"Nie lubię się mizdrzyć" - wywiad z Marcinem Dorocińskim

"Nie lubię się mizdrzyć" - wywiad z Marcinem Dorocińskim

Marcin Dorociński jak ognia unika opowiadania o sobie, chowając się za rolami i pracą. Tylko Playboyowi filmowy Despero opowiada, dlaczego tak bardzo nie lubi mediów i o tym, co tak naprawdę daje mu aktorstwo.

Robert Ziębiński: Bałeś się wracać do Pitbulla?

Marcin Dorociński: Pewnie, że tak. Od pierwszego filmu Patryka Vegi minęło czternaście lat. To, co wtedy było zaskakujące jak na polskie realia, dziś spowszedniało.

Surowość, niemal paradokumentalność?

Dokładnie. I pokazywanie policji w każdym odcieniu – bez taryfy ulgowej, za to uczciwie. Tego przed pierwszym Pitbullem w Polsce nie było, a po nim stało się czymś nagminnym. Robienie kolejnego filmu, który tylko by to powielał, nie miało dla mnie większego sensu.

Dlatego nie zgodziłeś się wystąpić w kolejnych Pitbullach robionych przez Vegę?

Patryk przyszedł do mnie ze swoimi scenariuszami. Przeczytałem. O ile gdy czytałem pierwszego Pitbulla, opadła mi szczęka, tak tu nie wpadłem w zachwyt i uznałem, że jednak nie chcę wracać. Żeby była jasność - wszystko odbyło się bardzo grzecznie i kulturalnie. Spędziliśmy masę czasu na planie i filmu, i serialu. Po prostu uznałem, że jednak nie.

Dla Pasikowskiego się złamałeś.

To nie było tak. Najpierw zadzwonił do mnie producent Emil Stępień i zapytał, czy mam ochotę wracać. Odpowiedziałem, że raczej nie. Despero

był ważną postacią, ludzie się do niego przyzwyczaili i go polubili, ale to było lata temu. Świat się zmienił, ja się zmieniłem, poza tym Sławek Opala, czyli prawdziwy policjant, który był pierwowzorem postaci Despera, nie żyje. No więc – nie. Za duża odpowiedzialność spoczywa zarówno na mnie, jak i na filmie. „Poza tym - powiedziałem -  nie da mi pan dobrego scenariusza”. A on na to: „A da mi pan szansę, przeczyta pan, jeśli przyślę scenariusz?”. I tu odparłem – tak. Z moją agentką czytamy każdy scenariusz, więc to obiecać mogę. Po pół roku, ku mojemu zdziwieniu, dostałem scenariusz, który był dobry!

Wszedłeś mu na ambicję?

Może. Prawda jest taka, że gdy zobaczyłem nazwisko autora scenariusza, czyli Władka Pasikowskiego, serce zaczęło mi szybciej bić.

Łatwo było cię podejść.

Nie do końca. Miałem swoją listę rzeczy, które muszą się zdarzyć, by w ogóle rozmawiać o powrocie do Pitbulla .

Czyli?

Czyli że miał wrócić Metyl (postać grana przez Krzysztofa Stroińskiego – przyp. red.), Nielat (grany przez Rafała Mohra – przyp. red.), że za muzykę

powinien odpowiadać Luka. Przez lata ludzie zaczepiali mnie na ulicach, pytając, dlaczego nie ma Despera. Skoro tak tęsknili za tą postacią, to w końcu uznałem, że może warto zaryzykować i stworzyć film, który byłby pożegnaniem z Despero.

Pożegnaniem?

Wydaje mi się, że tak.

To szkoda, bo chemia na ekranie między tobą a Pasikowskim w Pitbullu jest niezwykła. Takie rzeczy, jak iskrzenie między gwiazdą a reżyserem, nie zdarzają się często.

A to wszystko przez przypadek. Przecież rolę w Jacku Strongu,  czyli w moim pierwszym filmie z Pasikowskim, dostałem z castingu. Nie znaliśmy się, nie byliśmy kolegami. Po prostu wygrałem zdjęcia próbne.

Tylko tyle?

Nie. Łączy nas z Władkiem wzajemny szacunek i podobne podejście do pracy. Jesteśmy zupełnie innymi osobami, ale łączy nas etyka pracy, podejście z szacunkiem do współpracowników i świadomość, że to on tu jest szefem, a ja podwładnym. Oczywiście czasami mogę poprosić o dubla, zasugerować, że to ujęcie zrobiłbym inaczej…

I co, słucha cię?

Zazwyczaj przygląda się, mówi po chwili: „Myślisz?”. A potem dodaje: „No dobra, jak tak ci zależy…”. 

Coś zostaje z tych pomysłów w filmie?

A zostaje! (śmiech) Władek jest twardym facetem, trochę przedwojennym. Punktualny, pracowity, koleżeński, a jednocześnie nie mizdrzy się. Nie szuka poklasku, nie próbuje się przypodobać. Po prostu jest, jaki jest. Sprawia wrażenie człowieka niedostępnego, ale myślę, że jest bardzo wrażliwy. A przy tym ma gigantyczną wiedzę filmową i historyczną. I jeszcze jedno. Kiedy pracowaliśmy na samym początku przy Jacku Strongu,  wydawało mi się, że on wiele rzeczy ma w nosie, a wcale tak nie jest. Jest wnikliwym i czujnym obserwatorem.

Być może przez to, że wcale nie jest mu wszystko obojętne, po nakręceniu Reicha tyle lat milczał. Zwyczajnie zabolał go odbiór tego filmu.

O tym musiałbyś z nim rozmawiać, ale tego nie można wykluczyć.

Określenie „przedwojenny człowiek” idealnie pasuje do ciebie.

Dlaczego?

Jesteś wycofanym, niedostępnym dla mediów człowiekiem, który koncentruje się na pracy.

To pozorne. Taka poza, którą przyjmuję na dzień dobry, szczególnie w stosunku do ludzi, których nie znam, a szczególnie dziennikarzy. Wtedy sprawiam wrażenie człowieka niedostępnego.

Bo?

Bo ja też nie lubię się mizdrzyć. Nie chcę na siłę się przypodobywać. Ale jeśli poszedłbyś, mam taką nadzieję, do moich znajomych, ludzi których

znam dobrze i którzy dobrze znają mnie, to usłyszałbyś, że wycofany nie jestem. (śmiech)

W świecie, w którym zasadą budowania wizerunku jest mizdrzenie się do mediów, ty idziesz pod prąd.

Bo wydaje mi się, że gdy aktor nie mówi zbyt wiele o swoim życiu prywatnym, otacza go jakaś aura tajemnicy, jest ciekawszy dla widza. Ludzie kojarzą go z rolami, z filmami, mogą tęsknić za wykreowanymi przez niego postaciami, a nie za tym, co robi prywatnie.

Hitchcock w ogóle twierdził, że aktor jest od grania, a nie opowiadania.

Nie widzę w tej zasadzie niczego złego. (śmiech) Rozumiem współczesny ekshibicjonizm emocjonalny, media społecznościowe, ale z drugiej strony nie mam w sobie poczucia, że zrobiłem coś tak niezwykłego, żeby media sobie mną głowę zawracały.

Jesteś jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich aktorów.

I to daje mediom prawo do zaglądania w moje życie?

Nie twierdzę, że daje prawo, ale stawia cię w centrum zainteresowania.

I tego nie lubię. Jestem dość prosto skonstruowanym facetem. W domu wychowano mnie w duchu prostolinijności. Lubię rozmawiać z ludźmi zwyczajnie, bez szukania haków i nie wiadomo czego. Lepiej przecież jest sprawy prostować, a nie je komplikować.

Skoro wspominasz o domu, to wypada zapytać o to, na ile bracia policjanci pomagali ci w tworzeniu postaci Despero.

Po pierwsze, już dawno nie są na służbie, a po drugie w sumie to wcale mi nie pomagali. Przygotowując się do pierwszego Pitbulla , chodziłem do chłopaków na komendę przy Malczewskiego. Poznałem też Sławka Opalę oraz pierwowzór Gebelsa. A na deser w ubiegłym roku poznałem wreszcie pierwowzór Metyla. Te spotkania były ważne, bo pokazały mi pracę ludzi, którzy stojąc na straży naszego bezpieczeństwa, teoretycznie powinni mieć zapewniony komfort, a w rzeczywistości nie było ich stać na długopisy. A oni mimo wszystkich niedogodności, braku kasy, zdezelowanych „trapezów” (w slangu policyjnym określenie Poloneza Caro - przyp. red.), potrafili koncentrować się na swojej pracy, czyli łapaniu zbójów i dostarczaniu ich przed sąd. Ludzie mówili o nich, że są, cytuję, skurwysynami, ale oni mimo to tych łapówek nie brali.

Imponował ci ten świat?

Bardzo. W pierwszym filmie grany przez Gajosa bohater o ksywie Benek mówi do Nielata: „Weź, młody, musisz pamiętać, gdzie barykada jest”. I ta barykada jest kluczowa. Bo paradoksalnie pierwszy Pitbull  był o wartościach.

Czemu paradoksalnie?

Bo filmom Patryka dorobiono różne gęby, ale ten pierwszy był opowieścią o tym, że wartości są kluczowe, a odpowiedzialność za swoje czyny czymś determinującym życie. Łatwe, przyjemne życie, samochody i szybka kasa to droga na skróty, która niestety, może i jest atrakcyjna, ale szybko się kończy.

Cały wywiad znajdziesz w kwietniowym numerze PLAYBOYA (4/2018)

Zdjęcia: mat. prasowe Kino Świat 

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska