Shadow Of The Colossus – recenzja

Shadow Of The Colossus – recenzja

Stworzona przez japońskie studio Team Ico gra „Shadow Of The Colossus” pierwotnie została wydana na konsolę PlayStation 2 w październiku 2005 roku, a więc aż trzynaście lat temu. Była to jednak produkcja na tyle udana i tak charakterystyczna, że po wprowadzeniu na rynek PS3 przeniesiono ją na tę platformę. Ten sam zabieg postanowiono powtórzyć również w przypadku kolejnej generacji konsol Sony. Czy był to dobry pomysł? Odpowiedź na to i wiele innych pytań znajdziecie w recenzji poniżej.

Wielu recenzentów gier, którzy już mieli okazję wypowiedzieć się na temat Shadow Of The Colossus w wersji na PlayStation 4 sporo uwagi w swoich recenzjach poświęciło porównaniu najnowszej wersji do tych ze starszych konsol. Ja tego zabiegu z prostej przyczyny nie zastosuję – nie miałem bowiem okazji, aby w przeszłości zagrać w produkcję Team Ico. Do gry w Cień kolosa na PS4 przystąpiłem zatem bez obciążenia w postaci nostalgicznego ładunku emocjonalnego – i tak będzie zapewne w przypadku większości graczy, którzy sięgną po ten tytuł.

 

Shadow Of The Colossus – fabuła

Fabuła Shadow Of The Colossus jest dość skromna. We wprowadzeniu do gry widzimy protagonistę, który przybywa do pewnej opuszczonej świątyni, aby na znajdującym się w niej ołtarzu złożyć ciało swojej zmarłej ukochanej. Wówczas odzywa się do niego tajemniczy byt zwany Dorminem – informuje on bohatera, że jest istnieje szansa, aby dziewczyna wróciła do świata żywych. Wander – bo tak ma na imię wojownik, w którego przyjdzie nam się wcielić – musi pokonać kilkanaście kolosów, które są odpowiednikami stojących w świątyni posągów bożków. Nasz bohater wskakuje więc na grzbiet swojej wiernej klaczy Argo i wyrusza na poszukiwanie kolosów. Ot, i cała fabuła.

 

Shadow Of The Colossus – rozgrywka

Gracze przyzwyczajeni do współczesnych sandboksów mogą początkowo poczuć się nieswojo. Świat w Cieniu kolosa jest bowiem dość spory i otwarty, ale próżno w nim szukać punktów zainteresowania, którymi usiane są mapy chociażby w Wiedźminie 3 czy też Assassins Creed: Origins. Nasza aktywność podczas owej podróży ogranicza się do polowania na jaszczurki i szukania owoców, które powiększają nasz pasek zdrowia oraz wytrzymałości. Krajobraz, który widzimy podczas przemierzania krainy kolosów jest raczej pusty i surowy, ale to, co dla wielu graczy, którzy po raz pierwszy zapoznają się z tym tytułem może w pierwszej chwili wydawać się wadą, już po kilkunastu minutach gry przeradza się w zaletę. Konne podróże przez niezamieszkała krainę mają bowiem swój niewątpliwy klimat i stanowią chwilę oddechu między pojedynkami z kolosami, które są daniem głównym tego tytułu. Drogę do nich odnajdujemy unosząc w górę nasz miecz i kierując się w stronę wytyczoną przez odbitą od niego wiązkę światła.

 

 

A owe starcia są – i chociaż niezbyt lubię to słowo, to w tym przypadku nie mogę go nie użyć – epickie. Nasi przeciwnicy to bowiem postaci, które słusznie noszą miano kolosów – w większości przypadków są naprawdę ogromni i wręcz przytłaczają gracza swoimi rozmiarami i majestatem. Są przy tym dość powolni. Walka z każdym z nich wygląda inaczej, chociaż sam jej schemat jest dość podobny – trzeba znaleźć sposób, aby wspiąć się na stwora i odnaleźć jego czułe punkty, aby następnie ugodzić je mieczem. Nasi przeciwnicy potrafią jednak znacznie się od siebie różnić – na jednego wejdziemy, po prostu uczepiając się jego futra, innego musimy najpierw trafić strzałą z łuku tak, aby opuścił część ciała umożliwiającą chwyt, a kolosa latającego (są też takie!) zwabić do siebie, aby w odpowiedniej chwili na niego wskoczyć. Czynność wchodzenia na kolosa będziemy musieli nie raz powtarzać – po pierwsze dlatego, że stwory będą starały się nas z siebie zrzucić, a po drugie dlatego, że nasz bohater nie jest Nathanem Drakiem i nie może wisieć w nieskończoność. Wander ma bowiem pasek wytrzymałości – gdy ten się wyczerpie, bohater puści trzymaną krawędź i spadnie na ziemię. Sekret udanej walki polega więc na wyczuciu zachowania każdego z kolosów i umiejętnego gospodarowania wytrzymałością.

 

Podsumowanie

Odpowiedzialne za remaster (chociaż raczej należałoby użyć określenia „remake”) wykonało kawał dobrej roboty. Poza naprawdę nielicznymi momentami (mam na myśli głównie specyficzną pracę kamery) kompletnie zapominałem o tym, że gram w tytuł, który tak naprawdę liczy sobie 13 lat! Od strony graficznej Shadow Of The Colossus prezentuje się świetnie – gra ma swój charakterystyczny, surowy i ponury klimat. Najlepiej jednak tytuł prezentuje się od strony samej rozgrywki – model wspinania się na ruchome obiekty trudno nazwać inaczej niż fantastycznym, a sama walka jest niezwykle satysfakcjonująca. Żałuję jedynie, że tytuł przyszło mi ogrywać na zwykłym PS4 – gra zdecydowanie lepiej prezentuje się w trybie sześćdziesięciu klatek na sekundę. Twórcy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że ich dzieło wygląda świetnie od strony wizualnej – świadczy o tym zaimplementowanie trybu fotograficznego.

 

 

Podsumowując – jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie wyżej wymienione aspekty gry otrzymujemy tytuł, którego nie waham nazwać się zachwycającym oraz, co ważniejsze, zupełnie innym od tego, do czego przywykliśmy w ostatnich latach. Tu nie znajdziemy setek sztucznie wydłużających rozgrywkę elementów oraz największego przekleństwa gier ostatnich lat, czyli mikrotransakcji. W Shadow Of The Colossus najważniejsza jest sama rozgrywka – satysfakcja płynąca z pokonywania kolejnych przeciwników oraz (powtórzę się, ale muszę) wyjątkowy, surowy klimat. Jeśli graliście w ten tytuł na PS2 lub PS3 to wiecie, że warto po niego sięgnąć. Jeśli z kolei podobnie jak ja chcecie zapoznać się z nim po raz pierwszy, to zapewniam – zdecydowanie warto.

 

Shadow Of The Colossus trafi do sprzedaży 7 lutego 2018 roku wyłącznie na PlayStation 4.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska