Aż popękają bębenki: historie szalonych perkusistów

2017-12-29
Aż popękają bębenki: historie szalonych perkusistów

Bębniarz jest zawsze z tyłu, gdzie nie doleci żaden stanik ani majtki rzucone przez napalone dziewuchy. Zawsze w cieniu frontmana czy nawet gamoniowatego basisty. Gdy wśród ukrytych za zestawem perkusistów trafiają się osobowości wybitne, do statusu legendy rock and rolla idą ścieżką autodestrukcji.

Rób wszystko, co największe bożyszcze w twoim zespole, tylko bardziej. Pij więcej, ćpaj ostrzej, baluj głośniej, śpij krócej. Całej wódki nie wyżłopiesz, wszystkich dziewczyn mieć nie będziesz, ale warto próbować. John Bonham i Keith Moon (rocznice śmierci obu wspominaliśmy we wrześniu 2017) realizowali ten przepis z pedantyczną dokładnością, jak przystało na najgenialniejszych rockowych bębniarzy w historii. Ale apostołów tej wiary jest cała rzesza.

 

Wnuki bawić, a nie śmiercią grozić

 

Mick Fleetwood (Fleetwood Mac) obliczył kiedyś, że gdyby połączyć w jedną linię wszystkie ścieżki kokainy, które znalazły się w jego nozdrzach, wyszłaby z tego trasa o długości ponad 11 kilometrów. W Guns N’Roses wszyscy brali napotęgę, ale w 1990 roku, z powodu uzależnienia od heroiny i kokainy wyrzucili Stevena Adlera, oznaczało to, że prawdziwy ćpun był tylko jeden. „Najczęściej oglądałem go, jak czołgał się z nosem w dywanie, próbując wciągnąć to, co rozsypał dzień wcześniej” – opowiadał gitarzysta GNR, Izzy Stradlin. Bill Ward, jako jedyny w Black Sabbath w piciu dotrzymywał kroku Ozzy’emu. Zresztą, nie tylko w piciu. Podczas zakrapianej sesji nagraniowej Tommy Iommi zapytał Warda, czy mógłby go podpalić. „Moment, jestem zajęty” – odpowiedział Ward. Zgodził się, gdy skończył grać. „Więc oblałem go alkoholem i podpaliłem” – wspomina Iommi. Ward wylądował w szpitalu z oparzeniami trzeciego stopnia.

 

 

Phil Rudd? W składzie AC/DC największym hardkorowcem był wokalista Bon Scott, który przed koncertami lubił natrzeć się dwiema butelkami burbona przyprawionymi amfetaminą (w chwilach fantazji skakał do morza pełnego jadowitych meduz, pił szampana z zamrożonego indyka lub jeździł nago na motorze, demonstrując rozmiar swej męskości). Ale gdy w 1980 roku Scott zapił się na śmierć, to Rudd stał się jego duchowym spadkobiercą. Bębniarz obchodził się z białymi proszkami z porównywalnym rozmachem i ilościami, jak cukiernik z mąką tortową i proszkiem do pieczenia. Z AC/DC żegnał się dwukrotnie – w 1983 roku, gdy po kolejnym narkomaratonie pobił swojego gitarzystę, Malcolma Younga i przed dwoma laty, w związku z aresztowaniem za zlecenie dwóch zabójstw, grożenie śmiercią współpracownikowi oraz, bagatela, posiadanie marihuany i metaamfetaminy. Rudd przyznał się dwóch ostatnich zarzutów, a w lipcu 2015 roku nowozelandzki sąd łaskawie skazał go na… 8 miesięcy bawienia wnuków. Tyle trwał areszt domowy 62-letniego dziś muzyka.

 

Dla takich kaskaderów rocka jak perkusista AC/DC, emerytura to sympatyczny bonus do jurnej i durnej młodości. Keith Moon, człowiek-demolka z The Who, prototyp „Zwierzaka” z Muppetów, nawet nie otarł się o „wiek wielkiego zwisu”, bo w kwiecie swego uzależnienia od gorzały, mieszał z nią klometiazol, który miał… osłabiać głód alkoholowy. 7 września 1978 roku zażył 32 tabletki, które połączył z ulubioną substancją.

 

Siekiera. Nic głupiego

 

Wcześniej przez kilkanaście lat Moon udowadniał, że człowiek schowany za perkusjonaliami nie musi być tłem dla biegających po scenie kolegów z mikrofonem i gitarami. W 1967 roku The Who zostali zaproszeni do programu The Smothers Brothers Comedy Hour, w którym mieli zniszczyć instrumenty po odegraniu utworu My Generation. Moon uznał, że spektakl potrzebuje czegoś bardziej spektakularnego i ukrył w bębnach materiały wybuchowe. Odpalił je w finale piosenki, a eksplozja na kilka dni pozbawiła słuchu gitarzystę grupy, Pete’a Townshenda. Moon miał zresztą zadatki na piromana, które odkrył, wysadzając w powietrze sedes w hotelu Birmingham. To był jego znak firmowy, oprócz oczywiście wściekłej gry na perkusji – podobno muzyk przez całą karierę zapłacił pół mln dolarów za zniszczenia dokonane w hotelach: nie tylko podkładał dynamit w toaletach, ale i wyrzucał z okien wszystko, co jego zdaniem mogło wznieść się w powietrze, od dywanów po telewizory.

 

 

Menedżer The Who, który prosił Keitha, by ten przestał wysadzać kible w każdym możliwym miejscu, zastał go kiedyś w pokoju, w którym porąbał siekierą wszystkie meble. Po co? Moon: „Wiesz, stary. Tak, jak obiecałem, nie chciałem robić niczego głupiego, więc po prostu poszedłem do sklepu po siekierę”. Swoje 21. urodziny (rok 1967) uczcił, wjeżdżając Lincolnem Continentalem do basenu w Holiday Inn w Michigan, a uciekając przed policjantem, poślizgnął się na torcie i połamał zęby. Sieć ukarała go dożywotnim zakazem wstępu do swoich hoteli.

 

W historii rocka z całą pewnością był jeden bębniarz, który przewyższał go talentem, umiejętnościami i muzyczną fantazją: John Bonham z Led Zeppelin. Ale Bonhama i Moona kategorycznie różniła osobowość – ten drugi bywał nieobliczalnym, szurniętym wesołkiem z potwornym ADHD, a „Bonzo” był po prostu mrocznym, niebezpiecznym dla otoczenia alkoholikiem. „Słodki, głupkowaty, dość milutki. Dopóki nie chwycił za butelkę wódki. Gdy się upijał każdy wolał trzymać się od niego z daleka” – opisywała Bonhama Pamela Des Barres, słynna groupie Led Zeppelin w jednej z licznych biografii grupy.

 

Nie patrz „Bonzo” w oczy

 

Z fragmentarycznych wspomnień ludzi związanych z Led Zeppelin zapisanych w wywiadach, książkach czy filmach dokumentalnych, wyłania się mroczny obraz Bonhama: nieprzewidywalnego sadysty, który wzbudzał strach wśród stykających się z nim ludzi. „Podczas rozmowy nigdy nie nawiązuj kontaktu wzrokowego z Johnem Bonhamem. To dla twojego osobistego bezpieczeństwa” – to jedna z zestawu zasad, które od 1977 roku rozdawano amerykańskim dziennikarzom chętnym do umówienia wywiadu z Led Zeppelin. „Bonzo” czasem udzielał ich w swoim firmowym stroju, niemal żywcem wziętym z filmu „Mechaniczna pomarańcza”. W białym kombinezonie i meloniku wyglądał jak członek psycho patycznej szajki sportretowanej przez Stanleya Kubricka. „Jimmy Page uchodził za szaleńca, ale on tylko go odgrywał. Jedynym prawdziwym szajbusem w tej kapeli był Bonham – nigdy nie widziałem nikogo, kto zachowywałby się równie źle, dziwnie i tak bardzo poza kontrolą” – wspominał znany krytyk muzyczny Nick Kent. Bonhama w wersji po spożyciu nazywano „Bestią”: bił nie tylko kobiety (w Los Angeles zdzielił uśmiechającą się do niego dziewczynę), ale i swoich ochroniarzy, fanów, czasem nawet znajomych. Podczas jednego z lotów prywatnym samolotem w trasie Led Zeppelin, oddał mocz na siedzenie swojego kumpla Micka Hintona i zmusił go, by całą podróż przesiedział na obsikanym miejscu. U kresu swych dni Bonham, prócz heroinowych i kokainowych odlotów, pogrążał się w patologicznym nałogu alkoholowym. Rex King, jeden z asystentów Led Zeppelin, twierdził, że perkusista zaczynał śniadanie od czterech setek wódki. 25 września 1980 roku zmarł, zadławiwszy się swoimi wymiocinami. Dnia poprzedniego, w ciągu 12 godzin, przyjął do ust 40 kieliszków (czyli jakieś 2 litry czystego alkoholu).

 

 

Bonham i Moon, choć okazali się niezastąpieni, z całą pewnością ugruntowali kulturowy stereotyp perkusisty – „tego czwartego członka zespołu”, najdziwniejszego w kapeli, człowieka, który prowadzi się ku samozniszczeniu. Ten klimat świetnie oddaje najsłynniejsze rockowe mockumentary: „Oto Spinal Tap”. Muzycy odpowiadają na pytanie o częste zmiany bębniarzy w swoim zespole – pierwszy zginął „w dziwnym wypadku w ogrodzie” (niczym Jeff Porcaro z Toto, który dostał ataku serca podczas podlewania kwiatków), drugi udusił się wymiocinami („Podobno to były cudze wymiociny”, „Ale policja nie ustaliła, czyje dokładnie”), zaś trzeci... Trzeci wybuchł na scenie: „Nagle. Została po nim tylko taka zielona plamka”.

 

O tym, że perkusiści to inny gatunek ludzi mogą dowodzić badania prof. Brada Hendersona z Uniwersytetu Kalifornijskiego. Przed studentami posadził różnych muzyków, którzy odpowiadali na najróżniejsze pytania niezwiązane z samą muzyką. 90 proc. pytających było w stanie określić, który z gości gra na bębnach – robili to jedynie na podstawie sposobu, w jaki się wypowiadał oraz jego mowy ciała. „Perkusista to najczęściej największy indywidualista w grupie, raczej byt niezależny niż naśladowca” – twierdzi psycholog.

 

Zły Baker, nawrócony Barker

 

Tę ostatnią tezę, całym swoim życiorysem potwierdza Ginger Baker, dobijający do osiemdziesiątki (rocznik 1939) legen darny bębniarz Cream, a potem także m.in. Blind Faith, Hawkwind oraz Public Image Ltd. W latach 60. to on otwierał zestawienia rockowych gwiazd, które mają najmniejsze szanse na przeżycie do końca dekady. „Heroinę rzucałem bodaj 29 razy” – mówił w wywiadzie z „The Guardian” przy okazji premiery znakomitego dokumentu „Uwaga! Mr. Baker”, którego był bohaterem. Jego i jego uzależnienie od narkotyków Eric Clapton uważał za jeden z głównych powodów rozpadu najpierw Cream, a potem, zaledwie po roku, Blind Faith. „Wystarczyło raz popatrzeć mu w oczy, żeby wiedzieć, że cały czas ćpał. Czułem, że Ginger prowadzi mnie w koszmar, z którego chciałem się wydostać” – pisał Clapton w swojej autobiografii.

 

Baker, który sam określał siebie z tamtego okresu jako „bardzo złego człowieka”, w latach 70. zaczął jeździć po świecie, by uciec od nałogu. Wylądował w Nigerii, gdzie nagrywał z pionierami afrobeatu, potem we Włoszech chciał produkować oliwę, ale naraził się mafii, która podejrzewała go o handel prochami. Pod koniec lat 80. przeprowadził się do Los Angeles, ale zamiast podbić Hollywood, zaczął hodować konie. W RPA, gdzie mieszka od 2009 roku, mówi się o nim, że tylko stamtąd go jeszcze nie wyrzucono.

 

W przeciwieństwie do martwych i na wpół żywych bębniących szaleńców zdarzają się również spektakularnie nawróceni na jasną stronę. Travis Barker (rocznik 1975) z Blink 182, to dziś człowiek pobożny, przykładny ojciec dwójki dzieci.

 

Przed objawieniem zaliczył ciężką przygodę z uzależnieniem od narkotyków, kilkanaście głośnych romansów z gwiazdeczkami z pierwszych stron bulwarówek (np. Paris Hilton, Kim Kardashian, Rita Ora...) i katastrofę samolotu, którą cudem przeżył. „Moje śniadanie składało się z 4 blantów, czterech tabletek Vicodinu, jednej Valium i jednej Oxykodonu. Tylko po takiej uczcie mogłem wyjść z domu” – wspominał Travis w autobiografii zatytułowanej „Can I Say”. „Byłem tak uzależniony od Oxykodonu (silny opioidowy lek przeciwbólowy), że w trasie potrzebowałem opiekuna, który siedział nade mną w nocy i sprawdzał, czy oddycham”.

 

W 2008 roku prywatny samolot, na pokładzie którego leciał Barker, rozbił się zaraz po starcie z Karoliny Południowej. Z 6 osób przeżyły tylko dwie. Perkusista trafił do szpitala z poparzeniami obejmującymi 67 proc. powierzchni ciała. Przeszedł 27 operacji, w trakcie których, odchodząc od zmysłów, proponował znajomym milion dolarów za akt eutanazji skracający jego męki.

 

Pył Zombie Tommy’ego

 

Trzeba przyznać, że życiorys Barkera sprzed nawrócenia czyta się jak jedną wielką inspirację perypetiami Tommy’ego Lee. Bębniarz Mötley Crüe przez lata wybierał sobie żony i kochanki, przeglądając rozkładówki PLAYBOYA. W przeciwieństwie do Travisa, jego sekstaśma z Pamelą Anderson była prawdziwa. No i słabość do używek. Lee opatentował swój własny specyfik, który nazywał „pyłem zombie” („zombie dust”) – była to mieszanka kokainy i halcionu, środka nasennego. Ułamek życiowej gangsterki, jaką uprawiał perkusista pokazuje skandalizująca biografia Mötley Crüe pod tytułem „Brud”. Tako rzecze Tommy: „Dzwoni telefon. Pobudka. Nie pamiętam nic. Odbieram. Męczę się, udzielając wywiadu dla jakiegoś radiowca czy dziennikarza prasowego. Jeśli jestem sam w łóżku, nie ma problemu. Jeśli z kimś – też nie ma sprawy. Gorzej, gdy w czasie rozmowy trzeba puścić pawia. Przysłaniam słuchawkę dłonią i rzygam na podłogę. Jeśli ktoś leży na podłodze, muszę uważać, żeby nie narzygać na niego. Jeśli wywiad trwa dłużej niż 15 minut, przetaczam się na koniec łóżka i odlewam nie schodząc z niego. Celuję w kąt pokoju. Kontynuuje rozmowę”. Takie rzeczy tylko w pudel metalu.

 

 

Zresztą, co kraj, to obyczaj. Kjetil-Vidar Haraldstad, bardziej współczesna gwiazda perkusji, norweski muzyk grup Satyricon i 1349, kilka lat temu zasłynął występem w dokumencie „Until the Light Takes Us”, w którym zionął najprawdziwszym ogniem i ciął się nożem. W ten sposób dochodzimy do przypadku Jima Gordona, bębniarza Derek and The Dominos, współpracownika Boba Dylana i Johna Lennona, który w 1983 roku zamordował swoją matkę, bo tak podpowiedziały mu głosy w jego głowie. 71-letni dziś Gordon ma szansę wyjść na wolność za dwa lata. O ile w końcu znalazł rytm.

 

Artykuł ukazał się w numerze PLAYBOYA nr 01(301)/2018

 

Fot: Wikimedia.commons.org

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska