"Za brzmienie ówczesnego zespołu odpowiadały prostytutki" - wywiad z Janem Borysewiczem

"Za brzmienie ówczesnego zespołu odpowiadały prostytutki" - wywiad z Janem Borysewiczem

Gigant gitary i jedna z najbarwniejszych postaci polskiej sceny muzycznej. Nam opowiada o dojrzałości, uczeniu ludzi muzyki i wszystkich głupotach, jakich narobił pod wpływem.

Jest gorące letnie popołudnie. W Rosji na mundialu Portugalia walczy z Maroko, a my z fotografem próbujemy znaleźć wejście do mieszkania Jana Borysewicza. Lider Lady Pank, jeden z najwybitniejszych polskich gitarzystów, mieszka na małym, zamkniętym osiedlu w centrum Warszawy. Znalezienie klatki przypomina zmagania polskiej drużyny z obroną Senegalu. W końcu się poddajemy. Prosimy o pomoc ochroniarza, który nie ukrywa swojej wściekłości. – Tu się mecz dzieje, a wy drzwi nie umiecie znaleźć? – strofuje nas zirytowany. No nie. – Sto metrów i w lewo – rzuca w naszą stronę i znika w swojej kanciapie. Gdy w końcu trafiamy do Borysewicza, ten czeka już na nas w zacienionej klatce. – Szybko, szybko – ponagla nas. Jest jeden zero dla Portugalii.

W mieszkaniu narzeczona Jana siedzi zagrzebana w papierach. On sam wraca przed wielki telewizor. – Nie będzie nam przeszkadzać, jak wyłączę dźwięk? – Nie – odpowiadam. – To dobrze.

Adam, czyli nasz fotograf, próbuje znaleźć miejsce na rozłożenie studia. Nie ułatwiają mu tego gitary porozstawiane po całym salonie. Dziewczyna Borysewicza przygląda się jego nieudolnym próbom manewrowania między instrumentami a ścianą, ja zaś, choć spotykamy się z okazji trzydziestej piątej rocznicy debiutu Lady Pank, na zachętę pytam muzyka o mundial.

PLAYBOY: Widziałeś mecz Polska–Senegal?

BORYSEWICZ: Nagrywamy już?

PLAYBOY: Tak.

BORYSEWICZ: To zacznijmy od innego pytania.

PLAYBOY: Bo?

BORYSEWICZ: A widziałeś ten mecz?

PLAYBOY Tak.

BORYSEWICZ: To zacznijmy od innego pytania (śmiech).

PLAYBOY: Czujesz się staro?

BORYSEWICZ No coś ty! Bo skończyłem sześćdziesiąt trzy lata?

PLAYBOY: I wydałeś płytę, na której od nowa nagrałeś swój debiut z Lady Pank.

BORYSEWICZ: A jak się ma to do starości?

PLAYBOY: Nie jest swoistym podsumowaniem kariery?

BORYSEWICZ: Powrotem do źródła.

PLAYBOY: W celu?

BORYSEWICZ: Naładowania baterii choćby. Poza tym pierwsza płyta Lady Pank jest naprawdę niezwykła. I nie chodzi mi o to, że napisaliśmy na nią same hity (na dziesięć kompozycji na płycie, wszystkie wylądowały na Liście Przebojów Trójki – przyp. red.), ale o energię. Chciałem wtedy, żeby zespół brzmiał mocno, ostro i udało się nam to osiągnąć, choć nagrywaliśmy w czasach siermiężnych. Dziś siła tej płyty nas zaskoczyła. Do tego stopnia, że zmuszałem sekcję rytmiczną, żeby grali jeszcze mocniej i lepiej. W efekcie mam wrażenie, że choć grają z Lady Pank od lat, to teraz idealnie się zgrali, dając zespołowi brzmienie, o jakim zawsze marzyłem.

PLAYBOY: Pamiętam anegdotę opowiadaną przez Slasha, że gdy nagrywał pierwszą płytę Guns’n’Roses, był tak biedny, że grał na replikach Gibsona. Rzecz miała miejsce w Stanach, ojczyźnie gitar. A jak było w Polsce roku 1983? Bo nie uwierzę, że było wam łatwo osiągnąć tak mocne brzmienie.

BORYSEWICZ: Nie było. Zresztą w ogromnej mierze za brzmienie ówczesnego zespołu odpowiadały prostytutki.

PLAYBOY: Słucham?

BORYSEWICZ: No, dziewczyny.

PLAYBOY: Wiem, kto to prostytutka, pytam, jak mogły odpowiadać za brzmienie.

BORYSEWICZ: Normalnie, dzięki pieniądzom od nich mogliśmy kupić rasowy piec Marshalla.

Tu rozmowę przerywa nam Małgorzata Burlewicz, dziewczyna Borysewicza, która odrywa się od wypełniania dokumentów.

Małgorzata: Janek, czy ty na głowę upadłeś?

BORYSEWICZ: Dlaczego?

Małgorzata: Właśnie powiedziałeś, że dzięki prostytutkom nagrałeś płytę.

BORYSEWICZ: No, bo to prawda.

Małgorzata: Ale chyba nie dzięki ich pieniądzom!

BORYSEWICZ: A! Bo się źle zrozumieliśmy. W 1983 roku oryginalny sprzęt można było kupić tylko za dewizy, czyli dolary. Dziewczyny zarabiały w dolarach, więc mieliśmy taki układ – one przynosiły nam dolary, a my wymienialiśmy je im na złotówki.

Małgorzata: I teraz to jakoś brzmi. Bo mało brakowało, a doszłoby do rozwodu!

Próbuję załagodzić spór, który wybuchł wokół niefortunnego sformułowania.

PLAYBOY: Prostytutki miały ogromny wkład w historię rock’n’rolla!

BORYSEWICZ: Nie ulega wątpliwości. Dziewczyny przecież były inspiracją dla masy muzyków, od „Domu wschodzącego słońca” wsławionego przez Animalsów, przez „Killer Queen” Queen, „Private Dancer” Tiny Turner, po „Roxanne” The Police. Więc należy się im ogromny szacunek.

PLAYBOY: W historię rozwodów też miały niemały wkład.

BORYSEWICZ: A owszem, ale tu umówmy się – każdy jest kowalem swojego losu.

PLAYBOY: Kiedy zakładałeś Lady Pank, szukałeś muzyków według specyficznego klucza.

BORYSEWICZ: Nie wiem, czy specyficznego. Po prostu uznałem, że poza tym, że mają świetnie grać, to mają też świetnie wyglądać.

PLAYBOY: Bo?

BORYSEWICZ: Bo to, jak wyglądasz, w rocku jest ważne. Mnie zależało na tym, żeby to był zespół, który nie tylko brzmi, ale też wygląda.

PLAYBOY: W czasach PRL-u dbałeś o wizerunek grupy?

BORYSEWICZ: No raczej. Ale to nie jest kwestia PRL-u, a mojego myślenia o tym, jak ma wyglądać zespół. Kiedyś w Stanach był artysta, jego nazwisko kompletnie wyleciało mi z głowy, który wydał trzy albumy. Na okładce pierwszego były jego nogi, potem tors, a na trzeciej twarz. I ta trzecia sprzedała się fatalnie, bo pan wyglądał nie- dobrze. Muzyka rockowa w pewnym stopniu polega na atrakcyjności wizualnej. Nie trzeba być Adonisem, ale trzeba w sobie mieć to coś, co sprawi, że publiczność będzie chciała na ciebie patrzeć. Oczywiście możemy się obrażać, że to seksizm, traktowanie przedmiotowe ludzi, ale faktem jest, że największe gwiazdy po prostu wyglądały.

PLAYBOY: Byłeś pionierem na polskim rynku.

BORYSEWICZ: W sensie?

PLAYBOY: Myślenia o zespole w kategorii wizualnej.

BORYSEWICZ: Nie wiem, czy pionierem, ale po prostu wiedziałem, że częścią sukcesu grupy będzie to, jak wygląda. Miałem w głowie Claptona, Page’a i chciałem, żeby mój zespół był charakterystyczny, od brzmienia po image sceniczny.

PLAYBOY: I model zachowania. Bo przecież imprezowaliście tak, jakbyście chcieli przegonić samych Rolling Stonesów.

BORYSEWICZ: A to zabawne, że ich przypominasz. Akurat Stonesów nigdy jakoś maniakalnie nie słuchałem. To był dla mnie zawsze ten zespół, który swoje brzmienie zbudował na innych – nauczyli się bluesa, rock’n’rolla i przetworzyli go na swoją modłę. Kiedyś, dawno temu, gdy grałem jako dzieciak jeszcze we wschodnim Berlinie, dołączenie do swojego zespołu zaproponował mi Alexis Korner, czyli ojciec Rolling Stonesów.

PLAYBOY: I co?

BORYSEWICZ: I się przestraszyłem. Nie byłem wtedy wystarczająco dobry. Odmówiłem.

PLAYBOY: Zrezygnowałeś z kariery?

BORYSEWICZ: Nie. Po prostu to jeszcze nie był mój czas. Musiałem się dużo nauczyć, wypracować własne brzmienie, poza tym nie grałem tak dobrze, żeby występować u boku Kornera.

PLAYBOY: Przemawia przez ciebie skromność?

BORYSEWICZ: Bardziej szczerość.

PLAYBOY: Ciekawe, zwłaszcza że miałem cię za muzyka mocno zadufanego w sobie.

BORYSEWICZ: Że jestem zarozumiały?

PLAYBOY: Takie opinie da się usłyszeć.

BORYSEWICZ: Po prostu wiem, co potrafię. Jeśli ta świadomość jest równoważna z byciem zarozumiałym, to w jakimś stopniu jestem. Ale za tym idzie świadomość instrumentu i umiejętność gry, na którą pracowałem dekady.

Nigdy nie byłem tak pewny swoich możliwości jak teraz.

Rozmawiał: Robert Ziębiński

Cały wywiad można przeczytać w numerze sierpniowym PLAYBOYA.

Fot: AKPA

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska