Upadek Gibsona: jak do niego doszło?

2018-06-21
Upadek Gibsona: jak do niego doszło?

„Biały Gibson, tylko ciebie chcę!” - śpiewał przed laty Kazik Staszewski. Marka Gibson, wraz z Fenderem stały się symbolem rocka. Czy dziś, po upadku pierwszej z wymienionych firm możemy mówić o upadku kultury gitary?

Slash wychodzący z kościoła w teledysku „November Rain” Guns N’Roses, Angus Young przemierzający małymi kroczkami scenę w rytm „Thunderstuck”, Glenn Tipton i K.K. Downing z Judas Priest jadący samochodem i wykrzykujący (z posiadającym jeszcze wtedy włosy Robem Halfordem): „Breaking the law!”. To kanoniczne obrazy, które zna każdy fan muzyki gitarowej. I niemal każdy wie, że wspomniani gitarzyści używali różnych Gibsonów, czyniąc z nich znak firmowy.

A wszystko zaczęło się od Orville H. Gibsona, nowojorskiego lutnika, który pod koniec XIX wieku opatentował nowy sposób konstruowania mandolin i gitar. Dzięki wierzchnim płytom – ciętym i wygiętym, jak w skrzypcach – uzyskał głośniejszy i dłużej wybrzmiewający dźwięk. Technika ta okazała się na tyle nowatorska, że już kilka lat później, w 1902 roku, mógł założyć w Kamazoo w stanie Michigan własną firmę: „Gibson Mandolin-Guitar Mfg. Co, Ltd.”, znaną dziś jako „Gibson Guitar Corporation”.

Narodziny Gwiazdy

W latach dwudziestych ubiegłego wieku Gibson stał się liderem na rynku dzięki gitarom typu Arch Top i swojemu modelowi L5. Do dziś używany (głównie w muzyce jazzowej), niegdyś błyszczał w big bandach (stąd jego przezwisko „gitara orkiestrowa”) i w jakimś sensie stał się podwaliną pod rock n’rolla. Uwielbiał go B.B. King (swoją gitarę nazwał nawet „Lucille”, poświęcając jej jeden ze swoich największych przebojów) oraz Chuck Berry. Gibson L5 już wtedy stał się symbolem i marzeniem wszystkich gitarzystów na świecie. Wersji z dopiskiem ST do dziś z powodzeniem używają i cenią sobie tak różni muzycy jak Dave Grohl (Foo Fighters), Ritchie Blackmore czy Martin Gore (Depeche Mode).

Pozycję Gibsona ugruntował w 1936 roku model Gibson ES-150, elektroakustyczna gitara, która zachwyciła wszystkich definiując na kolejną dekadę brzmienie jazzowe (dzięki Charliemu Christianowi i Benny’emu Goodmanowi). Wyznaczyła – choć to brzmi bardzo górnolotnie – nowe drogi w bluesie i rocku.

Rosnącą popularność Gibsona zachwiał jednak nowy producent – Leo Fender, który w roku 1946 założył firmę na masową skalę produkując gitary elektryczne z litym (czyli w pełni zabudowanym) korpusem. Wymusiło to na firmie Gibson podjęcie nowych strategii i pracę nad nowymi modelami. I tu na scenę wkracza kolejna legenda, wywrotowy i kontrowersyjny Les Paul. Zaprojektowany według jego rad model trafił na rynek w roku 1952 i z miejsca zwojował serca gitarzystów. Gitara nie stałaby się jednak symbolem, gdyby nie wybitni instrumentaliści i związane z nimi historie. Dla przykładu „Stairway to Heaven”, jedna z najbardziej ikonicznych kompozycji w historii rocka, brzmi tak dobrze na żywo dzięki dwugryfowemu Gibsonowi EDS 1275, który – co zabawne – już wtedy (rok 1970) od dwóch lat nie był produkowany. Cylinder, włosy na twarzy, papieros w ustach i właśnie niedbale przewieszony Gibson Les Paul to... lider Guns N'Roses. Tak go przecież wszyscy zapamiętaliśmy! Intrygujące, że w czasie nagrywania najsłynniejszej płyty swojej formacji, czyli „Appetite for Destruction”, Slash był tak spłukany, że korzystał z pożyczanych gitar. W zasadzie przeboje zagrał na... replice Gibsona, otrzymanej od ówczesnego menadżera GN'R Allena Nivena. W roku 2008 firma Gibson stworzyła model oparty na lutniczej gitarze Slasha – historia zdecydowanie zatoczyła koło. Gdy Tony Iommi z Black Sabbath przygotowywał się do nagrania debiutanckiej płyty, w wypadku w fabryce stracił opuszki palców. To zmusiło go do obniżenia stroju gitary i uproszczenie akordów (tym samym wynalazł riffy i hard rock), później zaś uszkodził swój instrument i został zmuszony do gry na gitarze zastępczej – wysłużonym Gibsonie SG z 1956 roku. Gra na nim do dziś.

Upadek giganta

Sytuacja Gibsona jest bez precedensu. Gigant na gitarowym rynku upada i na razie nie widać, żeby coś się w tej materii zmieniło. Przyczyn jest wiele. Po pierwsze, kłopoty zaczęły się jeszcze w latach 70. Niestabilny rynek pracy i kryzys przełożyły się na kontrowersyjną dla wielu decyzję o przeniesieniu produkcji z rodzinnego Kalamazoo w Michigan do Nashville w Tennessee. Głównym powodem było zmniejszenie kosztów pracowników. I chociaż udało się podreperować finanse, cała sprawa odbiła się na jakości, a co za tym idzie na zmniejszeniu zainteresowania gitarami Gibsona. A konkurencja tymczasem robiła się coraz mocniejsza... Fender nie ustępował ani na krok, a na rynku pojawili się tacy gracze jak Jackson, ESP, BC Rich oraz Schecter. Sytuację pogorszyły także firmy wytwarzające repliki, które były wysokiej jakości i zarazem atrakcyjne cenowo (tu prym wiódł Ibanez U.S.A., który właśnie dzięki replikom Gibsona skutecznie zbudował swoją renomę). W drugiej połowie lat 80.

XX wieku sytuacja Gibson Guitar Corp. odrobinę się poprawiła, bo udziały wykupili jej nowi właściciele: Henry E. Juszkiewicz, David H. Berryman i Gary A. Zebrowski. Zastrzyk pieniędzy pozwolił na otwarcie nowych fabryk. Problemem okazał się jednak model biznesowy przyjęty przez korporację.

Mimo, że ostatnia dekada XX wieku upłynęła pod znakiem muzyki gitarowej (eksplozja muzyki grunge, kolejna fala popularności metalu), Gibson przepadł. Dlaczego? Wszystko przez to, że w obawie przed odrzuceniem przez klientów, firma nie chciała produkować modeli słabszych jakościowo (a więc siłą rzeczy tańszych). Wszystkie gitary produkowane na licencji Gibsona poza USA nie mogły nosić logo firmy, która w rozumieniu zarządu miała być kojarzona tylko z jej miejscem pochodzenia. Można zrozumieć taką argumentację – wiele firm utraciło prestiż i jakość, gdy ich produkty zaczęto wytwarzać w Chinach, Korei czy Japonii. Trudno jednak walczyć z rozwijającym się rynkiem, nie oglądając się na działania konkurencji. Sam zarząd zdawał się kompletnie nie rozumieć zasad rządzących rynkiem, ignorując dla przykładu fakt, że produkowane w Państwie Środka gitary Epiphone cieszą się ogromną popularnością. Warto też wspomnieć o brytyjskim Richwoodzie, który budował tak doskonałe kopie Les Pauli, że w końcu mu tego zakazano. Nic dziwnego, gdy za najtańszy model oryginalnego Gibsona trzeba zapłacić około 3 tys. zł (najnowszy ponad 4000), a dobrej jakości Epiphone czy RichwoRichwood kosztuje mniej więcej dwa razy taniej (nawet trzy, ale tu już różnica w jakości jest już bardziej widoczna).

Walka do końca

Gibson mimo wszystko się nie poddawał. Wypuszczono nowe modele gitar: przepięknego Les Paula Faded Worn Cherry, instrument z sygnaturą Viviana Campbella z Def Leppard. W akcję ratowania firmy został zaangażowany Slash, którego uczyniono oficjalnym, światowym ambasadorem marki. Oprócz pozowania do zdjęć z gitarami, przetwornikami i dopiero co wyciętymi gryfami, jeździł po Ameryce reklamując 9 nowych modeli sygnowanych własnym nazwiskiem. Poza dwoma wzorowanymi na Thunderbirdach, pozostałe to klasyczne Les Paule. Wyraźnie świadczy to o tym, że firma próbowała się ratować, wracając do źródeł. Problem w tym, że było już na to za późno. Dług Gibsona urósł do 375 mln dolarów i wtedy oficjalnie ogłoszono, że jeśli nie zostanie spłacony do 23 czerwca, na słynną firmę zostaną nałożone kolejne kary w łącznej wysokości 145 milionów. Upadku Gibsona nie udało się powstrzymać.

Firma ogłosiła bankructwo 1 maja, rzucając ręcznik przed czasem. Niewątpliwie to koniec pewnej epoki, ale czy świadczy o upadku kultury gitary? Biorąc pod uwagę wzrastającą popularność muzyki elektronicznej, R ’n’ B i hip-hopu wydaje się to całkiem prawdopodobne, choć jest to jedynie symptom–znak czasów, do których Gibson nie zdążył (bądź nie umiał) się dostosować. Skierowana do ekskluzywnych klientów oferta, wykluczająca w dużym stopniu sprzedaż w internecie, znacznie ograniczyła możliwości giganta. Dla porównania konkurencyjny Fender w ciągu ostatnich trzech lat podniósł swoją sprzedaż w sieci o 50 procent, zaś jej szef Andy Mooney cieszy się z postępującego rozwoju firmy. Nierozsądna, konserwatywna polityka, nadwerężające budżet decyzje dotyczące modelu produkcji, wreszcie zastały model sprzedaży przyczyniły się do schyłku i upadku Gibsona. By wygrzebać się z tarapatów potrzeba było cudu, który nie miał skąd nadejść – zabrakło nie tylko czasu, ale też pieniędzy. Jesteśmy więc świadkami zmierzchu pewnej epoki, być może i upadku pewnego symbolu, ale na pewno – i na szczęście – nie upadku kultury gitary. To jedynie znak, że by istnieć w szerokim spektrum, wszystko musi iść z duchem czasu, ewoluować i dostosowywać się do współczesnego świata. Nawet stary, poczciwy rock 'n' roll.

Tekst: Łukasz Radecki

Fot. Commons.wikimedia.org

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska