Lary Croft gra o kobiecość

2018-03-12
Lary Croft gra o kobiecość

Lara Croft wraca do kin. Tym razem czeka nas prawdziwa rewolucja, uznawana bowiem za symbol seksu bohaterka gier wideo została... feministką.

Znajdźcie mi współczesnego trzydziestolatka, u którego kilkanaście lat temu Lara Croft nie była bohaterką mokrych snów - mówi mi ze śmiertelnie poważną miną reżyser Roar Uthaug, kiedy spotykamy się w jednym z londyńskich hoteli. Pretekstem jest jego Tomb Raider ,najnowsza adaptacja przebojowej gry komputerowej z lat 90., która mocno was zaskoczy. – W naszym filmie Lara też będzie nosić kuse spódniczki i ociekać seksem, a młodzi chłopcy zamarzą o niej niejednej nocy – przekonuje mnie, gdy pytam, czy w jego filmie seksapil ustąpi miejsca inteligencji i sile umysłu. Zapewnia jednak, że bardziej będą chcieli z nią po prostu pogadać.

Feminizm goli nogi

– Jednym z największych błędów w myśleniu facetów o feminizmie jest utożsamianie go z walką kobiet o to, by mężczyźni w ogóle nie postrzegali ich poprzez fizyczność, zupełnie przymykali oko na ich wygląd, a skupiali się wyłącznie na wnętrzu. Ci, którzy powtarzają podobne bzdury, stawiają znak równości między feministką i kobietą, która nie goli nóg. Nawet sobie nie wyobrażasz, u ilu facetów ten stereotyp wciąż
pokutuje, i nie ma znaczenia, czy wychowali się w liberalnych Skandynawii lub Wielkiej Brytanii, czy w krajach, gdzie przed emancypacją jeszcze długa droga – mówi mi, gdy pytam, czy rozpalająca zmysły Lara Croft to aby na pewno dobry pomysł w dobie afery Weinsteina, która zatacza coraz szersze kręgi.

Uthaug nie ma wątpliwości, że to najlepszy z możliwych momentów, by debatę na temat sposobu przedstawiania kobiet w kinie popchnąć w zdrowym kierunku. – To teraz trzeba głośno przypominać, że walka nie toczy się o to, by zasłaniać kobietom ciała na ekranie ani neutralizować seksapil, tylko by cechy fizyczne nie definiowały bohaterki, a dopełniały jej obraz. Kobiety chcą i zasługują na to, żeby odmalowywać je jako atrakcyjne zarówno fizycznie, jak i intelektualnie. Hollywood musi popracować nad tym połączeniem, a nie nad wprowadzaniem cenzury w pokazywaniu kobiecego ciała – mówi.

Jego pewność siebie jest imponująca, mówi zwięźle i na temat, nie ucieka się do metafor, skupia się na konkretach. Pewnie tym przekonał do siebie hollywoodzkich producentów, którzy mieli twardy orzech do zgryzienia, kiedy obsadzali stanowisko reżysera nowego filmu o Larze Croft. Zwłaszcza że w ich biurach nadal odbijały się oskarżenia rzucane w stronę poprzedniej adaptacji – Lary Croft: Tomb Raidera Simona Westa, na której feministki nie zostawiły suchej nitki, oskarżajac obraz o przedmiotowe przedstawienie kobiety.
Twórcom zarzucano, że wizerunek głównej bohaterki jest w całości podporządkowany męskiemu spojrzeniu, a film wygląda jak przydługa wersja jednej z tych reklam, w których skąpo odziana, szczupła blondynka z wydatnym biustem polewa sie wodą i pianą.

Miss mokrego podkoszulka

Trudno zliczyć, w ilu scenach filmu z 2001 roku Angelina Jolie bez wyraźnego uzasadnienia fabularnego nosi podkoszulek tak mokry, że ściśle opina jej ciało, jakby dostawała febry za każdym razem, gdy akurat kamera poświęca jej dłuższą chwilę. Decydenci w Fabryce Snów szybko doszli do wniosku, że przed powtórką z historii ustrzec ich może jedynie kobieta-reżyser. Cztery panie były brane pod uwagę: Tricia Brock (Breaking Bad, The Walking Dead), Kathryn Bigelow (Wróg numer jeden), Catherine Hardwicke (Zmierzch)– i Mimi Leder (Dzień zagłady). Każda z nich jest charakterna, każda zapisała się w „męskim” kinie akcji, każda miała jakieś osiągnięcia w walce o prawa kobiet (dla przykładu Mimi Leder jako pierwsza reżyserka w historii ukończyła studia w Amerykańskim Instytucie Filmowym w 1973 roku). Ale ostatecznie żadna z nich nie dostała angażu.
Powód jest prosty: producenci doszli do wniosku, że skoro największa nadzieja wiązana z aferą Weinsteina jest zmiana traktowania kobiet w środowisku filmowym, to trzeba wprowadzić w kinowy ekosystem świeżą krew i zasilić nią skostniały układ. Wzrok skierowano więc w stronę Skandynawii, kolebki równouprawnienia. To właśnie tam dostrzeżono Fale, katastroficzny film z 2015 roku, który Norwegowie zgłosili jako kandydata do Oscara. Film nominacji nie dostał, ale zwrócił uwagę Amerykanów na stojącego za kamerą 42-letniego wtedy Roara Uthauga, który udowodnił dwie rzeczy. Po pierwsze, że w Norwegii można kręcić wystawne, pełne efektów specjalnych filmy, których nie powstydziłaby się Fabryka Snów, a po drugie, że choć sam ma posturę, głos i styl wikinga, to swoje bohaterki traktuje dokładnie tak samo jak bohaterów. Z objęć kataklizmu filmowa społeczność mogła uratować się wyłącznie dzięki aktywnemu działaniu i współpracy kobiet i mężczyzn. Czy producenci Tomb Raidera mogli wymarzyć sobie lepszego kandydata, zwłaszcza że w Larę Croft miała wcielić się pochodząca ze Szwecji 29-letnia dziś Alicia Vikander, którą Akademia nagrodziła Oscarem za Dziewczynę z portretu w 2016 roku? Negocjacje szybko przerodziły sie w kontrakt, choć nie obyło się bez kompromisów w kilku kwestiach, bo Uthaug upierał się, by Lara Croft mocno eksponowała swoje wdzięki, czego wykładający pieniądze na film panowie się bali. – Trudno było mi wyobrazić sobie sytuację, że Lara Croft w naszym filmie jest zapięta po samiutką szyję, nosi długie spodnie, a jej kobiecość objawia się jedynie poprzez personalia. Nie miałem przecież nakręcić kolejnego epizodu Indiany Jonesa – wspomina.

Tekst: Artur Zaborski

Cały artykuł znajdziecie w numerze PLAYBOYA z marca 2018 roku

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska