Nowe retro: moda na to, co już było

2019-03-12
Nowe retro: moda na to, co już było

Na początku dekady muzyka pop często przypominała szafę grającą, która w nieskończoność odtwarza stare przeboje. Polskie wydanie głośnej Retromanii Simona Reynoldsa każe zastanowić się, czy w ciągu ostatnich lat nasz stosunek do przeszłości nie uległ zmianie.

Jeśli nie przeczytaliście w ciągu ostatnich 20 lat nagłówka w stylu „lata 80. wracają!” czy „moda na retro” to znaczy, że niewiele czytaliście, nie bawiliście się też (na wasze szczęście) na imprezach tematycznych nawiązujących do złotej ery disco i przegapiliście modę na dżinsowe kurtki, flanele i cekiny. Może się wydawać, że moda na przechwycenia z „dekady kiczu” (jak niegdyś niesłusznie i płytko nazywano lata 80.) i innych dekad z czasów przedinternetowych została wyeksploatowana do granic – przez Netflixa, rapowych producentów, projektantów mody, twórców sentymentalnych filmowych hołdów i innych popkulturowych zwolenników cytatu. Lektura muzycznych podsumowań 2018 roku skłania jednak do zastanowienia, czy muzyka pop zawdzięcza odwołaniom do estetyk z poprzednich dekad tak samo wiele, jak jeszcze kilka lat temu.

Do tego formuła nadal przyciągających tysiące uczestników letnich festiwali, poza aspektem komercyjnym, właściwie uległa wyczerpaniu. Część z nich sama zmieniła się w muzea na własną cześć, w których gwiazdy edycji sprzed kilku lat mogą znów błyszczeć dawnym blaskiem, przyciągając jednocześnie nowe pokolenia słuchaczy. Do koncertowania niedawno wrócili między innymi New Kids on the Block i Spice Girls (w okrojonym składzie), nowe płyty nagrali metalowcy ze Sleep i britpopowcy z Suede, mówi się też o powrocie Oasis – ale promotorom coraz trudniej sprzedawać drogie bilety na nieco zwietrzałe gwiazdy. O efemerycznych gatunkach z początku dekady, nawiązujących do radiowych przebojów z minionych dekad, takich jak chillwave czy vaporwave, słuch zaginął, a wykorzystywane w teledyskach przyjemne ciepło instagramowych filtrów w stylu popsutych VHS-ów zastąpił gotyk, horror i mrok.

Królewskie awatary

Wszystko to sprawiło, że gdy pod koniec kwietnia ubiegłego roku członkowie ABBY ogłosili, że weszli do studia, aby nagrać pierwsze od ponad trzydziestu pięciu lat piosenki, można było pomyśleć: stało się. Oto domknął się cykl natury, oto matka wszystkich reaktywacji. Chyba już tylko powrót Beatlesów (jakkolwiek miałby wyglądać) mógłby sprawić, że retromaniakom drgnie jeszcze powieka.

Przez lata o powrocie szwedzkiej ikony popu – a właściwie o odrzuconych przez zespół sumach, jakie proponowano jego członkom za koncerty – krążyły legendy. Jedna z nich mówiła o miliardzie dolarów, które zaproponowano Anni-Frid Lyngstad, Benny’emu Anderssonowi, Björnowi Ulvaeusowi i Agnethcie Fältskog za zagranie wspólnej trasy. Ale Lyngstad, której po ślubie ze zmarłym w 1999 roku Heinrichem Ruzzo przysługiwał tytuł księżnej Reuss, mówiła wprost – żadna suma nie jest w stanie zmienić naszej decyzji. I nikogo to nie dziwiło, bo pozostali członkowie nie muszą nawet szczycić się tytułami królewskimi, aby należeć do czołówki najbogatszych Szwedów i mieć dość pieniędzy, żeby już nigdy nie jeździć po świecie z emeryckimi przedstawieniami.

Szybko zresztą okazało się, że z jednorazowym reunionem zespołu wiąże się co prawda spektakularna trasa, ABBA: Super Troupers 2019, ale na scenie nie zobaczymy żadnego członka ABBY, tylko ich awatary. Dla przeciętnego słuchacza jedyną korzyścią z tego powrotu będą dwie nowe piosenki, a reaktywacja wszech czasów skończy się cichym wystrzałem, a nie fajerwerkami.

Schyłek epoki

Ogłoszenie o ponownym spotkaniu grupy multimilionerów w studiu zbiegło się z premierą wydanego nakładem Kosmos Kosmos polskiego przekładu Retromanii Simona Reynoldsa, głośnej książki z 2011 roku, gruntownie analizującej związki współczesnej popkultury z własną przeszłością. „Żyjemy w epoce pop, którą ogarnęło kuku na retro i szał na wspominki. Reanimacje zespołów, trasy reaktywacyjne, albumy-hołdy i wydawnictwa wielopłytowe, festiwale rocznicowe i koncertowe wykonania klasycznych płyt – każdy kolejny rok okazuje się jeszcze bardziej urodzajny w zaprzeszłe dźwięki” – tak brzmią pierwsze słowa tej publikacji w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego.

Choć książkę Reynoldsa nadal czyta się z przyjemnością i część diagnoz wciąż brzmi świeżo, to trzeba pamiętać o historycznym kontekście – siedem lat to cała epoka, zarówno na poziomie politycznym i społecznym, jak i popkulturowym właśnie.

Apokalipsa i auto-tune

W ciągu tej epoki zbiorowa wyobraźnia uległa głębokiej przemianie. Z jednej strony mamy Donalda Trumpa, kryzys migracyjny i całą sieć symbolicznych wydarzeń, które często wskazywane są jako źródła renesansu horroru i mrocznego science-fiction. Jak wygląda to w muzyce? Jedną z najlepszych płyt ubiegłego roku nagrał Yves Tumor – jego eksperymentalne kompozycje według Sashy Geffen z Dazed to symbol apokaliptycznego zwrotu, który objął post-punkowe protest songi, muzykę mniejszości seksualnych i etnicznych, a także popowy główny nurt. Sound-tracki do końca świata nagrały w 2018 roku zarówno legendy indie rocka (Double Negative zespołu Low), raperzy (debiutancki album Sheck Wesa Mudboy) i wpływowe postaci podziemnej, niezależnej elektroniki (patrz: I’ll Tell You What, czyli formalny debiut pioniera footworku, RP Boo).

Jest też druga strona medalu: już po wydaniu książki Reynoldsa nowe życie we współczesną muzykę pop tchnął Auto-Tune, narzędzie do obróbki wokali, od czasów przełomowego singla Cher Believe wykorzystywane głównie w procesie postprodukcji. Za sprawą takich raperów, jak Kanye West, Future, Young Thug czy Chief Keef, na początku obecnej dekady ten procesor dźwięku zaczął być używany na szeroką skalę w czasie pracy w studiu, niczym instrument, część procesu kreatywnego. Karierę Auto-Tune’a, początkowo (m.in. za sprawą Cher) kojarzonego z odpowiednikiem botoxu w świecie obróbki dźwięku, i jego wpływ na lwią część współczesnej muzyki pop opisuje sam Reynolds w opublikowanym w 2018 roku tekście How Auto-Tune Revolutionized the Sound of Popular Music. To i inne rozwiązania studyjne pozwoliły wybudować całą siatkę pojęciową dla muzyki, którą intuicyjnie odbieramy jako progresywną czy futurystyczną.

Inne cytaty

Z perspektywy 2018 roku widać też, że od wydania Retromanii krytyka zaczęła uważniej i mniej powierzchownie przyglądać się związkom nowych technologii z procesem twórczym. Świadectwem tego są liczne teksty pokazujące, jak do zmiany muzyki przyczyniły się przedmioty, media społecznościowe i aplikacje związane z codzienną konsumpcją muzyki, jak iPod, YouTube czy Spotify. Ewoluowały formaty – nie mówimy już nawet o zmierzchu fizycznego albumu, a raczej o tym, dlaczego warto upychać najbardziej chwytliwe motywy w pierwszych trzydziestu sekundach utworu lub dlaczego nagrywanie teledysków do połowy utworów z płyty stało się normalną praktyką. Trwające ponad 80 minut, niemieszczące się na klasycznym CD albumy raperów i gwiazd popu pomagają w pomnażaniu zysków i biciu nowych rekordów odtworzeń. Dzięki nowym technologiom niewidzialna ręka rynku odgrywa w tworzeniu muzyki jeszcze ważniejszą rolę niż kiedyś.

A co z innymi „duchami przeszłych przyszłości”, by zacytować Retromanię? Przyszłość już nie jest taka jak kiedyś, a stosunki z przeszłością uległy skomplikowaniu. Ale hołdów, cytatów i nawiązań wciąż nie brakuje – choć nie zawsze widać je na pierwszy rzut oka.

Rapowe emo i lata 90.

Przykładem osobliwej nostalgii jest prawdziwe rozpanoszenie się sampli, hołdów i cytatów z estetyki z lat 90., które nigdy nie należały do faworytów krytyki muzycznej – płaczliwego emo, radiowego pop-rocka, nu-metalu spod znaku Linkin Park i Limp Bizkit, post-grunge’u à la Creed czy Staind – zwłaszcza w świecie nowego rapu i r’n’b. Artyści kojarzeni z platformą streamingową Soundcloud, tacy jak 6ix9ine, Lil Pump czy Trippie Redd, w ciągu zaledwie kilku miesięcy zaczęli być postrzegani jako jedno z najciekawszych nowych zjawisk, a wytatuowani nastolatkowie błyskawicznie zaczęli pracować z gwiazdami mainstreamowego topu. Śmierć dwóch kluczowych postaci nurtu – Lil Peepa i XXXTentaciona – też nie była bez znaczenia jeśli chodzi o wyjście podziemnego niegdyś gatunku na salony.

Pierwszy z artystów pod koniec 2017 roku zmarł na skutek zmieszania alprazolamu z fentanylem, drugi – oskarżany o znęcanie się nad swoją byłą dziewczyną i wiele innych aktów przemocy – został napadnięty i zastrzelony w czerwcu 2018 r. Oba zdarzenia, podobnie jak przedawkowanie Maca Millera, nie tylko wstrząsnęły amerykańskimi mediami i po raz kolejny zwróciły uwagę na problem zdrowia psychicznego i zalewu opiatów w USA, ale także przyspieszyły ekspansję „najntisów”, które zrzuciły lata 80. z pierwszego miejsca najbardziej inspirujących dekad dla współczesnych twórców. Echa tego nurtu słychać również w Polsce – od mniej udanych, choć komercyjnie nośnych prób Taconafide po ciekawsze i mniej oczywiste przechwycenia u Raxxity’ego czy konsekwentnie rozwijaną widmowość kolektywu Hewra, nie wspominając o budujących popularność na YouTubie młodych polskich „sadboys”, takich jak Schafter czy Mlodyskiny.

Spektakularnych dialogów z przeszłością podjęły się w ubiegłym roku dziewczyny. Rewelacyjną płytę wydała Julia Holter – jej Aviary to album nowatorski i świeży, ale też mocno nawiązujący do baśniowego avant-popu Kate Bush. Ta „bushyzacja” u Holter przybrała między innymi formę kolażu cytatów – ze średniowiecznych chorałów, pieśni barokowych, poezji modernistycznej. Inne przykłady? Współpracująca z gitarzystą Cocteau Twins Hatchie sięgnęła na swojej epce Sugar & Spice po charakterystyczną dla swojego mentora dream popową paletę brzmień, kładąc po równo nacisk na „dream” i „pop”. Krytyków zachwyciła też Rosalia, hiszpańska wokalistka, która swoje nowoczesne r’n’b uzupełnia motywami flamenco.

Nieustanne Karaoke

Nieco spóźnione wydanie Retromanii mogłoby posłużyć Polakom za swojego rodzaju odtrutkę. W naszym kraju nadal rządzi nostalgia, a właściwie bezproduktywny popkulturowy recykling, czego znakomitym przykładem jest album Krzysztofa Zalewskiego odgrywającego utwory Czesława Niemena – prawdziwej ikony wydarzeń o odcieniu patriotyczno-rocznicowym. Gdy podliczymy wszystkich raperów „reinterpretujących” własne kawałki w reklamach, jubileusze wytwórni, powroty i nietypowe duety zatrudnione do odgrzewania kotletów, to okaże się, że ten rodzaj mentalności rodem z talent-show to najlepszy sposób na szybki sukces finansowy. Polski główny nurt celebruje nieustanne karaoke.

Niestety nie brakowało też okazji do innych hołdów: dorobek Kory czy zmarłego rok wcześniej Zbigniewa Wodeckiego stały się tematem publikacji książkowych, płytowych, a piosenki zmarłych artystów grano na festiwalach i festynach. W radiu łatwo natknąć się na klasyczny do bólu, gitarowy rock – od Organka, przez Korteza, po Pablopavo. Ale to może nie najgorsza tendencja, zważywszy na nieudane siłowanie się ze współczesnością nawet u tak doświadczonych twórców, jak Katarzyna Nosowska. To zresztą nie jest tylko polska specyfika – kto słyszał najnowszy album Jacka White’a, doskonale zdaje sobie sprawę, że wizja „nowoczesności” w oczach gwiazd retro-rocka nie ma często wiele wspólnego z pociągającym eksperymentem, a przypomina raczej rozpaczliwe próby bycia na czasie.

Wpływ na „retromanię po polsku” miały też w ubiegłym roku seriale – Rojst, promowany wystylizowanym coverem Wszystko, czego dziś chcę Izabeli Trojanowskiej, wykonywanym przez Brodkę, oraz Ślepnąć od świateł,w którym pieczołowicie dobrana muzyka brzmi niczym szafa grająca ze złotymi przebojami sprzed lat – od Breakoutu przez Siekierę i Maanam po Myslovitz. Widać jak na dłoni, że mimo upływu lat i polskiego wydania Retromanii widmo „Topu Wszech Czasów” radiowej Trójki krąży nad Polską.

Tekst: Łukasz Łachecki

Tekst ukazał się w marcowym numerze miesięcznika Playboy

Fot: Getty

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska