Czy playboy może być dobrym ojcem?

Czy playboy może być dobrym ojcem?

Żyjemy w trudnych czasach. Jesteśmy zarobieni i bardzo przestraszeni przymusem odniesienia sukcesu, radykalną emancypacją kobiet i społeczną presją na to, że mamy być wiecznie szczęśliwi i młodzi. Olewamy więc ojcostwo lub odsuwamy je w czasie, bo to dla nas zbyt trudne zadanie. A jak przytrafi się dziecko, uciekamy przed wejściem w rolę, oddając malucha pod opiekę matki. Bez sensu…

Taka scena. Warszawa, piątkowy wieczór, róg Poznańskiej i Wilczej. Wokół sporo modnych knajp, restauracji, klubów i drink-barów. Zewsząd ściągają doskonale ubrani i zamożni mężczyźni. Niektórzy sami, niektórzy w towarzystwie równie jak oni „wyluzowanych” kobiet.

Panowie wyglądają jak ich właśni synowie (jeśli ich mają lub gdyby ich mieli). Siwe włosy i brody widać co prawda z daleka, ale są one starannie przystrzyżone u barberów (fryzjer brzmi tak niemodnie). Piją, śmieją się i zachowują się tak, jakby wciąż byli na studiach albo nawet w liceum. Bawią się, korzystają z tu i teraz, jutro dla nich nie istnieje. Są ubrani w krótkie spodenki ewentualnie ciuchy z reklam sklepów dla młodzieży, która zresztą nie ma do żadnego z tych klubów wstępu, bo koktajl kosztuje 25 zł, a przekąska od 30 zł w górę.

To współcześni wielkomiejscy mężczyźni. Cały tydzień ciężko tyrają, a odreagowują w weekendy, udając, że czas zatrzymał się w miejscu. Towarzyszą im kobiety, o których można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że są kurami domowymi, bo są wyemancypowane i pozbawione poczucia społecznej niższości.

Czy jest tu miejsce na dziecko i rodzinę? Jeśli nawet, to panowie traktują te tematy bardzo niezdarnie i nieumiejętnie. Wielu z tych siwiejących playboyów bez żadnego problemu oddaje własne dzieci żonom i partnerkom na wychowanie, w przekonaniu, że oni muszą tylko dostarczyć zastrzyku gotówki. Rozmowy o roli ojca jako wzorca wolą uciąć w zarodku. Zresztą i tak większość z nich jest albo będzie rozwiedziona.

Kim jest playboy?

Dyskusję o tym, czy playboy może być dobrym ojcem, trzeba zacząć od tego, kim w ogóle jest dziś playboy. Kiedyś bawidamka definiowano prosto – jako zdobywcę, połączenie Jamesa Bonda (wygląd i maniery) z młodym wykształconym biznesmenem (fortuna i intelekt). Dziś – po ponad sześciu dekadach od pojawienia się PLAYBOYA – wiadomo, że playboy to raczej facet pewny siebie, znający swoje wady i zalety, bez względu na to, jaki ma status majątkowy i skąd pochodzi.

I właśnie dziś okazuje się, że playboyów jest jak na lekarstwo. Przynajmniej w realnym świecie. Jako mężczyźni straciliśmy pewność siebie i grunt pod nogami. W rozwiniętych społeczeństwach 50–70 proc. małżeństw kończy się rozwodami. W Stanach 40 proc. chłopców wychowuje się bez ojca, czyli bez wzorca męskości. We Włoszech 40 proc. mężczyzn w wieku 30–40 lat regularnie pobiera od rodziców kieszonkowe. Niby jak facet ma zawalczyć o bycie ojcem, gdy sam ma mętlik w głowie?

Młodzież uczy się teraz, jak żyć, z telewizji i internetu, a nie od tatusiów. Edukacja seksualna w Wielkiej Brytanii polega na oglądaniu pornosów, czemu państwo próbuje aktywnie przeciwdziałać, ale jak dotąd robi to tak nieskutecznie, że dzieciaki do dwunastego roku życia spędzają na pornograficznych platformach streamingowych nawet dwie godziny tygodniowo, a później jest jeszcze gorzej. Dojrzewają w przekonaniu, że kobiety są zawsze chętne, a to, co oni sami mają w majtkach, jest małe i nic niewarte. W Polsce edukacja seksualna w ogóle nie istnieje. Została ograniczona do podszytych wstydem rozmów o prokreacji. Wychowanie seksualne rozumiane jako rozmowa ojca z synem o tych sprawach to przywilej najbardziej otwartych i świadomych, czyli promila społeczeństwa.

Słynny psycholog prof. Philip Zimbardo alarmuje w książce „Gdzie ci mężczyźni?”, że mamy do czynienia z ogromnym kryzysem męskości jako takiej. Składa się na nią bardzo wiele rzeczy, od braku wzorców męskości, przejmowania roli ojca przez matkę (w związku z brakiem ojca), do wszechobecności technologii, zawłaszczającej wszystko wokół. „Ojcowie nazywający siebie aktywnymi w wychowywaniu synów rozmawiają z nimi przez 30 minut tygodniowo. To nie jest nawet 5 minut dziennie! Zestawmy to z danymi na temat życia wirtualnego chłopców, którzy spędzają w sieci 44 godziny tygodniowo. Młodzi mężczyźni nie są dziś przygotowani do pełnienia roli ojców” – konstatuje Zimbardo w jednym z wywiadów.

Społeczne lenistwo

Efektem tego rozchwiania jest wycofanie. W rozwiniętych społeczeństwach mężczyźni uciekają przed wszelkimi wyzwaniami. Zasadzić drzewo? Spłodzić syna? Wybudować dom? No ale po cholerę to wszystko – myśli sobie przeciętny facet – skoro zasadzone drzewo będzie tylko przez całe życie przypominać, że marzyło się za młodu, żeby założyć „normalną” rodzinę, a nie wyszło. Spłodzony syn będzie miał całe życie ustawione przez matkę, a czas – wypełniony gapieniem się w ekran komputera/smartfona. A wybudowany dom trzeba będzie sprzedać raczej niekorzystnie, no bo rozwód z żoną i tak prędzej czy później nastąpi.

Z tej niemocy wynika właśnie niechęć do podejmowania jakichkolwiek działań. Lepiej chodzić w krótkich spodenkach do końca życia i udawać – nawet w wieku 40–50 lat – że wciąż ma się ich 19. Prof. Zimbardo nie pozostawia złudzeń: mężczyźni, którzy są niepewni swojej roli w rodzinie i społeczeństwie, uciekają. Przede wszystkim w pracę, która raczej frustruje niż przynosi satysfakcję (niby skąd to całe pieprzenie o „piąteczkach”, typowe dla korpo-szczurów?). Ale także w alkohol, narkotyki, seks z Tindera i całą masę innych ersatzów.

Co ciekawe, nawet świat reklamy, będący w jakimś stopniu odzwierciedleniem ludzkich potrzeb i ambicji, wychwytuje to męskie niezdecydowanie. Niby współcześni tatusiowie dbają o swoje pociechy, ale tak szczerze to tylko wówczas, gdy są one naprawdę małe. Ojcowie uczestniczą w porodach, potem jeszcze spacerują z wózkami, niby są aktywni. Tyle tylko, że potem, gdy trzeba wspólnie (to słowo-klucz: wspólnie) pogadać, zacząć rozwiązywać problemy, nauczyć się jeżdżenia samochodem, odpowiedniego traktowania kobiet, rozwiązywania konfliktów w grupie rówieśniczej, ojców już nie ma. A zostają nadopiekuńcze i rozhisteryzowane matki, niewidzące świata poza swoimi synami, których chcą przeprowadzić przez życie, trzymając ich za rączkę.

Tymczasem męskość wykuwa się w zderzeniu z rzeczywistością, gdy podejmuje się wyzwania, ponosi porażki i wychodzi z nich! Ojciec, który towarzyszy synowi, będąc dla niego wzorem, oswaja go z tym. Pierwsza bójka w szkole to żadna tragedia. Trzeba ją przegadać, przepracować. Zawód miłosny? Nieszczęśliwa miłość? Wykluczenie z grupy koleżeńskiej? Właśnie wtedy jest czas zarówno na rozmowę, jak i naukę.

Ojciec dla syna – taki idealny – tworzy jednoosobową grupę wsparcia, czyli tłumaczy, że „tak to już jest” i „jakoś to będzie”. Tymczasem miłość ojcowska tym różni się od matczynej, że nie jest bezwarunkowa, ponieważ uzależniona jest od osiągnięć dziecka. Uciekający przed jakąkolwiek odpowiedzialnością ojcowie przyjmują postawę: skrzyczeć i dać na wikt i opierunek. Zamiast prowadzić i czerpać z tego przyjemność, skracają i tak bardzo ograniczony kontakt z synem do prostych komunikatów „to tak”, „tego nie”, często podszytych agresją, znużeniem i frustracją.

Faktyczny matriarchat

W PLAYBOYU zawsze wspieraliśmy równouprawnienie, uznając, że kobiety powinny mieć takie samo prawo do spełnienia się w życiu, jak mężczyźni, w tym do identycznej płacy za tę samą pracę i pełnienia tych samych ról społecznych.

Jak się jednak okazało, błyskawiczna emancypacja kobiet usunęła nam grunt spod nóg. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu sytuacja była dość jasna: mężczyzna zarabia, kobieta dba o dom, mężczyzna zdobywa, kobieta jest zdobywana. W tej chwili wszystko stanęło na głowie (nie oceniamy tego, tylko stwierdzamy fakt). W rozwiniętych społeczeństwach i w środowiskach wielkomiejskich nie ma żadnych ustalonych reguł, które pozwoliłyby mężczyznom odnaleźć się w relacjach damsko-męskich. Nawet podrywanie i wzajemne zdobywanie stało się domeną obu płci, co dla większości z nas, facetów, jest podskórnie nieakceptowalne. Niby na zewnątrz udajemy, że jesteśmy na tyle nowocześni, że łapiemy nowe czasy w lot, ale wewnątrz coś nas uwiera.

To przekłada się także na wychowanie dzieci, które od najmłodszych lat są zdominowane przez nadopiekuńcze kobiety. Nie tylko chodzi o matki i okres wczesnego dzieciństwa. Matki nie oddają dzieci ojcom, kiedy przychodzi na to czas. A ojcowie nie chcą ich „przejmować”. Wiadomo, że kiedy synek ma trzy czy cztery lata, naturalne jest, że bardziej lgnie do matki niż do ojca. Ale potem powinien nastąpić – i następuje – okres fascynacji ojcem. Tymczasem matka nie chce odpuścić, wciąż to raczej ona sprawdza postępy w nauce, wybiera zajęcia dodatkowe, chodzi na zebrania, wyjaśnia, jak żyć i jak mierzyć się ze światem. Rytuał przejścia spod skrzydeł matki pod skrzydła ojca nie następuje. A potem bywa już za późno, bo rozpoczynający się następny okres w życiu dziecka, czyli bunt, wyklucza już porozumienie.

Do tego dochodzi fakt, że cały system edukacji w krajach rozwiniętych jest sfeminizowany. Psychologowie wskazują, że zdecydowana większość kadry nauczycielskiej (ponad 80 proc.), zazwyczaj słabo opłacanej i niecieszącej się przesadnym prestiżem, to kobiety. Wtłaczające w głowy dzieciaków własny sposób myślenia. To nie jest przypadek, że dziewczynki mają globalnie dużo lepsze wyniki w nauce od chłopców.

Jeśli doda się do tego wspomniany rozwój technologii, sytuacja naprawdę nie wygląda kolorowo. Jak realnie wygląda czas, który ojciec spędza z synem? Nawet w drodze do szkoły polega to głównie na tym, że syn patrzy w telefon, a ojciec „ma święty spokój”, żeby myśleć już o sprawach zawodowych. Po szkole zaś pada sakramentalne pytanie „Jak było w szkole?”, na które dziecko odpowiada zdawkowo. I znów nic się nie dzieje. To i tak sytuacja przyzwoita, bo jak już wspomnieliśmy, połowa ojców rozwiodła się z matkami swoich dzieci. Do spotkań nie dochodzi więc codziennie, a raczej co dwa tygodnie.

Młodym chłopcom, wychowywanym przez matki, stopniowo zakazuje się wszystkiego, co ich tworzy. Nie mogą się kłócić, rywalizować, narażać się. Jakiekolwiek przejawy agresji są niedopuszczalne i surowo tępione. W tej sytuacji chłopcy nie uczą się, jak poskramiać agresję, a jedynie ją w sobie tłumią. Konflikty rozwiązywane są w grupie, nie daje się chłopcom szans, by załatwiali sprawy między sobą. W genialnej "Rzezi" Romana Polańskiego (ekranizacja sztuki "Bóg mordu" Yasminy Rezy) rodzice skaczą sobie do gardeł, bo jeden dzieciak uderzył drugiego kijem. Kiedy dochodzi do wojny między dorosłymi, synowie są już dawno pogodzeni.

Nawet opiekuńcze państwa zdejmują z ojców odpowiedzialność. Bądźmy szczerzy: mężczyźni nie są dziś konieczni, by zapewnić rodzinie byt. Samotnej matce jest oczywiście zdecydowanie trudniej niż kobiecie w pełnej rodzinie. Ale już w krajach skandynawskich – bardzo bogatych – jest cała masa systemów wsparcia. Od niższych opłat za przedszkole i szkołę, przez ulgi podatkowe, po żywą gotówkę w postaci różnych zasiłków. „Niepotrzebni” Szwedzi i Duńczycy dostają więc od matek swoich dzieci komunikat, że „obejdzie się bez nich”, więc ich naturalną reakcją jest wycofanie. Nie tylko z utrzymywania dziecka, ale także z roli wzorca męskości.

Powrót taty

Prof. Zimbardo widzi światełko w tunelu. W Stanach Zjednoczonych – jak twierdzi – coraz więcej jest ojców, którzy nie mają zamiaru odpuszczać. Nie chodzi o wychodzenie z dziećmi na spacery z wózkiem, bo to robi większość, ale realne poświęcanie im czasu (zwłaszcza synom), gdy dorastają. Wspieranie na zawodach, wspomniane już rozmowy na temat porażek i sukcesów, wspólne cieszenie się i martwienie. A także wspólne spędzanie czasu na staromodnych „męskich” przyjemnościach, często budzących przerażenie u mam. Bez komórek, bez tabletów i bez telewizji.

My też widzimy światełko w tunelu, właśnie dla playboyów, którzy zamiast uciekać, podejmą wyzwanie. Bo przecież są pewni siebie, znają swoje mocne i słabe strony, cieszą się jednymi i starają się wyeliminować te drugie. Playboy jest gotów uczyć się i słuchać, przynajmniej ten współczesny. Doskonale więc zrozumie, że ucieczka od własnego syna (lub zdradzenie go, jak pisał psycholog Wojciech Eichelberger), to gotowa katastrofa. A bycie przy nim to recepta na największą satysfakcję w życiu.

Tekst: Marcin Klimkowski Ilustracje: PAWEŁ JOŃCA

Tekst ukazał się we wrześniowym numerze miesięcznika PLAYBOY

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska