Rock is zgred, czyli historia hotelowych rozrób

Rock is zgred, czyli historia hotelowych rozrób

Prawdziwych rozrób w hotelach już nie ma. No, może czasem rockmeni jakieś okruszki w pościeli zostawią albo rzucą gdzieś... peta.

Kiedyś to było, a teraz to nie ma. Młodzież tym jednym memem recenzuje dziś wszelkie wapniackie próby sztucznego rozdzielenia przeszłości od teraźniejszości. To zdanie ucina wszelką dyskusję. No bo jeśli tylko stwierdzi się, że kiedyś było inaczej, „za moich czasów, panieee”, to dostaje się w twarz tym zdaniem i jest po rozmowie. Kiedyś to było fajnie, kiedyś to było czyściej, kiedyś to było bezpieczniej… Tylko co zrobić z gwiazdami rocka, które kiedyś demolowały hotele, na trasach koncertowych zatrudniały specjalnych dealerów narkotyków i sikały ze sceny na ludzi? Jak je porównać z dzisiejszymi, które w telewizjach śniadaniowych opowiadają raczej o miłości do partnerów płci obojga, diecie bezglutenowej i łączeniu superfoods z regularnymi wizytami na siłowni, a na Instagrama wrzucają fotki, które dowodzą zdrowego trybu życia?

Koniec demolki

Coś się jednak zmieniło od czasów młodych Led Zeppelin, Aerosmith i The Who. Slapstickowy teledysk Joego Walscha z The Eagles (tego od Hotelu California) do utworu I Can Play That Rock and Roll (1983 rok), w którym bohater przez kilka minut demoluje hotelowy pokój, raczej jest wspomnieniem. Hej, w hotelowych pokojach nie wolno nawet palić papierosów! Żeby to zrobić w cywilizowanych krajach, trzeba odejść ładnych parę metrów od drzwi lobby. Bo można dostać mandat. Kumpel, szczęściarz muszę przyznać, zameldował się w krakowskim Sheratonie w tym samym czasie, gdy w Polsce koncertował zespół Iron Maiden. Metalowcy z Wielkiej Brytanii też tam nocowali. Chłopaki nigdy nie należeli do pierwszej ligi rozrabiaków, ale znajomy zaobserwował, że cały zespół po koncercie zachowywał się jak typowi przedstawiciele establishmentu. Długowłosi muzycy pod sześćdziesiątkę odwiedzili spa i basen, zjedli dobrą kolację, a obsługa hotelu była nimi zachwycona. Byli niczym jakiś zarząd spółki od fuzji i przejęć, zaś największym wyzwaniem dla obsługi hotelu na Śląsku, kiedy poprzednim razem Metallica gościła w Chorzowie, było wskazanie basiście Robertowi Trujillo sklepu sportowego. Muzyk po prostu chciał pobiegać. Kilkadziesiąt lat wcześniej, gdyby na trasie zamieszkała w hotelu taka banda wydziaranych łobuzów, postawiono by wszystkich w stan najwyższej gotowości.

Prawda czy fałsz?

Po hotelowe historie, te z prawdziwego zdarzenia, trzeba się cofnąć naprawdę daleko w przeszłość. Rock and roll żywi się kilkoma rodzajami legend. Te łagodniejsze miały miejsce dwie dekady temu, w latach 90. Te ostrzejsze – pół wieku temu, w latach 60. i 70.

Niektóre incydenty dziś wyblakły, część jest śmieszna, część mniej. Wszyscy wiedzieli, że Keith Richards wyrzucał telewizory z balkonów. Notka dla młodzieży: kineskopowe, one naprawdę robiły duże „bum” w zetknięciu z asfaltem. Z płaskimi pewnie nie ma takiej zabawy, chociaż trudno powiedzieć, bo od dawna nikt nie próbował zrobić tego, co tak uwielbiał gitarzysta Rolling Stonesów.

Demolkę uwielbiali też panowie z Aerosmith. Początkowe lata zespołu były tak naćpane, że Steven Tyler i Joe Perry zatrudniali specjalnego dealera, który w latach 70. i 80. był z zespołem w trasie i jego wyłącznym zadaniem było organizowanie dragów. Tyler wnosił je na koncerty w bębnach, a w pokojach hotelowych walały się one wszędzie. Pewnego razu zawiadomiono policję o awanturze i funkcjonariusze zgarnęli muzyków, zostawiając narkotyki nietknięte, choć były na wyciągnięcie ręki. Właściwie wszystkie hotele doznawały w tym czasie uszczerbku, choć główni dewastatorzy niewiele z tego pamiętają. Perry był tak zaćpany, że nie rozpoznał skomponowanego przez siebie kawałka, a Tyler nie dokończył koncertu, bo padł na scenie i nie był w stanie się podnieść.

Może to właśnie dlatego hotelowe historie stały się mitami. Jedni muzycy mówili jedno, drudzy co innego, a dziennikarze pisali jeszcze inne rzeczy. Weźmy najsłynniejszych niszczycieli wszech czasów, czyli Led Zeppelin. Mówi się, że nie potrafili odpuścić żadnemu hotelowi. Mówi się, że John Bonham, perkusista, był prawdziwym psychopatą, ze skłonnością do agresji wobec mężczyzn i kobiet, którego autentycznie bali się nawet koledzy, Jimmy Page, Robert Plant i John Paul Jones.

Najsłynniejszy wyczyn Zeppelinów miał mieć miejsce w Seattle Edgewater Inn w 1969 roku. Członkowie zespołu zabawiali się z napaloną groupie, rzekomo wsuwając jej do cipki świeżą rybę. Tyle tylko, że dziś wiadomo, że... nic nie wiadomo. To mógł być Bonham, ale także każdy inny członek ekipy technicznej. A może Richard Cole, tour manager Zeppelinów? A może członkowie Vanilla Fudge, którzy byli wówczas w trasie z legendą hard rocka? Ta historia to mit.

Lider Oasis, Noel Gallagher, został zapytany w jednym z wywiadów o swoje skłonności do niszczenia hoteli. Odpowiedział, że: „szklane szyby w oknach mówią do mnie: »rzuć w nas krzesłem«”. Możemy się tylko domyślać, jakie substancje skłaniały do tego Gallaghera.

Substancje wspomagające

Hotele niszczyli Motley Crue i Guns N’ Roses, Nirvana i cała masa mniej znanych grupek. O ile wszystkim wydaje się, że w przypadku twórców Girls, girls, girls pierwsze skrzypce grał perkusista Tommy Lee (późniejszy mąż Pameli Anderson), o tyle zdecydowanie przebijał go lider Nikki Sixx. W swojej książce The Heroin Diaries. A Year in Life of Shattered Rock Star opisuje incydenty z gaśnicami (ulubione i w sumie najprostsze), wyrzucaniem telewizorów, tonami koksu, niepamiętaniem niczego i wyrywaniem armatury. Z kolei Slash z GN’R miał swego czasu małego lwa, który nazywał się Curtis. Jego ucieczka podczas pobytu w jednym z hoteli wywołała panikę. W innym Slash zrobił dokładnie to, co Sixx gdzie indziej. Do spółki z Axlem demolował i imprezował, za co płacił potem potulnie tour manager Gunsów. Pewnego razu Slash i Nikki Sixx imprezowali w towarzystwie Charliego Sheena. Rezultatem było zatrzymanie akcji serca basisty Motley Crue. W innym mieście w Arizonie Slash wybiegł z hotelu przerażony atakiem obcych identycznych z tymi z Predatora. Na początku lat 2000 genialnego gitarzystę od śmierci uratowała reanimacja i masaż serca. Podobne historie można wyczytać u Duffa McKagana w jego książce Sex, drugs & rock n’ roll… i inne kłamstwa, a u Ozzy’ego Osbourne’a w Ja, Ozzy i w całej masie wspominek.

W nowszych czasach też dochodziło do incydentów, ale z czasem stawały się one coraz bardziej sporadyczne. Britney Spears rzekomo stoczyła z koleżankami walkę na żarcie w legendarnym Chateau Marmont w Los Angeles, Florence Welch przypadkowo podpaliła apartament w hotelu Bowery na Manhattanie po „wypiciu 17 martini” z Kanye Westem i Lykke Li, a Mike Dirnt, basista z Green Day, podobno defekował w Sunset Marquis, po czym rzucił tym, co narobił, na balkon pokoju Juliette Binoche.

Hotele były świadkami tragedii. Obsługa wspomnianego Chateau Marmont przyglądała się degeneracji Jima Morrisona z The Doors, a w Chelsea Hotel w Nowym Jorku Sid Vicious z Sex Pistols rzekomo zastrzelił swoją narzeczoną Nancy Spungen.

Także w Polsce mamy kilka „godnych” przykładów rockandrollowego niszczenia. Swoje na koncie mają członkowie Lady Punk, do których przylgnęła łatka dewastatorów, choć z okazji hucznie świętowanego 35-lecia zespołu ukazuje się cała masa wywiadów z Janem Borysewiczem i Januszem Panasewiczem, w których muzycy raczej dementują niż potwierdzają te plotki. Hotele dewastowali Maleńczuk i Muchy (w Bydgoszczy i Poznaniu), ale straty polegały głównie na wypalaniu dziur czy łamaniu półek i krzeseł. To nie były demolki.

O tym, że mit trwał i trwa, świadczą za to wywiady. Jeden z byłych członków Dżemu wprost odniósł się do archetypu, oświadczył bowiem, że „nie dewastował hoteli”.

W innym wywiadzie zrobili to Red Lips. „Nie dewastować hotelowych pokoi” oznacza dokładnie: żyć inaczej niż członek społeczności rock and rolla.

Muzyka hotelowa

Dla jednych hotele są miejscem awantury, inni raczej uciekają tam od osobistych problemów. W hotelu się przebywa, uwodzi, spotyka na zakazanej randce, ale także tęskni, załatwia ciemne interesy, oddaje perwersjom, cierpi i ćpa w samotności.

Zaczął Elvis Presley z Heartbreak Hotel, a po nim sponsorowaną przez przemysł hotelarski gałąź muzyki pociągnęli inni. Piąty album The Doors nosi tytuł Morrison Hotel, słynna piosenka The Eagles to Hotel California. O gorzkiej samotności wyśpiewuje Leonard Cohen w Chelsea Hotel No 2., a Chris Isaak zatytułował swój największy hit Blue Hotel (z drugiego albumu Chris Isaak z 1986 roku). Wokalista Scorpions tęsknił do swojej ukochanej w Always Somewhere z 1979 roku, siedząc samotnie w hotelu i jedząc chińszczyznę po koncercie, a Jakcson 5 śpiewali o hotelach jako siedlisku grzechu i rozpusty, podobnie jak choćby Slade. Hotelowe piosenki trafiły na albumy Joni Mitchell, Father John Misty, Bon Iver i Arctic Monkeys. Ciągłe życie w trasie i brak możliwości zaczepienia się gdziekolwiek na stałe są inspiracją dla artystów country i bluesa, rocka i popu. I nie zanosi się, żeby miało się to zmienić. Od kiedy przemysł muzyczny przeniósł środek ciężkości ze sprzedaży płyt na koncerty i festiwale, zespoły muszą być w trasie niemal non-stop, jeśli nie chcą wypaść z obiegu.

Co dalej? Czy menedżerowie hoteli mogą odtrąbić sukces i w pełni wyluzować, kiedy w progach zarządzanych przez nich przybytków stają „dzicy” muzycy? Wszystko na to wygląda, choć nie wiadomo, jaka będzie następna fala rock and rolla. Może grzecznych milionerów w stylu Eda Sheerana znów zastąpią jacyś pogrobowcy zaćpanych punków i hard rockowców? Może pałeczkę przejmą raperzy?

Na razie era dewastacji hoteli pozostaje zamknięta również z powodu mediów społecznościowych. To, co było dawniej, stawało się plotką (członkowie Led Zeppelin w różnych filmach dokumentalnych przyznają, że tak naprawdę nie rozrabiali aż tak radykalnie, a większość ich wyczynów to miejskie legendy), bo „ktoś coś widział, ktoś coś słyszał”, a dziś jest natychmiast weryfikowalne. Artysta, aktor, sportowiec, który pojawia się gdziekolwiek, jest fotografowany i nagrywany. Jeśli zbije szklankę w klubie, trafia na czołówki portali. Jeśli dziewczyna wysiadając z auta, pokaże majtki, robi się „skandal”. O zorganizowaniu imprezy z przypadkowymi gośćmi, w hotelu, z wyrzucaniem telewizorów przez okna, nie ma mowy. Taka akcja mogłaby realnie zagrozić karierze nie tylko debiutantów, ale także starych wyjadaczy. Kto zaprosiłby potem takich demolujących łobuzów do telewizji śniadaniowej?

Tekst: Marcin Klimkowski

Fot: Getty

Tekst ukazał się w październikowym numerze miesięcznika Playboy

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska