Lubiłem ją głaskać. Wywiad z Kajetanem Kajetanowiczem

Lubiłem ją głaskać. Wywiad z Kajetanem Kajetanowiczem

Prawdziwy facet, z którym zjesz schabowego i pogadasz. A że właśnie został trzykrotnym Rajdowym Mistrzem Europy? Tym ciekawsza jest ta rozmowa. Zostaliśmy zaproszeni na jedyne spotkanie po tym historycznym triumfie. Rozmowę poprowadziła Marta Winiarek-Miętus.

Gratulacje!

KAJTO: Dziękujemy. Mówię my, bo wypowiadam się w imieniu nie tylko swoim i Jarka [Barana], ale też całej naszej 20-osobowej ekipy, gdzie są nie tylko mechanicy, ale pracownicy administracji, operator, koordynator, kucharz, rzecznik, fotograf i inni. Jakby zagłębić się w pracę członków zespołu, okazałoby się, że niewiele o nich wiemy. Nawet ja nie wiem wszystkiego, bo to są tak specjalistyczne zajęcia. Zespół rajdowy jest jak firma, która łączy w sobie wiele najróżniejszych działów. To wszystko są to wielcy indywidualiści i czasem trudno się z nimi dogadać, ale pracuję z najlepszymi ludźmi w kraju – taka jest moja ocena – i to mistrzostwo, już trzecie z rzędu, też tego dowodzi.

Ludzie są szczególnie ważni dziś, gdy dostęp do techniki i wszelkich nowinek jest tak oczywisty, a samochody są „wyżyłowane” do granic możliwości. Każdy zespół ma możliwość przygotowania się do rajdu jeszcze zanim na niego pojedzie. Dzisiaj są takie technologie, że ktoś, kto nawet nigdy nie był na trasie, może wiedzieć, gdzie leży każdy kamień na drodze. Oczywiście trochę przesadzam, jednak jeśli weźmiemy np. Rajd Włoch, to różnica między pierwszym a drugim zawodnikiem wniosła 0,3 sekundy. Niestety to my byliśmy z tyłu. Ale te 0,3 sekundy to jest mrugnięcie okiem.

 

Jak można trafić do twojego zespołu? Są jakieś castingi?

KAJTO: Ja jestem szefem i czasami nie jestem łatwym szefem. To ja decyduję, kto pracuje w tym zespole, ale biorę pod uwagę to, co myślą inni na temat danej osoby, bo bardzo ważny jest klimat w teamie.

 

W zespole jest tyle osób i wszyscy wiedzą co mają robić...

KAJTO: Optymalnie jest jak wiedzą (śmiech).

 

Chcę zapytać o logistykę, bo to temat rzadko poruszany. Jak to wygląda? Bo np. wy sobie lecicie na Azory 4 tys. km. A pan Janek (kierowca ciężarówki z częściami do rajdówki) iks tygodni spędza w samochodzie.

KAJTO: Jeśli chodzi o pana Janka, to dla mnie jest mistrzem nad mistrzami. I co ciekawe Rajd Azorów nie był rajdem, podczas którego nie było go najdłużej w domu, gdyż między Rajdem Grecji a Rajdem Cypru w ogóle nie wracał, tylko popłynął promem prosto na Cypr. Nie było go bodajże 43 dni w domu. No to wyobraźcie to sobie. To wielka logistyka. Od koordynacji wyjazdów jest Paweł. Człowiek o prawdopodobnie największym sercu... Prawdopodobnie, bo nie widziałem jego serca na żywo, ale patrząc na to co robi, mogę domniemywać, że takie właśnie ma, a przy okazji świetnie koordynuje działania zespołu. Każdy wyjazd jest inny, organizatorzy mają inne zasady – we Włoszech np. trudno o to, żeby wszyscy byli terminowi – a Paweł świetnie daje sobie z tym radę.

 

Cały zespół przed Rajdem Azorów. FOT. Kajto.pl

 

W zespole jest jeszcze jeden pierwszoplanowy aktor, o którym czasem się zapomina, czyli rajdówka. Od czego się zaczyna jej historia?

KAJTO: Od planów. A jeszcze wcześniej od marzeń. Ja jeździć nie muszę, ale bardzo chcę. Aby zrealizować to marzenie, potrzebne są pieniądze, ale też praca zespołu ludzi i decyzje. Decyzje moje, decyzje tych ludzi: jakim samochodem, w jakim cyklu. Potem decyzja w jakim teamie. Jest bardzo dużo możliwości, a nie zawsze najszybszy samochód to najlepszy samochód, bo ważne jest to jak się współpracuje z teamem, kto ma jakie doświadczenie. Właśnie m.in. dlatego nie zmieniam tak często zespołu, bo jeśli relacje są dobre, to staram się je pielęgnować i utrzymywać. I to jest też doceniane. Współpracujemy z firmą M-Sport, która buduje samochody w Anglii. Gdy ja mówię „Tak, chciałbym jeździć z wami, mamy kasę” – bo też jest to dla nich ważne, to oni odpowiadają: „Dobra rozpoczynamy budowę samochodu”. W tym roku miałem 2 samochody, bo taka była umowa, że po 4 rajdach wymieniają mi samochód bez względu na to, czy on będzie cały czy nie. Był cały, ale i tak wymienili. Jednak już pierwszy rajd pokazał, że nie szanuję tego samochodu – zupełnie niechcący – ale odbudowali go, a potem wymienili po tych 4 rajdach. Zbudowali go w Anglii i przywieźli tutaj. Tu go okleiliśmy i pojechał, a później popłynął, na pierwszy rajd.

 

Podobno rajdówki jakoś się nazywa. Czy ta też miała swoje imię?

KAJTO: (śmiech) Jestem w kłopotliwej sytuacji, bo nie wiem jak ten samochód się nazywał. Dwa lata temu ogłosiliśmy konkurs na Facebooku i wygrała osoba, która zaproponowała imię Kaja. Prawdopodobnie od pierwszych liter naszych imion: mojego i Jarka. Ale to tylko nasze przypuszczenia. Ale w tym roku nie mam pojęcia jak się nazywało nasze auto, chociaż bardzo lubiłem JĄ głaskać.

 

 Rajd Azorów. FOT. Kajto.pl

 

Jakie były plany przed pierwszym startem?

KAJTO: Jeszcze kilka tygodni wcześniej dogrywaliśmy nasze umowy z partnerami. To był okres dość trudny, bo nawet jeśli nie wiemy wszystkiego na 100 proc., to pewne działania muszą już ruszyć – prom, rezerwacje itd., same kombinezony „szyją się” w Włoszech przez 3 tygodnie. Więc pierwszy plan to było: wystartować. Potem planem było jechać jak najszybciej. Trudno jest układać plany i strategie przed pierwszym rajdem, natomiast ważne było pojechać jak najszybciej pierwszy rajd i zobaczyć co się będzie działo. Z myślą, oczywiście, o tym, że walczymy o trzeci tytuł mistrza Europy. No i pojechałem... za szybko. Kiedy prowadziłem w rajdzie – niedużo, o 1 sekundę – wypadłem z drogi i praktycznie byliśmy bez punktów. Mieliśmy tylko za drugi dzień. Też nie jest łatwo wstać rano i szybko jechać po tym, jak dzień wcześniej rozbiliśmy samochód na grube tysiące euro, a i samo uderzenie było dość mocne. Ale tacy są kierowcy rajdowi.

Później musieliśmy odrabiać stracone punkty i ścigać Bruno Magalhãesa, który wygrał ten rajd. Ale trzeba się szybko pozbierać i drugiego dnia zajęliśmy już drugie miejsce. Potem na Rajdzie Cypru była „powtórka z rozrywki”. Spowodowana utratą koncentracji, ale też tym, że tak bardzo bardzo chcesz. Wpadliśmy do takiej przepaści, ale samochód był cały. Co ciekawe wypadł tam też Bruno Magalhães – zastanawiałem się jak to możliwe, że ścigamy się o tytuł mistrza Europy, pokonujemy tysiące zakrętów, a wypadamy w tym samym miejscu...

 

Co było najtrudniejsze później?

KAJTO: Myślenie o końcowym sukcesie. Wygrywaliśmy odcinki specjalne na 6 z 8 rund, ale były rajdy, gdzie inni kierowy jechali zdecydowanie szybciej od nas, np. na Rajdzie Barum uznałem, że nie ma sensu wdawać się w walkę, bo byłoby to bardzo ryzykowne, a trasy bardzo mi się podobały i kusiło mnie... Jednak nie byłem w stanie nawiązać walki bez szalonego ryzyka i postanowiłem odpuścić i zajęliśmy odległe jak na mistrzów Europy 5. miejsce. Było to tym trudniejsze, że do Czech przyjeżdża bardzo wielu kibiców z Polski. Jest to ważny dla mnie rajd, bo praktycznie 160–200 km od mojego domu, ale nie mogę dać kibicom tego czego oni by chcieli, bo to musiał być cel drugorzędny w stosunku do zdobycia mistrzostwa.

 

 

Rajd Barum. FOT. Kajto.pl

 

A jakie było najtrudniejsze wydarzenie na trasie?

KAJTO: Było ich kilka...

 

Ale jedno.

KAJTO: No to wtedy, kiedy odbiłem się od takiej... można powiedzieć zabytkowej ściany na Rajdzie Azorów. Przesypałem sporo kamieni na drugą stronę (śmiech). Rajdy niosą tak dużo emocji – czasami skrajnych – że można zwariować. Jeśli jesteś naładowany adrenaliną, prowadzisz w rajdzie i nagle musisz zdać sobie sprawę, że nie tylko już nie prowadzisz, ale w ogóle w nim nie jedziesz. Musisz szybko zmienić perspektywę. I im szybciej to zrobisz, tym lepiej dla ciebie i całego zespołu.

  

Jak się zaczęła twoja droga?

KAJTO: Sprawcą tego całego „zamieszania” jest tata. Jest wiernym fanem. Do pewnego momentu uczył mnie jeździć, nawet kiedy byłem już mistrzem Polski. Mówię to z lekkim przekąsem, ale a tato zawsze wiedział lepiej co mogłem zrobić, co źle zrobiłem, nie mając kompletnie żadnego doświadczenia w rajdach. To było często przyczyną kłótni przy niedzielnym rosole. I bywało, że na rosole się kończyło, bo wstawałem i wychodziłem. Teraz inaczej do tego podchodzę, ale taki były początki. Tata zabrał mnie na Rajd Wisły, gdzie startowali wielcy kierowcy: Krzysiek Hołowczyc, Janusz Kulig, Leszek Kuzaj. Jeszcze wcześniej Marian Bublewicz. Zrobiłem mu zdjęcie aparatem analogowym, takim w którym trzeba było ręcznie naciągać kliszę, aby naświetliła się kolejna klatka. U mnie klatka się nie przesunęła, a zrobiłem kolejne zdjęcie – i mam zdjęcie, na którym jest „Bubel” z innym kierowcą i wygląda jakby się ścigali, bo z robiłem oba w tym samym miejscu.

  

Pojawiła się właśnie książka – wywiad Krzysztofa Pyzi z tobą pt. Jadę po swoje.

KAJTO:  Dostawałem propozycje zrobienia książki już wielokrotnie. Dokładnie 3 razy. Nigdy nie uważałem, że to jest ten moment. Natomiast z końcem zeszłego roku zwrócił się do mnie Krzysiek Pyzia. To jest mój przyjaciel, więc uznałem, że rozmowa będzie szczera, i że będę dobrze się czuł robiąc to, więc zobaczymy jak pójdzie dalej. Ale powiedziałem mu: „Słuchaj, Krzysiek, musimy wypić dobre wino, żebym ja ci powiedział wszystko, jak to wyglądało faktycznie”. To było przed sezonem, więc mogłem sobie na to pozwolić. I faktycznie wypiliśmy wino, może nawet dwa i powiedziałem dosyć dużo. Ale chciałem, żeby obraz był klarowny, bo byłem facetem, na początku chłopakiem, który robił głupie rzeczy, ale chciałem pokazać, że z takich młodzieńczych zakrętów da się wyjść na prostą. Nie ma w niej wszystkiego, ale powiedziałem bardzo dużo.

 

To teraz krótka piłka: Trzy najważniejsze cechy charakteru rajdowca.

KAJTO: Oprócz tych oczywistych?

 

A które to te oczywiste?

KAJTO: Determinacja... Jedną z najważniejszych jest też radzenie sobie w trudnych sytuacjach.

 

To jeszcze jedna.

KAJTO: To już? Chciałem rozwinąć... Jeszcze ostatnia? Dużo jest cech...

 

To mamy dwie najważniejsze. W takim razie kim jest mistrz?

KAJTO: Osoba wspierana przez sztab ludzi. Osoba, która potrafi znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie i umie wykorzystać swoje umiejętności.

 

Czego dostarczają ci rajdy?

KAJTO: Adrenaliny.

 

Kolejny krok?

KAJTO: Znaczy... Adrenaliny i tlenu (śmiech).

 

A kolejny krok?

KAJTO: I czego mi jeszcze rajdy dostarczają... (śmiech). Kolejny krok – chcielibyśmy być na Rajdzie Barbórki, jednak w tym momencie koliduje to z ważnym terminem i staramy się znaleźć jakieś rozwiązanie.

 

Co cenisz u rywali?

KAJTO: To, że chcą ze mną wygrać. To mnie motywuje.

 

Najtrudniejszy konkurent?

KAJTO:  Było ich sporo. W mistrzostwach Polski byli inni i teraz są inni. Myślę, że wielkim konkurentem – choć nie punktowo – był Alexey Lukyanuk. On jest bardzo szybki – to wszyscy wiemy; i mało skuteczny – to też wiemy. Natomiast był kierowcą, który spędzał mi sen z powiek, gdyż ja musiałem walczyć i z nim z Bruno. Wiedziałem, że na niego jest inna taktyka i na Bruno inna i to było dla mnie najtrudniejsze. On był dla mnie najtrudniejszym rywalem pod względem psychologicznym.

 

Najlepszy sportowy moment w życiu?

KAJTO:  Myślę, że narodziny Oriany.

 

Ale sportowy.

KAJTO: Narodziny Oriany! Bo największym sukcesem jest umiejętność połączenia życia prywatnego ze sportowym.

 

Rajd di Roma Capitale. FOT. Kajto.pl 

 

Co czujesz, gdy wygrywasz?

KAJTO:  To, co czuję od razu, tego się nie da opisać, natomiast 5 minut później już myślę, co zrobię w przyszłości. Czasami potrafię „zapomnieć” o sukcesie jednego dnia. To moja wada, bo uważam, że trzeba umieć się cieszyć z tego co się ma, a ja jednak nie do końca potrafię.

 

Czego nie akceptujesz?

KAJTO: Ściemy.

 

Kajto w ruchu drogowym.

KAJTO: Jak powiem, że nie mam na koncie punktów karnych, to powiecie: „No pewnie, bo załatwiasz”. A nie mam – od dłuższego czasu.

 

Twoje największe marzenie?

KAJTO: Ale sportowe? (Zerka w stronę żony i córeczki)

 

(Śmiech)

KAJTO: To nie jest tak, że myślę tylko o rodzinie, bo rodzina mogłaby potwierdzić, że nie do końca tak jest (śmiech). Po prostu w tym momencie jest to dla mnie ważne, aby to połączyć.

 

fot. kajto.pl

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska