„Pitbull. Ostatni pies”: nasza recenzja

2018-03-15
„Pitbull. Ostatni pies”: nasza recenzja

Władysław Pasikowski powrócił w wielkim stylu do kina gangsterskiego, czyli tego, które uwielbia. I w którym jest najlepszy. Jego „Pibull. Ostatni pies” to solidna porcja doskonałej rozrywki i gęsiej skórki.

Nie byłoby Władysława Pasikowskiego, jako scenarzysty i reżysera kolejnego „Pitbulla”, gdyby nie konflikt Patryka Vegi i Emila Stępnia – reżysera z producentem poprzednich filmów z serii. Poszło o Dodę. Vega odmówił Stępniowi obsadzenia w roli głównej Doroty Rabczewskiej. Stępień zaangażował więc Pasikowskiego, który na Dodę się zgodził. Patryk Vega poszedł po rozwodzie swoją drogą: zrobił „Botoks”, serial „Botoks” dla Showmaxa, a potem „Kobiety mafii”.

Wojna gangów

Oba filmy – „Pitbull” Pasikowskiego i „Kobiety mafii” Vegi – miały premierę w odstępie dwóch tygodni. Oba były porównywane już na etapie produkcji, oba będą walczyły o widzów w kinach. Ja Vegą i „Kobietami mafii” nie będę się tutaj zajmował, ponieważ fatalnemu filmowi i jego reżyserowi poświęciliśmy już czas na naszej stronie (recenzja do przeczytania tutaj).

Skupmy się na „Pitbullu. Ostatnim psie”. Władysław Pasikowski zrobił tym filmem coś, co wydawało się niemożliwe. Bardzo dobre gangsterskie kino z poprzedniej epoki. Pruszków? Wołomin? Przecież te nazwy funkcjonują już tylko jako hasła będące tłem wydarzeń, które miały miejsce w latach 90. ubiegłego wieku. To było naprawdę dawno! Dwie dekady, podczas których większość gangsterów zginęła lub trafiła do więzienia albo przepoczwarzyła się w biznesmenów, o których nikt nie pisze, nie wie i wiedzieć nie będzie.

Powrót do korzeni

To było bardzo ryzykowne, wrócić do swoich ulubionych tematów. Brutalnych strzelanin, wybuchów na ulicach Warszawy, pościgów, ruskiej mafii, wynajmowania Czeczenów, obciachowych rezydencji, zjazdów w motelach pod miastem, gdzie na pustych salach spotykają się bandziory, żeby ustalać podziały w przestępczym półświatku.

Tymczasem Pasikowski to zrobił, jakby dalej kręcił „Psy” albo ich kolejną część, w ogóle nie oglądając się na otaczającą rzeczywistość. Olał oczywiste fakty, że dziś w Warszawie nie ma już wybuchów, wymuszeń haraczów z bejsbolami w tle, grupek gangusów ubranych jak u tego samego krawca (czarny golf i skóra) i telefonów z klapką i klawiszami. Napisał historię osadzoną w latach swojej świetności – czyli wspomnianych latach 90. XX wieku – i poprowadził ją po swojemu.

Po pierwsze: story

Do czego zmierzam? Siłą filmu „Pitbull. Ostatni pies” jest scenariusz (Pasikowskiego) i gra aktorska. To jest po prostu doskonała historia, która ma wszystkie niezbędne cechy, by zapewnić jej sukces. Nieważne kiedy to się toczy, ważne jak się toczy! Wartko, w kinie nie ma chwili na nudę. Wątków jest sporo, ale nie za dużo. Kwestie osobiste (dylematy „Despero”, miłość Miry – Doda – i „Gawrona” - Pazura) są ważne, ale nie zaburzają głównego nurtu wydarzeń. Wreszcie: zwroty akcji. Co najmniej trzy razy miałem wrażenie, że już wszystko mam rozkminione. Wówczas okazywało się, że wręcz przeciwnie. A potem ponownie. I jeszcze raz, jak w najlepszym kryminale, na koniec.

Druga sprawa, to gra aktorska. Jak napisałem na początku, w konflikcie Stępnia z Vegą poszło o Dodę i dlatego film „musiał zrobić” Pasikowski. Doda gra Mirę, Czarną Wdowę (w ogóle jak to brzmi, jak z „Psów”, prawda?). Czuć w kilku scenach, że nie jest zawodową aktorką, że musiało jej być naprawdę trudno, ale to bezpośrednia i bezczelna dziewczyna, która nie przynosi „Pitbullowi” żadnego wstydu. Spoczęła na niej ogromna odpowiedzialność, którą udźwignęła tak, jak umiała najlepiej. Gdyby trzeba się było czepiać, to tylko tego, że w ogóle nie pokazał swojej przemiany z biednej kelnerki w bezwzględną szefową mafii. No ale do tego może właśnie musiałaby być aktorką.

Pierwsza liga

Reszta obsady to po prostu kreacje doskonałe. Krzysztof Stroiński jako „Metyl”, Rafał Mohr jako „Nielat” vel „Quantico” i wreszcie honorowy supertwardziel (jak Bogusław Linda w „Psach”) „Despero”, czyli Marcin Dorociński, poprowadzili swoich policjantów jak mistrzowska trójca. Źli – Adam Woronowicz, Cezary Pazura, Paweł Iwanicki „Lupa”, Jacek Król „Kowal” dotrzymują im kroku.

W filmie sporo jest też scen zwyczajnie śmiesznych. Gadki policjantów, gangsterów, Miry z babcią, nie wejdą może do powszechnego obiegu, jak teksty z „Psów”, ale to tylko dlatego, że dziś filmów jest zdecydowanie za dużo i kod pokoleniowy jest rozproszony. Są filmy, kreskówki, youtuberzy, seriale, kinowe hity polskie i zagraniczne. Nie ma szans, by jakikolwiek tekst się uchował, bo natychmiast zostaje zastąpiony przez inny lub konkurencyjny. Na „Pibullu” można jednak się pośmiać, można się przerazić, można dostać gęsiej skórki, można się zdziwić na maksa, a wreszcie zaskoczyć.

Pasikowski nie potrzebuje botoksu

„Pibull. Ostatni pies” Pasikowskiego, to film, który ma sens. Jest spójny, dobrze napisany, dobrze nakręcony i dobrze zagrany. Po wyjściu z kina miałem wrażenie, że to były dwie dobre godziny w moim życiu, poświęcone czemuś przyjemnemu, rozrywce. A nie jak u Vegi, że po wszystkim aż człowieka boli, że zmarnował dwie godziny z życia i zobaczył coś, czego odzobaczyć się nie da.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska