"Lśnienie" jako arcydzieło współczesnego horroru

"Lśnienie" jako arcydzieło współczesnego horroru

Z okazji przypadających 26 lipca 90. urodzin Stanleya Kubricka prezentujemy fragment książki redaktora naczelnego PLAYBOYA - Roberta Ziebińskiego. Przeczytajcie, dlaczego jest to jeden z najważniejszych filmów w historii kina.

Lśnienie (The Shining), reż. Stanley Kubrick, wyk. Jack Nicholson, Shelley Duvall, Danny Lloyd; USA/Wielka Brytania 1980.

Wszystko zaczęło się od tego, że Stanley Kubrick związany ze studiem Warner Bros wieloletnim kontraktem, na jednym z zebrań z szefami studia powiedział, że chciałby nakręcić „najstraszniejszy horror wszech czasów”. Producenci mając w pamięci fortunę jaką przyniósł im „Egzorcysta”, najpierw zaproponowali Kubrickowi wyreżyserowanie jego kontynuacji. A kiedy pogonił ich z tym projektem, niezmordowani i niezrażeni zaczęli wysyłać do biura reżysera wszystkie powieściowe horrory jakie nawinęły im się pod ręce. Tak narodziła się pewna hollywoodzka legenda. Otóż ponoć Kubick zaglądał do każdej książki jaką mu podsyłano, dlatego też co pół godziny jego sekretarka miała słyszeć, jak z gabinetu reżysera dobiega głuchy huk. To Kubrick rzucał o ścianę powieściami, które znudziły go po czterdziestu stronach. Kiedy pewnego poranka sekretarka nie usłyszała hałasu, a reżyser nie reagował na wezwania przez interkom, pobiegła do gabinetu, obawiając się, iż zmarł on na zawał serca. Nie zmarł, czytał Lśnienie. Po jakimś czasie wyszedł, oznajmiając – „To ta powieść”. 

Tak narodził się horror, który albo się kocha, albo nienawidzi. Adaptując bestsellerową powieść Stephena Kinga, Kubrick wyciął z niej wszystko, co uznawał za zbędne. Zniknęła opowieść o nawiedzonym domu, przepadł straszny kocioł i demoniczne zwierzęta. Została sama oś fabularna – historia mężczyzny, który zamieszkuje wraz z rodziną w hotelu odciętym od świata przez zimę. Gdy wyjeżdża ostatnia osoba z obsługi, a Jack wraz z rodziną zostaje sam, zaczyna się koszmar. Z upływem dni nasz bohater popada bowiem w coraz większy obłęd, by w finale próbować zamordować żonę i syna. 

Lśnienie to mistrzowska szkoła filmowa budowania nastroju.

Kubrick gra dźwiękiem (wykorzystując muzykę Pendereckiego) i obrazem, montując wszystko tak sprawnie, iż fabuła przypomina bardziej koszmarny sen niż film. Wszystko jest nierealne, dziwne, zawieszone gdzieś na pograniczu dwóch tajemniczych światów. Nawet duchy, z którymi rozmawia bohater, okazują się nie duchami, lecz fantasmagoriami umęczonego umysłu. Zresztą Kubrick celowo i z pełną premedytacją usuwał z fabuły wszystkie elementy, które mogły jednoznacznie sugerować nadprzyrodzoną proweniencję tego co przydarza się bohaterom. Najlepszym dowodem na to było wycięcie z filmu granego już w kinach ( w USA) sekwencji wizyjnej Wendy (wpada do pokoju pełnego szkieletów). Scena ta przez dekady uchodziła za zaginioną. Na szczęście znaleziono ją w archiwach Kubricka i dodano do specjalnej edycji blu-ray filmu. Co ciekawe – wielkim fanem tej sekwencji był sam Steven Spielberg, który w swoim „Ready Player One” zacytował ją, choć przecież niewiele osób miało o niej pojęcie. Lśnienie miało prowokować do myślenia, a nie dawać gotowe odpowiedzi. Bo w końcu to co przeraża najbardziej, to rzeczy, których pojąć nie potrafimy. I one też działają najmocniej na wyobraźnię. Zapewne dzięki tym wszystkim zabiegom film Kubricka do dziś interpretowany jest na nowo. Doczekał się nawet poświęconego mu dokumentu Room 237 (2012), którego twórcy opowiedzieli o niemal wszystkich teoriach spiskowych narosłych dookoła filmu. A zatem mamy tu opowieść o tym jakby Kubrick chciał swoim filmem skomentować ludobójstwo jakiego Amerykanie dopuścili się na Indianach. Że jest to zakamuflowana spowiedź Kubricka w której przyznaje się on do pracy dla NASA (i CIA) markując lądowanie na księżycu i wreszcie oskarżenie wobec wszystkich, którzy negowali o Holokaust. Każda z tych historii oddala się jeszcze mocniej od oryginału Kinga. Nic zatem dziwnego, że swobodne podejście do literackiego oryginału sprawiło, że przez lata Stephen King odcinał się od tego filmu, by wreszcie w 1997 roku nakręcić własną wersję. Dużo słabszą, jak się okazało. Nie tylko odstępstwa fabularne irytowały Kinga (pisał, że film Kubricka przypomina cadillaca bez silnika – piękny z zewnątrz, ale pusty w środku), ale również fakt, że Kubrick wyciągnął na powierzchnię to, co autora Misery najbardziej uwierało – alkoholowe demony. Dopiero po latach (i odwyku) King przyzna, że Lśnienie to tak naprawdę zapis alkoholowych lęków i paranoi, jakie wówczas go dręczyły. W chwili gdy dopatrzył się ich w powieści Kubrick, King – jak każdy alkoholik – żył w zgodzie z mechanizmami uzależnienia i nie miał ochoty słuchać o tym, że być może ma problem z piciem. A już na pewno nie miał ochoty na to, aby pewne zachowania i mechanizmy pokazywał mu ktoś obcy.  

A wracając do filmu – oglądając Lśnienie Kubricka, warto zwrócić uwagę na słynną scenę z rzeką krwi wylewającą się z windy. Kubrick kręcił ją prawie rok, bo ciągle twierdził, że krew nie wygląda jak krew. Gdy w końcu udało mu się osiągnąć zamierzony efekt, postanowił, że scena ta będzie trailerem produkcji. Wtedy okazało się, że w Stanach krew nie może promować filmów. Mimo iż posoka wygląda tu niezwykle realistycznie, Kubrickowi udało się wmówić cenzorom, że widzą na ekranie wodę z rdzą, i trailer został zaakceptowany. Dziś, w czasach, kiedy producenci ciągle usuwają krew z kadrów, taka scena byłaby niemożliwa. Dzięki Bogu zatem, że Kubrick nakręcił ją w latach siedemdziesiątych. 

Fragment książki “Stephen King: Instrukcja obsługi” (wyd. Albatros jesień 2018)

Fot. AKPA

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska