"Ja się umawiałem ze sobą na zupełnie inny świat" - wywiad z Arturem Żmijewskim

"Ja się umawiałem ze sobą na zupełnie inny świat" - wywiad z Arturem Żmijewskim

W najnowszym numerze Playboya rozmowa z Arturem Żmijewskim m.in. o skandalach, o alkoholu na planie filmowym i oczywiście o seksie. Publikujemy fragment rozmowy, którą przeprowadził Robert Ziębiński.

Całe życie unikasz jak ognia skandali, a tu proszę – niespodziewanie skandal zapukał ci do drzwi.

Myślisz o tym skandaliku dookoła Ojca Mateusza

No tak. Padły oskarżenia o to, że współtworzysz serial siejący strach przed uchodźcami.

To było coś absolutnie absurdalnego. Jestem facetem starej daty, mógłbym nawet posunąć się do stwierdzenia - dinozaurem, ponieważ wychowano mnie w zupełnie inny sposób, niż dziś zdaje się obowiązywać. Nauczono mnie bowiem, że jeśli nie jestem twórcą dzieła, a jedynie jego odbiorcą, to powinien obchodzić mnie efekt końcowy i on jako taki być oceniany. To, co dzieje się, zanim dzieło trafi do odbiorcy, jest rzeczą zajmującą twórców. A tymczasem mamy sytuację, że dziennikarka pewnego dziennika wygłasza opinię, którą wysnuła na bazie scenariusza, który wpadł jej w ręce. Scenariusza, który raz – co naturalne i wie o tym każdy, kto pracował choć raz przy filmie - zmienia się. Dwa: to, co w scenariuszu jest napisane, bardzo często nie trafia finalnie na ekran. Czasami postać, która jest w scenariuszu marginalna, podczas zdjęć zamienia się w postać wiodącą. Czasami nowe wątki zastępują stare, bo świeży pomysł lepiej pasuje do narracji. Nie jest to jakaś wiedza tajemna, tak się kręciło filmy zawsze. Natomiast nie da się już po zamknięciu zdjęć, budżetów i tak dalej, zmienić wymowy serialu. 

Chyba że jest się Ridleyem Scottem, ma się wolne pięć milionów dolarów i kręci na nowo sceny do Wszystkich pieniędzy świata.

Chyba że jest się Ridleyem Scottem. Ale my nie mówimy o filmie realizowanym przez jednego z najbardziej znanych reżyserów na świecie, a polskim serialu, który nie ma napompowanego milionami budżetu. 

Myślałem, że gdy nasz wywiad się ukaże, będziemy czekać na emisję odcinka wyklętego.

Całe zamieszanie dookoła Ojca Mateusza wzięło się z tego, że komuś zależało na aferze, a nie skupieniu się na odcinku serialu. Dlatego najlepsza decyzja, jaką mogła podjąć telewizja, to po prostu błyskawiczne wyemitowanie tego, o czym mowa. I okazało się, że... 

...że odcinek nie jest anty, tylko pro. 

Kiedyś dziennikarz sprawdzał, dzwonił, weryfikował, zanim zabierał głos w jakiejś sprawie.

Do niedawna tak było – owszem.  

Ten mechanizm działał całkiem nieźle i nie wydaje mi się, że należało go zmieniać. Bo to już nie jest dziennikarstwo. Opieranie się na plotkach, pomówieniach to czyste plotkarstwo.

Bo liczy się to, czy będzie dym, a nieważna jest już prawda.

Mam wrażenie,że dotarliśmy do momentu, w którym jedna strona wali na oślep w drugą, nie patrząc na to, czy przypadkiem akurat osoba stojąca po drugiej stronie nie ma podobnych poglądów. Zawsze wychodziłem z założenia, że podstawą do każdego działania jest dialog. Mój profesor na studiach, Andrzej Łapicki, zwykł mawiać, że w łazience przed lustrem każdy jest genialny i ma swój pomysł na rolę, a potem wychodzi na scenę i okazuje się, że kolega też ma pomysł na rolę. Te pomysły są diametralnie różne i teraz trzeba wypracować kompromis, dzięki któremu wszystko będzie ze sobą grało. Bo sztuka to nie monodram, gdzie możemy robić wszystko, bo całość opiera się na nas. Jestem przekonany, że tę jego radę można zupełnie śmiało przenieść do życia. Jeśli nie będziemy ze sobą rozmawiać, będziemy zamiast budować - niszczyć. 

Albo się ośmieszać.

No, niestety, do tego zmierza ta nasza rzeczywistość.

Afera jak się pojawiła, tak umarła. 

Bo afery nie było.Była prowokacja. I to źle wymyślona, bo nikt nie sprawdził, czym od dawna się zajmuję - czyli że będąc ambasadorem UNICEF-u, zajmuję się sprawami uchodźców właśnie. A wiesz, jaka jest najzabawniejsza puenta tego wszystkiego? Że zadzwonił do nas Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców, gratulując bardzo dobrego odcinka propagującego przyjmowanie uchodźców.

Pytam o tę aferę, bo to w zasadzie pierwszy raz, kiedy wpadłeś w takie medialne szambo. Jesteś jednym z nielicznych artystów w Polsce, którzy skandale omijają szerokim łukiem.

To wynika w dużej mierze z tego, że kiedy ja zaczynałem karierę, nie było tabloidów. Powtarzam to zawsze i przy każdej okazji - ja się umawiałem ze sobą na zupełnie inny świat.

Jaki?

Taki bardzo staroświecki. W którym ludzie rozmawiają o tym, jak zagrałem, a nie o tym, czy po pijaku biegam po parku. Świat, w którym miarą aktora są jego osiągnięcia, a nie konto na Facebooku.

Nie masz konta na Facebooku.

Nie mam. Nie mam Twittera i nie zrobię zdjęcia naszego lunchu, wrzucając go na Instagrama. Bo też go nie mam (śmiech).

Nie istniejesz.

A z kim rozmawiasz?

Wiesz, o co mi chodzi. Zgodnie z wszystkimi zasadami przetrwania w cyfrowym świecie, w którym rządzi natychmiastowy przekaz, nie istniejesz.

A czy ten cyfrowy świat przyjdzie do mnie na próbę do teatru? Pokaże, jak to naprawdę wygląda? Wpadnie na montaż Pana Jowialskiego, którego teraz reżyseruję w telewizji? Raczej nie. Doskonale pamiętam moment, w którym tabloidy zaingerowały w sferę niezwykle prywatną osoby znanej – to historia z publikacją zrobionych teleobiektywem zdjęć korespondencji sms-owej Małgosi Foremniak. Były też zdjęcia Aleksandry Jakubowskiej, której błyskotliwy fotograf zrobił zdjęcia w łazience. A potem niestety pojawiły się social media i już z naszą osobistą pomocą pozbawiły nas prywatności absolutnie. Wiesz, jak się kontaktuję z ludźmi?

Jak? 

Uwaga,uwaga - telefonicznie lub mejlowo. Nie czuję potrzeby posiadania konta na Facebooku, które zasypię przemyśleniami nad tym, jak mi źle czy co jadłem na obiad. Jeśli mam ważną sprawę - dzwonię. Jeśli ktoś chce mnie złapać - dzwoni. Proste i wciąż całkiem nieźle się sprawdza. Jest tylko jeden problem - otóż nie mam w przeciwieństwie do użytkowników social media wyrobionych kciuków. stanowczo służą mi do czegoś innego.

Ale masz świadomość, że dziś to przykra norma, że karierę zaczyna się od social media. Wystarczy wrzucić jak siostry Godlewskie filmik, w którym strasznie się fałszuje, śpiewając kolędy, i jest się gwiazdką.

Popatrz, mnie też się zdarzało śpiewać kolędy, i to czasami w towarzystwie znakomitych muzyków, ale nigdy nie myślałem, żeby miało to budować moją popularność (śmiech). moje role ją budują. I tak – mam świadomość, jak to dziś wygląda. Ale nie muszę na szczęście tego akceptować.

Myślisz, że etos aktora się skończył?

Niekoniecznie,ale nie należy szukać go w kinie. Kino potrafi oszukiwać. możesz być kiepski, ale dzięki montażowi, odpowiednim ujęciom można to zamaskować, sprawić, że jest mniej widoczne. Telewizja też odpada, bo rządzą nią podobne zasady, co w kinie. Do tego jeszcze masz zalew reality show, które promują beztalencia. To będzie truizm, ale wciąż największym sprawdzianem zdolności aktora jest teatr. Nie masz dubli, nie masz kamery, która odwróci uwagę od tego, że źle wyglądasz, na scenie stoisz nagi. Jesteś tym, co potrafisz. I nie jest ważne, czy boli cię głowa, masz gorszy dzień, musisz to zrobić. Tylko tyle albo aż tyle. Resztę ocenia widz. 

Ciebie prześladują paparazzi?

Kiedyś ubawiłem się, bo pod naszym domem stało kilku paparazzich, czekając na jakieś fotki. Ale nie byli na tyle rozgarnięci, żeby sprawdzić, że mamy trzy drogi wyjazdowe. Więc oni stali przy jednej, a ja wyjeżdżałem drugą.

Całkiem niegroźna sytuacja.

Może i niegroźna, chwilami nawet to zabawne, ale... popatrz na to z drugiej strony. Od pewnego czasu zasypiamy przy zasłoniętych oknach. Nie jest to specjalnie uciążliwe, a w porównaniu z kłopotami innych, w zasadzie błahe, ale jednak jest jakąś komplikacją, której kilka lat temu nie było. Ale jeśli zasłonięte okna są ceną, jaką muszę zapłacić za spokój i poczucie bezpieczeństwa we własnym domu, to mogę ją płacić.

Poczucie bezpieczeństwa to coś, o czym, wydaje mi się, wiele gwiazdek nie myśli. A przecież to rzecz dla każdego człowieka podstawowa.

A nie masz wrażenia, że ostatnią rzeczą, o której myślą współcześni celebryci, to właśnie bezpieczeństwo?

Przywołując Andrzeja Wajdę – wszystko na sprzedaż.

Nie powinno być wszystko. Nie i już. są rzeczy, którymi handlować się nie powinno, bo jeśli je sprzedamy, to nie zorientujemy się nawet, kiedy nie będziemy mieli nic, co byłoby tylko nasze.

Czyli?

Rodzina, bliskość, intymność.

Zdjęcia: AKPA

Cały wywiad znajdziecie w najnowszym numerze Playboya (3/2018)

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska