Czy w Związku Sowieckim był seks?

2018-08-08
Czy w Związku Sowieckim był seks?

Na to i wiele innych pytań odpowiada w swojej książce Konstanty Usenko. Przeczytajcie obszerny fragment jego "Buszującego w barszczu". Znajdziecie tam coś także o rosyjskim Playboyu.

"U nas sieksa niet" – wszyscy znają zdanie wypowiedziane w 1986 roku w trakcie programu "Telemost Leningrad–Boston" przez Ludmiłę Iwanową, przedstawicielkę organizacji Komitet Radzieckich Kobiet.

Była to odpowiedź na pytanie: „Czy macie u siebie reklamy o podtekstach seksualnych?”. Wycięta z kontekstu fraza zaczęła żyć własnym życiem, zawsze ilustrowano nią rozmowy o tym, że ZSRR było tworem absurdalnie aseksualnym, pełnym hipokryzji i związanych z seksem tematów tabu. „Samo słowo "seks" brzmiało nieprzyzwoicie – wspomina po latach Ludmiła Iwanowa. – Ale mnie chodziło o co innego, my mówiliśmy na to miłość i robiliśmy to tylko z miłości. Moje zdanie w całości miało brzmieć: "Nie ma seksu, jesteśmy temu przeciwni, u nas jest tylko miłość". Ale zostałam zagłuszona śmiechem i oklaskami”.

Seksualność - wzloty i upadki

Rosyjska historyczna sinusoida mrozów i odwilży przekłada się też na podejście do seksualności. Dwudziesty wiek rozpoczął się sporym obyczajowym rozluźnieniem w kręgach artystycznych i lewicowych – jeśli chodzi o wolnościowe trendy w relacjach, Rosja nie odstawała wiele od Europy Zachodniej. Wykształcona młodzież chłonęła progresywną literaturę, próbując wcielać w życie jej teorie. Na carskim dworze również panował dekadencki klimat. W wielu sferach popularna była kokaina, nazywana marafietem. W tym samym czasie warstwy niższe żyły jak od setek lat, zgodnie z naukami Cerkwi i ludową tradycją. Okres przedrewolucyjny to z jednej strony czasy Rasputina, z drugiej – Majakowskiego, żyjącego w trójkącie i otwartym związku z Lilą Brik i jej mężem Osipem, który był jego wydawcą. Majakowski zadedykował Brik poemat Obłok w spodniach. Sama Lila Brik, rzeźbiarka, aktorka, performerka i modelka nazywana muzą rosyjskiej awangardy, stała się symbolem rosyjskiej emancypacji. Jeszcze w latach dwudziestych, czasach NEP-u, otwarte związki wśród towarzyszy i towarzyszek nie były niczym ekscentrycznym. Cerkiew nie była już strażniczką moralności i tradycji, duchowni byli masowo rozstrzeliwani. Władza potępiała dekadenckie zachowania, jednocześnie dążąc do ograniczenia burżuazyjnych instytucji rodziny i małżeństwa, liczyły się praca dla ogółu i koleżeństwo. Lecz potem nastał stalinizm.

Pochodzący z patriarchalnego Kaukazu Josif Dżugaszwili był skrajnie wrogo nastawiony do praw kobiet i wolności obyczajów. „Kwestię kobiecą” Stalin uznał za raz na zawsze rozstrzygniętą, skoro kobiety mogły jeździć na traktorach i pracować w przemyśle ciężkim. Jego oczkiem w głowie była produkcja nowych obywateli, więc zakazał aborcji. Los kobiet na froncie w latach 1941–1945 najlepiej opisała Swietłana Aleksijewicz w książce Wojna nie ma w sobie nic z kobiety. Życie Mariny Cwietajewej i Anny Achmatowej, najważniejszych kobiecych głosów rosyjskiej poezji, roztrzaskało się o tę betonową epokę, podobnie jak losy milionów innych ludzi. Grozy tamtym czasom dodawały praktyki Ławrientija Berii, gwałciciela i sadysty, który zlecał porwania dziewczyn wprost z ulicy. Były one więzione na jego daczy, a potem ginęły w niewyjaśnionych okolicznościach.

Podczas chruszczowowskiej odwilży zmiany obyczajowe przyniósł dopiero moskiewski Festiwal Młodzieży i Studentów, na którym wśród zagranicznych gości pojawili się też studenci z nowych postkolonialnych krajów socjalistycznych, zwłaszcza tych z Ameryki Łacińskiej i Afryki. Pojawiła się też liberalna subkultura stiliagów, ale dotyczyło to tylko największych miast i było uważane za obrazę socmoralności. Popularny musical z 2008 roku dobrze pokazuje tropiących ich komsomolców i komsomołki, dla których nawet najsubtelniejszy przejaw erotyzmu był zgniłym owocem burżuazyjnego świata. Potem było coraz swobodniej, nadeszły złote czasy popkultury i kina. Najwyrazistsze role kobiet stworzyły w filmach aktorki Ludmiła Gurczenko, Inna Czurikowa i Natalia Andriejczenko. W latach sześćdziesiątych nie inspirowano się wprost nową zachodnią wolnością, lecz jej odpryskami wśród demoludów, z których najatrakcyjniejsza wydawała się polska kultura. Gdy skończyły się czasy twista (Tamary Miansarowej i Edyty Piechy), popkulturę opanowała estrada. Jej królową została Ałła Pugaczowa, od początku budująca wizerunek dominy, lecz o bardzo rosyjskim charakterze, swojskim dla milionów kobiet oglądających telewizję w chruszczowkach i dopiero co budowanych panelkach. Kolory rzeczywistości z telewizorów Rubin coraz bardziej się zaciemniały. W latach osiemdziesiątych na ekrany zaczęła wkradać się proletariacka bytowucha z kuchni przesiąkniętych zapachem samogonu, wraz ze wszystkimi związanymi z nią brudami. Głośny dramat społeczno-obyczajowy Wasyla Piczuła Mała Wiera (1988) ukazuje ciężki los dziewczyny z małego miasta na południu Rosji, według dzisiejszej terminologii przebojowej cziki, bywalczyni lokalnych dyskotek, na których zbiorowe mordobicia są normą. Rodzice Wiery, znajdując w kieszeni jej spódnicy dolary, oskarżają ją o to, że jest interdiewoczką. W ramach głasnosti po raz pierwszy pokazano środowisko lowelasów z akademika, zaliczających dziewczyny dla sportu, oraz targaną awanturami rodzinę z problemem alkoholowym. Symboliczną sceną jest próba samobójcza podjęta przez główną bohaterkę, która popijając tabletki wódką, tańczy w histerii ze swoim zdjęciem z dzieciństwa i sztucznymi ogniami do dyskotekowych przebojów zespołu MIRAŻ i Sofii Rotaru. Odtwórczyni głównej roli Natalia Niegoda została obwołana największą seksbombą radzieckiego kina; po raz pierwszy w jego historii realistycznie odtworzono w filmie akt seksualny.

Otwarcie w latach 80.

Lata osiemdziesiąte to okres, w którym na powierzchnię wyszli farcowszczycy – prekursorzy wolnego rynku, którzy w następnej dekadzie dorabiali się pierwszych wielkich fortun. Stworzyła ich izolacja ekonomiczna. Dzięki rozległej sieci kontaktów z cudzoziemcami sprowadzali do ZSRR zachodnie towary, w tym pisma erotyczne i filmy pornograficzne. Szerokie masy, wychodzące z zaklętego kręgu purytanizmu, uczyły się seksu z tego typu produkcji. Tworzył się rynek usług seksualnych, kontrolowany przez „obrotnych pionierów biznesu”. Jako pierwsi kształt tej zmutowanej wersji rewolucji obyczajowej nadali cinkciarze. Dla młodocianych szpanerów, oślepionych błyskiem neonów Zachodu, „łatwy dostęp do kobiet” stał się synonimem wolnego świata. W Polsce w tych czasach do obiegowego slangu weszło słowo „towar” – używano go w odniesieniu do kobiet permanentnie, nie zastanawiając się nad tym, że jest to określenie sutenerskie. Gdy w agencjach towarzyskich i na poboczach dróg pojawiły się pierwsze niewolnice seksualne z byłego ZSRR, nazywane w Polsce „ruskimi kurwami”, dziewczyny z polskiej prowincji sprzedawane były przez mafie do burdeli zachodniej i południowej Europy. W Związku Radzieckim „seksu nie było, była tylko miłość”, więc zjawiska dojrzewające w podziemiu wybuchły z większym impetem. Spotworniały mutant, którego cień miał wkrótce nakryć całą poradziecką przestrzeń, był zlepkiem świata farcowszczyków, zdemoralizowanych struktur siłowych i kryminalnej kultury zony, która przeniknęła przez druty kolczaste na ulice miast, niosąc ze sobą przemoc, gwałt i handel ludźmi.

We współczesnym języku, jakim niektórzy politycy i celebryci pozwalają sobie na publiczne mówienie o kobietach, zostało wiele pamiątek z lat dziewięćdziesiątych. Chociaż w kręgach prolskich podobnym językiem mówiono zawsze. Rolę „naszego, swojskiego chama”, który bezceremonialnie „wali prosto w oczy ≫prawdę-matkę≪”, niezmiennie odgrywa w mediach Władimir Żyrinowski. Telewizyjne talk shows bez jego udziału uważane są za „pozbawione jaj”, w obu znaczeniach. Niektórzy inteligenci, udając pogardę dla nieokrzesanego Żyrika [Tłuściocha], mówią o nim: „Gra rolę buraka, ale trafia w punkt”. Inni śmieją się do rozpuku, słysząc zdania w rodzaju skierowanego kiedyś do Condoleezzy Rice* zaproszenia do Rosji z uwagami o „puszczeniu czekoladki Condi w obieg przez chłopców z Tamańskiej Dywizji” i o jej „udławieniu się ruską spermą”. Ten język nie szokuje zbyt wielu osób, ponieważ się do niego przyzwyczaili. „To taki język dołów społecznych, koszarowo-więzienny humor niskich lotów” – próbują tłumaczyć lidera partii LDPR niektórzy przedstawiciele inteligencji. Kiedy Żyrik wyzwał w studiu telewizyjnym Ałłę Pugaczową (wspierającą oligarchę-demokratę i neoliberała Michaiła Prochorowa, który chciał stanąć w szranki z Putinem w wyborach prezydenckich w 2012 roku) od „estradowych prostytutek rozkładających nogi przed każdą władzą od czasów Breżniewa”, piosenkarka odpowiedziała: „Właśnie zachowanie takich świrów hańbi nas przed całym światem”. Język populisty Żyrinowskiego ma trafiać do „prostych ludzi”, widzących dziś w nabotoksowanej Pugaczowej symbol zdeprawowanych elit, o których lubią sobie poczytać w tabloidach – można więc nazwać ją w telewizji prostytutką i będzie to „śmieszny akcent”. Inteligencja rosyjskiego propaństwowego mainstreamu pogardza prolskimi warstwami, do których z powodzeniem przemawia polityczny klown Żyrik, ale jego teksty o dławieniu się spermą mogą zostać uznane co najwyżej za sprośne i obrzydliwe. Często próbuje się w tych „oświeconych” kręgach usprawiedliwiać społeczną tolerancję dla języka przemocy i dla samej przemocy – mówi się o „surowych uwarunkowaniach geograficznych”, „zdrowej tradycji twardego wychowania”, „zgodności z prawdziwą ludzką naturą”, o tym, że „mężczyźni powinni być mężczyznami, a kobiety kobietami”.

Brutalność i bezkarność

Nie sposób nie przypomnieć tutaj klasycznego już "Ładunku 200". Zahukany, wystraszony inteligent pije wódkę i wdaje się w dysputy o duszy z posępnym recydywistą, słuchając jego alkoholowych kazań o moralności, podczas gdy za ścianą odbywa się brutalny gwałt – to metaforyczna scena z głośnego thrillera Aleksieja Bałabanowa, obwołanego najgłębszą czernuchą w historii rosyjskiego kina. Akcja filmu, oparta na prawdziwych wydarzeniach, rozgrywa się w mrocznym 1984 roku. Był to rok największej aktywności seryjnego psychopatycznego mordercy Andrieja Czikatiły. W radzieckim "Milczeniu owiec" rolę Hannibala Lectera odgrywa milicjant o nazwisku Żurow. To maniak‑sadysta, ale reżyser nie chciał, by jego bohatera nazywano w ten sposób. „Nie każdy maniak ma władzę. Gwałt zadawany był w świetle prawa, a komendant Żurow udawał, że tropi samego siebie. Wykorzystywał władzę i swoją bezkarność. Takich historii było wiele i nadal się zdarzają” – opowiadał Bałabanow historykowi Leonidowi Parfionowowi. Ładunek 200 miał być lekarstwem na bezrefleksyjną nostalgię za ZSRR i dedykowany był wszystkim twierdzącym, że w czasach „przewodniej siły klasy robotniczej” było lepiej. Soundtrackiem do strasznych scen kręconych w industrialnym Czerepowcu są sentymentalne przeboje radzieckiej estrady. „Od dawna myślałem o sportretowaniu wewnętrznego rozkładu kraju, który był jak wewnętrzny rozkład człowieka – mówił reżyser, który nakręcił wcześniej obie części Brata. – Pora szczerze porozmawiać o czasach, w których żyliśmy. Jestem gotów do dyskusji ze wszystkimi, którzy twierdzą, że mój obraz jest przerysowany i zbyt okrutny. Tak jak kiedyś dysydenci-słowianofile idealizowali carat, tak dziś niektórzy idealizują komunizm. Początek lat osiemdziesiątych to dla mnie obrzydlistwo i ohyda. Wszystko widziałem na własne oczy, jako żołnierz byłem w Afganistanie, zjeździłem Zabajkale i Daleki Wschód […]. A że nadal trafiają się „wilkołaki w pagonach”? Nie ma porównania z tym, co było kiedyś. Nawet otwarty bandytyzm lat dziewięćdziesiątych uważam za mniejsze zło niż schizofrenię i hipokryzję początku lat osiemdziesiątych. Bo kręciła się ta sama karuzela przemocy i gwałtu, lecz wszystko zasłonięte było wzniosłymi humanistycznymi hasłami. Kompletne pomieszanie pojęć, jak u milicjanta, który torturując porwaną dziewczynę, mówił, że ją kocha, i nazywał swoją żoną”.

Rosyjski Playboy

Jeśli chodzi o obyczaje czasów „dziewięćdziesiątki”, ciekawego wywiadu udzielił Artiom Troicki, człowiek nazywany akuszerem rosyjskiego rock’n’rolla. Gdy w 1995 roku, po zabójstwie dziennikarza Włada Listiewa, Troicki stracił posadę głównego redaktora muzycznego telewizji publicznej, której Listiew był dyrektorem, zaczął karierę głównego redaktora… rosyjskiej edycji „Playboya”. Amerykańscy wydawcy zaproponowali Troickiemu wymyślenie profilu gazety od zera i zlecili organizację castingów fotomodelek w całej Federacji. „Rosyjski John Peel” opowiada, że zjeździł w tym celu mnóstwo prowincjonalnych miast, takich jak Iżewsk, Stawropol czy Krasnodar. „Kiedyś uważano u nas „Playboya” za symbol największego zła czy nawet narzędzie demoralizacji, wynalazek CIA. A w latach dziewięćdziesiątych na naszych castingach były ogromne kolejki, matki wysyłały swoje córki do udziału w rozbieranych sesjach. To o czymś świadczy. Dziewczyny ściągały tabunami, marząc o moskiewskiej czy światowej karierze. Większość redaktorów wykorzystywała seksualnie dziewczyny, obiecując im złote góry. Lecz nie ja!” – zarzeka się Artiom Troicki. Elegant w białym smokingu myślał o stylowym piśmie erotyczno-dizajnersko-kulturalnym, za wzór biorąc sobie amerykańskiego „Playboya” z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. „Chciałem więcej prowokacyjnego seksu i artystycznego erotyzmu, więcej otwartości i mniej tabu. Marzyłem, by łamać konwenanse – chciałem nawet wprowadzać wątki homoseksualne, ale amerykański wydawca był temu przeciwny. Target miał być większościowy, a do tego przecież chodziło o Rosję”. Troicki też mieszkał w Rosji, lecz pod względem statusu i mentalności był jak przybysz z innej planety. Dziś uważa, że dzięki pracy w „Playboyu” miał wpływ na postępy w emancypacji rosyjskich kobiet i mężczyzn. „Wbrew pozorom kolorowe magazyny tych czasów, rosyjskie edycje zachodnich tytułów, zrobiły wiele dobrego dla mentalnej edukacji. Wielu dziewczynom udało się wyrwać z życiowej matrycy dzieci–kuchnia. Artykuły w tych pismach mówiły, że same powinny decydować o tym, co chcą robić, że nie muszą we wszystkim słuchać się mężczyzn, że mogą być szefowymi i zarządzać. Nie mówiąc o poradach na temat antykoncepcji czy używania podstawowych środków higieny osobistej. Teraz taka wiedza w miastach wydaje się normą, lecz wtedy wcale nie była. „Playboy” pomógł też wielu facetom z prowincji w odcięciu się od syndromu ruskiego mużyka. Przeciwieństwem takich zachowań miał być mężczyzna z określonym stosunkiem do kobiet, nieschodzącym poniżej pewnej normy. Powinien kochać je tak, by okazywać im zachwyt i widzieć w nich partnerki, w seksie odkrywać nowe horyzonty i traktować go jako wieloetapową grę, a nie jak wyjście za potrzebą do kibla. W „Playboyu” chciałem propagować taką właśnie postawę, na przekor temu naszemu piekielnemu schematowi najebka–rybałka–szaszłyczek–meczyk w telewizji, który jest symbolem stagnacji i degeneracji narodu – twierdzi Troicki. – Właśnie tych zachowań nienawidzę u nas najbardziej. Zgnuśniałych, niechlujnych agresorów, walących pięściami w stół i zawsze mówiących podniesionym tonem. I ich żałosnego traktowania kobiet, tej mieszanki nienawistnej zawiści z jakimś chłopięcym strachem. Żona powinna zrobić mu barszcz, rozłożyć nogi, a potem niech spada. No i ta straszna teściowa. Kurwa, tego nienawidzę najbardziej na świecie. Takie mużyki w masie to jakaś horda, gorsza od zwierząt. Począwszy od milicjantów krawężników, kończąc na deputowanych. Uważam, że taki gatunek ludzi powinien znaleźć się na śmietniku historii. I mam szczerą nadzieję, że prędzej czy później tak się stanie”.

Fragment książki Konstantego Usenki "Buszujący w barszczu. Kontrkultura w Rosji sto lat po rewolucji". Wyd. Czarne.

Śródtytuły pochodzą od redakcji

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska