Janusz Głowacki. Najlepsze fragmenty wywiadu PLAYBOYA

2017-08-21
Janusz Głowacki. Najlepsze fragmenty wywiadu PLAYBOYA

Do mało którego polskiego pisarza lepiej pasuje określenie playboy. Może to dlatego tym bardziej dotknęła nas śmierć Janusza Głowackiego – nie tylko dobrego pisarza i dramaturga, ale także wyjątkowo ciekawego człowieka. I zarazem ciekawego rozmówcy. Przypominamy kilka wypowiedzi z wywiadu, który przeprowadziliśmy z pisarzem w 2002 roku.

PLAYBOY: Czy po 11 września Nowy Jork wokół pana bardzo się zmienił?
GŁOWACKI: Z samą tragedią Nowy Jork poradził sobie nadzwyczaj dobrze. Wydawało mi się, że będą histeryzowali, tymczasem zachowywali się świetnie. Zobaczyłem odważnych ludzi, pracujących ze straszliwym poświęceniem. To było coś fantastycznego...

 

PLAYBOY: Trochę jak w kinie?
GŁOWACKI: Strasznie się tam wymieszało kino z życiem. To oczywiście magia Hollywoodu – gdzieś napisałem, że nowojorczycy zachowywali się jak bohaterowie filmów katastroficznych. Wszystko, także gesty policjantów, było filmowe. Fundamentaliści z talentem wyreżyserowali spektakl zabijania.

 

***


PLAYBOY: W młodości studiował pan historię, aktorstwo w szkole teatralnej, polonistykę. Czego właściwie pan w tym czasie poszukiwał?

GŁOWACKI: Niczego. Nie chciałem iść do wojska. No więc poszedłem do szkoły teatralnej...

 

PLAYBOY: Która wyleczyła pana z aktorskiej pasji?

GŁOWACKI: Zostałem wyrzucony za zupełny brak zdolności. Uczono nas sztuki aktorskiej metodą Stanisławskiego. Maria Wiercińska, dziekan wydziału aktorskiego, kazała nam udawać jajko toczące się po ziemi. Mnie to jakoś zawstydzało, wydawało się bez sensu, ale wszyscy koledzy i koleżanki ładnie się toczyli. Byłem na roku z Krzysiem Kowalewskim, który toczył się po prostu jak kula. Wtedy zrozumiałem, że on zrobi karierę, a ja się tam nie przebiję.

 

PLAYBOY: Ale ze szkoły teatralnej wyrzucono pana również za cynizm. Dlaczego?

GŁOWACKI: Wymyślaliśmy i wykonywaliśmy etiudy bez słów na zadany temat. Ja dostałem: szach królowi. Posadziłem na krześle faceta w koronie, a przed nim dziewczynę bez majtek z rozłożonymi nogami. Uważałem, że to jest bardzo dobry zamach na króla, ale ten szach wzbudził niechętne reakcje profesorów, którzy uważali, że szach królowi powinien się wiązać raczej z Nocą listopadową albo z Kordianem wchodzącym do sypialni cara ze sztyletem. No i uznano, że jestem człowiekiem absolutnie cynicznym, a dla ludzi cynicznych nie ma miejsca w teatrze, bo teatr to Świątynia Sztuki.

 

PLAYBOY: Mniej więcej w tym czasie zaczął pan intensywne życie towarzyskie.

GŁOWACKI: Grecy mówią, że charakter to jest przeznaczenie. To się zaczęło na uniwerku, przyjaźniłem się z Markiem Piwowskim, który studiował dziennikarstwo. Dla młodych ludzi takich jak my reakcją na komunizm było picie, jazz. Opozycji wtedy nie było. Odkrywałem inny świat, Marek Piwowski mieszkał na Pradze, znał mnóstwo praskich bandytów, którzy się z kolei na niego bardzo snobowali. To było odkrywanie melin na Targowej, Ząbkowskiej. Pochodziłem z przyzwoitej rodziny i mocno mnie to fascynowało: dolary, złodzieje, legendarne – dziś by się powiedziało: kultowe – prostytutki krążące między Bristolem a Europejskim, takie jak Iza Drabina, Paszcza Paskuda, Czar Starówki. Myśmy też tam krążyli, więc siłą rzeczy przyjaźniliśmy się. Słuchałem ich opowieści i oczy wychodziły mi na wierzch. A one miały do mnie życzliwy stosunek jako do pełnego entuzjazmu debiutanta.

 

*** 


PLAYBOY: Dzisiejsza Warszawa próbuje być Ameryką, pytanie tylko, czy tą prawdziwą, czy tylko nieudolnie podrobioną?

GŁOWACKI: Na razie podróbka, z tą przygnębiającą arystokracją finansową, która budzi powszechny podziw, ale nie nosi t-shirtów, żeby nie widać było tatuaży – taki niby Armani, ale podszewka azjatycka. Drogie knajpy udają, że są dobrymi knajpami. W tych knajpach kelnerzy udają eleganckich kelnerów, senatorowie udają senatorów, Andrzej Lepper udaje marszałka, polskie filmy udają amerykańskie, prostytutki – Julię Roberts z Pretty Woman. Miejmy nadzieję, że to okres przejściowy.

 

PLAYBOY: Czy pan sobie Amerykę wybrał, czy też znalazł się pan tam przypadkiem, bo los tak chciał?

GŁOWACKI: Najpierw był Londyn. Pojechałem tam na premierę Kopciucha na tydzień przed stanem wojennym. Ale do Ameryki, jak wszyscy Polacy, miałem miłość wielką, ślepą i nieodwzajemnioną. Ameryka to był Kaczor Donald, Statua Wolności, generał Patton, ukochane filmy, a byliśmy wtedy w PRL-u w o tyle korzystnej sytuacji, że pokazywano nam tylko dobre filmy amerykańskie, bo były antyamerykańskie. I w 1981 roku pomyślałem sobie, że skoro już wyrwało mnie z bloku, to nie Francja czy Anglia, tylko Nowy Jork. Byłem zresztą wcześniej w Ameryce na stypendium Departamentu Stanu. To był taki objazd, podczas którego umawiano mnie z kim chciałem, może z wyjątkiem Coppoli, który nie bardzo się słuchał Departamentu Stanu. Ale do mojej dyspozycji był Saul Bellow, William Styron, Philip Roth, wielcy pisarze. Wszyscy traktowali mnie z wielką sympatią.

 

***

 

PLAYBOY: A musiał pan intensywnie uwodzić kobiety, żeby pomóc sukcesowi?

GŁOWACKI: Chodzi panu o to, czy musiałem z wpływowymi kobietami chodzić do łóżka? Jakoś się nie składało, miałem tam, niestety, mało interesowne romanse. Bardzo boleję nad tym, że tak się stało. Może dlatego, że w nowojorskich teatrach i wydawnictwach jest tyle lesbijek.

 

PLAYBOY: Kim dla pana są kobiety, inspiracją twórczą?

GŁOWACKI: Jestem ciekaw kobiet. A ta ciekawość zwykle prowadzi do łóżka. W kobietach interesuje mnie pełno rzeczy, na przykład, jak szalenie zimna, elegancka i wyrafinowana dama będzie się w tym łóżku zachowywała. Kiedyś miałem erotyczną przygodę ze sławną piosenkarką, która podczas tak zwanego aktu miłosnego zaczęła straszliwie krzyczeć. Moja próżność została zaspokojona, a wtedy ona nagle bardzo spokojnym głosem spytała: a ty, kochanie, dlaczego nie krzyczysz? No to zacząłem i krzyczeliśmy razem nawet dosyć długo.

 

PLAYBOY: W kraju robił pan na kobietach wielkie wrażenie. Czy w Nowym Jorku też tak dobrze panu idzie?

GŁOWACKI: Zbudowane są tak samo, ale myślą inaczej. Amerykanki na pierwszej randce raczej nie pójdą do łóżka, chyba że to jest cudzoziemiec, nielegalny emigrant, bo to się nie liczy. Jest tam większy element kalkulacji niż w Polsce. Poza tym Ameryka bardzo się zmieniła z powodu AIDS. Jerzy Kosiński pokazał mi w Nowym Jorku kilka przerażających nocnych klubów, w których odbywała się tzw. Sodoma oraz Gomora, teraz gra się tam w ping-ponga.

 

***

 

PLAYBOY: Powiada pan, że na szczęście nie jest pan człowiekiem szczęśliwym. To jakaś kokieteria?

GŁOWACKI: Ja się długo nie potrafię niczym cieszyć. Szczęście jest nudne. Chyba nikomu się go nie udało opisać. W depresji pisze się świetnie.

 

PLAYBOY: Ale tę depresję trzeba najpierw mieć...

GŁOWACKI: No tak, to już nie jest żaden problem. Wystarczy obejrzeć wieczorne wiadomości.

 

PLAYBOY: Więc co z tym szczęściem?

GŁOWACKI: Ja piszę o nieszczęściu. Bardzo zabawnie. Bo nie ma nic śmieszniejszego niż nieszczęście. Oczywiście widuję ludzi uważanych za szczęśliwych. Sukces finansowy owszem, to bardzo miłe, ale trzeba być kompletnym idiotą, żeby nie zdawać sobie sprawy, jakim upiornym żartem jest życie. Mój kolega, filozof, powiedział mi kiedyś: różnica między naszym życiem tutaj a twoim w Nowym Jorku jest taka, że my koło własnego grobu spacerujemy, a ty koło niego biegasz.

 

Rozmawiał: Sławomir Mizerski

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska