Ring PLAYBOYA i Antyradia: Czy nie będzie już gitar-legend i jak od tego zmieni się rock'n'roll?

2018-07-12
Ring PLAYBOYA i Antyradia: Czy nie będzie już gitar-legend i jak od tego zmieni się rock'n'roll?

Syf, muzyka oraz gry. Brzmi brutalnie, ale taki jest właśnie nasz świat. Giną dawne ideały, czego dowodem jest ogłoszenie upadłości Gibsona. O przyszłości rozprawiają Tomasz Kasprzyk z Antyradia oraz redaktor naczelny PLAYBOYA - Robert Ziębiński.

PRO: Tomasz Kasprzyk

„Rock’n’roll umarł, rock jest martwy, stary (…), masz karabin zamiast gitary” – śpiewał kiedyś Grabaż. Dzisiaj zamiast o lufie, mógłby śpiewać o pieniądzach, bo głównie o nie chodzi. 500 milionów dolarów długu to kwota, przy której faktycznie można pomylić ideały z rozsądkiem. Biznesowy upadek – być może. Ale żeby od razu koniec rocka?! Jaka śmierć legendy?!

Kiedyś na murach wypisywaliśmy, że „punk not dead”, ale wziął i się zawinął z głównych nurtów muzycznych. O rocku nikt nic nie pisał – i patrzcie – ciągle się trzyma! Finansowe potknięcie nie świadczy o upadku rockowej moralności (a czasami jej degeneracyjnym braku). Smutne pokłosie ewolucji muzyki, streamingu i skompresowanej muzyki XXI wieku objawia się w chińskich podróbkach, które tygodniami płyną z dalekich stron, i w takich ogłoszeniach jak to o upadłości Gibsona. Ale wyobrażacie sobie Page’a, Slasha czy Younga z podróbkami z AliExpress?! Wszyscy martwi rockmani przewróciliby się w grobach. Prawdziwy Gibson będzie żył i basta! Rock’n’roll nie umrze!

Wiem, kiepskie to pocieszenie dla biznesów, które kiedyś opierały się na niepowstrzymanym rocku i jego historycznym instrumencie. Ale serio – prawdopodobnie Gibson zreorganizuje spółkę, sprzedając Philipsa, KRK lub Cerwin Vega, i tak jak dawniej będzie produkował prawdziwie gitary, które tylko pozornie zeszły na dalszy plan. Już wkrótce przestaną one być srokami wydziobującymi okruchy dobrobytu i zmienią się w rynkowe białe kruki, a tłumy wyposzczonych muzyków, zmęczonych wszechobecnymi komputerowymi samplami, rzucą się na prawdziwą jakość brzmienia i historia zatoczy koło. Tak to widzę. A właściwie chcę widzieć...

KONTRA: Robert Ziębiński

Odnoszę wrażenie, że wiek XXI jest bezwzględny dla legend. I nie chodzi o to, że w krótkich odstępach zabrał nam Bowie’ego i Prince’a. Raczej o to, że XXI wiek ze swoim galopującym rozwojem technologicznym nie bierze jenców. Nieważne, jak wielkie masz zasługi. Albo dostosujesz się do nowych reguł, albo zginiesz. Spółka Gibson – producent legendarnych gitar – nie podporządkowała się. I tym sposobem pierwszego maja złożyli wniosek o ogłoszenie upadłości. Tak zamyka się pewien rozdział w historii muzyki. Biedny Chuck Berry, gdyby mógł, pewnie umarłby po raz drugi.

Sto szesnaście lat historii Gibson Guitars zakończono jednym podpisem. Gitary Gibsona towarzyszyły rockowi od jego narodzin (nie przez przypadek wspominam Berry’ego), przez największe wzloty (bez Gibsona nie byłoby Schodów do nieba), aż do dziś. Ale czy ktoś gra dzisiaj rocka? Wychodzi na to, że bankructwo firmy to coś na kształt symbolicznego zamknięcia epoki. Koniec rock’n’rolla. Witajcie w świecie podróbek. I wcale nie żartuję. W ogromnym skrócie – Gibson upadł, bo zarząd nie chciał podporządkować się rynkowym trendom i produkować w Chinach. Nie chcieli, by brzmienie Gibsona był podrabiane. I polegli. Nie pomógł Slash w kampanii promocyjnej. (Naprawdę? Slash? Drogi zarządzie, dziś nikt nie wie, kto to Slash!) Coś się skończyło. Nikt nie potrzebuje już solidnego, autentycznego rocka. Wystarczy plastik. Zresztą kto w dobie skompresowanego dźwięku i streamingu zwraca uwagę na brzmienie? Jeśli Gibson jakimś cudem przetrwa, to ciekawe, czy znowu właduje pieniądze w gitary, których nikt nie chce? Legendy zazwyczaj nie uczą sie na błędach. Legendy umierają.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska