Czarne konie mistrzostw

Każdy piłkarski mundial ma swoich faworytów. Ale największe emocje wywołują zazwyczaj te drużyny, po których nikt nie spodziewa się sukcesów. Oto ich historia.

Już na kilkanaście miesięcy przed rozpoczęciem każdych piłkarskich mistrzostw świata wśród kibiców tego sportu rozpoczyna się dyskusja, kto ma największe szanse na sięgnięcie po puchar. Grono faworytów składa się z kilku tych samych reprezentacji – jedni stawiają na Brazylijczyków, inni na Niemców, jeszcze inni na Argentyńczyków lub Włochów. Ma to oczywiście uzasadnienie historyczne – kadry wymienionych krajów zwyciężały w czternastu z dwudziestu dotychczasowych Mundiali. O wiele trudniejsze jest wytypowanie drużyny, która na danym turnieju osiągnie wynik wykraczający poza jej możliwości. Innymi słowy – kto okaże się czarnym koniem mistrzostw.
Kibice reprezentacji Polski są zadowoleni z wyniku losowania grup Mundialu w Rosji. Dla przypomnienia – „biało-czerwoni” zmierzą się z Kolumbią, Japonią oraz Senegalem. Oczywiście każde z tych starć będzie na swój sposób trudne, jednak moim zdaniem nasi zawodnicy powinni szczególnie poważnie podejść do spotkania z drużyną z Afryki. Zarówno ze względu na występujących w niej zawodników ze ścisłej, europejskiej czołówki, ale także z powodów historycznych. Reprezentacja Senegalu wystąpiła bowiem na mistrzostwach świata tylko raz, ale był to występ mocno zapadający w pamięć.

Historyczne otwarcie 

Reprezentacja Francji jechała do Korei i Japonii w 2002 roku jako jeden z głównych faworytów. „Tricolores” byli nie tylko obrońcami tytułu mistrzów świata, ale jednocześnie dzierżyli miano mistrzów Europy. Mieli w kadrze kilka największych gwiazd futbolu swoich czasów – między innymi Thierry’ego Henry’ego, Zinedine’a Zidane’a i Davida Trezegueta. W meczu otwarcia turnieju mieli zmierzyć się ze wspomnianym Senegalem, którego kadra składała się niemal w całości z zawodników występujących na co dzień w przeciętnych klubach ligi francuskiej. Gdy w 23. minucie spotkania Trezeguet trafił w poprzeczkę, wydawało się, że bramka dla mistrzów jest jedynie kwestią czasu. Stało się jednak inaczej – kilka minut później piłkę do bramki wepchnął Papa Bouba Diop. Wynik spotkania nie zmienił się do samego końca i kibice Senegalu mogli się cieszyć z historycznego zwycięstwa swojego kraju na mistrzostwach świata. Na trzech punktach się jednak nie skończyło – w kolejnym meczu Senegalczycy zremisowali 1:1 z Danią, a trzecie grupowe starcie (z Urugwajem) skończyło się wynikiem 3:3. Pięć punktów pozwoliło Senegalowi na awans do kolejnej rundy. A co z Francuzami? Swoją przygodę w Korei skończyli z zaledwie jednym punktem na koncie, zajmując ostatnie miejsce w grupie.

W pierwszym spotkaniu rundy pucharowej Senegal trafił na Szwecję. Reprezentacja „Trzech koron” mogła się pochwalić kilkoma ciekawymi zawodnikami – oprócz 21-letniego wówczas Zlatana Ibrahimovicia o jej sile stanowił bijący rekordy strzeleckie w Celticu Henrik Larsson. To właśnie ten ostatni wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie w 11. minucie meczu, jednak jeszcze przed przerwą gola wyrównującego strzelił Henri Camara. 90 minut nie wystarczyło na rozstrzygnięcie, więc niezbędna okazała się dogrywka, w której obowiązywała zasada „złotego gola”. W niej Camara znów pokonał szwedzkiego bramkarza, dając swojej drużynie upragniony awans do ćwierćfinału. Tam na Senegalczyków czekała inna rewelacja mistrzostw, czyli Turcja. Jej wyjście z grupy nie było wielkim zaskoczeniem (oprócz Brazylii rywalami Turków byli Kostarykańczycy oraz Chińczycy), ale już zwycięstwo w 1/8 finału z gospodarzami turnieju, czyli Japonią, zdecydowanie było powodem do radości. Ćwierćfinałowe starcie było dla obu reprezentacji niezwykle ważne – w przypadku obu drużyn zwycięstwo oznaczało pierwszy w historii awans do grona czterech najlepszych zespołów na świecie. Wynik meczu znów został rozstrzygnięty dzięki zasadzie „złotego gola” – tego w 97. minucie strzelił Ilhan Mansiz, dając Turcji upragniony awans. Senegal odpadł, powtarzając wyczyn Kamerunu z 1994 roku. Turcy natomiast najpierw w kolejnej rundzie ulegli Brazylii 0:1, by następnie w meczu o 3. miejsce pokonać 3:2 Koreę Południową. Biorąc pod uwagę cały turniej, ostatnia z wymienionych ekip osiągnęła najbardziej niespodziewany wynik, jednak pisanie o niej w kontekście czarnych koni mistrzostw byłoby nadużyciem – występ Koreańczyków lepiej pasowałby do tematu „największe skandale w historii sportu”.

Bułgaria wkracza do elity 

Występ reprezentacji Bułgarii na mistrzostwach świata w USA w 1994 roku powinien zostać opisany w encyklopedii jako idealne wyjaśnienie terminu „czarny koń”. Bułgarzy mieli co prawda w swoich szeregach kilku dobrych zawodników, jednak ich wcześniejsze mundialowe przygody trudno nazwać udanymi. Przed 1994 rokiem reprezentacja Bułgarii awansowała do finałów mistrzostw świata pięciokrotnie, jednak nigdy nie wygrała na nich meczu! I chociaż przygodę w Stanach zaczęli od wpadki (0:3 z Nigerią), to później było już tylko lepiej. Najpierw Bułgarzy rozgromili 4:0 Grecję, a następnie wygrali 2:0 z zawsze silną Argentyną. W 1/8 finału trafili na reprezentację Meksyku, którą pokonali. Mało kto jednak widział podopiecznych trenera Dimityra Penewa w roli faworytów w ćwierćfinale, bo tam czekali na nich Niemcy, którzy wówczas bronili mistrzowskiego tytułu.
Bezbramkowy rezultat rozgrywanego w Nowym Jorku spotkania utrzymywał się do początku drugiej połowy, kiedy to Matthaus wyprowadził Niemców na prowadzenie, strzelając bramkę z rzutu karnego. Na około kwadrans przed końcem spotkania on i jego koledzy już niemal cieszyli się z awansu, kiedy po strzale w słupek piłkę do siatki skierował Voller. Niestety dla nich, sędzia dopatrzył się spalonego i gola nie uznał. Chwilę później los się odwrócił – Stoiczkow fantastycznie uderzył z rzutu wolnego, wyrównując wynik spotkania. Bułgarzy ewidentnie poczuli, że mistrzowie są w ich zasięgu i jak się okazało – mieli rację. Trzy minuty później jeden z nich dośrodkował ze skrzydła w pole karne, gdzie Thomasowi Hasslerowi nie udało się upilnować Jordana Leczkowa i pomocnik głową pokonał Bodo Illgnera. Gdy wybrzmiał końcowy gwizdek, największy piłkarski sukces Bułgarii stał się faktem – znaleźli się w czwórce najlepszych zespołów na świecie! Zwycięstwo nad Niemcami było jednak ostatnim powodem do radości na tym turnieju – w półfinale przegrali 1:2 z Włochami, a w meczu ze Szwecją o trzecie miejsce dali sobie strzelić cztery gole. Nagrodą pocieszenia był tytuł króla strzelców dla Stoiczkowa, która podzielił się tym zaszczytem z Rosjaninem Olegiem Salenko.

Cały artykuł ukazał się w najnowszym PLAYBOYU (4/2018) Autor: Michał Miernik

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska