Oscary na zakręcie: co dalej ze słynnymi nagrodami?

2019-01-25
Oscary na zakręcie: co dalej ze słynnymi nagrodami?

Już 25 lutego poznamy laureatów nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej. Ale najważniejszy pojedynek stoczą same Oscary, które od lat zmagają się ze spadającą popularnością.

Huczny jubileusz okazał się balem na Titanicu. Zeszłoroczna 90. uroczystość rozdania Oscarów zanotowała najniższy wynik oglądalności w historii. W Stanach Zjednoczonych imprezę śledziło przed telewizorami zaledwie 26,5 mln osób. To rezultat o blisko 20 proc. gorszy od dotychczasowego niechlubnego rekordzisty – gali z 2008 roku. Dla porównania, gdy dekadę wcześniej na scenie Kodak (dziś Dolby) Theatre James Cameron ogłosił się królem świata, relację z ceremonii oglądało 57 mln widzów.

Idą zmiany

Porażkę zeszłorocznych Oscarów z satysfakcją wytknął na Twitterze sam Donald Trump. Gospodarz Białego Domu, który od dawna ma na pieńku z lewicującą hollywoodzką śmietanką, napisał: „Problem w tym, że nie ma już u nas prawdziwych Gwiazd – z wyjątkiem waszego Prezydenta (żartuję, oczywiście)!”.

Amerykańskiej Akademii Filmowej (AMPAS) do śmiechu jednak nie jest. Szacowne gremium od dawna spotyka się z zarzutami, że oscarowa gala jest za długa, nudna i do bólu przewidywalna. Kurczące się w zastraszającym tempie słupki oglądalności najwyraźniej przekonały kapitułę, że warto wziąć sobie krytykę do serca. W sierpniu ubiegłego roku do ponad ośmiu tysięcy akademików rozesłano list z informacją o nadciągających zmianach. Po pierwsze, uchwalono decyzję o skróceniu gali – od teraz ma ona trwać maksymalnie trzy godziny. Aby zyskać na czasie, organizatorzy zadecydowali, że wyróżnienia w mniej istotnych kategoriach będą wręczane podczas przerw reklamowych. Po drugie, ogłoszono, że w 2020 roku impreza odbędzie się dziewiątego lutego, a nie jak do tej pory w ostatnią niedzielę miesiąca. Dzięki temu uda się zakończyć wcześniej tzw. sezon nagród – ciągnący się od września maraton festiwali oraz imprez organizowanych przez dziesiątki filmowych stowarzyszeń. To właśnie w tym okresie wyłaniani są kolejni oscarowi faworyci. Akademia najwyraźniej zdała sobie sprawę z faktu, że wyścig po pozłacaną statuetkę trwa za długo.

Problemy akademii

Spośród wszystkich zaproponowanych zmian największe emocje wzbudził pomysł stworzenia nowej kategorii „Najlepszy film popularny”. W rozmowie z portalem Deadline dyrektor generalna AMPAS Dawn Hudson tłumaczyła, że intencją kapituły było poszerzenie spektrum utworów mogących walczyć o statuetki. Jej zdaniem, wiele wartościowych tytułów nigdy nie było nawet rozważanych jako kandydaci w najważniejszej kategorii tylko dlatego, że były to filmy skierowane do masowej publiki. Jednak wyjaśnienia Hudson nie spotkały się ze zrozumieniem. Przeciwnicy zmian uważali, że snobistyczna Akademia stygmatyzuje w ten sposób kino mainstreamowe, zaś jej decyzja podyktowana jest przede wszystkim względami komercyjnymi (kasowe filmy walczące o Oscara to więcej widzów oglądających transmisję z rozdania nagród). Organizatorzy nie doprecyzowali ponadto, jakimi kryteriami będą się kierować przy wyborze nominowanych. Nie ujawniono także, czy utwory znajdujące się w „bestsellerowej” kategorii mogłyby równocześnie ubiegać się o tytuł najlepszego filmu.

Fala negatywnych komentarzy sprawiła, że Akademia tymczasowo odstąpiła od ostatniego pomysłu. Przygotowania do tegorocznej ceremonii ruszyły pełną parą, a na jej prowadzącego wybrano komika Kevina Harta, znanego m.in. z Jumanji: Przygody w dżungli oraz Agenta i pół. Niestety, tuż po ogłoszeniu angażu życzliwi internauci dotarli do starych wpisów aktora z mediów społecznościowych. W jednym z nich porównał on czyjeś zdjęcie profilowe do billboardu ostrzegającego gejów przed AIDS. Innym razem pół żartem zapowiedział, że jeśli przyłapie syna na zabawie z siostrami domkiem dla lalek, roztrzaska mu ten domek na głowie. Akademia postawiła mu wówczas ultimatum: albo gwiazdor przeprosi za homofobiczne żarty, albo pożegna się z pracą. Hart ostatecznie posypał głowę popiołem, ale przedtem… zrezygnował z czynienia honorów domu. W momencie oddawania tego tekstu do druku producenci (po raz pierwszy w historii!) rozważali organizację gali bez gospodarza.

Spadek zainteresowania

Śledząc nerwowe poczynania Akademii, trudno oprzeć się wrażeniu, że wciąż szuka ona na siebie pomysłu. Stojąc w rozkroku między tradycją a nowoczesnością, próbuje odnaleźć się w realiach oplecionego światłowodami, drżącego w posadach świata. Z jednej strony pragnie, by Oscary zachowały glamour i podniosłość. Z drugiej – stara się wpuścić świeże powietrze do lekko zatęchłych wnętrz Dolby Theatre. Chce udowodnić swoje polityczne zaangażowanie i społeczną wrażliwość, a zarazem stara się nie zapominać o rozrywkowym pierwiastku ceremonii. Marzy o tym, by zdobyć uwagę młodych, przyklejonych do ekranów smartfonów widzów, nie odrzucając przy tym ich rodziców i dziadków. Ale czy to w ogóle jest możliwe?

W lutym 2018 roku firma analityczna YouGov zadała tysiącu Amerykanów pytanie, która show-biznesowa nagroda ma dla nich największe znaczenie: Oscary, Grammy czy MTV Video Music Awards. Aż 68 proc. ankietowanych odpowiedziało, że nie są zainteresowani żadną z nich. Jeśli dodamy do tego, iż ponad połowa obywateli USA nie widziała żadnego z ubiegłorocznych tytułów nominowanych w kategorii „Najlepszy film”, otrzymamy (przynajmniej częściową) odpowiedź na pytanie, dlaczego coraz mniej osób śledzi hollywoodzką ceremonię.

Jak wylicza Wall Street Journal, wszyscy zdobywcy głównego Oscara w latach 1983–2005 trafiali do zestawienia 25 najlepiej zarabiających filmów sezonu. Niektóre z nich, jak na przykład Rain Man (1988), Forrest Gump (1994) czy Titanic (1997) okazywały się numerem jeden rocznego zestawienia hitów. Złota seria skończyła się wraz z wygraną Miasta gniewu, które wylądowało dopiero na 49. miejscu. Od tamtej pory tylko czterej zwycięzcy Oscarów zdołali się załapać do kasowego peletonu, ale żaden z nich nie znalazł się wyżej niż na 15. pozycji. Zeszłoroczny triumfator, mroczna baśń Kształt wody, zarobiła 63 miliony dolarów w USA i zajęła 46. miejsce.

Skandale i kontrowersje

Jak widać, w ciągu ostatnich kilkunastu lat gust Akademii zaczął się drastycznie rozmijać z upodobaniami publiczności. Oscary – niegdyś zarezerwowane dla drogich hollywoodzkich produkcji – zaczęły trafiać w ręce twórców kina niezależnego. W 2017 roku poetycka historia inicjacyjna z wątkiem gejowskim Moonlight pokonała zrealizowany z rozmachem i gwiazdorsko obsadzony musical La La Land. Rok wcześniej nakręcona za 135 mln dolarów Zjawa z Leonardo DiCaprio i Tomem Hardy’m musiała uznać wyższość kosztującego siedem razy mniej dramatu Spotlight o pedofilii w Kościele. Zdaniem Guya Lodge’a z branżowej gazety Variety powyższe werdykty są dowodem na zmiany pokoleniowe i demograficzne w Akademii. Jeśli chodzi o zjawiska i przemiany społeczne, Akademia stara się trzymać rękę na pulsie. Po tym, gdy fabryką snów wstrząsnęła seria skandali seksualnych, a na ustach wszystkich znalazły się hasła Me Too i Time’s Up, w 2018 roku AMPAS podjęło bezprecedensową decyzję o zaproszeniu w swoje szeregi blisko tysiąca nowych członków, spośród których 49 proc. stanowiły kobiety. W gronie nowo przyjętych akademików nie brakowało również filmowców o innym niż biały kolorze skóry. Przypomnijmy, że dwa lata wcześniej na Oscary posypały się gromy po tym, gdy w gronie nominowanych nie znalazł się ani jeden czarnoskóry reżyser i aktor, zaś mniejszość latynoamerykańską reprezentował jedynie Alejandro González Iñárritu.

Oczywiście to nie pierwszy raz, gdy polityka gościła na gali oscarowej. Przypomnijcie sobie Indiankę Sacheen Littlefeather, która pojawiła się na scenie, aby w imieniu Marlona Brando odebrać Oscara za Ojca chrzestnego. Korzystając z okazji, że patrzy na nią cały świat, kobieta mówiła o złym traktowaniu rdzennych Amerykanów w show-biznesie. W 2003 roku skandal wywołał Michael Moore, gdy odbierając Oscara za dokument Zabawy z bronią, krytykował George’a W. Busha. Reżyser przy wtórze okrzyków niezadowolenia ze strony części sali określił wówczas głowę państwa mianem „fikcyjnego prezydenta” wysyłającego Amerykanów na wojnę w Iraku z „fikcyjnych powodów”.

Po co te oscary?

Wówczas słowa Moore’a zostały przyjęte z konsternacją. Teraz spotkałyby się prawdopodobnie z powszechnym aplauzem. Oscary są dziś bowiem rozpolitykowane jak nigdy wcześniej. Ubiegłoroczna gala obfitowała w płomienne przemowy, apele i przytyki pod adresem rządzących. Frances McDormand, zdobywczyni Oscara za rolę w Trzech billboardach za Ebbing, Missouri, wzywała ze sceny, aby jej koleżanki i koledzy po fachu domagali się od hollywoodzkich wytwórni specjalnej klauzuli zwanej „inclusion ryder”. Gwarantowałaby ona, że przy realizacji danego filmu będzie zachowana równość płci, rasy i wynagrodzeń.

Zdaniem części komentatorów, wielu amerykańskich widzów jest zmęczonych politycznymi przepychankami i właśnie dlatego rezygnuje z oglądania Oscarów. W poprawieniu wskaźników widowni nie pomaga również fakt, iż transmisję z Dolby Theatre wciąż można zobaczyć jedynie w telewizji. W dzisiejszych czasach relacja powinna być pokazywana także w streamingu. W grę wchodzą jednak zbyt duże pieniądze: za 30-sekundowy spot reklamowy w przerwie między kolejnymi odsłonami ceremonii stacja ABC życzy sobie aż 2,6 mln dolarów. W 2016 roku łączne wpływy z tego tytułu wyniosły 115 milionów.

Akademia ma nadzieję, że tegoroczna gala znacząco poprawi wyniki oglądalności w stosunku do poprzednich lat. Wszystko wskazuje bowiem na to, że nominację do Oscara dla najlepszego filmu otrzyma ekranizacja superbohaterskiego komiksu Czarna Pantera. W 2018 roku nie tylko rozszarpała ona amerykański box office, ale także okazała się fenomenem społeczno-kulturowym. Tym, że Marvel miał już w swoim portfolio znacznie lepsze przedsięwzięcia, nikt się nie przejmuje. Akademicy nieraz już udowodnili, że poziom artyzmu nie jest głównym kryterium w wyborze zwycięskiego dzieła. Jak zauważył kiedyś kompozytor Jan A.P. Kaczmarek w rozmowie z PLAYBOYEM: „Każdy czas ma swoje artystyczne manifestacje. Oglądając filmy odnoszące największy sukces w danym roku, można rozpoznać, gdzie jest świat”.

Czy właśnie dlatego wciąż potrzebujemy Oscarów? Czy są one barometrem nastrojów społecznych? Zdjęciem zbiorowej podświadomości? A może jednak anachroniczną nagrodą przyznawaną przez zadufane koło wzajemnej adoracji? Najbliższe lata przyniosą odpowiedź.

Tekst: Łukasz Muszyński

Fot: Eastnews

Artykuł ukazał się w lutowym numerze (02/2019) miesięcznika Playboy

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska