Miliard w dowcipie. Poznajcie Dietera Meiera z zespołu Yello

2016-10-04
Miliard w dowcipie. Poznajcie Dietera Meiera z zespołu Yello

Czy szwajcarski milioner może być obdarzony poczuciem humoru? Dieter Meier przez całe życie tryskał zwariowanym dowcipem i pomysłami wartymi miliony. Uznał, iż walka z nudą to największe wyzwanie dla posiadacza fortuny. A najlepszą zabawą stał się dla niego zespół Yello. Nic dziwnego, że właśnie wydany, trzynasty album Yello nazywa się „Toy” (zabawka).

Dystyngowany biznesmen inwestujący w Dolinie Krzemowej i w produkcję ekskluzywnych zegarków, zawodnik szwajcarskiej reprezentacji golfa, artysta słynący z ekscentrycznych performance'ów, autor filozoficznych esejów i opowiadań dla dzieci, gwiazda pop z 14 milionami sprzedanych płyt, reżyser mający na koncie wideoklipy, które inspirowały estetykę MTV i ekologiczny farmer zaopatrujący Zurych w najlepsze argentyńskie steki. Ponadto stateczna głowa rodziny, ojciec czwórki dzieci. Aktywności Dietera Meiera mogłyby wypełnić kilka życiorysów. – Kiedy masz finansowe bezpieczeństwo, zdajesz sobie sprawę, że nie musisz nic robić w życiu, dlatego jeśli już coś robisz, musi to być czymś wyjątkowym. – tłumaczy. W 1972 roku na chodniku dworca kolejowego w Kassell wmurował tabliczkę z napisem: „23 marca 1994 roku, między trzecią a czwartą po południe Dieter Meier będzie stał w tym miejscu”. Po 22 latach stawił się punktualnie. Meier przypomina, iż Szwajcaria to nie tylko bogaty skansen banków, zegarów i czekolady, ale też europejskie rozdroże, które dało światu Cabaret Voltaire, miejsce narodzin dadaizmu.

 

Pokerowy bokser

Gdy był dzieckiem ojciec, zamożny bankier posłał go na suto opłacane prywatne lekcje do najsłynniejszego skrzypka w Zurychu. „Po trzech latach ledwie brzdąkałem. Ojciec machnął ręką. Mógłbym nie robić nic, nie przeszkadzałoby mu to. Był liberalny." A młody Deiter chciał być lojalny. Rozpoczął studia prawnicze. Szybko je rzucił i został pokerzystą, zawodowcem, któremu zdarzały się czternastogodzinne maratony. Dopiero niedawno, w rozmowie z Bryanem Ferrym, mówił więcej o tej przygodzie. Lubił grać w Wiedniu, gdzie „żydowsko-austro-węgierska tradycja hazardu jest wciąż żywa”, ale nie pojawiał się w kasynach. „To były prywatne, półlegalne rozgrywki". Karty wciągnęły go jak heroina. „To emocjonujący, lecz prosty sposób na ucieczkę ze świata, jak bokser w ringu, jesteś w hermetycznej sytuacji, w której absorbuje cię tylko jedna rzecz: jak pokonać przeciwnika, wszystko inne przestaje być interesujące.” Hazard wyrwał go jednak z mieszczańskiego marazmu i zmuszał do treningu uwagi. „Poker jest grą umiejętności, psychicznego terroru, strategii, jest wszystkim, tylko nie kwestią szczęścia. Oferuje ekscytujące przeżycia, gdy co kilka minut, wraz z nową kartą, dostajesz do ręki nowe przeznaczenie.” Podobne emocje odnalazł w golfie. „Chwila maksymalnego skupienia, zamach i pozostaje już tylko obserwować lot piłeczki”. Tę lekcję uwalniania skupionej uwagi stosował by porzucać kolejne obsesje i łowić nowe pomysły. Najpierw, w wieku 23 lat podjął decyzję, że rzuca karty. Był rok 1968, świetny czas by zająć się artystycznymi eksperymentami.

 

 

Wyścig na cukrową górę

Na jednym z głównych placów Zurichu rozsypał 100 000 drobnych śrubek, po czym pakował je do toreb, po 1000 sztuk. Zajęło mu to pięć dni, a pracował, jak na syna szwajcarskiego bankiera przystało, od 8. 00 do 18. 00, z godzinną przerwą na lancz. Tak wyglądał jeden z pierwszych artystycznych performance'ów Meiera zrealizowany w 1969 roku zgodnie z jego nowym, artystycznym programem: „Chciałem zrobić coś co byłoby puste i nie miało żadnego sensu, a swe uzasadnienie znajdowało jedynie w mojej woli.” Inne akcje z tamtych czasów to np. „2 Words” polegająca na tym, iż przy wejściu do metra w Nowym Jorku kupował od ludzi słowa „tak” lub „nie” płacąc za każde dolara, albo „48 Personalities”, gdzie prezentował swoje fotografie, na których wcielał się w 48 różnych mężczyzn. Po 30 latach dopisał do zdjęć historie, co działo się przez ten czas w życiu każdego z fikcyjnych bohaterów i dołożył ich aktualne portrety. „Skąd u mnie tyle ironii i humoru? Jeżeli artysta chce się odsłonić, musi być przygotowany na wszelkie obelgi i kopniaki. Nie powinien nadwerężać swej odporności, bo prędko wpędzi go to w alkohol i narkotyki.” Akcje i eksperymentalne filmy Meiera prezentowane były w Niemczech, Japonii i Stanach Zjednoczonych, ale on sam zaczynał się nudzić. W 1976 roku oficjalnie podał do wiadomości, iż opuszcza „wyścig sztuki”, zgrabnie przyrównując go do „wyścigu szczurów” (ang. „art race” - „rat race”). Wciąż zdarzają mu się jednak osobliwe projekty. W 2007 roku Meier wydał album El Monte Dorado, w którym na 32 zdjęciach dokumentował swą wspinaczkę na tytułową górę. Tyle, że taki szczyt nie istnieje, a cały górski pejzaż, zanim wmontował weń swoje zdjęcia, odlał z cukru.

 

Zegarmistrzowski punk

Za ostatnia pokerową wygraną kupił gitarę, najdroższą jaką mieli w Zurychu. Szybko doszedł do wniosku, że Szwajcar grający rocka, to jak jodłujący Japończyk, może być perfekcyjny technicznie, ale nie będzie autentyczny i przekonujący. Gdy jednak znudził się sztuką znalazł świetny sposób na nieskrępowane uzewnętrznienie w muzyce. Na świecie wybuchła punkowa rewolta i Meier ją wydzierać się do mikrofonu na czele pierwszych w Szwajcarii nowofalowych kapel: Herz, The Assholes i Fresh Color. Słowa wymyślał na poczekaniu. Najważniejsze w przygodzie z undergroundem było zawarcie znajomości z Borisem Blankiem, samorodnym producentem, który pracował w zaciszu domowego studia korzystając z zapętlanych taśm i elektronicznych generatorów. Ten zwariowany majsterkowicz potrafił tworzyć rytm przetwarzając nagrania uderzania o stół mokrą szmatą, albo dźwięku odbijania o podłogę piłek różnych gabarytów. W epoce samplerów i komputerowej edycji muzyki nie jest to szokujące, ale Blank tworzył swe kolaże w oparciu o czterościeżkowy magnetofon. A gdy w początku lat 80. kupił pierwszy sampler zasłynął z tego, że aby wybrać jedno solo saksofonu potrzebował 600 próbek. Czy to aby nie przyćmiewa zegarmistrzowskiej precyzji? Meierowi najbardziej spodobał się fakt, iż Blank robi muzykę bez żadnego profesjonalnego przygotowania. „Gdybyśmy potrafili grać na jakimkolwiek instrumencie, moglibyśmy wpaść w pułapkę powielania anglosaskich wzorów. A tak, naszą siłą napędową nigdy nie były piosenki, były nią brzmienia.” W ten sposób w 1979 roku doszło do powstania duetu Yello, jednego z najbardziej kultowych zespołów electro pop, który w ciągu przeszło 30 lat kariery wydał 12 albumów sprzedanych w 14 milionach egzemplarzy. Podział pracy ustalił się już na początku i pozostał bez zmian: Meier wymyślał melodie, teksty i śpiewał, a Blank zajmował się muzyką. „Boris twierdzi, że pracuje jak malarz, a ja czuję się jak aktor, który gra w jego dźwiękowych obrazach.” Dzięki trikom Blanka głos Meiera rzeczywiście wypada aktorsko przechodząc od groteskowo niskiego basu, poprzez zmysłowy zaśpiew croonera, aż po falset.

 

Rytm i obraz

Drogę do sławy otworzyły Yello taneczne hity i pionierskie teledyski. Na wydawcę debitu Szwajcarzy wynaleźli jedną z najdziwniejszych wytwórni płytowych w dziejach, Ralph Records prowadzony przez zespół The Residents, amerykańskich ekscentryków słynących choćby z tego, iż występując w maskach w kształcie gałki ocznej nigdy nie ujawnili swych personaliów. Ralph zdążył wydać dwa albumy Yello i zbankrutował, ale w tym momencie byli już światową marką i nowe kontrakty proponowali im potentaci rynku. Pochodzący z debiutu singiel Bostich stał się hitem nowojorskich klubów, a czarni didżeje z Afrika Bambaataa na czele cenili Szwajcarów na równi z Kraftwerk. Przez całe lata 80. Yello regularnie podsyłali parkietowe lokomotywy, Race, I Love You, Oh Yeah to najsłynniejsze z nich, ten ostatni trafił nawet do Simpsonów i South Parku. Piosenki Yello były masowo wykorzystywane w filmach, programach telewizyjnych i reklamach. To kwestia ich plastycznej, komiksowej poetyki, która gładko pozwala łączyć kicz, pastisz i awangardę, w sposób lekki, dowcipny i inteligentny. Dla potrzeb kina podjęli się nawet karkołomnego zadania nagrania nowej wersji Jingle Bells. – Bardzo poważnie podchodzimy do tego, by nie brać się zbyt serio – tłumaczył Meier estetykę Yello. W ich hitach zaraźliwy taneczny beat sąsiaduje z aurą kabaretu, atmosferą latynoskiej knajpy, albo stylowym jazzem. A towarzyszące im klipy kreują surrealistyczną atmosferę na miarę ich muzyki. Od początku spełniały w Yello ważną rolę, duet nie dawał koncertów na żywo, kiedy więc dawali się namówić na występ, wyświetlali filmy. – Zacząłem kręcić filmy dla zabawy, a kiedy pojawiło się MTV okazało się, iż pasują do formuły, którą nazwali wideoklipem – wspomina Meier. Trudno się dziwić, że postanowił sprawdzić się jako reżyser w dużym metrażu.

 

 

Polska przygoda

Przygoda z filmem okazała się dla Meiera najbardziej karkołomna. Wymyślił sobie Snowball, połączenie baśni filmowej i opery. Zdjęcia zrealizował w 1989 roku w Studiu Filmów Fabularnych we Wrocławiu. Przyjechał do Polski zwabiony informacją, że świetni fachowcy pracują tu za małe pieniądze i bardzo sobie cenił ten wybór. We Wrocławiu zbudowano dekoracje „neobarokowej jaskini”, pojawili się polscy aktorzy, Zbigniew Zamachowski i Małgorzata Potocka, która była też producentką. Niestety w niemieckich laboratoriach uległo zniszczeniu 30 proc. negatywów filmowych taśm. Prawie 10 lat procesował się Meier ze studiem produkcyjnym. Odzyskany i przemontowany w Los Angeles film miał swą premierę dopiero w 2001 roku na festiwalu w Berlinie, pod nowym tytułem Lightmaker. Meier odgraża się, że znów będzie kręcił, ma nawet pomysł na thriller rozgrywający się w Warszawie. Po jego polskich wojażach w latach 80. pozostał jeszcze jeden z największych bestsellerów w dziejach naszej muzyki pop, album Acoustic Stanisława Soyki, nagrany dzięki wsparciu finansowemu Meiera. – Dieter mieszka na wzgórzu na obrzeżach Zurychu, gdzie ma własne kilkuhektarowe pole golfowe. Słynie z tego, że przy całej swojej ekstrawagancji artystycznej bardzo pilnuje etyki biznesowej – wspominał Soyka w wywiadzie dla PLAYBOYA. – Poznaliśmy się w 1987. Byłem jego pierwszym przewodnikiem w Polsce, gdy szukał filmowych kontaktów. Usłyszał moje nagrania i okazał zainteresowanie. Miałem pomysł, że chcę nagrać popową płytę, ale akustycznie. On na to: „Świetnie! Ile potrzebujesz?” Stwierdził, że w ramach wdzięczności za moją pomoc sfinansuje taką produkcję. Dał mi komfort i totalną niezależność.” Meier miał nosa, Acoustic sprzedało się w 400 tysiącach egzemplarzy.

 

Od Kalifornii po Andy

O swej biznesowej aktywności mówi powściągliwie. „Robię interesy tylko wtedy, gdy zdarza mi się spotkać odpowiednich ludzi. Nigdy nie działam w ten sposób, że mam pomysł i staram się zainteresować inwestorów. Ale kiedy jestem pewien, że mam właściwych partnerów, mogę robić wszystko – szwajcarskie zegarki, albo farmę w Argentynie.” Największym przedsięwzięciem Meiera jest Euphonix, należąca do niego kalifornijska firma, która produkuje cyfrowy sprzęt montażowy, współpracuje z Hollywood i z Apple. Meier chwali się, że produkowany przez Euphonix sprzęt demokratyzuje filmowy biznes pozwalając stosunkowo niewielkim kosztem wyposażać prywatne studia. Czyżby była to zemsta na laborantach, którzy zniszczyli mu film? W Szwajcarii inwestuje w branżę zegarkową, firmę reWatch budująca zegarki na bazie materiałów z recyclingu i luksusową markę Ulysse Nardin, dla jednego z jej modeli zaprojektował pozytywkę wygrywającą o równych godzinach pierwsze takty Strangers In The Night Sinatry. Wykonano 99 egzemplarzy w osiemnastokaratowym różowym złocie, cena za zegarek 116 000 dolarów. Oczkiem w głowie Meiera jest jednak farma Ojo de Agua, którą urządził na przestrzeni 2 200 hektarów kupionych w Argentynie pod koniec lat 90.. Urządził tu ekologiczną winnicę nawadnianą wodą ze śniegu ze szczytów Andów oraz hodowlę bydła, steki i wino serwuje w swojej restauracji „Bärengasse” zlokalizowanej w bankowym centrum Zurychu. Przy takim zapleczu, Meier może w spokoju poświęcać się planom artystycznym. Ma za sobą kilka aktorskich epizodów, m.in. w Pledge This u boku Paris Hilton. W ostatnich latach wydał autobiografię, album podsumowujący jego działalność artystyczną, tom opowiadań dla dzieci, a teraz odgraża się, że w końcu dokończy powieść, wcześniej opublikował jeszcze zbiór esejów. W 2014 roku pod własnym nazwiskiem wydał płytę Out of Chaos i mając na karku 69 lat wyruszył na pierwszą w swej karierze trasę koncertową. Najwyraźniej jednak brakowało mu pracy z Blankiem. I tak duet powrócił, a ich płyta Toy brzmi jak najlepsze z klasyków Yello.

 

Tekst: Rafał Księżyk 

Ilustracja: Rafał Piekarski / piekaryo.blogspot.com

fot. Helen Sobiralski, Universal Music

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska