Byłem na SPARTY (czyt: SEXPARTY) w Budapeszcie

Byłem na SPARTY (czyt: SEXPARTY) w Budapeszcie

Połowa gości ma ręce w cudzych majtkach, ratownik w koszulce „security" rozdziela kopulujące w basenie pary, a w męskiej toalecie wszyscy wciągają koks. Takie atrakcje tylko w sanatoryjnym kompleksie wód termalnych.

W ciągu dnia węgierskie emerytki przychodzą tu uprawiać aquaerobik, a ich mężowie grają w szachy. W nocy w basenach dzieją się rzeczy, po których emerytki na pewno nie chciałby wejść do tej samej wody.

Najpierw mała zagadka logopedyczna. Przeczytaj „Széchenyi gyógyfürdő”, a połamiesz sobie język. To właśnie nazwa wielkiego kompleksu basenów termalnych w Budapeszcie. Największego w Europie. Najstarszy budynek wchodzący w skład kompleksu powstał w 1881 r. „Do wód” zjeżdżali tu turyści z całego kontynentu, że jeszcze przed I Wojną Światową trzeba go było naprędce rozbudować. Győző Czigler, projektant obiektu, na widok tego, co dzieje się w jego dziele w wakacyjne sobotnie noce, przewraca się pewnie w grobie.

 

„Sparty” – tak nazywa się seria imprez organizowanych co weekend w termach Szechenyiego. Pierwsze wydarzenie odbywa się w ostatni weekend kwietnia, kończy pod koniec października. Organizowano tam też sylwestrową noc w tej formule, ale wymarznięci od stania w kolejkach po lampkę szampana, upchnięci jak sardynki turyści tak ich obsmarowali na forach internetowych, że kolejna impreza stoi pod znakiem zapytania. Najtańszy bilet na Sparty kosztuje 35 euro, najdroższy 160 euro – ale uwzględnia szlafrok, ręcznik, japonki i torbę. Wszystko z logotypami łaźni, żeby było jako souvenir dla potomnych. „Patrzcie dzieci, jak się tatuś bawił!”. Choć lepiej się nie przyznawać, że się tam było, bo dzieci jeszcze wyślą tatusia na dyżur dermatologiczny i odkażanie. Albo i zapobiegawczo do wenerologa.

 

 film: Marcin Kasprzak

 

Przygoda zaczyna się już na stacji Vörösmarty tér. To pierwsza stacja żółtej linii metra – najstarszej na kontynencie europejskim (pierwszy był Londyn). Na każdej kolejnej stacji czuć atmosferę imprezy. Dosiadają się ludzie w klapkach, z dmuchanymi rękawkami, popijają Dreher z puszek. „Woo-girl” wykrzykują coś na stacjach, chłopcy przeczesują grzywy i napinają mięśnie. Im bliżej stacji Széchenyi Fürdő, tym ludzi jest więcej. W końcu wszyscy wysiadają i udają się w jednym kierunku. Wejście jest vis-a-vis cyrku. Najpierw sprawdzają zawartość plecaków, mim prezentuje, jak należy się zachować, sugerując prysznic przed zanurzeniem w wodzie (jakby coś to zmieniło). Trzeba przedstawić potwierdzenie rezerwacji. Wchodzimy do środka.

SPARTY – impreza w basenach termalnych

Przed wyjazdem dużo czytałem o tym, czym jest SPARTY. Perspektywa imprezy pod gołym niebem, dj-ów serwujących najnowsze kawałki, laserów rzucanych na wodę i dziewczyn w strojach kąpielowych popijających w wodzie szampana była obiecująca. O imprezie powiedział mi pół roku temu mieszkaniec Emiratów, który wybrał się w samotną podróż po Europie. Z racji, że osoby podróżujące samotnie zawsze spragnieni są konwersacji i szukają okazji do small-talku przegadaliśmy całą trasę z lotniska. Cieszył się jak dziecko, że z Dubaju, gdzie alkohol jest trudniej dostępny, a i możliwości do flirtu ograniczone, zostanie wrzucony na głęboką wodę (dosłownie). Śmiał się, że specjalnie ćwiczył mięśnie brzucha przed przyjazdem do Budapesztu, żeby zaprezentować się od jak najlepszej strony. Pomyślałem sobie wówczas, że to musi być coś niesamowitego – byłem przed laty w tych basenach i miałem same dobre wspomnienia z pobytu tam za dnia. Ale że to sanatoryjne miejsce zmienia się w nocy w największy klub w tej części Europy? Musiałem to przeżyć na własnej skórze. Dosłownie.

 

fot. szechenyispabaths.com

 

SPARTY ma w Internecie raczej dobrą ocenę, choć przewijają się różne zastrzeżenia. W pewną lipcową noc sprawdziłem, czy rzeczywiście internauci mają rację. Na podstawie tych punktów sam zdecyduj, drogi Czytelniku, czy warto wydać prawie 200 zł na kąpiel w wielkiej wannie pełnych nagich ludzkich ciał. Głównie męskich. 

1. Nigdy nie idź tam na trzeźwo

Prawda. Byliśmy w grupie kilkuosobowej. Jeden z nas ze względów zdrowotnych nie pił nic. W trakcie imprezy stwierdził, że różnica między nami po kilku kieliszkach palinki, a nim, po kilku szklankach wody była taka, że nam się podobało od razu, dopiero później zmieniliśmy zdanie, a on na początku był przerażony, a dopiero po czasie zaczął się świetnie bawić. Mimo wszystko proponuję odpowiednio zaprawić się na tę okazję. Choć niekoniecznie palinką. Jest okropna.

2. Proporcja mężczyzn do kobiet wynosi 9:1

Fałsz. Proporcja wynosi ok. 7:3, ale to proporcja zauważalna właściwie w każdym klubie i na każdej plaży nudystów. Sugerowałbym organizatorom, by zastosowali tu podobne rozwiązanie jak w wielu lokalach – że dziewczyny płacą połowę kwoty lub do pewnej godziny wchodzą za darmo. Wówczas mężczyźni byliby w stanie zapłacić (jeszcze) więcej.

3. Nie ma wolnych szafek

Fałsz. Organizator zastrzega już na bilecie, że dostępność szafek uzależniona jest od liczby sprzedanych biletów w różnych taryfach. Było nas 8 osób, każdy znalazł szafkę. Wprawdzie trwało to chwilę, musieliśmy się rozdzielić, ale finalnie nikt nie musiał pływać z plecakiem albo upychać swoich rzeczy w szafce kolegi.

4. Trzeba biegać do szafek po gotówkę

Fałsz. Sposób płacenia jest przemyślany – wymieniamy w jednym z punktów gotówkę na specjalną kartę pre-paidową. Minimalna kwota to 6 tys. forintów. Dodatkowe 2 tysiące forintów stanowi depozyt. Karta jest wodoodporna. Ceny nie są przeszacowane – zwykła, klubowa, budapesztańska średnia (piwo za 15 zł, drinki za 25 zł, jak zamawiasz wodę to patrzą na ciebie jak na dziwaka).

5. Są potworne kolejki do barów

Prawda. Barów jest kilka, ale chętnych kilka tysięcy. Swoje trzeba odstać. Kilka punktów oferuje sprzedaż wyłącznie piwa – tam kolejka jest nieco mniejsza. Do barów serwujących drinki, z obsługą barmańską czeka się długo – nawet pół godziny. W lipcową noc w Budapeszcie było gorąco. W październikową wydaje mi się, że może to być dużym problemem – wyjść z gorącej wody i marznąć w kolejce.

6. Przychodzą tam sami obcokrajowcy

Prawda. Węgrów było jak na lekarstwo. Dominowały kompletnie pijane Brytyjki na wieczorach panieńskich, mnóstwo Niemców z nowonapompowaną muskulaturą, bardzo dużo przybyszów z krajów arabskich – jeden z nich żalił mi się przy szafce, że „dzisiaj nie miał rwania”. Wśród klienteli można rozróżnić cztery typy – stałych bywalców, którzy odnajdują się w tamtejszej etykiecie basenowej, znają najlepsze zakątki, gdzie można kogoś przelecieć; turystów, którym wydawało się, że to miłe spokojne miejsce, ale zostali przyjemnie zaskoczeni; turystów, którzy po cichu przeczuwali, o co w tym wszystkim chodzi i zapobiegliwie wzięli ze sobą paczkę prezerwatyw; i turystów, którzy naprawdę myśleli, że idą tam słuchać muzyki i na widok pierwszej bzykającej się w wodzie pary wybiegli w popłochu.

7. Wszyscy robią tam jedno (i nie jest to zażywanie leczniczych kąpieli)

NAJSZCZERSZA PRAWDA! W ujęciu romantycznym: czar chwili udziela się niektórym parom, które dają upust swojej namiętności. W ujęciu nieromantycznym: jest to jedna wielka orgia. Połowa gości ma ręce w cudzych majtkach. Ćwiartka gości poszukuje wolnych majtek, które jeszcze nie są zajęte. Pozostała ćwiartka gości jest albo za trzeźwa, albo za brzydka, by wziąć udział w tej zabawie. Choć nie, uroda chyba ma tu drugorzędne znaczenie – otyła Hinduska najpierw przechodziła obok mnie sześciokrotnie, patrząc mi głęboko w oczy, po czym znalazła sobie innego wybranka – chuderlawego Japończyka samotnie sączącego mojito. Jedną z dziewczyn „nakryłem” kolejno z czterema różnymi facetami o arabskiej urodzie. Mojego kolegę, który siedział na ławce, spotkała przyjemna niespodzianka – jakaś niewiasta zrobiła nura i podpłynęła do jego krocza. Po kolorze kąpielówek skapnęła się, że chyba spudłowała, więc grzecznie przeprosiła i podpłynęła do siedzącego obok młodzieńca. W basenach jest zatrudniona nawet specjalna osoba, która w koszulce „security” rozdziela kopulujące pary. Nie wiem jakimi słowami, ale jeśli po węgiersku, to musi to brzmieć podwójnie zabawnie. Ma ręce pełne roboty – w „szczytowym" (dosłownie) momencie pod ścianą w cieplejszym basenie było 6 „zakochanych" par.

8. W wodzie pływają zużyte prezerwatywy

Fałsz. Wprawdzie ok. 3 rano, brocząc po basenach co chwilę natykałem się na różne znaleziska w wodzie – a to na zużyty plaster, a to na plastikowy kubek, a to na limonkę, która wypadła z drinka, to na szczęście żadnym z tych znalezisk nie okazał się produkt uboczny chwili uniesienia.

9. W męskiej toalecie dzieją się cuda-niewidy

Prawda. Różne klubowe toalety widziałem, ale ta spowodowała u mnie odruch wymiotny. Na podłodze były wszystkie ludzkie wydzieliny, z krwią włącznie. Kilkadziesiąt chłopa stłoczonych w małym pomieszczeniu wciągało kreski. Kabiny były wiecznie zajęte, bo bardziej pruderyjne pary wynosiły się z basenów i przenosiły do toalet. Z co niektórych wychodziło dwóch panów – chyba obawiali się podtopienia przez mnie liberalną część gości zażywających kąpieli.

10. Jest to UNIKALNE PRZEŻYCIE w skali całego świata.

Prawda. Kąpiel w zupie o temperaturze 40 stopni, z limonek, wódki i spermy, w towarzystwie tysięcy napalonych facetów i garstki rozpustnych kobiet nie zdarza się przecież co noc.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska