenta Duarte? Jeśli tak, to jakie macie prawo wtrącać się w wewnętrzne sprawy innego kraju?
CASTRO: W najmniejszy sposób nie obchodzą mnie oskarżenia dotyczące naszych stosunków i solidarność z Salwadorem. USA doskonale wiedzą, że wysyłanie broni rewolucjonistom z Salwadoru jest bardzo trudne, praktycznie niemożliwe. Mówiliśmy o tym. Ale nie obchodzi mnie wyjaśnianie tych spraw, ponieważ w kategoriach moralnych uważam pomaganie rewolucjonistom salwadorskim za całkowicie właściwe. Oni walczą za swój kraj, to nie jest interwencja zagraniczna, brudna wojna jaką prowadzi CIA przeciw Nikaragui. Ta walka narodziła się wewnątrz kraju i trwa od wielu lat. Natomiast mogę was zapewnić, że głównym dostawcą broni dla rewolucjonistów z Salwadoru jest Pentagon – poprzez zaopatrywanie salwatorskiej armii. To samo działo się w Wietnamie: rewolucjoniści przechwytywali wielkie ilości uzbrojenia dostarczanego przez USA marionetkowej armii. Nie wiem kto ma moralne prawo krytykować Kubę za rzekome dostarczanie broni Salwadorczykom, kiedy USA otwarcie przyznają się do pomocy najemnikom Somozy w obaleniu rządu Nikaragui.

 

PLAYBOY: Jakie ma pan dowody na to, że CIA sfałszowało wybory prezydenckie w Salwadorze? Czy nie przebiegały pod takim samym nadzorem jak te w Nikaragui, które pańskim zdaniem były uczciwe?
CASTRO: Takie informacje opublikowano w USA i CIA publicznie się do tego przyznało. Dali pieniądze nie tylko chrześcijańskim demokratom, ale i innym partiom i pokryli wydatki na kampanię wyborczą. Dowody są niepotrzebne, sami się przyznali.

 

PLAYBOY: Wspomniał pan o Grenadzie. Jak pan wytłumaczy porażkę rewolucji socjalistycznej w tym kraju?
CASTRO: Inwazja na Grenadę była moim zdaniem jednym z najhaniebniejszych i bezwstydnych uczynków, jakie tak potężny kraj jak USA mógł popełnić wobec małego państwa. To co tam się stało nie ma nic wspólnego z porażką socjalizmu. W Grenadzie następował proces zmian społecznych, a nie socjalistyczna rewolucja. Uważam, że to co otworzyło drzwi przed inwazją, pretekstem podanym USA na srebrnej tacy, była działalność ambitnej i ekstremistycznej grupy sekciarzy. Uważam, że główną odpowiedzialność za wewnętrzną sytuację ponosi Bernard Coard, rzekomy teoretyk rewolucji, który powodowany swoimi ambicjami spiskował przeciwko popularnemu przywódcy Maurice Bishopowi.

 

PLAYBOY: Czy sądzi pan, że USA interweniowałyby w Grenadzie, gdyby Bishop pozostał u władzy?
CASTRO: Nie. Gdyby Bishop żył i stał na czele narodu, USA byłoby bardzo trudno dostroić polityczne aspekty interwencji i zjednoczyć tę grupę karaibskich marionetek w tak zwaną koalicję policyjną, w której nie uczestniczył żaden policjant z Karaibów, a wyłącznie amerykańscy żołnierze.

 

PLAYBOY: Twierdzi pan, że Amerykanom do inwazji posłużył pretekst. Ale prezydent Reagan twierdził, że USA nie miały wyboru i musiały interweniować w Grenadzie, ponieważ Kuba budowała tam lotnisko i dostarczała broń, by rozszerzać wpływy rewolucji. No i oczywiście dlatego, że amerykańscy studenci medycyny znaleźli się na Grenadzie w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Dlaczego USA nie mają prawa bronić swych obywateli i zapobiegać ekspansji rewolucji?
CASTRO: Amerykańskiej inwazji towarzyszył potok bezprzykładnych kłamstw. Przede wszystkim amerykańskim studentom nic nie groziło na wyspie. Pierwszą rzeczą, jaką zrobili zamachowcy, było zagwarantowanie bezpieczeństwa każdemu, a zwłaszcza amerykańskim studentom medycyny. Byli najbezpieczniejszymi ludźmi na Grenadzie. Co do lotniska: Amerykanie twierdzili, że był to obiekt wojskowy, gdy tymczasem żadna cegła jaka trafiła na to lotnisko nie była dostarczona przez wojsko. Było budowane przy współudziale Unii Europejskiej, Anglii, Kanady i innych sojuszników USA.

 

PLAYBOY: Jak wyjaśnić fakt, że ludność Grenady z radością powitała amerykańską interwencję i popierała jej cele?
CASTRO: Bardzo wątpię, czy to poparcie było tak szczere i powszechne jak sugerujecie. Bishop był bardzo kochany przez naród. Był przywódcą ludu Grenady. Cieszył się prawdziwym, szczerym i entuzjastycznym poparciem. Grupa zaangażowana w przewrót spiskowała przeciwko niemu. Aresztowali go, strzelali do protestujących ludzi; i co więcej, zamordowali Bishopa i innych przywódców. To oczywiście wywołało wielkie oburzenie i konsternację wśród mas. USA interweniowały twierdząc, że ich jedynym, szlachetnym celem jest wyzwolenie kraju spod władzy tych ludzi. Mówili, że ukarzą morderców Bishopa i tych co strzelali do tłumów. To zrozumiałe, że dużo ludzi w tym kraju, być może nawet większość, była skłonna poprzeć inwazję.

PLAYBOY: A co z poparciem opinii publicznej w USA? Większość obywateli poparła decyzję prezydenta Reagana.
CASTRO: Opinia publiczna w USA została zmanipulowana przez potok lejących się bez przerwy kłamstw. Wykorzystano melodramatyczne akcenty: studenci całujący amerykańską ziemię po powrocie, frustrację i gorycz jaka pozostała po awanturze wietnamskiej i waszej upokarzającej klęsce; problem poległych w Libanie marines i pamięć o zakładnikach w Iranie. Te wszystkie elementy obecne w emocjach Amerykanów zostały wykorzystane z zimną kalkulacją. Ludźmi da się manipulować. Można ich nawet skłonić, by oklaskiwali zbrodnie. Kiedy naziści zajęli Austrię, naród niemiecki cieszył się. Kiedy okupowano Warszawę, znaczna część narodu niemieckiego była zadowolona. Niektórzy Amerykanie cieszyli się po inwazji na Wietnam. Później zobaczyliśmy, jakie to miało konsekwencje. Wierzę, że przyszłe pokolenia Amerykanów będą wstydziły się, w jaki sposób obywatele ich kraju dali sobą manipulować.

 

PLAYBOY: Porównuje pan „haniebną” inwazję na Grenadę z agresją nazistowskich Niemiec. Niektórzy mogliby powiedzieć, że działalność radzieckich oddziałów w Afganistanie byłaby lepszym porównaniem. Jak to możliwe, że rozlew krwi spowodowany przez sowiecką inwazję w tym kraju nie stał się powodem wstydu i zakłopotania krajów socjalistycznych?
CASTRO: Afganistan jest jednym z najbardziej zacofanych krajów na świecie, gdzie reżim feudalny rządził do kwietnia 1978 roku. Analfabetami było tam prawie 90 proc. ludności, a śmiertelność niemowląt wynosiła 235 na każde tysiąc narodzin. To jeden z najwyższych wskaźników na świecie. 70 proc. ziemi znajdowało się w rękach 2 tysięcy rodzin, a ludność składała się z 1500 plemion. Uważam, że Afganistan to jedno z miejsc, gdzie rewolucja stała się wręcz nieodzowna. Kiedy wybuchła – bo było to nieuniknione – CIA rozpoczęła swoje dywersyjne operacje, dokładnie tak jak w Nikaragui. Od początku rewolucji USA zainwestowały miliard dolarów w pomoc kontrrewolucyjnym gangom. Rewolucja afgańska doprowadziła do serii napięć w tym regionie. Kuba zaangażowała się, by znaleźć rozwiązania – między innymi gościliśmy szósty szczyt Państw Niezaangażowanych w Hawanie w 1979 roku. Tam poznałem prezydenta Afganistanu Tarakiego. Poznałem też człowieka, który pozbawił go władzy i kazał go zamordować – Amina. To był człowiek, który zaczął upodabniać się do Pol Pota, ludobójczego przywódcy Kambodży. Nie potraficie sobie wyobrazić, jaki to był miły człowiek! Wiecie, mam rzadki przywilej spotykać pewnych ważnych ludzi, których uznalibyście za doskonale wychowanych i wykształconych, którzy studiowali w Europie lub USA. A później okazuje się, że dokonywali okropnych rzeczy. Jakby w pewnym momencie postradali zmysły. Wydaje się, że komórki nerwowe w mózgach niektórych ludzi nie radzą sobie ze złożonością polityczną rewolucyjnych problemów. Takie jednostki czynią czasem szalone rzeczy, naprawdę zadziwiające. W każdym razie każdy z nich miał swój udział w tych wypadkach, dopóki nie rozegrały się wydarzenia z końca 1979 roku. Sowieci pomagali Afgańczykom, to prawda, i to Taraki pierwszy poprosił ich o pomoc. Amin później poprosił o to samo. Było tam sporo Sowietów, specjalistów pomagających w wielu dziedzinach – wojskowej, gospodarczej, technicznej. Wojska radzieckie – bardzo liczne oddziały – zostały przysłane później.

 

PLAYBOY: To znaczy wtedy, kiedy dokonali inwazji. Twierdzi pan, że zostały tam wysłane na skutek prowokacji?
CASTRO: Rozpoczęły się akcje kontrrewolucjonistów z zagranicy. Rewolucje zawsze powodują liczne komplikacje i przyprawiają wielu o ból głowy. Każdą rewolucję to spotkało. Rewolucję francuską z 1789 r., rosyjską z 1917 r., chińską i wietnamską rewolucję, rewolucję na Kubie i w Nikaragui. Nie ma wyjątków, wszystkie problemy pojawiają się z powodu tych samych sił, które z zewnątrz próbują zdławić rewolucję. To samo stało się w Afganistanie.

 

PLAYBOY: Więc pana zdaniem to CIA jest winna inwazji radzieckiej?
CASTRO: CIA robiła, i nadal robi, wszystko co w jej mocy, by sprawić problemy rządowi w Afganistanie i Sowietom. Dostarcza olbrzymią ilość broni i pieniędzy do Afganistanu używając emigrantów, wykorzystując polityczne zacofanie części narodu afgańskiego, wykorzystując religię – używa każdego możliwego narzędzia, by tworzyć trudności dla afgańskich rewolucjonistów i dla Sowietów. Nie sądzę, żeby CIA była szczególnie zainteresowana propagowaniem pokoju w tym kraju.

 

PLAYBOY: Nastąpiła przecież krwawa inwazja. Jak może pan bronić sowieckich działań i jednocześnie głosić swoją filozofię rewolucji i wyzwolenia?
CASTRO: Szczerze wierzę, że rewolucja afgańska była sprawiedliwa i konieczna i nie możemy popierać niczego, co może jej zagrozić. Sympatyzujemy z rewolucją afgańską i popieramy ją, mówię to otwarcie. Ale myślę, że Afganistan mógłby być krajem niezaangażowanym – ale takim, w którym rządziłaby władza rewolucyjna. Jeśli zwycięży rozwiązanie oparte na idei, by Afganistan powrócił pod władzę starego reżimu i poświęcił rewolucję, nie sądzę, aby mógł tam trwale zapanować pokój. Myślę, że w interesie wszystkich sąsiednich krajów – w tym Związku Sowieckiego – leży znalezienie innego rozwiązania. I wierzę, że zastosowanie zasady poszanowania afgańskiej niepodległości i prawa narodu do przekształceń społecznych, zbudowania systemu politycznego który uważa za najlepszy i posiadanie niezaangażowanego rządu – tak jak kraje Trzeciego Świata – powinno posłużyć jako podstawa rozwiązania problemu.

 

PLAYBOY: Bezustannie opisuje pan USA jako źródło licznych problemów świata, ale nie chwali pan, ani nie potępia Związku Radzieckiego. A tymczasem wiele osób postrzega Sowietów jako podżegaczy wojennych, a radziecką politykę zagraniczną jako ekspansjonistyczną. Inwazja w Afganistanie i zdławienie Solidarności pasuje do tego obrazu.
CASTRO: Nie można żądać od Związku Radzieckiego by nie reagował, gdy czuje się zagrożony. Uważam, że te oskarżenia o podżeganiu do wojny nie maja oparcia w historii. Cofnijmy się na chwilę w czasie. Ten, kto zna historię radzieckiej rewolucji, nie może zignorować faktu, że pierwszym dekretem Lenina było ogłoszenie pokoju. Natychmiast, 24 godziny po zwycięstwie rewolucji w 1917 roku kraje Zachodu najechały Rosję. To Lenin pierwszy sformułował zasadę, że wszystkie narody, które wchodziły w skład imperium carskiego, mają prawo do niepodległości.

 

PLAYBOY: Proszę wybaczyć, ale…
CASTRO: (Macha dłonią, by mu nie przerywać) Mógłbym przytoczyć przykład Finlandii, która wchodziła w skład imperium i odzyskała niepodległość. Tak, każdy kto studiował historię wie, że Lenin musiał stoczyć wielką batalię, by wprowadzić tę zasadę. Nie można zignorować faktu, że kiedy to się działo, przeciwko narodowi sowieckiemu podejmowano akcje zbrojne ze strony wszystkich państw Zachodu: Niemcy zaatakowały Ukrainę i zajęły Kijów, Francuzi nacierali od południa, Anglicy w rejonie Murmańska od północy, Japonia i USA na wschodzie. Wszyscy się przyłączyli. Pierwsza wojna światowa się skończyła, ale interwencja w Związku Sowieckim trwała jeszcze kilka lat. Dobrze wiemy, co się stało później. Nawet Finlandia została wykorzystana przez faszystowskie Niemcy do ataku na Związek Radziecki. Kraj został najechany i jak sądzę, najnowsza historia nie zna podobnego przykładu masowych zniszczeń i mordów, jakich dokonał tam faszyzm. Po drugiej wojnie światowej Związek Radziecki został otoczony przez dziesiątki baz nuklearnych – w Europie, na Bliskim Wschodzie, w Turcji, która graniczy z Sowietami, na Oceanie Indyjskim, Japonii i innych krajach Wschodu. I przez floty w pobliżu jego wybrzeży, na Morzu Śródziemnym, Oceanie Indyjskim, Pacyfiku. Nikt nie może zaprzeczyć tym faktom. Został otoczony przez bombowce strategiczne, atomowe łodzie podwodne, bazy wojskowe, placówki szpiegowskie, instalacje elektroniczne – ten kraj został całkowicie otoczony. Jak można nazywać Związek Radziecki podżegaczem wojennym i oskarżać o agresywne zachowania w obliczu tych historycznych faktów? Jak możemy nie wyjaśnić sowieckiej reakcji, wrażliwej na to, co dzieje się w pobliżu ich granic? Kto jest historycznie odpowiedzialny za ten brak zaufania u Sowietów? Jak można tak prostacko objaśniać politykę międzynarodową?

 

PLAYBOY: Wiele ludzi sądzi, że następna wojna na dużą skalę wybuchnie w Afryce Południowej. Jest pan przeciwnikiem apartheidu. Co pana zdaniem można tam zrobić?
CASTRO: (Najbardziej rozemocjonowanym głosem w ciągu całej rozmowy) Apartheid to najbardziej haniebna, wstrząsająca i niewyobrażalna zbrodnia, jaka istnieje we współczesnym świecie. Nie znam niczego równie potwornego – z punktu widzenia moralnego i po prostu ludzkiego – jak apartheid. Zwłaszcza po walce z nazistowskim faszyzmem, po uzyskaniu niepodległości przez państwa kolonialne, istnienie apartheidu jest hańbą dla ludzkości. Jednak najbardziej uprzemysłowione kraje – w tym USA – poczyniły poważne inwestycje i współpracują gospodarczo i naukowo z reżimem apartheidu. I dostarczają mu broni. W rzeczywistości RPA jest sojusznikiem Zachodu i to Zachód sprawia, że ten system może trwać. USA systematycznie sprzeciwiają się wszelkim sankcjom wymierzonym w reżim południowoafrykański.

 

PLAYBOY: Jakie działania międzynarodowe proponowałby pan, by zmusić RPA do zniesienia apartheidu?
CASTRO: Dopóki Afryka Południowa będzie otrzymywać pomoc technologiczną i gospodarczą oraz broń, pozostanie niezmieniona i będzie trwać na swych pozycjach. Będzie dalej szantażować Zachód. RPA, podobnie jak Pinochet, inny faszystowski sojusznik Zachodu, chce uchodzić w oczach Zachodu jako główny lider antykomunizmu i przeciwnik wszelkich zmian społecznych. Zastanawiam się, czy w ciągu ostatnich 40 lat istniał jakiś faszystowski reżim, który nie byłby sojusznikiem USA? W Hiszpanii reżim Franco, w Portugalii reżim Salazara, w Korei Południowej faszystowska soldateska. W Ameryce Środkowej Somoza i wojskowe dyktatury w Gwatemali i Salwadorze. No i Stroessner, dyktatury wojskowe w Argentynie, Urugwaju i Brazylii, podobnie jak reżim Duvaliera. Nie znam żadnego reakcyjnego, faszystowskiego kraju, który nie byłby w sojuszu z USA. Tak, Zachód jest odpowiedzialny za trwanie apartheidu. Jak można usprawiedliwiać agresywne, dywersyjne kroki przeciwko Nikaragui, blokadę ekonomiczną Kuby – która trwa już od 26 lat – a następnie mówić o konstruktywnych stosunkach z reżimem stosującym apartheid? Gdyby Afryka Południowa została skutecznie odizolowana, gdyby wprowadzono odpowiednie sankcje ekonomiczne i wszyscy by się do nich stosowali, apartheid by się skończył. Środki jakich USA używają przeciwko krajom socjalistycznym nie są stosowane przeciwko apartheidowi! Apartheid nie wywołuje wystarczająco wielkiego obrzydzenia u przywódców świata zachodniego, powoduje jedynie nieliczne kłopotliwe sytuacje, które próbują zatuszować oświadczeniami pełnymi hipokryzji.

 

PLAYBOY: Czy w związku z tym poparłby pan międzynarodową interwencję w RPA?
CASTRO: Nie. Nie uważam by trzeba było stosować przemoc. Nie ma takiej potrzeby. Potrzeba po prostu międzynarodowego nacisku – politycznego, moralnego, technologicznego i ekonomicznego. To w najmniejszym stopniu nie skrzywdzi większości ludności RPA, która żyje w gettach i która co dzień jest masakrowana i mordowana. Nie ma miesiąca bez mordów na większą bądź mniejszą skalę.

 

PLAYBOY: Mówi pan z taką pasją o Afryce Południowej, ale Kuba została powszechnie potępiona za swoje militarne zaangażowanie w innych krajach Afryki. Jak pan usprawiedliwi wysłanie wojsk kubańskich do Angoli i Etiopii?
CASTRO: W 1975 r. po raz pierwszy wysłaliśmy nasze wojska poza granice kraju, dokładnie w tym czasie, kiedy Afryka Południowa najechała Angolę, po odzyskaniu przez nią niepodległości. Jesteśmy jedynym krajem, który podjął walkę z rasistami i faszystami z Afryki Południowej, jedynym państwem na świecie, oczywiście oprócz zaatakowanej Angoli. Zapewniam was, że wszystkie kraje afrykańskie są wdzięczne i podziwiają działania Kuby. Nasze oddziały nadal tam są, aby zapewnić ochronę Angoli przeciwko operacjom RPA. Tak to wyglądało, po prostu i zwyczajnie. To była niespodziewana sytuacja, w której ktoś musiał podjąć walkę z rasistami, a nie – jak twierdziły USA – część jakiejś większej operacji planowanej przez Związek Radziecki.

 

PLAYBOY: A co z Etiopią? Tam nie było inwazji z Afryki Południowej.
CASTRO: Jeszcze do niedawna w Etiopii panował reżim feudalny. Przed rewolucją w Etiopii występowało nawet niewolnictwo. Doceniamy wagę rewolucji w Etiopii, jednym z największych krajów Afryki, kraju z najdłuższą tradycją niepodległości, ale bardzo biednym, jednym z najbiedniejszych. Tuż po rewolucji nawiązaliśmy stosunki z nowymi przywódcami etiopskimi. Popieraliśmy ich socjalistyczny eksperyment, wysyłaliśmy tam lekarzy, instruktorów i broń. Potem nastąpiła inwazja z Somalii, której celem było opanowanie bogatych w ropę terenów. To było na południu, a na północy zaatakowali separatyści popierani przez Amerykanów, Sudan i Arabię Saudyjską. Etiopia przeżywała trudne chwile, rewolucja była zagrożona. Naród etiopski potrzebował naszej pomocy i ją otrzymał. Nikt im nie pomógł, kiedy zostali najechani przez oddziały Mussoliniego, ale tym razem otrzymali pomoc z maleńkiej Kuby.

 

PLAYBOY: W jednym z tych przypadków interweniowaliście w czymś, co można nazwać wojną domową. W rezultacie macie wojska w dwóch afrykańskich krajach, chociaż kryzys już minął. Naprawdę twierdzi pan, że wojska kubańskie są tam w słusznej sprawie?
CASTRO: W Etiopii zostało tylko kilka dobrze wyekwipowanych jednostek – zdolnych do walki – na znak naszej solidarności. Zostaną tam tak długo, jak rząd etiopski uzna to za stosowne. Inna jest sytuacja w Angoli, kraju o mniejszej liczbie ludności, z mniejszym doświadczeniem, który stoi w obliczu potęgi militarnej RPA. Tam także trwa brudna wojna, wywołana przez Afrykę Południową na wzór tego, co robią USA w Nikaragui. Uważam, że kubańskie wojska wykonują szlachetne zadanie, jedno z najbardziej chwalebnych w historii Afryki. Jestem przekonany, że nic nie zatrzyma biegu historii. Nic nie powstrzyma dziesiątków milionów Afrykańczyków żyjących w gettach, bantustanach, aby pewnego dnia stali się panami własnego losu we własnej ojczyźnie. Obozy koncentracyjne w Dachau i Auschwitz także w końcu przestały istnieć.

 

PLAYBOY: W przeszłości wypowiadał się pan z goryczą o 26-letniej blokadzie Kuby nałożonej przez USA. Czy z jej powodu – i waszych wewnętrznych problemów – nie musieliście ograniczyć ważnych programów społecznych, które rewolucja obiecała po zwycięstwie?
CASTRO: Nie, wcale nie. My już teraz wiemy, co będziemy robić przez następne 15 lat w dziedzinie rozwoju gospodarczego i społecznego. Mamy program przemysłowy i rolniczy, programy budownictwa mieszkaniowego, edukacji, kultury, sportu i zdrowia. Pomimo blokady są obszary, takie jak publiczna służba zdrowia i edukacja, w których w niedalekiej przyszłości wyprzedzimy USA. Dlatego też racjonalnie używamy naszych zasobów, aby podtrzymywać rozwój gospodarczy w interesie narodu. Z pewnością nie sięgniemy po takie metody jak ograniczenie pomocy dla starszych osób, redukcję emerytur, ograniczenie dostępu do służby zdrowia, zamykanie szpitali i zmniejszanie wydatków na szkolnictwo. Nie poświęcimy programów społecznych, tak jak to czynią USA, by budować lotniskowce, pociski rakietowe i inne narzędzia zagłady, na które świat patrzy z takim obrzydzeniem.


PLAYBOY: Czy chce pan powiedzieć, że Kuba może osiągnąć więcej w dziedzinie polityki społecznej niż USA?
CASTRO: Chcę powiedzieć, że podczas gdy USA sięgnęły ostatnio po metodę obcinania lub zamrażania wydatków na programy społeczne i pomoc ubogim, w naszym kraju są to priorytety. Zamiast obcinać fundusze, jak w Stanach, zwiększamy je każdego roku, bo nasza gospodarka się rozwija.

 

PLAYBOY: Mówi pan także, że pomimo problemów, o których wcześniej pan wspominał, Kuby nie dotknął kryzys, z którym zmagają się kraje Trzeciego Świata.
CASTRO: Tak. W związku z czynnikami, o których już mówiłem, jesteśmy jedynym krajem Ameryki Łacińskiej i Karaibów, który nie ucierpiał z powodu obecnego kryzysu ekonomicznego. Nie odczuliśmy jego skutków, z wyjątkiem zmniejszenia o 15 proc. naszego handlu z krajami Zachodu, które oczywiście żądają wysokich cen za swoje towary, płacą mało za nasze i zmuszają nas do płacenia wysokich odsetek za nasze zagraniczne zadłużenie.

 

PLAYBOY: No i oczywiście wasza gospodarka jest związana z blokiem sowieckim.
CASTRO: 85 proc. naszej wymiany handlowej odbywa się z w ramach wspólnoty socjalistycznej i to zapewnia nam solidną podstawę do stałego wzrostu gospodarczego. Dlatego mamy moralne prawo, by mówić o kryzysie ekonomicznym i zadłużeniu państw Ameryki Łacińskiej. Nie musimy zachowywać milczenia w tej sprawie. I dlatego właśnie głośno o tym mówimy. Ale możemy czuć się bezpieczni, bo na szczęście w niewielkim stopniu jesteśmy uzależnieni od świata Zachodu i nie jesteśmy w żaden sposób uzależnieni od USA. Zastanawiam się, ile państw mogłoby tak powiedzieć o sobie.

 

PLAYBOY: Niektórzy mogliby powiedzieć, że po prostu zamieniliście zależność od USA na inną zależność. Od Związku Radzieckiego.
CASTRO: To śpiewka stara jak świat. W rzeczywistości uważamy się za najbardziej uprzywilejowany kraj ze wszystkich, bowiem w świecie, gdzie każdy jest zależny od USA, istnieje jeden wyjątek – Kuba. To wyjątkowy przywilej.

 

PLAYBOY: Ale zapłaciliście za to cenę – częścią niezależności.
CASTRO: Sowieci udzielili nam wsparcia bez żadnych warunków wstępnych. Nie mówią, co Kuba może zrobić, a czego nie. Na przestrzeni 26 lat nie przypominam sobie ani jednego wypadku, kiedy próbowaliby nam powiedzieć, co mamy zrobić w naszej polityce zewnętrznej lub wewnętrznej. A krytyka naszej zależności od Związku Radzieckiego przypomina stwierdzenie: „Słuchajcie, my zatopiliśmy statek, a wy korzystacie z szalupy ratunkowej”. Żaden kraj na świecie pod względem ekonomicznym nie może być samotną wyspą. Wy w USA jesteście uzależnieni od Arabii Saudyjskiej, Kuwejtu i innych państw Zatoki Perskiej, bo potrzebujecie ropy naftowej. My także jesteśmy zależni od innych, w mniejszym lub większym stopniu.

 

PLAYBOY: Wyobraźmy sobie taką sytuację, że USA są gotowe nawiązać stosunki handlowe z Kubą. Co wtedy?
CASTRO: Szczerze mówiąc USA mają coraz mniej do zaoferowania Kubie. Gdybyśmy mogli eksportować nasze towary do Stanów, musielibyśmy zacząć projektować nowe linie produkcyjne, ponieważ wszystko co wytwarzamy obecnie i co będziemy produkować w ciągu najbliższych 5 lat, zostało już sprzedane na innych rynkach. Musielibyśmy je odebrać krajom socjalistycznym, a one płacą nam lepiej niż USA. No i mamy z nimi lepsze stosunki. Ludowe przysłowie mówi: „Nie zamieniaj krowy na kozę”.

 

PLAYBOY: Sprawy gospodarcze dla szerokiego ogółu są czasem zbyt trudne, ale wszyscy na pewno słyszeli o jednym – o rosnącym zadłużeniu Ameryki Łacińskiej wobec krajów Zachodu, a zwłaszcza wobec USA. Wypowiadał się pan ostatnio przeciwko próbom wywierania nacisku na te kraje, by spłaciły swój dług. Czy nie uważa pan, że państwa mają moralny obowiązek spłacić swoich wierzycieli?
CASTRO: Jakieś 20 lub 25 lat temu Ameryka Łacińska w zasadzie nie miała długów. Teraz sięgają one 360 miliardów dolarów. Na co poszły te pieniądze. Część wydano na zbrojenia. W Argentynie na przykład, dziesiątki miliardów dolarów przeznaczono na zbrojenia, a to samo dotyczy Chile i innych krajów. Inna część tych pieniędzy została sprzeniewierzona, skradziona i umieszczona w szwajcarskich i amerykańskich bankach. Kolejna część wróciła do USA i Europy w ramach przepływu kapitału. Kiedy tylko mówiło się o dewaluacji, bogaci ludzie z obawy przed nią wymieniali swoje pieniądze na dolary i umieszczali je w bankach USA. Kolejną część pieniędzy zmarnotrawiono. Jeszcze inną niektóre kraje zużyły, by pokryć wzrost cen ropy naftowej. I wreszcie pewną część zużyto na projekty gospodarcze.

 

PLAYBOY: Z całym szacunkiem, ale nie odpowiedział pan na pytanie. Czy narody nie mają moralnego obowiązku spłacać swoich długów?
CASTRO: Mówicie, że istnieje moralny obowiązek. Kiedy mówicie o narodach, mówcie o ludziach, robotnikach, rolnikach, studentach i klasie średniej – lekarzach, inżynierach, nauczycielach, ludziach różnych zawodów – i innych warstwach społecznych. Czy ci ludzie skorzystali na miliardach wydanych na zbrojenia, zdeponowanych w amerykańskich bankach, zmarnowanych i ukradzionych? Czy ci ludzie coś zyskali na zawyżonym kursie dolara lub na wysokości odsetek? Nie dostali absolutnie nic. A kto musi spłacić ten dług? Ludzie – robotnicy, rolnicy i przedstawiciele wolnych zawodów. Każdy musi liczyć się z obniżką płacy, mniejszym dochodem, musi godzić się na duże poświęcenia. Co to za moralność, która doprowadza do przelewu krwi, by zmusić ludzi do spłacenia długu, tak jak było to w Dominikanie, której Międzynarodowy Fundusz Walutowy narzucił nierealistyczne warunki. W rezultacie zabito dziesiątki osób, a kilkaset zostało rannych. Ludzie muszą protestować, ponieważ zmusza się ich do spłaty długu, którego nie zaciągnęli i który nie przyniósł im żadnych korzyści.

 

PLAYBOY: Panie prezydencie, czy chce pan powiedzieć, że kraje Trzeciego Świata powinny po prostu anulować swoje długi?
CASTRO: Nawet gdyby chciały spłacić swoje długi, to byłoby niemożliwe z przyczyn ekonomicznych, politycznych i moralnych. Trzeba byłoby chyba zabić ludzi, aby zmusić ich do poświęceń, jakich wymagałaby spłata tych długów. Tego nie da się zrobić w żaden demokratyczny sposób ani przemocą. Te długi są nie do spłacenia. „Wolność albo śmierć”. Rządy krajów Ameryki Łacińskiej stoją przed wyborem – umorzenie długów albo polityczna śmierć.

 

PLAYBOY: Czy pan szczerze myśli, że to realne, że kredytodawcy tak po prosu przełkną swoją stratę wynikającą z niespłaconych długów?
CASTRO: Nie chodzi mi o to, by banki straciły swoje pieniądze ani by podatnicy zaczęli płacić wyższe podatki. Proponuję coś bardzo prostego: wykorzystanie drobnej części sum wydawanych na zbrojenia – nie więcej niż 12 proc. – tak by rządy krajów, które udzieliły kredytów, mogły przejąć długi swoich banków. W ten sposób nie stracą ani banki, ani ich klienci. Przeciwnie, banki będą miały zagwarantowany zwrot długów. Kto może dać lepsze gwarancje niż potężne uprzemysłowione państwa dumnego Zachodu? Uważają, że stać na takie mrzonki jak „Wojny gwiezdne”, nie myśląc w ogóle o tym, że konflikt nuklearny w ciągu pierwszej minuty zniszczyłby setki razy więcej niż posiadają wszystkie ich banki. Mówiąc krótko – jeśli nie przeraża ich myśl o globalnym samobójstwie, dlaczego mieliby bać się czegoś tak prostego jak umorzenie długów Trzeciego Świata? To nieskomplikowana operacja księgowa. Z tego powodu nie trzeba będzie zamykać nawet jednej fabryki. Żaden statek z towarem nie będzie musiał wrócić do swojego portu. Nie przeszkodzi to zawarciu ani jednej transakcji na giełdzie. Przeciwnie, zatrudnienie, handel, przemysł i rolnictwo tylko na tym zyskają, wszędzie. To nikogo nie dotknie. Jedyny efekt negatywny to spadek wydatków na zbrojenia i wojsko.

 

PLAYBOY: Jaki pana zdaniem były skutek zmniejszenia wydatków wojskowych przez USA?
CASTRO: Wszyscy uniknęliby katastrofy finansowej. Jaka byłby przyszłość gospodarki USA, gdyby w ciągu 8 lat wydać 2 biliony dolarów na zbrojenia, zamiast zużyć je na inwestycje w przemysł, technologie i rozwój gospodarczy? Jedyny znaczący rozwój odnotowano by w przemyśle zbrojeniowym, ale broń nie jest towarem konsumpcyjnym. Karabiny, kule, bomby, bombowce, pancerniki i lotniskowce nie powodują wzrostu zamożności kraju ani jego możliwości produkcyjnych. Nie spełniają żadnych materialnych ani duchowych potrzeb ludzi. Tymi okrętami nawet nie da się łowić ryb. Nie ma z nich żadnego pożytku dla ludzkiego życia, zdrowia, walki z rakiem lub innymi chorobami, które zabijają co roku tyle amerykańskich obywateli.

 

PLAYBOY: Znowu koncentruje się pan na ponurych konsekwencjach ekonomicznych amerykańskich wydatków na zbrojenia, chociaż Związek Radziecki – kraj socjalistyczny – jest tak samo zaangażowany w wyścig zbrojeń.
CASTRO: Socjalista potrafi lepiej zrozumieć – jest lepiej przygotowany pod względem teoretycznym – szaleństwo wydawania na zbrojenia środków, które można przeznaczyć na palące potrzeby i problemy społeczne. Kraje socjalistyczne dobrze wiedzą, co można by zrobić z tymi środkami, u siebie i za granicą. Wystarczy jedno spojrzenie, by zobaczyć biedę i nieszczęścia, które są plagą naszej planety. Wyścig zbrojeń to zbrodnia przeciwko ludzkości. Dlaczego nie opowiedzieć się za szczerymi działaniami, które przyniosą pokój i współpracę pomiędzy wszystkimi krajami, działaniami opartymi na pełnym poszanowaniu niezależności i systemów społecznych jakie każdy naród dla siebie wybrał? Co do Sowietów, to nie można ich winić za wyścig zbrojeń. Ich reakcja to odpowiedź na decyzje Waszyngtonu, chęć obrony przed możliwa agresją amerykańską. Ale nie oni są winni, nie można obarczać ich odpowiedzialnością.

 

PLAYBOY: Co pana zdaniem się stanie, jeśli kraje uprzemysłowione nie zgodzą się na umorzenie długów?
CASTRO: Jeśli nie da się znaleźć rozwiązania w ramach wspólnych rozmów, Trzeci Świat sam narzuci rozwiązanie – wspólne umorzenie. Państwa uprzemysłowione nie będą miały żadnej opcji. Blokady ekonomiczne, inwazja na kraje Trzeciego Świata, podział światowych terytoriów i zasobów, tak jak to było w minionych stuleciach, dziś jest po prostu niemożliwe. Każdy racjonalnie myślący człowiek to rozumie. Nie mogą najechać dziesięciu krajów i ogłosić blokady stu innych.

 

PLAYBOY: Nie wydaje się prawdopodobne, aby kraje uprzemysłowione przyjęły propozycje, które pan przedstawił. Jak pan widzi przyszłość?
CASTRO: Jeśli chcemy tkwić w tym szaleństwie, jeśli chcemy kontynuować wyścig zbrojeń i utrzymywać ten niesprawiedliwy ład ekonomiczny, będziemy kroczyć po ścieżce, która prowadzi do głodu na wielką skalę, olbrzymich konfliktów społecznych i – co jest jeszcze gorsze i możliwe – wojny nuklearnej, w której wszyscy ludzie, i ci szaleni i ci mądrzy, zostaną zmieceni z powierzchni ziemi. Przy okazji warto dodać, że nie wszyscy szaleńcy zasiadają w rządach i nie wszyscy co rządzą, są szaleni.

 

PLAYBOY: W trakcie tego wywiadu kilka razy odwołał się pan do literatury. Zbliżamy się do końca naszej rozmowy, może więc znów wrócimy do tematów osobistych. Czy nadal jest pan zapalonym czytelnikiem? Czy ma pan jeszcze czas na lekturę?
CASTRO: Tak, chociaż z upływem lat moje gusty nieco się zmieniły. Kiedy byłem młody, dzieła literackie, powieści, interesowały mnie bardziej niż teraz. Oczywiście miło jest przeczytać dobrą powieść, świetnie się przy tym wypoczywa, więc czytałem sporo powieści. Doskonale pamiętam, że po 22 miesiącach, jakie spędziłem w więzieniu, zabrakło tam dla mnie książek, bo czytałem przez 15 czy 16 godzin na dobę. Czytałem literaturę piękną i ekonomiczną, dzieła polityczne i historyczne. Ale przez całe życie najbardziej lubiłem książki historyczne, biografie, książki przyrodnicze i wspomnienia. Czytałem dużo pamiętników, poczynając od Churchilla – który ma dość ciężki styl, ale jest interesujący, podaje mnóstwo faktów historycznych – do de Gaulle’a . Czytałem też mnóstwo książek o wojnach światowych i wydarzeniach z nimi związanymi. Przeczytałem większość książek opisujących działania krajów Zachodu i Sowietów. Praktycznie przeczytałem wszystko – wspomnienia, dzienniki, zwłaszcza te dotyczące działań wojennych. Zawsze interesowała mnie tego typu literatura. Raz na jakiś czas sięgam do korzeni mojego języka i czytam na nowo Don Kichota Cervantesa, jedno z najwspanialszych dzieł jakie kiedykolwiek napisano. Gdyby nie długie opisy, które często się tam pojawiają i są nieco nudne, codziennie czytałbym z niego po kilka stron. Czytałem też wszystkie dzieła Hemingwaya, niektóre kilka razy. Żałuję, że nie napisał więcej. Czytałem też większość powieści Garcii Marqueza, jego opowiadania, prace historyczne i artykuły. Jako że to mój przyjaciel, powstrzymam się od pochwał. Prawda, że to niesamowite? Co roku ukazuje się tyle doskonałych książek i artykułów, chciałoby się je wszystkie przeczytać, ale czasu wystarcza tylko na nieliczne. To frustrujące.

 

PLAYBOY: Wspomniał pan Don Kichota. Czy jest coś w tym bohaterze, z czym szczególnie się pan identyfikuje?
CASTRO: Myślę, że w każdym rewolucjoniście jest coś z ducha Don Kichota, zwłaszcza w pragnieniu sprawiedliwości, w charakterze błędnego rycerza, potrzeby naprawiania wszelkiego zła, walki z olbrzymami. Mówi się, że Don Kichota napisano, by wyśmiać romanse rycerskie. Uważam, że został skonstruowany bardzo pomysłowo. Myślę, że to jeden z najbardziej niezwykłych przykładów uniesień człowieka, jego marzeń i idealizmu. No i przede wszystkim jest bardzo zajmujący. Mamy dwie postaci: Sancho, który twardo stąpa po ziemi, rozwiązuje problemy i udziela rad. Jest ostrożny i zapamiętuje wszystkie szczegóły. I tego drugiego, marzącego by móc stanąć w czyjejś obronie. Szaleństwo Don Kichota przypomina szaleństwo rewolucjonistów. Mają coś wspólnego. Bardzo lubię tę postać, jestem pewien, że Don Kichot nie wahałby się stawić czoła olbrzymowi z północy.

 

PLAYBOY: Czy pan sam miał kiedykolwiek jakieś wątpliwości?
CASTRO: Powiem zupełnie szczerze – nigdy nie miałem wątpliwości ani braku wiary w siebie. Być może to dobrze, być może źle. Ale kiedy patrzysz obiektywnie na swoje czyny i widzisz, że są dobre, po co ci wątpliwości. Muszę przyznać, że czasem działam pod wpływem dumy. Ale kiedy nabieram pewności, że to co robię jest słuszne, utwierdzam się w swoich ideach. To nie znaczy, że brakuje mi samokrytycyzmu. Przeciwnie, ciągle zastanawiam się nad swoimi myślami i czynami. W tym sensie jestem dla siebie twardy. Nigdy nie padłem ofiarą samouwielbienia i ciągle staram się nad sobą pracować.

 

PLAYBOY: Na pewno nie będzie pan żył wiecznie. Czy ma pan jakieś plany co do następcy? Czy istnieje ktoś, kto może uchodzić za pana spadkobiercę?
CASTRO: Oczywiście nie planuję jeszcze umierać. Coś wam powiem: od początku rewolucji, już podczas pierwszego roku, kiedy zaczęliśmy sobie zdawać sprawę, że CIA ma plany skrócenia mojego życia, zaproponowaliśmy wcześniejszą nominację innego towarzysza, Raula Castro – dziś drugiego sekretarza partii – który w razie czego będzie w stanie natychmiast przejąć przywództwo. Moim zdaniem wybrany towarzysz jest najodpowiedniejszą kandy- daturą, nie dlatego, że jest moim bratem, ale dzięki swojemu doświadczeniu i zasługom dla rewolucji.

 

PLAYBOY: Gdyby miał pan jutro ustąpić, co by się stało na Kubie?
CASTRO: Jeśli o to chodzi, to jeszcze nie umarłem, prawda? (Wybucha śmiechem) Posłuchajcie. Jeżeli miałbym jutro zrezygnować ze wszystkich funkcji, musiałby istnieć ku temu naprawdę przekonujący powód, taki, który cały naród by zrozumiał. Musiałby być logiczny, oczywisty i słuszny. Nie mógłbym po prostu powiedzieć: „Porzucam swoje obowiązki, ponieważ jestem znudzony. Chcę wieść życie zwykłego człowieka.” Byłoby to trudno wyjaśnić i ludzie by tego nie zrozumieli. Narodowi także wpojono ideę, że każdy musi dać z siebie wszystko, że najważniejsze są rewolucyjne obowiązki. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że mogę w dalszym ciągu być przydatny i dalej działać na rzecz rewolucji – są bowiem rzeczy, które nadal wymagają pewnego usprawnienia. Ale gdybym miał jutro ustąpić zachowałbym szczere uznanie narodu i szacunek dla rzeczy które dokonałem dla rewolucji. To w żaden sposób nie oznacza, że wszystko było doskonałe czy wolne od błędów. Ale jestem pewien, że opinia o mojej służbie byłaby pozytywna. Nie mam najmniejszych wątpliwości.

 

PLAYBOY: Zakończmy puszczając wodze wyobraźni. Oto dzieje się coś wspaniałego – oczywiście z pańskiego punktu widzenia. Załóżmy, że USA, tak jak pan proponuje, anulują długi Ameryki Łacińskiej i zaoferują znacząca pomoc na rozwój gospodarki tych krajów. Innymi słowy zobowiążą się traktować ten świat uczciwie, tak jak pana zdaniem na to zasługuje. Co by pan wtedy zrobił? Zmieniłby pan swoje poglądy?
CASTRO: Gdyby USA naprawdę z własnej woli postąpiły tak, jak to opisujecie, gdyby taki samolubny, neokolonialny system był zdolny do takiego uczciwego gestu, byłby to prawdziwy cud i musiałbym zastanowić się nad tym fenomenem. Być może musiałbym zasięgnąć opinii teologów i zrewidować swoje poglądy także w tej dziedzinie. Gdyby tak się stało, może nawet wstąpiłbym do klasztoru.

 

PLAYBOY: Na początku tego wywiadu zapytaliśmy pana, czy uważa się pan za dyktatora. Czy nadal pan zaprzecza?
CASTRO: Mogę powiedzieć, że jestem takim specyficznym dyktatorem, który został poddany tyranii, torturom, żądaniom i oskarżeniom dziennikarza i prawnika ze USA, a który w zamian okazał swą chęć dyskusji na każdy temat, szczerze i poważnie.

 

Tekst: Jeffrey Elliot i Mervyn Dymally
Zdjęcia: Gianfranco Gorgoni
Przekład: Tomasz Kłoszewski

 

Więcej klasycznych wywiadów PLAYBOYA przeczytasz w naszych specjalnych wydaniach. Do kupienia w sklepie Marquard.pl.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska