"Docenialiśmy wszystko, bo nie mieliśmy nic" - wywiad z O.S.T.R.-em

2017-11-13
"Docenialiśmy wszystko, bo nie mieliśmy nic" - wywiad z O.S.T.R.-em

Najpierw był o włos od śmierci, później nagrał najlepiej sprzedający się album 2016 r. W młodości skrzypek, dziś jeden z najpopularniejszych polskich raperów, a prywatnie skromny człowiek, który kocha robić muzykę. Nam mówi, jak funkcjonuje poza branżą, zdradza czy bardziej przypomina Messiego czy Ronaldo i wspomina, jak z samochodu wujka obserwował złote czasy hip-hopu w USA.

PLAYBOY: Ile razy jeszcze musisz dostać Fryderyka, żebyś pojawił się na gali?

 

O.S.T.R.: To są nagrody branżowe, a ja nie należę do branży, więc nie czuję się w obowiązku, żeby je odbierać. Spoko, wizualnie to fajna nagroda, wygląda super, ale ja kompletnie nią nie żyję, to mnie nie interesuje. O tym, kto dostanie Fryderyka, decyduje wąskie grono osób ściśle związanych z przemysłem muzycznym. Co innego, kiedy o przyznaniu nagrody decydują słuchacze.

 

PLAYBOY: Swoją drogą to ciekawe, że funkcjonujesz poza branżą, a branża i tak ci te nagrody przyznaje.

 

O.S.T.R.: Bardzo mi miło. Fajnie, że moje płyty są doceniane, ale nadal wyboru dokonuje zamknięte grono kilkudziesięciu czy kilkuset osób i to nie dowodzi prawdziwego sukcesu. Co innego, gdy mówimy o kontakcie z ludźmi, wypełnionych salach koncertowych i sprzedaży płyt – to jest sukces. Tego, co udało mi się w życiu osiągnąć nie zawdzięczam ani żadnym mediom, ani telewizji, ani dziennikarzom, ani kolegom po fachu. Nikomu! Zawdzięczam to tylko sobie, słuchaczom i wytwórni Asfalt Records, czyli Tytusowi, który podbił do mnie w momencie, kiedy najbardziej tego potrzebowałem i chyba nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy.

 

PLAYBOY: Sprawdzasz czasami, co piszą o tobie media?

 

O.S.T.R.: Nie interesuje mnie to. Nie czytam gazet muzycznych, nie śledzę żadnych portali związanych z muzyką, ani plotkarskich. W internecie patrzę tylko na wyniki drużyn piłkarskich, NBA i doniesienia o transferach. Jest taka zajebista strona 90minut.pl, gdzie mogę sprawdzić moją ukochaną trzecioligową drużynę i tyle. Mam inne obowiązki – muszę odebrać dzieciaka ze szkoły, odrobić z nim lekcje, zawieźć go na piłkę... Mam dwóch synów, więc z drugim muszę posiedzieć, pouczyć go literek i cyferek, pobawić się, poskładać Lego, po prostu poświęcić dzieciom czas. Nie marnuję go na śledzenie, co dzieje się w branży.

 

PLAYBOY: Kiedyś sam byłeś częścią mediów – prowadziłeś program Yo! MTV Raps.

 

O.S.T.R.: Przez jakieś pół roku. Sam się na tym programie wychowywałem, więc to było dla mnie czymś fajnym. Miałem chyba 22 lata. Szybko zorientowałem się, że to nie jest moja działka i zrezygnowałem.

 

PLAYBOY: Najnowszy album Autentycznie nagrałeś w słynnym formacie MTV Unplugged. Sam robiłeś aranże na płytę?

 

O.S.T.R.: Najwięcej pracy przy tworzeniu tego albumu wykonali DJ Haem i Kuba, nasz pianista. Haem dobrał zespół – to on stwierdził, że fajnie by było, gdybyśmy zagrali to z harfą, wiolonczelą... Aranże są z grubsza takie jak na Życiu po śmierci, tylko że trzeba było rozpisać to na nuty. Zrobił to wspomniany Kuba.

 

PLAYBOY: Twój poprzedni album Życie po śmierci znakomicie się sprzedał. To była twoja najlepsza płyta? Kamień milowy?

 

O.S.T.R.: To kolejna część mojego pamiętnika. Akurat zdarzyły się w moim życiu takie rzeczy, że nie mogłem nagrać innej płyty. Miałem potrzebę opowiedzenia o tym, co się działo, kiedy na pół roku zniknąłem i nie mogłem grać koncertów. (W 2014 r. pękło mu płuco. Przechodził z bólem 4 dni. Gdy w końcu trafił do szpitala, lekarze stwierdzili, że bez pomocy miałby jeszcze godzinę życia – przyp. red.)

 

PLAYBOY: Trudno było mówić na płycie o rzeczach tak osobistych jak otarcie się o śmierć?

 

O.S.T.R.: Nie, bo hip-hop od zawsze był dla mnie osobisty. Dlatego trudno mi się utożsamiać z tym hip-hopem, w którym najważniejszy jest wykreowany wizerunek. Kiedyś najważniejsza była autentyczność. Z pozerów po prostu się śmiano. Staram się ciągle reprezentować te zasady. Nie jestem w stanie mówić o rzeczach, które nie dotyczą mnie i mojego życia. To normalna, szczera płyta dla moich przyjaciół. Byłem ją winien słuchaczom. Ale to nie tak, że pewnego pięknego dnia usiadłem i postanowiłem, że napiszę właśnie taki album. Po prostu w tamtym okresie wszystko obracało się wokół mojej choroby. Musiałem to z siebie wyrzucić. Choroba sprawiła, że teraz bardziej szanuję swoje zdrowie.

 

PLAYBOY: Nie palisz już marihuany?

 

O.S.T.R.: Nie palę.

 

PLAYBOY: A dużo paliłeś?

 

O.S.T.R.: Bardzo dużo i cieszę się, że już tego nie robię.

 

PLAYBOY: Ile to jest dużo?

 

O.S.T.R.: Dużo to jest... No, dużo. Trudno powiedzieć ile dokładnie.

 

PLAYBOY: Skręcałeś czy nabijałeś?

 

O.S.T.R.: Skręcałem, więc jeśli chodzi o rozwój mojej choroby, to palenie też z pewnością zrobiło swoje.

 

PLAYBOY: Czy po chorobie jesteś bardziej zachowawczy na koncertach, bo boisz się, że coś podobnego może się powtórzyć?

 

O.S.T.R.: Nie, nie mam czegoś takiego. Mam nad sobą dużo większą kontrolę niż kiedyś. Chociaż powrót do pełni formy wymagał dużej pracy nad aparatem głosowym.

 

PLAYBOY: Śledzisz polską scenę hip-hopową?

 

O.S.T.R.: Nie śledzę w ogóle. No, może z małymi wyjątkami. Mam tak odmienne zdanie i podejście do życia od większości moich kolegów po fachu, że nie ma obecnie na tej scenie prawie niczego, z czym mógłbym się utożsamiać. Wiecie, mam 37 lat i dwójkę dzieci. Nie znam zbyt wielu gości w Polsce, którzy rapują o takiej sytuacji życiowej. Lubię słuchać tego na czym się wychowałem i co wywołuje we mnie wspomnienia: Kalibra 44, pierwszych płyt Molesty, Warszafskiego Deszczu, Świateł miasta Grammatika... Z nowszych rzeczy uwielbiam Fisza i Emade, Łonę, szanuję Taco Hemingwaya.

 

PLAYBOY: Sam podkreślasz, że masz 37 lat, a hip-hop to muzyka młodzieżowa. Myślisz, że za 20 lat nadal będziesz rapował?

 

O.S.T.R.: Tak. Po prostu będę robił muzykę adekwatną do swojego wieku. Hip-hop może taki być. Spójrzcie na Jaya Z albo DJ-a Premiera. Jeśli ludzie będą chcieli tego słuchać, to będę nagrywał dalej.

 

PLAYBOY: Nagrywasz bardzo długie płyty...

 

O.S.T.R.: Nie, takie godzinne. Normalne.

 

PLAYBOY: Były i takie po 80 minut.

 

O.S.T.R.: Owszem, zdarzyło się. Zawsze miałem nieodparte wrażenie, że jeszcze się nie nagadałem.

 

PLAYBOY: To weźmy nawet te godzinne. Nie wydaje ci się, że w czasach internetu i streamingów nikomu nie chce się przez godzinę słuchać jednego albumu?

 

O.S.T.R.: Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nie podchodzę do muzyki analitycznie tylko sercem.

 

PLAYBOY: A przeszło ci kiedyś przez myśl, żeby zrobić inną płytę niż rapowa?

 

O.S.T.R.: Jeśli tak poczuję, to dlaczego nie. Nagrywałem już instrumentalne rzeczy. Dla mnie muzyka dzieli się na dwa gatunki: taką, której chcesz słuchać i taką, której

nie chcesz.

 

PLAYBOY: Ciągle grasz na skrzypcach?


O.S.T.R.: Jak chcę wkurzyć żonę i dzieci.

 

PLAYBOY: Zacząłeś, kiedy miałeś 3 lata. Bywało tak, że chciałeś iść na podwórko, ale nie mogłeś, bo musiałeś ćwiczyć?

 

O.S.T.R.: Tak. Mogłem wyjść dopiero około 9 wieczorem. Dzięki temu zawsze miałem starszych kolegów.

 

PLAYBOY: Pewnie z racji wieku, kiedy graliście w piłkę to stałeś na bramce. Wspominałeś o tym na Kartaginie.

 

O.S.T.R.: Najbardziej denerwowali się rodzice, bo wybijałem palce i nie mogłem grać na skrzypcach, ale ja to lubiłem, bo miałem wolne od ćwiczeń.

 

PLAYBOY: Zostańmy jeszcze chwilę na twoich rodzinnych Bałutach w Łodzi. Są lata 80. czy 90., budzisz się rano, wyglądasz przez okno. Co widzisz?

 

O.S.T.R.: Chemikolor, parking strzeżony, dwa drzewa, mały sklepik spożywczy i po skosie hotel robotniczy, bardzo modna rzecz w latach 80. A naprzeciwko linia tramwajowa.

 

PLAYBOY: Miałeś jakieś plakaty na ścianach?

 

O.S.T.R.: Tak, miałem plakaty Michaela Jordana, Scottiego Pippena, Isiaha Thomasa, ale nie tego z Boston Celtics, tylko tego z Detroit Pistons, starego zucha... Chociaż teraz ten z Celtics też jest kozakiem. Na początku lat 90. pojawił się taki magazyn „Magic Basketball”, stąd miałem te plakaty koszykarzy. Wcześniej na ścianie wisiały dwa prospekty Lego, które bardzo działały na moją wyobraźnię i jeden katalog sprzedaży wysyłkowej jakiegoś niemieckiego domu towarowego, który – podejrzewam – był rarytasem i księgą marzeń w co drugim polskim domu. Ale przecież! W latach 80. miałem jeszcze na ścianie plakat z płyty winylowej Dark Side of the Moon. Wychowałem się na Pink Floydach.

 

PLAYBOY: Dobrze się wam żyło w latach 80.?

 

O.S.T.R.: Nie mieliśmy zbyt dużo pieniędzy, a moi rodzice byli bardzo antysystemowi. Mam w sobie mocno zakorzenioną nienawiść do ustroju komunistycznego. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak bardzo zostaliśmy skrzywdzeni przez ten ustrój, który zmusił część mojej rodziny do ucieczki z kraju. Albo wyjazd albo aresztowanie. Moja rodzina naprawdę dużo przeszła.

 

PLAYBOY: A teraz? Chodzisz na wybory?

 

O.S.T.R.: Nie, bo żadne głosowania nie wpływają na moje życie jako muzyka. Nie słyszałem żeby jakakolwiek partia miała coś do powiedzenia o wolnych zawodach poza odbieraniem przywilejów.


PLAYBOY: Nie interesujesz się tym, co się teraz w Polsce dzieje?

 

O.S.T.R.: Nie interesuję się, bo nie mam na to wpływu. Poza tym nie mam ochoty przyglądać się przepychankom polityków, które nic nie wnoszą. Po cholerę mam sobie zaprzątać tym głowę?

 

PLAYBOY: Mamy w pamięci chyba twój najbardziej znany utwór Kochana Polsko. Chyba wciąż musi być coś, co ci się ewidentnie w tej Polsce nie podoba?

 

O.S.T.R.: Wiele rzeczy mi się nie podoba. Jest kilka bardzo ważnych grup zawodowych, takich jak pielęgniarki czy ratownicy medyczni, którym państwo nie oddaje na- leżnego szacunku. Przyglądając się pracy mojej mamy, mam wrażenie, że zawód nauczyciela też jest marginalizowany.

 

PLAYBOY: Zawsze byłeś „Ostry”?

 

O.S.T.R.: Zawsze! Byłem „Ostry”, „Skrzypek”, „Snickers”... „Ostry”, bo Ostrowski, naturalna rzecz, moja pierwsza ksywka w życiu.

 

PLAYBOY: A dlaczego „Snickers”?

 

O.S.T.R.: Bo jestem chyba jedynym człowiekiem na świecie, który wpadł na pomysł, żeby jeść na obiad Snickersy podgrzane w mikrofali (śmiech).

 

PLAYBOY: Wspominałeś o koszykówce, a co z piłką nożną?

 

O.S.T.R.: Zawsze była na równi z koszykówką. Pamiętam mistrzostwa z 1986 r., które co prawda nie były dla nas zbyt szczęśliwe, ale pamiętam jak grał Boniek, tego późnego, łysego już Latę… Pamiętam też Maradonę. Siedzieliśmy w pokoju u babci i oglądaliśmy mecz Argentyna – Anglia, w którym Maradona przebiegł pół boiska, przedryblował wszystkich i strzelił piękną bramkę. Dziś zabieram swoich synów na mecze. Bardzo kibicujemy reprezentacji Polski tym bardziej, że gra w niej paru moich znajomych i przyjaciół.

 

PLAYBOY: Z którymi piłkarzami się kumplujesz?

 

O.S.T.R.: Bardzo przyjaźnię się z Przemkiem Kaźmierczakiem, z którym wychowaliśmy się na jednej dzielnicy. Moim bliskim przyjacielem jest też Bartek Kapustka, z którym widzimy się zawsze, kiedy tylko mamy okazję. Mój młodszy syn Nikodem uważa Bartka za swojego najlepszego przyjaciela i bardzo mu kibicuje. Moim megaziomem od lat jest Mateusz Cetnarski, który jest jednym z najbardziej pozytywnych ludzi, jakich znam! Ponadto przyjaźnię się z Kubą Błaszczykowskim i jego bratem Dawidem. Obaj dużo przeszli i mogą służyć za wzór do naśladowania. Oprócz tego z Jarkiem Fojutem, Łukaszem Zwolińskim, Piotrkiem Zielińskim, Łukaszem Fabiańskim i Łukaszem Piszczkiem. Od czasu do czasu widzimy się z Rafałem Murawskim, Darkiem Dudką i Miłoszem Przybeckim. Korzystając z okazji chciałbym bardzo mocno podziękować Piszczowi i Fabianowi za meczowe koszulki dla moich synów.

 

PLAYBOY: Podobno kibicujesz też Realowi Madryt?

 

O.S.T.R.: Tak, to też się wzięło z lat 80. i z na- szej peerelowskiej telewizji, która kiedyś puściła mecz Realu, już nie pamiętam z kim, ale wtedy grali Butragueño czy Sanchís – nie mylić z Sánchezem, który strzelał z przewrotek – obrońca Manuel Sanchís... Te białe stroje tak dobrze wyglądały w czarno-białym telewizorze! (śmiech)

 

PLAYBOY: Czyli jesteś z tych, co wolą Ronaldo od Messiego?

 

O.S.T.R.: Nie, bo fascynuje mnie gra ich obu. Możemy być przeszczęśliwi, że żyjemy w erze Messiego i Ronaldo. Obaj są wielcy i napędzają się nawzajem. A najlepsze jest to, że są zupełnie różni z charakteru. Ronaldo pochodzi z Madery. Portugalczycy z Madery zawsze byli traktowani przez tych z kontynentu trochę po macoszemu. To gość, który od początku wiedział, że musi udowodnić, że coś znaczy. Messi to jego zaprzeczenie – cichy, skromny, rzadko sobie pozwala na uniesienia.

 

PLAYBOY: Siebie porównałbyś do którego?

 

O.S.T.R.: Mam charakter Messiego. Nie jestem w stanie mówić, że jestem najlepszy. Tak zostałem wychowany. W ogóle nie jestem zbyt pewny siebie. Wierzę, że potrafię coś zrobić, ale nawet gdy już dam z siebie 200 procent, to i tak mam obawy, że efekt końcowy nie będzie zadowalający. Nie lubię patrzeć na siebie, nie oglądam swoich zdjęć i teledysków, nie śledzę swojej kariery, nie słucham swoich płyt.

 

PLAYBOY: Myślisz sobie: „Ale mam denerwujący głos”?

 

O.S.T.R.: Czasami tak bywa, że nie jestem w stanie siebie słuchać. I nie tylko ja. Kiedy jest duże zamieszanie wokół jakiejś mojej płyty i sporo się o niej słyszy, wstaję rano i mówię do żony: „Cześć kochanie, jak się spało?”, a ona odpowiada: „Zamknij się!” (śmiech). Ale tak serio, to nie zamieniłbym barwy swojego głosu na żadna inną. Robię swoje i nie interesuję się sobą. Nie czytam recenzji. Tym bardziej, że większość krytyków zna się na muzyce tak, jak ja na malarstwie (parodiuje): Dama z łasiczką – świetne nasycone barwy, widać, że malarz zainwestował w pędzle (śmiech).


PLAYBOY: Wiemy, że to pytanie typu: „Które ze swoich dzieci lubisz najbardziej?”, ale powiedz, do której ze swoich płyt masz największy sentyment?

 

O.S.T.R.: Jazz w wolnych chwilach. Wtedy zaczął się wielki romans między mną i moją przyszłą małżonką. Dużo fajnych rzeczy się działo. Byłem w Anglii i kupiłem mnóstwo świetnych winyli. Siedziałem w domu i robiłem muzykę. To był piękny czas.

 

PLAYBOY: À propos tytułu tej płyty – deklarujesz się jako wielki fan jazzu.


O.S.T.R.: Dzięki temu, że moja mama jest muzykiem klasycznym, jeśli w naszym domu słuchało się jakiejkolwiek muzyki rozrywkowej to był to jazz. Jak miałem do wyboru Bacha czy Beethovena i płytę Milesa Davisa Tutu to wybór był prosty. Odlatywałem przy Davisie. Już jako dziecko wiedziałem, że granie na skrzypcach to nie będzie dla mnie zajęcie na całe życie.

 

PLAYBOY: Dużo było hip-hopu na Bałutach?

 

O.S.T.R.: Miałem to szczęście, że wychowałem się na bardzo hiphopowym osiedlu. Miałem kilku kolegów, którzy słuchali hip-hopu non stop. Lata 90. to był czas skejtów, deskorolka była powiewem Zachodu. Najpierw kultura skejtowa była kojarzona z punkiem, a potem z hip-hopem. Mieliśmy po 12–13 lat, kiedy wyszły 3 najważniejsze wg mnie hiphopowe płyty: The Chronic Dra Dre, Enter The Wu-Tang (36 Chambers) Wu-Tang Clanu i Enta da Stage Black Moon. Później jak wyszła Księga Tajemnicza to wszyscy mieli ją na słuchawkach i w samochodach. Gdzie się nie ruszyłeś – wszędzie Kaliber. Potem Ein Killa Hertz i nielegal Trzyha. To była masakra. Do tego łódzka scena: Dream Team, Thinkadelic, Familia HP – też mocne rzeczy. Wreszcie Skandal Molesty. Mieliśmy po 18 lat, zaczynały się wakacje, więc mówiliśmy: „Cześć rodzice, zawijamy!” i rodziców widzieliśmy ponownie dopiero we wrześniu. A te wszystkie kawałki nam towarzyszyły.

 

PLAYBOY: I wtedy pomyślałeś, że też będziesz gadał do bitu?

 

O.S.T.R.: Chciałem to robić odkąd dostałem pierwszą kasetę. Miałem 10 lat. Po jednej stronie była płyta Living Large Heavy D & the Boyz, a po drugiej Black Sabbath.

 

PLAYBOY: Ozzy Osbourne nie trafił w twoje gusta?

 

O.S.T.R.: Nie wiedziałem co to jest, ale wiedziałem, że mi się nie podoba. Za mały byłem na taką agresywną muzykę. A w hip-hopie było to wszystko, co lubiłem w jazzie, tylko że zapętlone. Nieważne nawet, że sam rap był jeszcze wtedy trochę siermiężny. Na początku nie trybiłem nawet, że to jest hip-hop. Dopiero jak zabrałem tę kasetę na lekcje z angielskiego – uczył mnie syn mojej cioci, który miał wtedy dwadzieścia parę lat – dowiedziałem się, że to się nazywa rap.

 

PLAYBOY: Wcześnie zacząłeś.

 

O.S.T.R.: No wcześnie. Pamiętam, jaką miałem śmiechawę, jak wujek ze Stanów przesłał mi kasetę N.W.A. Straight Outta Compton z tymi wszystkimi utworami jak Fuck tha Police. Na pewno jej nie przesłuchał, bo 12-latek w ogóle nie powinien wiedzieć, że coś takiego istnieje, zwłaszcza taki, który już coś kuma po angielsku (śmiech). Trochę później pojechałem do rodziny do Kanady, gdzie pracowałem przez wakacje jako babysitter. Moi rodzice to wymyślili, przeżywali wtedy kryzys w związku. Wujek z ciocią zabierali mnie na różne wycieczki, żebym trochę tej Kanady zobaczył. Pewnego razu jechaliśmy przez jedno z miast i ciocia nagle skumała, czego słucham i dlaczego wszyscy tak dziwnie na nas patrzą. Z głośnika leci Fuck tha Police, a w aucie biała rodzina i wczuty 14-latek (śmiech).

 

PLAYBOY: A ty czułeś się znakomicie?

 

O.S.T.R.: Miałem szczęście, bo byłem w Stanach i Kanadzie właśnie w czasie najwiekszej ekspansji hip-hopu. W 1995 r. w Nowym Jorku dosłownie na każdym rogu ulicy w centrum, na Manhattanie czy na Brooklynie stali kolesie, którzy rapowali i rozdawali swoje demówki. Zostawiłem za Oceanem wszystkie ubrania, żeby zrobić w walizce miejsce na płyty.

 

PLAYBOY: Widziałeś na własne oczy to, co inni znali tylko z teledysków.

 

O.S.T.R.: Pamiętam jak jechałem z wujkiem do Los Angeles i wjechaliśmy od strony South Central. Wszędzie ruiny, palące się śmietniki i ludzie odmiennej rasy, którzy patrzyli na nas jakbyśmy byli zwierzyną do upolowania. Szyby w górę, gaz do dechy i uciekamy, nie oglądając się na czerwone światło. To znaczy ja wołałem: „Wujek, spokojnie, to jest West Coast, stąd jest tylu raperów, zatrzymajmy się!”, ale on na to: „Nie ma mowy, zabiją nas” (śmiech). Teraz to śmieszne, ale ja wtedy w ogóle sobie nie zdawałem sprawy, że to niebezpieczne. Jak byłem pierwszy raz w Nowym Jorku to, jak gdyby nigdy nic, sam poszedłem na spacer po Jamaican Queens. Jak ciocia się o tym dowiedziała, zaczęła wybijać mi z głowy podobne pomysły.

 

PLAYBOY: W Kanadzie dorabiałeś jako babysitter. A w dorosłym życiu, zarabiałeś kiedyś na czymś innym niż muzyka?

 

O.S.T.R.: Nigdy. Miałem 20 lat kiedy spotkałem Tytusa, który dał mi możliwość wydania pierwszej płyty pod szyldem Asfalt Records. Nigdy nawet za bardzo nie myślałem o pieniądzach. Tworzenie muzyki to była dla mnie zabawa. Taka mentalność PlayStation: „Zagram jeszcze w tę gierkę, przejdę jeszcze jeden poziom!”, a tymczasem na zegarze 5 rano. Cieszę się, że jestem z pokolenia, które nie myślało od razu o kasie, tylko raczej o wolności, o wyrażaniu siebie. Docenialiśmy wszystko, bo nie mieliśmy nic. Nam bardziej chodziło o zajawkę niż o to, by wyegzekwować z życia każdy grosz. Nie chcieliśmy mieć dobrych ciuchów, ale umiejętności i tożsamość.

 

PLAYBOY: A dziewczyny jako motywacja?

 

O.S.T.R.: Nie, no co wy...

 

PLAYBOY: Mamy uwierzyć, że jak rapowałeś to nie obchodziło cię czy dziewczyny na to lecą?

 

O.S.T.R.: Chodziło o spełnianie marzeń i ambicji, a nie o podrywanie dziewczyn. Najważniejsze było dobre słowo ziomka, takiego, który uchodził za hiphopowego guru na osiedlu. Jak powiedział: „Zajebiste!”, to wystarczało (śmiech).

 

PLAYBOY: To pewnie trochę straciłeś...

 

O.S.T.R.: Byłem romantykiem i wierzyłem, że dziewczynie musi się podobać moja osobowość... Bo przecież nie morda (śmiech)! Zostałem wychowany głównie przez kobiety – mamę, babcię – i przez to zawsze miałem mnóstwo szacunku do kobiet. Nigdy nie traktowałem ich przedmiotowo. No, może na bardzo krótki czas się to zmieniło w okresie dorastania. Wtedy, kiedy człowiek odkrył, że z dziewczynami można nie tylko rozmawiać.

 

PLAYBOY: Ale miałeś branie czy nie?

 

O.S.T.R.: Jak każdy zwyczajny nastolatek. Parę razy zrywałem znajomość, parę razy to ja dostałem ciężkiego kosza, aż wreszcie poznałem moją żonę.

 

PLAYBOY: Na Życiu po śmierci rapuje twój syn. Chciałbyś, by poszedł w twoje ślady?

 

O.S.T.R.: Chciałbym, żeby robił to, co będzie chciał. Na razie najbardziej pasjonuje go piłka nożna.

 

PLAYBOY: To jeszcze pytanie od czytelnika: Za co najbardziej nie lubisz swojej żony?

 

O.S.T.R.: Za to, że jest mądrzejsza ode mnie i zawsze ma rację.

 

PLAYBOY: Oho, jakże poprawna odpowiedź.

 

O.S.T.R.: Nie, poważnie. Ona jest tą rozsądniejszą. Zawsze jest wyważona, potrafi oddzielić emocje od impulsów. Ja się na coś napalę, a ona pyta do czego mi to właściwie potrzebne. Tak to już bywa z kobietami, że zazwyczaj mają rację.

 

Rozmawiali: Radek Pulkowski, Michał Miernik

Fot: Marcin Klaban

 

O.S.T.R. Adam Ostrowski. Raper, producent muzyczny, inżynier dźwięku. Ur. 15 maja 1980 r. w Łodzi. Absolwent łódzkiej Akademii Muzycznej w klasie skrzypiec. Posiadacz 5 złotych, 4 platynowych i jednej potrójnie platynowej płyty. Czterokrotny laureat Fryderyków, których nigdy nie odbiera. W 2014 r. podczas koncertu pękło mu płuco. O zmaganiach z chorobą opowiedział na albumie Życie po śmierci. Jego najnowsza płyta to MTV Unplugged: Autentycznie. Żonaty, ma 2 synów.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska