Gra na nerwach, czyli historia snookera

2018-09-13
Gra na nerwach, czyli historia snookera

Kiedy zaczyna się pojedynek, na sali zapada absolutna cisza. Panowie z długimi kijami, ubrani jak od święta, nie pasują może do tradycyjnego wyobrażenia sportowych herosów, ale margines błędu jest w tej dyscyplinie bardzo mały. A fani snookera doskonale zdają sobie z tego sprawę.

Dwadzieścia dwie bile. Jedna biała – rozgrywająca. Piętnaście czerwonych, każda warta jeden punkt. Sześć dodatkowych kolorów, w przedziale od dwóch do siedmiu oczek, które należy wbijać naprzemiennie z czerwonymi. Maksymalna wartość jednego podejścia, określanego tu jako break: 147 punktów. W teorii wszystko wydaje się proste. Przynajmniej do momentu, w którym po raz pierwszy podchodzi się do stołu gry. Szacunek budzą już jego wymiary, niemal o połowę większe od tych znanych z popularnych barowych odmian bilarda. Pokryty zielonym suknem „potwór” w pełnej krasie to 3,6 m długości i 1,8 m szerokości, przestrzeń, na której każdego początkującego można doprowadzić do płaczu.

A to nie wszystko – mniejsze bile, mniejsze kieszenie i konieczność nadawania białej kuli różnych rotacji, aby umożliwić sobie odpowiednią pozycję do kolejnego wbicia. Dla świeżo upieczonych adeptów snookerowego rzemiosła szybko staje się jasne, że od poziomu znanego z telewizyjnych transmisji dzielą ich lata morderczych treningów. Większości z nich nigdy nie uda się go osiągnąć, bo w tym sporcie obok wypracowanej w pocie czoła nienagannej techniki, jeszcze większe znaczenie ma to, co siedzi w głowie.

Wbrew pozorom, w trakcie dość statycznej (w porównaniu do innych dyscyplin) rozgrywki dzieje się całkiem sporo i to nie tylko przy samym stole. Mecze snookerowe potrafią trwać od kilku godzin do kilku dni, w czasie których wymagana jest koncentracja na stałym, najwyższym poziomie. Tu nie ma miejsca na pośpiech. Tu trzeba iście diabelskiej precyzji kolejnych zagrań. To sprawia, że każde uderzenie jest celebrowane i należy go planować kilka ruchów naprzód. A kiedy nie ma szans na skuteczne uderzenie i wbicie bili? Wtedy rozpoczyna się taktyka i tzw. odstawne, czyli zagrania mające pokierować bile w takie miejsce stołu, by jak najbardziej utrudnić kolejny ruch przeciwnikowi. To takie bilardowe szachy z dodatkiem podstawowych praw fizyki, które nabierają znaczenia, gdy gra toczy się o najwyższą stawkę i o ostatecznym wyniku decydują detale. Każdy popełniony błąd jest tu bolesny, tym bardziej że od momentu oddania stołu rywalowi można jedynie bezradnie przyglądać się jego grze. Być może to właśnie ta przygniatająca dawka odpowiedzialności powoduje, że od momentu powstania ten niezwykły sport elektryzuje coraz więcej ludzi na całym świecie.

Jak to się zaczęło?

Historia snookera, nazywanego z początku grą dżentelmenów, sięga 1875 roku. W indyjskim mieście Jubbulpore (dzisiejszy Jabalpur) młody porucznik brytyjskiej armii, Neville Chamberlain, eksperymentował w oficerskiej kantynie z istniejącą już wtedy odmianą bilarda z piętnastoma czerwonymi i jedną czarną bilą. Anglik postanowił wprowadzić do rozgrywki dodatkowe, wysoko punktowane kule. Chamberlain i cała reszta zawodników byli w tej grze absolutnymi nowicjuszami i stąd zresztą wzięła się nazwa nowej dyscypliny – w tamtym okresie „snookerami” nazywano nieopierzonych kadetów wojskowych akademii.

Początkowo snooker był zarezerwowany dla oficerów brytyjskiej armii i wysoko postawionych członków białej społeczności. Niedługo później snooker zawitał na Wyspy Brytyjskie, z przypiętą już wtedy łatką nowego fenomenu. Rozgrywane w czasach pierwszej wojny światowej pierwsze amatorskie mistrzostwa świata odbyły się na jeszcze nie do końca ustalonych zasadach, ale zajęto się tym stosunkowo szybko i finalnie spisano je w 1919 roku. Od tego momentu datuje się początki snookerowej ery profesjonalizmu, która przez kolejnych trzydzieści lat zdominowana była przez legendarnych braci Joe i Freda Davisów. Począwszy od pierwszych w historii zawodowych mistrzostw świata w 1927 roku, zdobyli łącznie 23 tytuły najlepszych zawodników globu, a za swoje zasługi w dziedzinie sportu zostali później uhonorowani Orderami Imperium Brytyjskiego.

Dla samego snookera kluczowy okazał się rok 1950, kiedy transmisję z mistrzostw rozgrywanych w Leicester przeprowadziło BBC. Niemal dwadzieścia lat później ta sama stacja wprowadziła snookera na nowe terytorium: sir David Attenborough, zarządzający BBC2, podczas telewizyjnej „kolorowej rewolucji” w 1969 roku przeznaczył czas ekranowy na serię cotygodniowych rozgrywek Pot Black. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę i w taki sposób snooker zaczął marsz ku ogólnoświatowej rozpoznawalności.

Czas tytanów

O ile lata siedemdziesiąte to okres panowania Raya Reardona, który zdobył w tym czasie sześć tytułów mistrzowskich, ich prawdziwą gwiazdą zarówno przy snookerowym stole, jak i poza nim był pochodzący z Irlandii Północnej Alex Higgins. Jego dynamiczna gra i kontrowersyjny styl bycia, w który wliczały się picie alkoholu i palenie papierosów podczas turniejów, a także niezliczone kłótnie z innymi zawodnikami, były dokładnie tym, czego snooker potrzebował. Co prawda Higgins zdobył tytuł mistrza świata tylko raz, już przy pierwszej próbie w 1972 roku, ale z miejsca zyskał przydomek „czempiona publiczności” i dziś uważa się go za jedną z najważniejszych postaci popularyzujących tę dyscyplinę. Jego potencjał medialny szybko zauważyli szukający sensacji sponsorzy. Lata siedemdziesiąte to również zmiana miejsca, w którym rozgrywane są mistrzostwa świata. Po latach tułaczki zagościły w Crucible Theatre w Sheffield.

Kolejne dekady nieodmiennie kojarzą się z postaciami Steve’a Davisa i Stephena Hendry’ego. Ten pierwszy, promowany przez Barry’ego Hearna, dzisiejszego przewodniczącego Światowej Federacji Profesjonalnego Bilarda i Snookera, do momentu zakończenia kariery w 2016 roku zdobył 28 tytułów rankingowych, a wśród nich 6 tytułów mistrza świata. Przypadająca na lata 80. era rudzielca z Londynu to okres nazywany złotymi latami w dziejach snookera, gdy na Wyspach jeden po drugim otwierały się kolejne kluby zrzeszające amatorskich miłośników rozgrywek przy zielonym suknie, a sami zawodnicy, często ku własnemu zaskoczeniu, lądowali na pierwszych stronach tabloidów. Przewodzący wtedy temu „peletonowi” Davis mógł się wydawać niepokonany, stąd i publika w napięciu oczekiwała na pojawienie się kogoś z umiejętnościami pozwalającymi strącić mistrza z tronu. A kiedy ten się objawił, zgarnął wszystko, co było możliwe do wygrania. Mowa o Stephenie Hendry’m, urodzonym w szkockim Queensferry, który na zawsze odmienił oblicze snookera. Na koncie ma 7 tytułów mistrza świata, 36 rankingowych zwycięstw i 775 lub więcej punktowanych wizyt przy stole! Z dnia na dzień snooker przestał się kojarzyć z bilardową wersją szachów i zyskał popularność jako sport nie tylko niebywale trudny, ale i atrakcyjny dla nieobeznanych w tej materii widzów. Mimo że epoka dominacji Hendry’ego ostatecznie miała się ku końcowi wraz z mijającym millenium, o spadkobierców swej spuścizny Szkot nie musiał się martwić – głodnych sukcesu pretendentów do tytułu było co najmniej kilku.

Druga połowa lat dziewięćdziesiątych i zarazem pierwsza dekada XXI wieku to koncert grany przez Ronniego O’Sullivana, Marka Williamsa i Johna Higginsa. Tego pierwszego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Tyleż barwny poza snookerowym stołem, co niebywale utalentowany Anglik, jest do dziś chodzącą wizytówką zielonego sportu. O’Sullivan, który nosi przydomek „Rakieta”, to przede wszystkim jednak zawodnik niebywale szybki i efektowny. Jego maksymalny 147-punktowy break w rekordowym czasie pięciu minut i dwudziestu sekund podczas mistrzostw świata w 1997 roku przeszedł już do legendy. Na tle O’Sullivana dwaj pozostali, czyli Higgins i Williams, są nieco mniej atrakcyjni medialnie, ale za to skuteczności odmówić im nie można. Higgins to przede wszystkim zimna metodyka i perfekcjonizm, ale Williams bywa przy snookerowym stole całkowicie nieobliczalny. Zresztą nie tylko tam. Zanim zdobył swój trzeci czempionat, Walijczyk założył się z dziennikarzami, że jeśli wygra, przyjdzie na pomeczową konferencję w stroju Adama. Słowa dotrzymał.

Globalna ekspansja

Pierwszy turniej rankingowy rozegrany poza Wyspami Brytyjskimi odbył się w Kanadzie w 1980 roku. Na arenie międzynarodowej w latach dziewięćdziesiątych rozegrano również kilka innych – między innymi w Belgii, Holandii i w szczególności w Tajlandii, w której apetyt na stosunkowo egzotyczną dyscyplinę sportu rozbudziły sukcesy Jamesa Wattany’ego. Prawdziwy boom nastąpił jednak dopiero w XXI wieku wraz z pojawieniem się młodziutkiego Ding Junhui. Chińczyk dostał się do China Open w 2005 roku dzięki tzw. dzikiej karcie i zupełnie nieoczekiwanie, ledwie kilka dni po ukończeniu osiemnastego roku życia, zatriumfował w finale. Wygrał z samym Stephenem Hendry’m! Finał w samych tylko Chinach obserwowało 110 milionów widzów, czyli wystarczająco dużo, aby w Azji wywołać zainteresowanie snookerem godne złotych lat osiemdziesiątych na Wyspach. Innym czynnikiem decydującym o wzroście globalnego znaczenia tej gry była decyzja Eurosportu, aby ze sporadycznych transmisji najważniejszych turniejów uczynić główny element swojego programu. W ten sposób transmisja sezonu snookerowych zmagań trafiła do widzów z 61 państw świata. Niestety, wprowadzony w Wielkiej Brytanii zakaz promowania sportu przez firmy tytoniowe odbił się na finansowaniu snookera na tyle znacząco, że zaczęto się zastanawiać nad jego przyszłością.

Renesans

Wyczekiwany zastrzyk świeżej energii przyszedł w 2010 roku, kiedy na przewodniczącego Światowej Federacji Profesjonalnego Bilarda i Snookera wybrano Barry’ego Hearna. Jego pomysł na rewitalizację tej dyscypliny sportu był prosty: zwiększyć liczbę rankingowych turniejów i dzięki temu przyciągnąć nowych sponsorów. Hearn może i nie miał od początku wszystkich po swojej stronie, ale z perspektywy czasu doskonale widać, że w swej krucjacie nie pomylił się ani trochę.

Dziś snooker to łączna pula nagród w wysokości 13,5 miliona funtów. Jest to dyscyplina dla obu płci, a ranking najlepszych jest ten sam dla kobiet i mężczyzn, co już samo w sobie jest sporym ewenementem w sporcie wyczynowym. Swoich reprezentantów w tym świecie ma także Polska. Kacper Filipiak i Adam Stefanów po bardzo udanych występach w tegorocznych amatorskich wicemistrzostwach świata rozgrywanych na Malcie (odpowiednio: półfinał i drugie miejsce) zapewnili sobie udział w eliminacjach do głównego turnieju o czempionat wśród zawodowców. Ten drugi zresztą, po sensacyjnym zwycięstwie nad Anglikiem Garym Wilsonem, zdobył dziką kartę na występy przez kolejne dwa sezony i wbrew zapowiedziom o odejściu, zdecydował się kontynuować karierę.

Chętnych na sukces przy zielonym stole wciąż przybywa. Na całym świecie liczba widzów przekracza już 450 milionów, a kolejne 120 regularnie chwyta za kij. Może więc doczekamy się kiedyś polskiego mistrza świata w snookerze? Nie jest to tak niemożliwe, jak mogłoby się wydawać.

Tekst: Maciej Bachorski

Tekst ukazał się we wrześniowym numerze miesięcznika PLAYBOY.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska