Ptak oceanów. Rozmowa z Romanem Paszke

Ptak oceanów. Rozmowa z Romanem Paszke

Żeglarz, który opłynął glob i wygrywał prestiżowe regaty. Napisał też książkę, "Ptaki oceanów", która miała być o żeglarstwie, a wyszła o życiu. Z okazji jej drugiego wydania rozmawiamy o pierwszym razie na łodzi, żeglowaniu w czasach komuny i maszcie od norweskiego następcy tronu.

PLAYBOY  Skoro tyle lat spędziłeś na morzu, to masz pewnie na wizytówce „magister inżynier od pływania”?

PASZKE Raczej magister od fikołków. Skończyłem AWF. Mam co prawda tytuł trenera tzw. drugiej kategorii, ale, prawdę mówiąc, nie wiem, co to znaczy. W przypadku, gdy się organizuje pracę na jachcie regatowym, trzeba być trochę jak trener, ale takie pływanie i tak nie ma nic wspólnego z wiedzą nabytą w AWF-ie (śmiech). Inna rzecz! Akurat gdy się dyskutowało, czy nasz były prezydent skończył studia wyższe, wydrukowałem sobie wizytówkę z numerem dyplomu. 

PLAYBOY Kiedy był ten pierwszy raz? Uwaga – uściślam – za kołem sterowym lub rumplem? Żeby nie było, że PLAYBOY tak od razu ciągnie do sypialni…

PASZKE Nawiązujesz do żeglarskiego życzenia „Stopy wody pod kilem i czterech stóp w koi”? Ja już tak długo żyję, że nie za bardzo pamiętam.

PLAYBOY Bez przesady...

PASZKE Ale z rocznika 1951, a pamięć ma swoje prawa (śmiech). A tak wracając do poprzedniego pytania, to pierwszy raz za sterem był w czasach pływania w Polskim Klubie Morskim w Gdańsku, gdzieś w latach 50. Wciągnął mnie tam ojciec. Była tam cała grupa podobnych mu seniorów i łajby, które pamiętały jeszcze Wolne Miasto Gdańsk. Leciwe i ledwie trzymające się na wodzie, mówiliśmy na nie „samotopy”, bo lubiły nieoczekiwanie pójść pod wodę. Na oczach ojca i jego kolegów te drewniane jachty, wraz z kultem jednostki, zmieniały dumnie nazwy na „Budowlany”, „Hutnik” czy „Stoczniowiec”.  

PLAYBOY Ale przecież to był sport wyższych sfer?

PASZKE A  jaki kłopotliwy dla wojska (śmiech)! W tamtych latach trudniej było wyjść w rejs po Zatoce Gdańskiej niż dzisiaj popłynąć na Atlantyk. Pomijam już taką prozę życia jak zaopatrzenie. Na jacht pakowało się worki ziemniaków, konserwy z blachy tak grubej, że prawie młotem pneumatycznym trzeba je było otwierać – tego dziś nie ma. Odprawa do Jastarni odbywała się w taki sposób, że cała załoga musiała zejść z pokładu. Do kabiny wchodziło dwóch, trzech smutnych WOP-istów (żołnierzy Wojsk Ochrony Pogranicza – przyp. red.) z odbezpieczonymi karabinami, żeby sprawdzić, czy się ktoś w środku nie ukrył. Nie każdy zresztą finalnie płynął, bo trudno było przejść kontrolę dokumentów.

PLAYBOY Skąd się więc wzięło, że na pięknej „Pogorii” – wiele lat później, ale też za komuny – była stajnia dla konia i złote klamki?

PASZKE Oczywiste bzdury. Na co dzień mieliśmy beznadziejne konserwy i stare kartofle. Rejsy były jednak czymś na kształt okna na Zachód. Parę osób skorzystało z paszportu służbowo-sportowego, który się dostawało na rejsy, i zostało na Zachodzie w poszukiwaniu lepszego życia. Kilku nieźle sobie dorobiło. Nie ukrywam, że bywałem i na takich rejsach. Robiłem staż na kapitana, płynąc np. przerobioną pilotówką, szumnie nazywaną jachtem motorowym. W jedną stronę z solonymi śledziami załatwionymi ze spółdzielni, bo trzeba było coś jeść, a w drugą z oponami, bo akurat dobrze w kraju schodziły. Były też czasem rejsy ze „szperami”. 

PLAYBOY Co to było?

PASZKE Takie wózeczki na dwóch kółkach. Niektórzy schodzili z nimi na ląd i szukali wszystkiego, co komuś zbywało – używanych pralek, lodówek.

PLAYBOY  I to w takich czasach zaczynaliście startować w świecie?

PASZKE W roku 1979 na regaty Admiral’s Cup popłynęły trzy polskie łodzie, całkiem jak na tamte czasy dobrze przygotowane. Nasz team miał praktykę i dużo czasu spędziliśmy na przygotowaniach. Sądziliśmy, że odegramy znaczącą rolę. Okazało się, że mieliśmy takie szanse jak Niemcy pod Stalingradem, po prostu żadne. Nasze poczynania na wodzie były traktowane, delikatnie mówiąc, z przymrużeniem oka. Zresztą skąd oni mieli wiedzieć, że życie za żelazną kurtyną to ciągłe braki i łatanie rzeczywistości. W 1987 roku, gdy budowaliśmy łódź „Gemini” w gdańskiej stoczni imienia Conrada, uważałem, że na tej łódce uda nam się nawiązać walkę. Niestety, to było znowu kopanie leżącego, bo świat – w każdym sensie, także technologicznym – uciekł nam do przodu. Po roku powiedziałem, że nie będę już na tamtym „Gemini” pływać i że musimy zbudować coś naprawdę high-tech.

PLAYBOY To był przecież schyłek komuny, totalne braki wszystkiego, szaro i buro…

PASZKE Napisaliśmy  listy do trzech różnych firm projektujących łodzie. Przyszły trzy odpowiedzi. Dwie, chyba z Anglii i USA, „Zrobimy za połowę ceny”. Fajnie, ale to było wciąż 25 tys. dolarów – dla nas suma z kosmosu. Przyszła też trzecia odpowiedź, z biura Judel-Vrolijk. Dokładnie odezwał się sam Rolf Vrolijk, z którym jestem w przyjaźni do dziś. Poprosił, żebym mu kupił bilet z Hamburga do Gdańska – przyjedzie i porozmawiamy. I tu zaczęły się schody. Trzeba było jakoś skołować 800 niemieckich marek. Odbierałem Rolfa z lotniska moim Maluchem i jakoś tak wyszło, że z tych nerwów urwałem linkę rozrusznika. Ale od czego jest... zmiotka? Rolf się zdziwił, że szczotką odpalam samochód, ale jakoś tak z podziwem zagadał: „No, ty się na tym znasz! Będzie dobrze”. Myślę, że to było przełamanie lodów. 

PLAYBOY Zrozumiał tamtą Polskę?

PASZKE Drugiego dnia, nic nikomu nie mówiąc, wyruszył taksówką na poszukiwanie... telefonu. Nie mógł uwierzyć, że w hotelu kazali mu czekać na połączenie 10 godzin. W drodze powrotnej wręczył mi teczkę z planami łodzi i technologią. Do samego końca chyba chciał nas trzymać w niepewności. „Roman, to jest prezent ode mnie i od mojej firmy. Rób tę łódkę. Jak będziesz miał problemy, pomogę”. Myślałem, że zwariuję ze szczęścia, bo to było coś nieprawdopodobnego. Po różnych perturbacjach  – włókno węglowe było wtedy na tzw. liście CoCom i nie można go było do nas przywozić, zresztą niektóre materiały trafiły do nas wtedy nie do końca legalnie  – w trzy miesiące zbudowaliśmy następcę „Gemini”.

PLAYBOY Gemini, czyli bliźnięta?

PASZKE Tak. Na 10 osób w załodze aż osiem, także ja, byliśmy spod tego znaku zodiaku. 

PLAYBOY Był jacht i była sława… 

PASZKE Dosłownie wszyscy o nas napisali. W magazynie Segeln wydrukowali duży materiał, który opisywał przygody w stoczni. Powiem tak – przeciętny Niemiec, gdy to czytał, musiał płakać! Im się to nie mieściło w głowie, że łódka warta milion marek powstała w kraju, w którym to jest całkowicie niemożliwe. Ktoś z kolei napisał, że ten jacht to był pierwszy polski krok na drodze wejścia do Unii Europejskiej. Sporo w tym prawdy, przynajmniej w kwestii technologii. Muszę przyznać, że bez Gerarda Lawińskiego, utalentowanego szkutnika Gdańskiej Stoczni Remontowej, który bardzo nam wtedy pomógł, na pewno by się nie udało. 

PLAYBOY Bez pieniędzy nie da się pływać. To przecież niemożliwe!

PASZKE Bzdura. Na pierwsze nasze poważne mistrzostwa do Marstrand w Szwecji pojechaliśmy nawet bez ubezpieczenia. Kolega nawiązał kontakt z burmistrzem, który miał wszędzie wtyki i był też szefem ochotniczej straży pożarnej oraz dyrektorem miejscowej szkoły. No i mieszkaliśmy w szkole. Dał nam klucze. 

PLAYBOY Szwedzi dziwnie patrzyli? No, tak z niedowierzaniem?

PASZKE Widzieli, że jesteśmy porządnie i jednolicie ubrani, ale kompletnie bez pieniędzy. Pomagali nam bardzo dyskretnie. Na przykład kiedy na treningu z Duńczykami pękł nam żagiel, tzw. genua. Kilka godzin później na  keję wjechał wózek z dwoma workami. „Wiecie, to przez nas ten żagiel się podarł. Oddajemy nasz zapasowy. Używany, ale jeszcze całkiem OK”. 

PLAYBOY Jak było z wynikami sportowymi, lepiej? 

PASZKE Jeszcze nie byliśmy w czubie, ale już wtedy zaczęliśmy pływać w grupie. Do czasu było OK, ale jednej nocy morze tak pechowo się rozkołysało, że na wielu łodziach połamały się maszty. Nasz, cholera, też, a kosztował przecież z 80 tys. dolarów. To byłaby klęska, gdyby nie pomoc... 

PLAYBOY Kupili wam nowy maszt?

PASZKE Wracam z biura regat (byłem przecież skiperem, a to prócz pływania także robota papierkowa), a tam przy łódce dziennikarze, telewizja, kamery. Pomyślałem, że chłopcy coś zmalowali. Wchodzę na pokład, gdzie bosman Mirek Gospodarczyk (nazywany przez nas „Miśkiem”) siedział z wysokim, łysiejącym facetem. Popijali sobie jak gdyby nigdy nic gazowaną mazowszankę, w chmurze dymu z „klubowych”, chociaż w środku był zakaz palenia. Od razu tamtego rozpoznałem, ale zanim zdążyłem otworzyć usta, „Misiek” się poderwał: „Jaki fajny gość. Obiecał nam pomoc!”. Na to od razu mu przerwałem:  „Ten »gość« to następca tronu Norwegii, książę Harald!”. „Misiek” odruchowo wyciągnął zmięte papierosy z tylnej kieszeni spodni i zaczął je rozprostowywać. Harald natychmiast zaoponował, bo był miłym facetem: „Misiek, spokojnie, nie przejmuj się!”. Ostatecznie dostaliśmy w prezencie od księcia zapasowy maszt, a potem, na bankiecie, od kolegów z innych zespołów, jeszcze siedem. Moglibyśmy je hurtowo sprzedawać. Podziękowaliśmy wszystkim, ale wzięliśmy tylko dwa, bo tyle zmieściło się na pokład (śmiech).  

PLAYBOY Mogę napisać, że tamte zawody były symboliczną trampoliną? Najpierw do całkiem profesjonalnego pływania na „MK Cafe”, a później twoich wyczynów katamaranem, już całkiem samotnie?

PASZKE Zdecydowanie. Potem już nas w świecie trochę znali, szybciej rozpoznawali, a to pomaga. Maszty to był prezent z serca, ale trzeba przyznać, że ludzie w tych regatach byli najważniejsi z najważniejszych: Hasso Plattner – szef koncernu SAP, Larry Ellison z Oracle’a, król Hiszpanii Juan Carlos. Ale potem były kolejne, coraz większe projekty. Wygrana w Admiral’s Cup i rewanż za 1979 rok, Fastnet, triumf w Channel Race, regaty non-stop dookoła świata na „Warcie-Polpharma”, czy atlantyckie rekordy na „Gemini 3”. Trochę tego było.

PLAYBOY Jak zabijasz czas podczas samotnego pływania? Tyle tych godzin w nadmiarze...

PASZKE Jego nie da się zabić, bo zawsze go brakuje! Jeden człowiek musi obsłużyć wszystko i jeszcze kontrolować otoczenie. Zmieniasz strefy klimatyczne, a to jest inaczej ustawiony harmonogram snu, dookoła jeszcze ruch statków. Śpi się krótko i często, do czego łatwo się przyzwyczaić. Nie ma miejsca na błędy i nie ma też czasu, o który pytasz, bo powierzchnia pokładu to 400 m kw., czyli całkiem spora działka budowlana. I ta działka płynie z prędkością nawet 30 węzłów. Pomnóż to sobie razy 1,852. Albo inaczej – 30 węzłów to jest około 15 metrów na sekundę. 

PLAYBOY Jest jakiś koszmar żeglarza?

PASZKE Najgorsza jest rutyna. Trzeba pamiętać, żeby nie lekceważyć podręcznych środków ratunkowych. Nie zapominać autopilota. Gdy człowiek wypada za burtę, dzięki temu gadżetowi działającemu na 300 m, ma pewną szansę nie tyle jacht zawrócić, co postawić go w dryf. Wtedy może uda się do niego dopłynąć i przeżyć. O ile oczywiście pozwolą fale, wiatr i temperatura wody. W strefie ryczących czterdziestek i wyjących pięćdziesiątek – od razu zastrzegam, że nie mam na myśli niczego zdrożnego – woda ma kilka stopni. Mówią, że Wielki Ocean Południowy to wody zapomniane nie tylko przez człowieka, ale nawet przez Boga. Tam trzeba uważać, bo 80 procent pogody to sztormy.

PLAYBOY Co blokuje żeglarza oprócz kasy, może wiek albo rodzina? 

PASZKE W przypadku regat oceanicznych wiele się zmieniło – teraz żeglarze są takimi atletami mórz. Spójrz na Francuzów, których uważam za pewien wyznacznik. Oni przed rejsami trenują triathlon, biegają, jeżdżą długie dystanse na rowerach, wspinają się. Romantyczna postawa wciąż jest obecna w pływaniu, bo morza i oceany aż tak się nie zmieniły, tyle że kondycja bardziej się liczy. Ja chyba nie muszę nikomu niczego udowadniać. Pewnie na długi samotny rejs byłoby się trudno wybrać, ale nie czuję ograniczeń. Trzeba mieć oczywiście w sobie pokorę, znając jednak własne doświadczenie. Rodzina z kolei pomaga mi w realizacji planów. Żona, mój trzyletni syn, córka – bez nich nie byłoby tak samo. 

PLAYBOY Właśnie publikujesz kolejne wydanie Ptaków oceanów. O czym jest ta książka?

PASZKE Rozmawialiśmy o zwycięskich dla nas regatach Admiral’s Cup w 1997. Ale ja szczególnie zapamiętałem te z 1979. Ostatnim wyścigiem był etap Fastnet, na którym wydarzyła się największa tragedia w dziejach żeglarstwa. Z zachodu przyszedł front baryczny i w nocy rozszalał się sztorm na poziomie znacznie powyżej 12 stopni Beauforta, oceniany jako sztorm o charakterze cyklonu tropikalnego. Mogło tak być, bo wszystkie skale zostały przekroczone. Wtedy walczyliśmy o życie. Nam się udało, ale tej dramatycznej nocy zginęło 19 osób – 15 żeglarzy i czterech ratowników. Aż cztery tysiące ludzi wzięło udział w akcji poszukiwawczej, w tym cała flota wojenna Irlandii i część Home Fleet z Wielkiej Brytanii. Były też okręty USA, cztery poszukiwawcze samoloty typu Nimrod, śmigłowce. W roku 2018 można byłoby tego uniknąć. Sprawdzalność pogody na obszarach otwartych jest praktycznie stuprocentowa. Dziś, ale nie wtedy... 

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska