Śmierć gotówki, czyli koniec świata jaki znamy

2018-10-11
Śmierć gotówki, czyli koniec świata jaki znamy

Pieniądz, jaki znaliśmy od czasów Arystotelesa – w postaci gotówki – bezpowrotnie znika. W przyszłości słowa „pieniądze” czy „bogactwo” mogą znaczyć coś zupełnie innego.

Uwalniamy klientów i przedsiębiorców – mówią Wojciech Zatorski i Marcin Stępień z firmy Braintri o swoim systemie płatności mobilnych Jiffee. – Zasadniczo jesteśmy w stanie przekształcić każde urządzenie w maszynkę akceptującą płatności, co pokazaliśmy na branżowej imprezie w Nowym Jorku (Finovate) na przykładzie automatu z gumami do żucia! W tym właśnie kierunku zmierza cały globalny rynek finansowy: żeby czynność płacenia stała się równie naturalna, jak oddychanie”.

Rozwiązanie Braintri opiera się na technologii Bluetooth, znanej już m.in. z telefonów starszej generacji. Niewielkie przystawki, których zainstalowania wymagałoby Jiffee, pozwalałyby przyjmować płatności praktycznie poprzez każde urządzenie. Świat przyszłości? Możliwe. Wiele urządzeń, przy których dziś należy zatrudnić obsługę, mogłoby się bez tego obyć. Rozstawione na odludziu automaty z napojami i przekąskami rozliczyłyby nam zakupy, nawet jeśli nie mielibyśmy bilonu. A stacje benzynowe (czy może stacje ładowania prądu?) i sklepy przyjęłyby płatności dokonane jakimkolwiek innym urządzeniem, a może nawet zaoferowały szybką pożyczkę, jak dziś niektóre e-sklepy.

Komfort użytkownika

„Rezygnacja z gotówki była naturalną decyzją. W gastronomii tak się dzieje, że pieniądze w formie gotówki gdzieś się rozpływają, nie ma nad nimi kontroli – tak Malka Kafka, właścicielka sieci restauracji Tel Aviv, tłumaczyła decyzję o przejściu na wyłączną płatność kartami. – Bawienie się z gotówką: liczenie tych pieniędzy, robienie raportów na koniec dnia, rozliczanie, wydłużało pracę o godzinę. Dziś cała załoga może wcześniej wyjść. Drukują tylko raport z kart i kasy fiskalnej” – podsumowuje. To lapidarne epitafium dla gotówki. Statystyki jednak tego nie potwierdzają. Na 2 mln firm w Polsce, zaledwie 270 tys. akceptuje płatność kartami. Wciąż w podświadomości mamy zakodowane, żeby nosić gotówkę albo przynajmniej wiedzieć, gdzie w pobliżu jest bankomat. Wciąż też słyszymy „tylko gotówka” lub „terminal się zepsuł”. Czarny rynek pracowników dorywczych żyje z gotówki. Ba, teoretycznie nawet generacja Z – czyli dzisiejsi nastolatkowie i dwudziestolatkowie – częściej posługuje się gotówką niż milenialsi lub baby-boomersi.

Ale nowe nadciąga nieubłaganie. Choć informacje o tym, że w kościołach – również w Polsce – obok tradycyjnej tacy pojawił się również terminal na płatności kartą, przyjęto kpiącymi komentarzami, to zmiana ta świadczy o jednym: wierni przestali nosić ze sobą gotówkę i czują się z tym naturalnie. Wspomniane pokolenie Z używa gotówki, bo w takiej formie dostaje pieniądze od rodziców i pierwszych pracodawców, przy dorywczych, często nieformalnych pracach – jednocześnie nastolatki znacznie częściej zaglądają do fizycznych oddziałów banków. „Muszą zdigitalizować swoje pieniądze” – konstatują eksperci. 70 proc. osób z tej generacji na co dzień posługuje się bankowymi aplikacjami mobilnymi. Gotówka to dla nich chwilowa postać pieniędzy, stadium przejściowe, zanim przybiorą one właściwą, „naturalną”, cyfrową formę.

Kluczem do bankowości przyszłości jest CX, customer experience – w skrócie: komfort użytkownika. Popularność futurystycznych narzędzi i form płatności wiąże się z tym, że są one dziecinnie łatwe w użyciu. Jeżeli komuś się wydaje, że portfel z gotówką był rozwiązaniem wygodnym, to jest w błędzie. Przecież trzeba było zawsze pamiętać o tym, żeby mieć pieniądze przy sobie, sprawdzać, czy mamy ich wystarczająco dużo, żeby zapłacić za potrzebny towar lub usługę i nie miotać się w poszukiwaniu bankomatu. Aplikacja w smartfonie skutecznie zażegnuje wszystkie te niedogodności.

Czip pod skórą

Ale też tworzy nowe. Telefon musi być przecież naładowany, musi mieć zasięg, musi istnieć infrastruktura, z którą będzie się komunikował. „Młodsi konsumenci domagają się wyjątkowego doświadczenia jeżeli chodzi o płatności cyfrowe – zwłaszcza dokonywane smartfonami. I chce, żeby te formy były kompensowane różnego rodzaju bonusami, dodatkowymi ofertami i obniżkami, najlepiej wysokoprocentowymi – podkreśla Michael Abbott, jeden z szefów działu usług finansowych firmy konsultingowej Accenture. – Ta młodsza generacja niewątpliwie zmusi tradycyjne banki i innych graczy z rynku płatności, aby zaczęli myśleć o czymś więcej, niż funkcjonalność aplikacji płatnościowych i by tworzyli angażujące custom experience. Inaczej wylecą z biznesu” – podsumowuje. Dlatego do łask wracają pomysły z kina science fiction, od Pamięci absolutnej po Altered Carbon. W Szwecji oraz w Australii ochotnicy wszczepiają pod skórę czipy służące przede wszystkim do płaności, choć nie tylko. W Szwecji używa ich podobno około stu klientów SJ, czyli tamtejszego operatora kolejowego: czip zastępuje im bilet. Eksperyment prowadzony w australijskim Melbourne jest zakrojony na większą skalę. Wszczepiane ochotnikom miniurządzenia mają służyć do autoryzacji podstawowych czynności, w tym m.in. do otwierania zamkniętych drzwi i do płatności.

Nie to, żeby pomysł był świeży: dekadę temu nad podobną „podskórną” technologią – ADS VeriChip – pracował MasterCard. Ta sama firma połączyła siły z tureckim Garanti Bankiem, tworząc Bonus Trink Watch – zegarek na przegub, który nie gorzej od telefonu może pełnić również funkcje mobilnego portfela.

Customer experience, niczym ten medal z przysłowia, ma jednak dwie strony. Pierwsza – związana z wymienionymi wyżej przykładami – to urządzenia i gadżety, które należą do klienta i ułatwiają mu życie. Zaś druga to urządzenia, które należą do biznesu i ułatwiają życie klientowi. W najbardziej wyrafinowanych technologicznie restauracjach trwają eksperymenty z rozmaitymi stolikami, w których zainstalowane są terminale pozwalające klientom zamówić i zapłacić za zamówienie bez udziału kelnera i nie wstając od stolika. Dwa lata temu MasterCard i koreański Samsung ogłosiły, że stworzą przyjmujące płatności lodówki – najprostszy krok w stronę wizji „automatów na odludziu” opisanej na wstępie.

Technologie związane z płatnościami zaczynają się wciskać również do naszych samochodów, czyli gdzieś pomiędzy klienta a biznes. Japoński koncern Honda współpracuje z firmą Visa przy tworzeniu wbudowanych w panel auta terminali pozwalających uiścić płatność za paliwo lub parking bez ruszania się z wozu. I być może będzie to jedna z najszybciej rozprzestrzeniających się nowinek technologicznych, bowiem z badań firmy konsultingowej Gartner wynika, że do 2020 roku na drogach całego świata będzie już 250 milionów samochodów podłączonych do internetu. Skądinąd to bycie online może mieć jeszcze inne skutki – dilerzy już dzisiaj chętnie instalują w sprzedawanych autach wynalazki pozwalające bez problemu zakłócić ich pracę, gdy właściciele spóźniają się z ratą kredytu. Ale to już zupełnie inna historia.

Bezboleśnie zadłużeni po uszy

I o tej innej historii warto by tu chyba też opowiedzieć. Dostęp do pieniądza staje się coraz łatwiejszy, a opisywane wyżej wysiłki zmierzają do tego, aby czynność płacenia była obarczona jak najmniejszym wysiłkiem, niemal niezauważalna. Samoograniczenia, jakie przed trzema dekadami narzucaliśmy sobie, przeliczając wypłacane zwykle gotówką pensje i honoraria – nieodwracalnie zniknęły. Stopniowo likwidowane są te krótkie chwile, w których moglibyśmy zadać sobie pytanie: „Czy mnie na to stać?”, „Czy jest mi to potrzebne?”. Im bardziej bezbolesne staje się płacenie, tym rzadziej zadajemy sobie te pytania.

Efekty widać już w słupkach. „Z naszych wyliczeń wynika, że stosunek kredytów do lokat bankowych wzrósł właśnie do poziomu najwyższego w historii – mówił kilka miesięcy temu analityk firmy Expander, Jarosław Sadowski. – Niepokoi stosunek długu do oszczędności, bo kiedy podzielimy wartość kredytów do lokat bankowych, to okazuje się, że wskaźnik ten jest jednym z najwyższych i już wynosi 1,95. Dla lepszego zrozumienia: wartość kredytów dwukrotnie przewyższa wartość lokat” – dodał.

Według niego, ta lekkość brania pożyczek wynika z tego, że Polacy się bogacą. Czujemy się bezpieczniej, maleje strach przed utratą lub zmianą pracy, więc pożyczamy bez opamiętania. Polacy nie odkładają nawet drobnych kwot oraz nie tworzą poduszki finansowej, dlatego coraz więcej z nas zadłuża się w wyniku pojawienia się niespodziewanych wydatków – przekonywano w ubiegłorocznej analizie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce. Bierzemy pożyczki na naprawy w mieszkaniu, przeoczone rachunki za prąd, a nawet na dentystę.

Ale to życie na kredycie nie dotyczy wyłącznie tych, którzy mogliby przebierać w ofertach pracy. Również generacja Z, to samo pokolenie, które tak chętnie korzysta z bankowości mobilnej i technologicznych nowinek, przestaje czuć ciężar ograniczeń czy zobowiązań finansowych.

Z opublikowanych pod koniec marca danych Krajowego Rejestru Długów wynika, że rodacy w wieku 18–25 lat mają astronomiczne długi – aż 535 mln złotych! W przeliczeniu to jakieś 3,5 tysiąca na osobę. „Wśród dłużników w tej grupie wiekowej dominują osoby, które zaciągają pożyczki na zaspokajanie drogich zachcianek, często nie licząc się z własnymi możliwościami finansowymi. Chcą przypodobać się najbliższemu otoczeniu – komentuje bezlitośnie prezes firmy Kaczmarski Inkasso, Jakub Kostecki. – Często płacą kartą kredytową. Łatwo przychodzi im płatność, ale dużo gorzej wychodzi im spłata. Kiedy już przychodzi do windykacji, nie mają w sobie pokory, kłamią i przeklinają. Jeszcze kilka lat temu były to skrajne przypadki. Teraz coraz częściej zdarzają się takie sytuacje” – kwituje.

Oto paradoks nowoczesnej technologii: zapominając o gotówce, zaczynamy też zapominać, że aby wydać, trzeba najpierw zarobić.

Tekst: Mariusz Janik

Fot: iStock

Tekst ukazał się w październikowym numerze miesięcznika Playboy.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska