„Nie jestem w stanie zadowolić wszystkich” – wywiad z Patrykiem Vegą

„Nie jestem w stanie zadowolić wszystkich” – wywiad z Patrykiem Vegą

Kiedyś chciał kraść samochody i handlować narkotykami. Dziś jest ulubionym reżyserem wszystkich polskich policjantów. Był świadkiem wielkiej bitwy między wydziałem zabójstw i CBŚ, dostał „zawiasy” za wybryki na promie do Szwecji, a kryzys wieku średniego zaleczył serią tatuaży.

PLAYBOY: Kto jest większym playboyem: polski policjant czy polski gangster?

VEGA:  Teraz gangsterzy są zupełnie innymi ludźmi. To nie są już czasy „Masy”, który podjeżdżał lexusem pod knajpę w Brwinowie.Gangsterzy, którzy funkcjonują dzisiaj, szukają ciszy, a nie rozgłosu. Oni przywodzą raczej na myśl biznesmenów – chodzą w garniturach i zarabiają na przestępstwach gospodarczych. To nie są ludzie, którzy chcą być celebrytami.Czynni policjanci też wolą pozostać w cieniu, bo to im pomaga w robocie.

 

PLAYBOY: Nie powiesz mi jednak, że ani policjanci, ani bandyci nie mają powodzenia u kobiet. W jednej z twoich książek znalazła się historia świadka koronnego, który najpierw romansował z policjantką, a potem z panią prokurator.

VEGA: Oczywiście jest coś w powiedzeniu „Za mundurem panny sznurem”. Być może chodzi o archetyp silnego mężczyzny, który rymuje się płci pięknej z czymś pociągającym. Wiem za to, dlaczego kobiety są z gangsterami. To akurat rozgryzłem. Dlaczego inteligentne wykształcone laski wiążą się z bezwzględnymi typami? Normalny facet jest miły, ale nudny, ponieważ dostarcza tylko jednego rodzaju emocji. A taki gangster daje szerokie spektrum: albo babkę opierdzieli i czasem da jej w łeb, albo dostarczy adrenaliny, napędzi strachu. Potem zrobi coś fajnego. Te huśtawki nastrojów są ekscytujące. Kobiecie wydaje się wówczas, że takich emocji nie doświadczy z nikim innym.

 

PLAYBOY: A z kim się lepiej imprezuje: z policjantami czy z gangsterami?

VEGA: Ja lubię imprezować z policjantami.

 

PLAYBOY: Dlaczego?

VEGA: Policjanci podczas imprez opowiadają więcej anegdot. Prawdziwi przestępcy nie obnoszą się z tym, co robią. Bardzo trudno jest namówić kogoś takiego, żeby się zdobył na ekshibicjonizm emocjonalny i otworzył przed rozmówcą. To się nie udaje, co widać na przykład w książkach pisanych przez dziennikarzy albo stróżów prawa. Policjanci są bardziej wylewni, w związku z czym te spotkania są weselsze.

 

PLAYBOY: Jaka była najweselsza impreza z policjantami, w jakiej brałeś udział?

VEGA: Zapadła mi w pamięć impreza, na której byłem jeszcze ze Sławkiem Opalą (pierwowzorem postaci Despera z Pitbulla – przyp. red.). W jednej knajpie spotkały się wydział zabójstw z Centralnym Biurem Śledczym. Oni się wówczas nie lubili i konkurowali ze sobą. Wydział zabójstw był przez tamtych nazywany „alkoholikami”. Ci z zabójstw mówili na CBŚ „Coś Bardzo Śmiesznego”. Jak sobie popili, zrobiła się regularna awantura jak z filmu Krzyżacy. Sławek złapał ławkę niczym Jurand ze Spychowa i machał nią dookoła, próbując rozwalić tych facetów z CBŚ. Były jeszcze jakieś prostytutki, wracanie po pijaku radiowozem, który ja prowadziłem.

 

PLAYBOY: Jak zareagowałeś na samobójczą śmierć Opali?

VEGA: Byłem przeświadczony, że to w którymś momencie nastąpi. On nie potrafił się odnaleźć po odejściu z policji. To była jakaś równia pochyła w jego życiu. Pracował z Rutkowskim, potem zaczął bawić się w jakieś nie do końca legalne interesy. Ewidentnie Sławek nie ułożył sobie życia. On o tym samobójstwie mówił jeszcze w policji. Do tego doszło więzienie, które zabrało mu jakiś czas. Najgorsze jest to, że wychodzisz i widzisz, że ludzie są gdzieś dalej, a ty zatrzymałeś się w miejscu sprzed odsiadki. Ten czas wydaje się nie do odrobienia. Zawsze, kiedy człowiek odbiera sobie życie, trudno mi się z tym pogodzić.

 

PLAYBOY: A co sądzisz o Rutkowskim? W jednej z serii Pitbulla pojawiła się postać ewidentnie wzorowana na nim.

VEGA: Nie mogę oczywiście potwierdzić, że postać z serialu to Krzysztof Rutkowski.

 

PLAYBOY: Ale możesz wyrazić zdanie na temat jego działalności.

VEGA: Opinię na jego temat wyrobiłem sobie na podstawie bardzo obszernych relacji Sławka Opali, który u niego pracował przez długi czas i opowiadał mi ze szczegółami o metodach pracy Krzyśka. Sporo słyszałem też od policjantów i rodzin ofiar porwań. Myślę, że w przypadku Rutkowskiego bycie showmanem zbyt często przyćmiewa prawdziwą robotę. On ma problem ze wyważeniem tego, co jest ważne, a co nie.

 

PLAYBOY: Twoim zdaniem jest jeszcze detektywem czy już tylko showmanem?

VEGA: Słuchaj, ósmy rok nie mam telewizora. O tym, że Tusk został premierem, dowiedziałem się 2 tygodnie po fakcie w trakcie jazdy taksówką. Nie czytam żadnych gazet. Jestem oderwany od życia. W momencie, gdy robię jakiś projekt filmowy, skupiam się na dokumentacji i robię to bardzo wnikliwie. Nie śledzę tego, co się dzieje na świecie ani u Krzyśka Rutkowskiego. Nie wiem, w jakim jest teraz momencie życiowym. Jakieś ostatnie strzępy informacji o nim dotarły do mnie, kiedy zajmował się sprawą tej dziewczynki zabitej przez matkę.

 

PLAYBOY: Porozmawiajmy więc o twoim nowym filmie – Pitbullu. Niebezpiecznych kobietach. Tytułowe bohaterki grane są przez piękne aktorki, których do tej pory nie kojarzyliśmy z rolami twardych babek: Joannę Kulig, Annę Dereszowską, Magdalenę Cielecką i Alicję Bachledę-Curuś. Nie bały się zaryzykować? Nie było z nimi problemów jak z Małgorzatą Sochą, która zrezygnowała z występu u ciebie, ponieważ nie chciała zsikać się przed kamerą?

VEGA: Pudel spłaszcza informacje.

 

PLAYBOY: Sam o tym opowiedziałeś tabloidom!

VEGA: OK. Ale jaka była moja wersja tej opowieści? Miałem zrobić film anglojęzyczny Czarnobyl 2012. Małgosia Socha miała zagrać alkoholiczkę, która w jednej ze scen popuszcza w majtki. Oczywiście taką scenę realizuje się w ten sposób, że spec od efektów specjalnych umieszcza specjalną rurkę z płynem przypominającym mocz. Tymczasem na Pudlu przeczytałem, że Socha nie będzie grać u Vegi, bo nie zgodziła się nasikać w scenie. Niemniej dla Gosi taka scena była problemem. Chodziło o przekroczenie własnych barier. Miała wówczas poczucie, że mogłoby to niekorzystnie wpłynąć na jej wizerunek. Nie chodziło jednak o to, że miała naprawdę sikać. Powiedzenie jej, by zrobiła coś takiego, byłoby amatorstwem. Słyszałem opowieść, że Ewa Wencel została poproszona przez Krzysztofa Krauzego, żeby naprawdę zwymiotowała w Placu Zbawiciela. Zjadła więc ileś obiadów i zwymiotowała. Moim zdaniem to jednak nie było konieczne. Od czego są filmowe tricki.

 

PLAYBOY: Powierzyłeś swoim Niebezpiecznym kobietom role zupełnie niespójne z ich dotychczasowym emploi.

VEGA: Myślę, że szukam w ten sposób adrenaliny. Są reżyserzy, którzy ciągle pracują z tym samym zespołem aktorów. Na przykład Wojtek Smarzowski. I on nie ukrywa, że robi to, ponieważ ci aktorzy dają mu poczucie bezpieczeństwa. Ja z kolei, wybierając się w podróż z nowymi aktorami, ładuję się w zagrożenie, które mnie w jakiś sposób pionizuje. Nie lubię wchodzić dwa razy do tej samej rzeki i dlatego nie lubię robić seriali. Ekscytuje mnie opowiadanie danej historii, dopóki macam się z jej materią i nie wiem, co z tego wyjdzie. W momencie, gdy formatuję już ten świat, widzę, jak on wygląda, ponownie szukam w tej historii czegoś, co mnie zakręci. Stąd sięganie po coraz to nowych aktorów. Dlatego staram się też obsadzać ich wbrew warunkom. W moim zawodzie najfajniejsze jest to, że możesz stworzyć kogoś zupełnie innego niż na co dzień. Tym razem rzeczywiście udało mi się zebrać aktorski zestaw marzeń. Niktmi się nie wysypał. Często jest tak, że już w trakcie pisania scenariusza mam przed oczami konkretnych aktorów. Muszę jakoś widzieć te postaci, które przelewam na papier. Potem jednak nie wszystko się udaje. Ktoś nie chce zagrać albo nie ma dostępnych terminów. Wbrew pozorom zgranie kalendarzy ludzi, którzy są tak zajęci, jest naprawdę skomplikowaną robotą. Tutaj się to szczęśliwie udało. Role rzeczywiście są zaskakujące. Magda Cielecka wypadła rewelacyjnie w kreacji, którą stworzyła. Jest zupełnie inna. Przynajmniej ja dotychczas takiej jej nie widziałem. Myślę, że ogromnym zaskoczeniem dla ludzi będzie Alicja Bachleda–Curuś, która naprawdę bardzo dobrze zagrała i to mówią nawet jej przeciwnicy.

 

PLAYBOY: W Nowych porządkach czarnym charakterem był Bogusław Linda. W Niebezpiecznych kobietach z kolei Artur Żmijewski gra skorumpowanego pracownika Urzędu Kontroli Skarbowej. Celowo obsadzasz twardzieli z kultowych Psów Pasikowskiego? Wiem, że jesteś fanem tego filmu.

VEGA: Widziałem Psy jeszcze w technikum. Zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Wszyscy mamy jakichś idoli młodości. Już wcześniej próbowałem spotkać się z Arturem w pracy, ale nie udawało się terminowo, bo przez ileś lat był bardzo zajęty. To jeden z tych polskich aktorów, z którymi chciałem zawsze współpracować. Na pewno spełniłem swoje marzenie.

 

PLAYBOY: Wychowujesz trójkę dzieci, w ciągu jednego roku zdążyłeś przygotować dwa filmy. Jednocześnie pracujesz nad trzecim i jeszcze znalazłeś czas na wydanie książki Niebezpieczne kobiety, w której wraz ze swoimi rozmówczyniami odsłaniasz kulisy pracy polskich policjantek. Skąd bierzesz na wszystko czas?

VEGA: Wydając tę książkę, równolegle piszę trzy następne książki i pracuję nad trzema innymi filmami. Tych projektów jest więc znacznie więcej. Rzeczywiście jest tak, że w tym momencie nie mam w ogóle wolnego czasu. Moje obowiązki kończą się około godziny 22, kiedy kładę spać córkę. Wtedy mam półtorej godziny dla siebie. Jest to w jakimś sensie kierat. Kiedy nie mam zdjęć, o 17 staram się wracać do domu. Żona to na mnie wymusiła. Cieszę się z tego. Gdybym nie miał poukładanego w ten sposób życia, nie byłbym w stanie budować relacji z dziećmi. Kobieta od początku ma tę relację – w końcu nosi dziecko w sobie. Samiec raczej staje się ojcem poprzez przebywanie z potomkiem. Sam zbudowałem fajną relację z córką dopiero, kiedy skończyła 4 lata. Wydawało mi się, że dopiero wtedy będę mógł z nią prowadzić rozmowy psychologiczne, o życiu… (śmiech). A tymczasem jest tak, że budujesz kontakt z dzieckiem od pierwszych chwil, kiedy ono leży, widzi cię. Teraz to rozumiem. Każdemu facetowi polecam, żeby został przez chwilę sam z noworodkiem. Teraz mieliśmy dyżury, więc ja też spędzałem noce z bliźniakami, które urodziły się w lipcu. Karmienie i uspokajanie dwóch chłopaków jest wyzwaniem. Wiem jednak, że spędziliśmy razem świetny czas. Dzięki temu te maluchy stały mi się naprawdę bliższe. Mimo, że są bliźniakami jednojajowymi, po miesiącu byłem w stanie dostrzec, jak są różni od siebie. DNA jest to samo, ale mają różne dusze.

 

PLAYBOY: Teraz, kiedy urodziły się bliźniaki, łapiesz się do programu 500+. Zamierzasz z niego skorzystać?

VEGA: Pewnie tak, choć tego typu sprawami zajmuje się moja żona. Gdybym wiedział, że jeżeli nie skorzystam, te 500 złotych trafi do ludzi bardziej potrzebujących, mógłbym się tego zrzec. Ale jeśli nikt na tym nie skorzysta, wolę przeznaczyć to na pieluchy czy przedszkole.

 

PLAYBOY: Postawiłeś kiedyś tezę, że we współczesnym świecie brakuje prawdziwych mężczyzn, więc kobiety mogą sobie o nich przeczytać przynajmniej w twoich książkach. Rozumiem, że nadal nie poszedłbyś do salonu urody dla mężczyzn?

VEGA: Z czym ja miałbym iść? Jestem łysy, co bym sobie miał zrobić?

 

PLAYBOY: A nie chodzisz do barbera na strzyżenie brody?

VEGA: Sam się golę. Korzystanie z tego typu usług wydaje mi się jakieś takie, k..., zniewieściałe. Źle bym się z tym czuł. Gdyby pracowały tam naprawdę piękne kobiety, no to jeszcze mógłbym to rozważyć. Szkoda mi jednak czasu. Sam jestem w stanie szybciej to ogarnąć.

 

PLAYBOY: W USA mają zasadę Work hard, play hard (Ostro pracuj, a potem ostro imprezuj). Wcielasz ją w życie?

VEGA: Prowadzę bardzo spokojne życie. Nie piję alkoholu, nie palę papierosów, nie stosuję żadnych używek od 10 lat. Nie chodzę też na imprezy. Nawet w sylwestra kładę się spać 5 minut po północy, bo nie chcę mieć zrąbanego następnego dnia. Nie mam w ogóle bliższych relacji z ludźmi z branży filmowej. Wszystkie historie pt. „bankiety, imprezy” są mi zupełnie obce. Mam dość wąską grupę przyjaciół. Nie liczy się dla mnie wolumen, tylko jakość. Myślę, że wystarczająco dużo adrenaliny daje mi dokumentacja do historii, które opowiadam. Kontakt z przedziwnymi ludźmi, którzy są protoplastami tych wszystkich postaci. Dlatego potem w życiu potrzebuję już tylko spokoju. Tak naprawdę najlepiej odnajduję się w kontakcie z przyrodą. W czasie wolnym ludzie nie są mi do niczego potrzebni. Ja potrzebuję od tego wszystkiego odpocząć, zresetować się.

 

PLAYBOY: A kiedy masz ochotę na jakąś przyjemność, to co robisz?

VEGA: Największą frajdę mam z jazdy samochodem. Przykładam do tego dużą wagę, bo jazda jest dla mnie oddechem w ciągu dnia. Przemieszczając się samochodem z punktu A do punktu B – odpoczywam. Jakbym to przeliczał na masaże albo wizyty w hotelach SPA, które musiałbym odbyć, aby mieć podobną frajdę, wartość tych samochodów zaczęłaby się kalkulować. Masz dzieci?

 

PLAYBOY: Córkę. Niedługo skończy 2 lata.

VEGA: To zgodzisz się, że dzieci zmieniają wszystko. Jak teraz zdzwaniam się ze „Strachem”, czyli Tomkiem Oświecińskim, to mamy dylemat, czy się wybrać na trampoliny, czy na wystawę pająków do Pałacu Kultury. Właśnie takie życie teraz wiodę. Przygotowuję mleko i zmieniam pieluchy chłopakom.

 

PLAYBOY: Po mieście krążą jednak ploty, że jak Vega chce, to lekką ręką wyda 40 tys. zł na tygodniowy pobyt w wypasionym hotelu. Czyli lubisz luksus. No i możesz przy okazji zrobić przyjemność żonie, która teraz ma pewnie mnóstwo obowiązków związanych z dzieciakami.

VEGA: Moja żona jest bardzo oszczędną osobą i nie lubi sobie nic kupować. Można powiedzieć, że ja ją ubieram. Niekiedy kupuję jej rzeczy naprawdę skomplikowane, sukienkę albo płaszcz. Nie tylko bieliznę. Jeśli ktoś w naszym domu jest zakupoholikiem, to prędzej ja. I choć to banał, uważam, że w życiu nie należy żałować na podróże.

 

PLAYBOY: To gdzie w takim razie planujesz najbliższą podróż?

VEGA: Nie mogę mieć specjalnych planów. Za granicę w najbliższym czasie nie wyjadę. Podróżowanie z tak małymi dziećmi samolotem jest nieodpowiedzialne. Leciałem ostatnio z córką, która na skutek różnicy ciśnień dostała jakiegoś totalnego bólu brzucha. 3 godziny po starcie w środku lotu nad pustynią zaczęła płakać wniebogłosy. To było przerażające przeżycie. W takich sytuacjach nawet nie warto pytać się, czy na pokładzie jest lekarz. Dzisiaj lekarze, nawet gdy widzą wypadek albo śmierć na ulicy, nie przyznają się do tego, jaki zawód wykonują. Boją się bowiem konsekwencji prawnych. Jedyne, co mogą ci w samolocie w takiej sytuacji dać, to paracetamol. Na tym kończy się jakakolwiek pomoc. Na szczęście lekarz, który nie chciał się przyznać do tego, że jest lekarzem, zaczął mi mówić na ucho, co mam robić z termoforem i gdzie zacząć masować dziecko. Wszystko skończyło się dobrze. Jak sobie jednak wyobraziłem, że mógłbym przeżyć śmierć dziecka w samolocie i lecieć ze zwłokami kolejne 3 godziny, zrozumiałem, że nie będę latać z chłopakami, dopóki nie podrosną. Są ludzie, którzy latają z dziećmi mającymi dzień albo dwa. Sam bym tego nie zrobił. Jeśli gdzieś pojadę, będę się kierował komfortem maluchów. To nie będzie jakieś odległe miejsce od Warszawy. Nie lubię jeździć samochodem dłużej niż 3 godziny.

 

PLAYBOY: Masz swoje ulubione miejsca na odpoczynek?

VEGA: Jest kilka miejsc, do których stale wracam. Uwielbiam Wzgórza Dylewskie u Ireny Eris. Uważam, że jest to najfajniejszy hotel w Polsce. Oprócz hotelu, pani Irena wykupiła teren w rezerwacie przyrody i tam postawiła siedliska z gigantycznymi szybami na wysokość 7 metrów. Te domy są nieogrodzone, jest tam kuchnia i kominek, można samemu gotować. Przychodzą ci pod chałupę jelenie, lisy i inne dzikie zwierzęta. Taki wyjazd daje mi oderwanie od rzeczy nieistotnych. Polubiłem też bardzo Majorkę. Przez całe lata żyłem w przeświadczeniu, że to jest imprezownia wypełniona Niemcami. Tymczasem jest to przepiękna wyspa. Masz tam i góry, i morze. Nie bez powodu organizują tam triathlony.

 

PLAYBOY: Jaki masz stosunek do pieniędzy?

VEGA: Jak dla każdego chłopaka z blokowiska pieniądze były dla mnie kiedyś niezwykle istotnym tematem. Do 25. roku życia miałem potworne problemy finansowe, wliczając w to historie z komornikami. Pamiętam, jak pierwszy raz mogłem sobie kupić karton papierosów. To było dla mnie dość poważne wydarzenie. Wcześniej jak mieszkałem z dziewczyną, nie było nas stać na żółty ser. Butelka coli to było święto. Natomiast dzisiaj jest tak, że wróciłem do Kościoła i pracuję nad tym, żeby żyć w zgodzie z Dziesięcioma przykazaniami. Postrzegam teraz konsumpcję jako zagrożenie. Łatwo jest się dać jej uwieść. Staram się skupiać na wartościach duchowych.

 

PLAYBOY: Pamiętasz pierwsze duże pieniądze, które zarobiłeś?

VEGA: Po latach klepania biedy zarobiłem 30 tys. zł za scenariusz serialu Pierwszy milion. To była astronomiczna kwota. Wcześniej roznosiłem gazety, zarabiając 300 zł miesięcznie. Potem składałem też gazety w drukarni. A później pracowałem za najniższą krajową na etacie sekretarki.

 

PLAYBOY: Na co wydałeś pieniądze za scenariusz?

VEGA: Na urządzenie mieszkania. Postanowiliśmy kupić z dziewczyną mieszkanie na kredyt, więc kasa poszła na remont.

 

PLAYBOY: Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że jesteś wyklęty w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej. I że teraz wraz z nową władzą być może się to zmieni. Za co podpadłeś tej instytucji?

VEGA: Wskazałem w pewnym artykule patologie, które trawią PISF. Pokazałem, jak producenci wyprowadzają pieniądze z Instytutu. Od kolegów z branży wiem, że dofinansowania na filmy nie raz były przyznawane na zasadzie kolesiostwa. Być może teraz to się zmieniło. Wiem jednak, że producenci pompują sztucznie budżety. Jeśli jesteś w stanie zrobić coś za 4 miliony złotych, idziesz do PISF-u, przedstawiasz budżet na 8 milionów i dostajesz 50 proc. dotacji. Resztę ściągasz barterami i aportami od kolegów i w ten sposób jesteś zarobiony na etapie produkcji. I nie masz już motywacji, żeby ten film zarobił w kinach. A przynajmniej nie jest to dla ciebie sytuacja zero-jedynkowa. Uważam, że PISF jest potrzebną instytucją, ale należałoby wyplenić te patologie. Krytykowałem również to, że nie wspiera on filmów komercyjnych. We Francji, gdzie film jest dobrem narodowym, dotowane są zarówno produkcje artystyczne jak i horrory, komedie czy opowieści o policjantach. U nas, kiedy przyszedłem z filmem komercyjnym, usłyszałem, że nie dostanę pieniędzy, ponieważ ten film ma szansę zarobić. Powiedziałem: „Może raz wreszcie ktoś by wam zwrócił pieniądze”. Oni na to: „My wolimy wspierać filmy, które nie mają szansy na komercyjne finansowanie”. Musiałem więc stworzyć swój świat i powołałem wraz ze wspólnikiem jedyny podmiot w Polsce, który finansuje filmy wyłącznie w oparciu o prywatny kapitał. W ciągu 26 lat nie powstał w Polsce żaden inny profesjonalny wehikuł, który połączyłby świat finansów ze światem rozrywki.

 

PLAYBOY: Na którym ze swoich filmów zarobiłeś dotychczas najwięcej?

VEGA: Oczywiście największym sukcesem był Pitbull. Nowe porządki.

 

PLAYBOY: A Ciacho? Też „zrobiło” w kinach milion widzów.

VEGA: Zyski były mniejsze, bo wsparliśmy mocno Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Oprócz pieniędzy z biletów podarowaliśmy dzieciakom jeszcze pół miliona złotych. Cel był fajny, więc było warto.

 

PLAYBOY: A co poszło nie tak z filmem Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć? Teoretycznie to powinien być w kinach megaprzebój.

VEGA: Kilka rzeczy. Po pierwsze, w ogóle nie interesowałem się tematem II wojny światowej. Nie powinienem się więc brać za historię, której nie czuję. Ostatnio, mądrzejszy o doświadczenia z Klossem, zrezygnowałem z oferty nakręcenia Dywizjonu 303. Po drugie, popełniłem błędy obsadowe. Część aktorów grała realistycznie, część – groteskowo, na granicy konwencji. W efekcie to nie było spójne. Uważam też, że film powinien być realistycznie sfotografowany, a nie w konwencji amerykańskiego widowiska. Błąd popełnił też producent, który zdecydował się wpuścić film do kin na początku marca. Nastąpił najgorętszy weekend po 7 miesiącach zimy. Sam poszedłem wtedy na grilla. I chociaż film skosił 70 proc. frekwencji, to spadek widowni był tak ogromny, że to mu w niczym nie pomogło. Uważam jednak, że Kloss nie miał możliwości powodzenia. Z jednej strony nastąpił błąd promocyjny, bo dystrybutor usunął ze wszystkich materiałów promocyjnych Mikulskiego z Karewiczem. Twierdzono, że nikt nie pójdzie do kina na dziadków. Fani pierwowzoru dostali opakowanie produktu, który nie miał nic wspólnego z ich ukochanym serialem. Natomiast dla młodych ludzi to była abstrakcja, bo oni w ogóle nie wiedzą, kto to jest Kloss i J-23. To samo stało się z Janosikiem. Ekranizacje dawnych hitów nie mają w Polsce sensu. Niemożliwe jest zrobienie wyniku na tego typu filmie. Na Pitbulla. Nowe porządki w lwiej części poszli młodzi ludzie, którzy nie widzieli serialu.

 

PLAYBOY: Środowisko filmowe w Polsce chyba cię nie lubi. Nie dość, że zarabiasz świetną kasę, to jeszcze kręcisz dwa filmy rocznie, co w polskich warunkach wydaje się wręcz nieprawdopodobne. Jakie plotki słyszałeś na swój temat?

VEGA: Nie mam z tym środowiskiem kontaktu poza aktorami i ekipą, z którymi spotykam się na planie.

 

PLAYBOY: I co aktorzy mówią?

VEGA: Tych przykrych rzeczy pewnie mi nie mówią. Czasem słyszę o jakichś absurdach, że na przykład kazałem onanizować się aktorce na planie. Naprawdę mnie to nie interesuje. Dostałem po Ciachu taki rentgen i odium hejtu połączonego ze złymi recenzjami, że powinienem po tym zmienić zawód. Ale to przetrwałem i stwierdziłem, że po takim doświadczeniu zniosę już wszystko. Przestałem czytać recenzje i komentarze na Facebooku. Robię swoją robotę, mając świadomość, że nie jestem w stanie zadowolić wszystkich. Staram się być wierny sobie, mając nadzieję, że to, co mnie interesuje, będzie frapujące także dla innych. Wiadomo, że jeden zjadliwy wpis jest bardziej bolesny niż tysiące pozytywnych. Nie chcę zatruwać się złą energią.

 

PLAYBOY: Z badania IBRIS wynika, że policja jest instytucją cieszącą się w Polsce największym zaufaniem społecznym. Ufa jej więcej osób niż Kościołowi i NATO. Myślisz, że jesteś w jakiś sposób za to odpowiedzialny?

VEGA: Z pewnością. Pitbulla zobaczyło w telewizji trzydzieści parę milionów ludzi. Oczywiście gros tych widzów stanowią fani, którzy widzieli serial po dziesięć razy. Tak czy inaczej skala zasięgu jest niesamowita. Ludzie, chcąc nie chcąc, przelewają pozytywne emocje, które mają do bohaterów, na instytucję. Wiem też, że policjanci chwalą sobie Pitbulla. Uważają, że jest to najbardziej realistyczny film o ich pracy. Dzięki temu nie płacę mandatów.

 

PLAYBOY: Po skończeniu podstawówki wciągnąłeś się w – jak to zwykłeś określać w wywiadach – nastoletnią gangsterkę. Jaki wtedy miałeś stosunek do policji?

VEGA: Nie byłem do niej nastawiony szczególnie negatywnie. Trzeba sobie zdawać sprawę, że lata 90. to był taki moment, kiedy tworzyły się wielkie fortuny. Na skutek otwarcia granic i wolnego rynku wszystko stało się dostępne, nagle wielu gości zaczęło opływać w luksusy. Ten czas zapisał się w mojej pamięci jako okres, w którym wspólnie z chłopakami marzyliśmy o tym, żeby mieć to samo: super samochód, pieniądze i jakiś sukces życiowy, który sprowadzał się wówczas dla nas do dość prostych rzeczy. Byłem wtedy na bakier z prawem. Miałem wyrok w zawieszeniu za kradzież z włamaniem.

 

PLAYBOY: Co zmalowałeś?

VEGA: To była akurat głupia sprawa. Pijany na promie do Szwecji postanowiłem ukraść perfumy dla dziewczyny. Włamałem się w nocy do perfumerii. Schowałem fanty do plecaka. Rano, gdy wciąż pijany przechodziłem przez granicę, przeszukali mi plecak. Wtrącono mnie do aresztu na promie. Choć nie, najpierw byłem jeszcze w areszcie w Szwecji. Potem wsadzili mnie do aresztu na promie, deportowali do Polski. Na szczęście wówczas zmieniły się przepisy. Za tego typu przestępstwo nie szło się już na sankcję. W przeciwnym wypadku moje życie potoczyłoby się całkiem inaczej. Potem przez zupełny przypadek trafiłem do komendy wydziału zabójstw i zacząłem kręcić Prawdziwe psy. Nagle okazało się, że adrenalina, którą tam dostałem, jest tysiąckrotnie silniejsza niż jakieś ekscesy podwórkowe. Co więcej, okazało się, że jestem w stanie robić to legalnie. W tym momencie nastąpiła wolta: przejście z ciemnej strony mocy w świat policji.

 

PLAYBOY: A jak wyglądały ekscesy po ciemnej stronie mocy? Przypominasz sobie najbardziej hardkorowe sytuacje?

VEGA: Miałem wtedy rozmaite pomysły: na kradzieże samochodów, dilowanie narkotykami. Wszystko to było jednak w powijakach. Nie działałem w żadnej zorganizowanej strukturze przestępczej. Próbowałem coś zrobić, ale na szczęście się nie udało. Inaczej skończyłbym pewnie w więzieniu.

 

PLAYBOY: Ale ukradłeś jakiś samochód?

VEGA: Miałem taką sytuację, że chciałem kupić skradziony samochód. Pożyczyłem na niego pieniądze. Dałem je ludziom z Wołomina, a oni nie chcieli dostarczyć samochodu. Potem próbowałem ich z kolei nastraszyć inną grupą przestępczą. Jednego z tych gości moi znajomi wywieźli do lasu, aby odzyskać kasę. Koniec końców moja matka poszła do matki chłopaka, który ode mnie wziął te pieniądze. We dwie się dogadały, że tamta matka będzie spłacać dług na raty.

 

PLAYBOY: A chłopak jak zareagował na to, że matka będzie spłacać jego długi?

VEGA: Był wściekły po tym, jak go do lasu wywieźli. Zaczął grozić, że następnym razem mnie wywiozą. To były zupełnie inne czasy. Kiedy ja miałem 18–19 lat, chodziłem do klubów, do których wchodzili też ludzie z Pruszkowa z kałasznikowem w torbie. Dzisiaj takie sytuacje są niemożliwe. Wtedy było to na porządku dziennym.

 

PLAYBOY: Które kluby najchętniej odwiedzałeś?

VEGA: Hybrydy, Scenę, Ground Zero.

 

PLAYBOY: W Hybrydach zbierały się wtedy przyszłe legendy polskiego rapu.

VEGA: Nie słuchałem rapu. Miałem jednak epizod ze skejtami, choć nie jeździłem na deskorolce. To raczej sprowadzało do jakichś kontaktów z narkotykami i próby wejścia w subkulturę. Szybko się jednak tym znudziłem. Dziś śmieję się, że robiłem wtedy swoje pierwsze dokumentacje. Wchodziłem bowiem w jakieś środowisko i kiedy je dość dobrze poznawałem, ono zaczynało mnie nużyć. Wskakiwałem więc w coś innego. W ósmej klasie szkoły podstawowej zacząłem handlować nielegalnym programami komputerowymi na giełdzie. Odkleiłem się od rówieśników. Miałem wtedy kolegów w wieku 20–30 lat. Odtąd kontakty z otoczeniem były dla mnie problemem. Czułem się outsiderem.

 

PLAYBOY: Nowe porządki mają w sobie atmosferę lat 90. Chodzi zarówno o to, jak została pokazana Warszawa, jak i o sprawy kryminalne. Czy współczesny półświatek jest mniej interesujący od tego sprzed kilkunastu lat?

VEGA: Cała sprawa dotycząca gangu obcinaczy palców zaczęła się w roku 2003. Ostatnich ludzi w tejże sprawie zamknięto pół roku temu. To jest historia rozgrywająca się na przestrzeni kilkunastu lat. Myślę jednak, że ekranowa atmosfera lat 90. nie była zamierzona. Staraliśmy się po prostu realizować film w autentycznych miejscach, w których odzyskiwano haracze. Mokotów i lokacje narzuciły nam to, co fotografujemy i w jaki sposób. Niebezpieczne kobiety są o nowym typie przestępczości. Dotyczą wyłudzeń VAT-u i mafii paliwowej. Jest to dość dobrze udokumentowane, ponieważ całą historię posiadłem od tej drugiej, ciemnej strony.

 

PLAYBOY: Masz jeszcze kontakt z kolegami z dawnych czasów?

VEGA: Mam tylko jednego kolegę, z którym chodziłem do technikum. Z nikim więcej nie utrzymuję kontaktu.

 

PLAYBOY: Kolega też próbował zrobić karierę jako przestępca?

VEGA: Myśmy cały czas coś kombinowali. Mieliśmy pomysł, żeby robić lewe karty do telefonów. Ukradliśmy kiedyś automat przykręcony do słupa telefonicznego. Kolega przez kilka tygodni próbował rozkminić ten automat, rozbierając go na części. Chciał zrozumieć, w jaki sposób podrabiać te karty. Ostatecznie automat znalazł jego ojciec. Kumpel dostał szlaban na cokolwiek. To były zupełnie nieracjonalne czasy. Myśmy byli z jednej strony normalnymi dzieciakami. Z drugiej strony pamiętam, jak ten kolega przyniósł kiedyś do szkoły rewolwer. Kiedy myślę o tym, że moje dziecko miałoby robić podobne rzeczy, jestem przerażony.

 

PLAYBOY: Pamiętasz swojego pierwszego PLAYBOYA?

VEGA: Wydaje mi się, że nie miałem wtedy nawet 10 lat. Pamiętam, że ktoś to przytargał na boisko, gdzie graliśmy w piłkę. Z fascynacją pomieszaną z obrzydzeniem oglądaliśmy narządy rodne kobiety.

 

PLAYBOY: Pierwsza bójka?

VEGA: W dzieciństwie byłem mitomanem. Powiedziałem na podwórku, że jestem mistrzem karate. Jeden chłopak chciał się ze mną sprawdzić. Poprosił tylko, żebym go nie kopał w ranę, którą miał na nodze. Oczywiście pierwsze, co zrobiłem, to zacząłem walić go w tę ranę. W ten sposób wygrałem walkę. Nieuczciwie, ale liczył się efekt.

 

PLAYBOY: Dziś nikt już nie próbuje się z tobą sprawdzić? Jesteś rozpoznawalną osobą, w dodatku specjalistą od ostrego kina dla facetów.

VEGA: Nic takiego mi się nie zdarzyło. Przemieszczam się samochodem z pracy do domu. Więc gdzie się mają do mnie przyczepić? Na zakupach w Organiku? Nie chodzę po ulicach.

 

PLAYBOY: Na wywiad przyjechałeś Ferrari. Co jeszcze stoi w twoim garażu?

VEGA: Miłością mojego życia jest G klasa. To był mój pierwszy samochód. Choć miałem prawo jazdy od 18. roku życia, powiedziałem sobie, że nie będę jeździł, dopóki nie będę miał pieniędzy na takie auto, które mi się rzeczywiście marzy. Dopiero mając 28 lat, kupiłem sobie pierwszą G Klasę, mercedesa. Teraz po latach do tegoż mercedesa wróciłem, bo uważam, że jest to najlepsze auto terenowe na świecie. Mój jest dodatkowo stuningowany przez Brabusa. Ma powłokę z włókna węglowego. To jest ten samochód, którym jeździ Linda w Nowych porządkach. Mam do niego ogromny sentyment. Jest ponadczasowy. Możesz do niego wsiąść i w dresie, i w garniturze. We wszystkim wyglądasz dobrze. Ma niezmienioną bryłę od bodajże 30 lat. Został wymyślony tak, żeby mógł do niego wsiąść niemiecki żołnierz z karabinem. Nic cię w tym samochodzie nie irytuje.

 

PLAYBOY: Czy podobnym samochodem jechałeś kilka lat temu w wigilię wraz z rodziną, kiedy doszło do wypadku samochodowego? Uderzyłeś wtedy czołowo w pędzące z naprzeciwka infinity.

VEGA: Nie, wtedy jechałem ML-em. Podwozie pękło na pół. Nie wiem, czy G Klasa by pękła. Może nie, bo jest cięższa o kilkaset kilogramów.

 

PLAYBOY: Dużo miałeś w życiu sytuacji, że życie stawało ci przed oczami?

VEGA: Miałem kilka głupich sytuacji. Jedna była absurdalna. Mieszkałem nieopodal telewizji na ulicy Woronicza. Mój dom rodzinny był na 1 sierpnia. Normalnie musiałem jechać do niego z trzema przesiadkami, dookoła. Istniała jednak druga trasa – można było przejść przez tory kolejowe i dzięki temu zaoszczędzić kilka kilometrów. Rzecz działa się zimą. Szedłem na jakieś imieniny do mamy w płaszczu i marynarce. Wspinając się po oblodzonym nasypie, poślizgnąłem się. Uczepiłem się wtedy takiego małego korzonka, który wystawał z nasypu. Zobaczyłem, że w moją stronę pędzi ekspres do Krakowa. Pomyślałem sobie: „K..., przecież przed chwilą jadłem obiad, siedziałem na Woronicza. Jak to jest możliwe, że się wpier… w tak idiotyczną sytuację, że wiszę na jakimś korzonku, od którego zależy moje życie? Było jeszcze parę takich historii. Kiedy przyleciałem do Tajlandii i wziąłem „browca” na plaży, walnęło tsunami. Po moim przyjeździe do Kenii wybuchła wojna domowa. Wcześniej z Pawłem Małaszyńskim zaliczyliśmy dachowanie na planie zdjęciowym.

 

PLAYBOY: Pogadamy o twoich tatuażach?

VEGA: Z chęcią. Wszystkie zrobiłem sobie jakieś dwa lata temu na przestrzeni trzech miesięcy. Po prostu jak się w coś ładuję, robię to na 500 proc. Pewnie miałem wtedy jakiś kryzys wieku średniego. Od dłuższego czasu dojrzewała we mnie decyzja do tego. Wiedziałem, że skoro chcę robić tatuaże w tym wieku, to nie jest to lekkomyślne postanowienie pod wpływem chwili. Nie ma tu jakiegoś specjalnego klucza. Zdecydowałem się na motywy, które były dla mnie istotne w życiu. Mam młodego Thorgala, bo to był pierwszy komiks, który mną totalnie zakręcił w dzieciństwie. Jest też najlepszy film, jaki widziałem w życiu, czyli 2001: Odyseja kosmiczna. No i Hannibal Lecter, który był dla mnie orgazmem wizualnym, jeśli chodzi o kino. Po Milczeniu owiec zapragnąłem zostać Clarice Sterling i łapać seryjnych morderców. Wkręciłem się też w książki Thomasa Harrisa. Zafascynowany Czerwonym smokiem napisałem swój pierwszy scenariusz. Inne tatuaże nie mają jakichś podtekstów. Po prostu kieruję się ich walorem plastycznym. Pilnuję jednak, by nie było wśród nich znaków, które kolidują z religią.

 

PLAYBOY: Czy twój kryzys wieku średniego skończył się na tatuażach?

VEGA: Na nic innego nie mam czasu. Wiem, że dużo ludzi twierdzi, że jest zajętych. Ja jednak naprawdę jestem zajęty. Od 6.30 do 22 mam czas wypełniony obowiązkami. W weekendy jest ich jeszcze więcej, bo wówczas nie mamy niani do pomocy.

 

PLAYBOY: Kiedy będzie trzeci Pitbull?

VEGA: Planujemy premierę na jesień przyszłego roku. Chcę opowiedzieć o nieruchomościach, bo na tym są teraz robione największe wałki. Wolałbym jednak o tym nie gadać, ale nie dlatego, że zamierzam ukrywać fabułę. Chodzi o to, żeby ludziom nic się nie pomieszało. Tempo ukazywania się tych filmów jest dość szybkie. Celowo unikamy m.in. komunikacji dotyczącej tytułu trójki. Skupiamy się teraz na tym, żeby wypuścić Niebezpieczne kobiety, a dopiero potem zajmiemy się ostatnią częścią.

 

PLAYBOY: A jak ci idzie pisanie książek? Musisz jeszcze szukać rozmówców, czy to raczej oni zgłaszają się do ciebie?

VEGA: Rozmówcy zgłaszają się do mnie. Myślałem, że po Służbach specjalnych już nikt nie będzie chciał ze mną rozmawiać, a stało się dokładnie odwrotnie. Dopiero po tym filmie rozpruł się worek i ludzie zaczęli zgłaszać się ze swoimi historiami. Muszę więc je selekcjonować. Mam w kolejce 3 książki, które robię jednocześnie. Nie chcę, żeby jakiś bohater mi się rozmyślił. Równolegle rozmawiam więc z trzema osobami. Pracuję też nad kilkoma historiami filmowymi. Chcąc utrzymać się w tym świecie, trzeba intensywnie pracować. Dopiero kilka projektów daje mi poczucie stabilności. Wiem, że jeśli jedna rzecz przepadnie, to jest jeszcze następna.

 

PLAYBOY: Czujesz się teraz bezpiecznie?

VEGA: Dla mnie najistotniejszym obszarem w życiu jest relacja z Jezusem Chrystusem. Pracuję nad tym, żeby żyć w zgodzie z Dziesięcioma przykazaniami. Nie jest to proste. Gdy pracujesz w biznesie rządzącym się bezwzględnymi prawami, trudno ci przestrzegać przykazania, aby nie zaświadczać nieprawdy przeciwko bliźniemu. Staram się to jednak robić. Nawet, jeśli czasem wychodzę na tym gorzej finansowo. Wiem jednak, że nie ma innej drogi w życiu. Chcę skupić się na tym, co poczułem w trakcie tego wypadku 2 lata temu. Uświadomiłem sobie wtedy, że w ciągu sekundy mogę stracić wszystko. Trudno jest bezgranicznie zaufać i oddać kierownicę Chrystusowi w sytuacji, gdy wszyscy musimy płacić rachunki i mamy pragnienia. Ale to jedyna droga, którą chcę iść.

 

Tekst: Łukasz Muszyński

Foto: Marcin Klaban / Studio MMP

Wywiad pierwotnie ukazał się w PLAYBOYU z listopada 2016 roku.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska