Terapeuci nie uznają już uzależnienia od seksu za zaburzenie. Zobaczcie dlaczego!

2016-12-12
Terapeuci nie uznają już uzależnienia od seksu za zaburzenie. Zobaczcie dlaczego!

Dotąd wzmożoną aktywność seksualną nazywano uzależnieniem od seksu i uważano za zaburzenie. Wygląda na to, że bezpodstawnie. Niedawno po raz pierwszy wycofało się z tego prestiżowe stowarzyszenie seks edukatorów ze Stanów Zjednoczonych.

Mówi wam coś skrót AASECT? American Association of Sex Educators, Counselors and Therapists to właśnie pełna nazwa stowarzyszenia, o którym mowa. Niezależnie od tego jak często słyszeliście o uzależnieniu od seksu w mediach, podczas swojego ostatniego spotkania ta grupa ekspertów napisała wprost, że „brakuje wystarczających dowodów”, by w ogóle wyróżnić takie zaburzenie. Zaraz, zaraz. Jeśli coś nie jest zaburzeniem to mieści się w normie, prawda?

 

Uczeni przyznają, że „uzależnienie od seksu” może być traktowane najwyżej jako metafora. Owszem, dość trafnie opisuje ona to, co dzieje się w sypialniach (albo raczej głowach) niektórych, eksperci przestrzegają jednak przed nadawaniem jej statusu zaburzenia seksualnego.

 

Rzeczywiście, w Biblii psychiatrów jaką z pewnością jest książka Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders nie ma ani słowa o tym, że tzw. hiperseksualizm jest chorobą. Uczeni skłaniają się raczej ku uznaniu bujnego życia seksualnego za ewentualny wynik innych zaburzeń, na pewno nie za zaburzenie samo w sobie. Według nich absolutnie nie chodzi o wzmożony popęd. Dowodzi tego choćby fakt, że wielu mężczyzn, którzy notorycznie zdradzają partnerki jakby specjalnie (podświadomie?) wybiera do wspólnego życia takie kobiety, które mają o wiele mniejsze potrzeby seksualne niż oni. Tak jakby wybierali te, które „najłatwiej” będzie im zdradzić. Tacy mężczyźni zawsze przejawiają też ponadprzeciętne zamiłowanie do nowości. Przede wszystkim potrzebują właśnie jej, by poczuć pożądanie.

 

W tzw. „uzależnieniu od seksu” główną rolę odgrywa jeden z neuroprzekaźników, a konkretnie dopamina. Problem jednak w tym, że związek chemiczny znany powszechnie jako „przekaźnik przyjemności” nie odpowiada w ludzkim organizmie tylko za przyjemność seksualną, ale też każdą inną... Krótko mówiąc, gdyby brać wzmożoną produkcję dopaminy za dowód, że „uzależnienie od seksu” jest zaburzeniem, za zaburzenia musiałyby też zostać uznane szczególna sympatia do soku pomarańczowego albo hobbystyczna jazda na rowerze...

 

Amerykańscy seksuologowie tłumaczą, że z ich obserwacji wynika, iż większość mężczyzn, którzy sami siebie uznają za „uzależnionych od seksu” w rzeczywistości nie różni się stopniem popędu seksualnego od średniej. Zwykle to dopiero ich własne wyobrażenia o sobie pchają ich w stronę, powiedzmy, niestandardowych zachowań seksualnych.

 

Krótkie podsumowanie? Seks to zdrowie, również kiedy jest go ponadprzeciętnie dużo. Dla niektórych to po prostu naturalne. W przypadkach, w których mówimy o „uzależnieniu od seksu” zwykle tak naprawdę nie chodzi o seks. Problem ma zupełnie inne podłoże.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska