"Netflix to głos szepczący ci do ucha" - mówi Diego Luna, aktor z "Narcos"

2018-11-07
"Netflix to głos szepczący ci do ucha" - mówi Diego Luna, aktor z "Narcos"

Diego Luna, aktor znany między innymi z gwiezdnowojennego „Łotra 1”, wkrótce wcieli się w szefa meksykańskiego kartelu w czwartym sezonie serialu „Narcos”. Nam opowiada, dlaczego ta historia jest tak ważna dla niego i dla Meksyku.

PLAYBOY: W kogo wcielasz się w „Narcos: Meksyku”?

Diego Luna: Moja postać to Miguel Ángel Félix Gallardo. Wciąż żyje, przebywa w więzieniu, w czasie przygotowywania się do pracy mogłem więc korzystać z niemałej ilości materiałów o nim. Fascynującym było dla mnie odkrywanie, jak ówczesna rzeczywistość była kształtowana przez niego i mu podobnych. Przez to jak Gallardo zarządzał kartelem z Guadalajary.

Sam polityką zacząłem interesować się gdzieś między 1994 a 1995 rokiem. To mnie zmieniło. W szkole nieustannie mówiło się o tym, co dzieje się wokół, i wiem, że to miało ogromny wpływa na to, jak obecnie wygląda kraj, w którym żyję. Sądzę, że dla widzów interesującym będzie zobaczenie, jak ówczesne wydarzenia ukształtowały współczesny Meksyk.

Wracając do Gallardo, jego podejście do tego, co robił, było bardzo biznesowe. Był bardzo, bardzo inteligentnym człowiekiem.

Mnie zaś dane jest aż dziesięć godzin, by opowiedzieć jego historię. Zwykle mam dwie. Teraz wic będzie okazja na dotarcie do wielu warstw jego osobowości, prawdziwe zagłębienie się w tej postaci. Co, mam nadzieję, widzom wyda się intersujące.

PLAYBOY: W jaki sposób zbierałeś materiały o Gallardo? Mieliście okazję rozmawiać z ludźmi mu bliskimi, bliskimi kartelowi?

Diego Luna: Nie. Dużo czytałem. Bo też jest sporo książek na ten temat, wiele można się dowiedzieć z ówczesnych artykułów. Sam znam też wielu meksykańskich dziennikarzy, którzy przez lata skupiali się na jego postaci, sporo rozmawiałem więc z nimi.

Trzeba przy tym pamiętać, że choć opieramy się tu na prawdziwym człowieku, koniec końców kręcimy fikcję, co daje nam pewną swobodę. Zresztą, Gallardo niezbyt często pokazywał się publicznie, nie ma zbyt wielu jego zdjęć czy wywiadów z nim. Dla mnie natomiast ważniejszym od bycia wiernym faktom o nim było przedstawienie tego, co on reprezentował i jak zmienił ten kraj. Czego nie robił sam, jako że potrzebował do tego skorumpowanych polityków – a tak się składa, że w Meksyku mamy ich wielu – oraz rynku w Stanach. Był kluczową postacią odpowiedzialną za kształtowanie atmosfery terroru, w jakiej obecnie żyjemy.

PLAYBOY: Wiemy, że był przestępcą i szefem kartelu, jakim był jednak człowiekiem?

Diego Luna: Sądzę, że pod wieloma względami był po prostu biznesmenem. Biznesmenem, któremu zdarzyło się pracować w zabójczej i pełnej korupcji branży. Niemniej miał do tego talent. I był bardzo lojalny wobec swoich ludzi.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele, powiem więc tylko, że w swojej ambicji narzucenia przemysłowi narkotykowemu w Meksyku pewnych struktur organizacyjnych widział sposób na ograniczenie przemocy. Chciał zmienić świat tak, by był mniej brutalnym miejscem, niż rzeczywistość, w której zaczynał swoją karierę. Co chciał osiągnąć poprzez usadzenie wszystkich przy jednym stole i współpracę. I rzeczywiście dzięki niemu kartele przez chwilę działały zgodnie.

PLAYBOY: Czyli nie jest podobny do narkotykowych bossów z poprzednich sezonów, którzy byli brutalnymi zabójcami?

Diego Luna: Nie, nie. On był biznesmenem, myślał głównie o pieniądzach, nie zaś o tym, jakie jego działania mają skutki. Zresztą, wielu ludzi biznesu sprowadza krzywdę na ten świat… dla Gallardo wszystko sprowadzało się do rachunków i zysku.

PLAYBOY: Więc on sam miał czyste ręce?

Diego Luna: Nie. Nie wydaje mi się, by którykolwiek z bohaterów tego serialu mógł to o sobie powiedzieć. W „Narcos: Meksyku” nie ma tych dobrych i tych złych, każdy jest w jakiś sposób z czymś powiązany, co tylko podkreśla fakt, jak skomplikowanym jest problem narkotykowy. Tu nie chodzi o to, że ktoś tam chce robić dużo złego, a ktoś inny ich ściga. Dlatego ta historia jest tak interesująca.

Mierzymy się tu z rzeczami, o których większość z nas czyta w gazetach, nie są to jednak tematy, z którymi zwykle się stykamy, gdy zasiadamy we własnym domu na kanapie i mamy ochotę na nieco rozrywki. Tymczasem według mnie widzowie uwielbiają właśnie rozrywkę, która pobudza ich do myślenia, która wprowadza w ich życia jakąś debatę.

Przynajmniej ja sam chcę opowiadać właśnie takie historie.

PLAYBOY: Koniec końców grasz więc postać skrajnie negatywną, niemalże potwora.

Diego Luna: Moim zadaniem jest opowiadanie historii, muszę więc pokazać Gallardo jako człowieka, tak by widzowie zrozumieli, dlaczego robi to co robi. Dlatego muszę wnieść do tej postaci kwestie, o których prasa zwykle nie wspomina, jak fakt, że był ojcem, mężem, kuzynem, przyjacielem i synem. Ja muszę widzieć w nim to wszystko, bo moja praca polega nie tylko na powtórzeniu doniesień medialnych, ale zrozumieniu, jak ktoś taki jak on mógł istnieć.

PLAYBOY: Jak fakt, że postać, którą grasz to prawdziwy, wciąż żyjący człowiek wpłynęła na twoją pracę?

Diego Luna: Staram się o tym nie myśleć. Z pewnością nie robię niczego, by zadowolić go lub jego rodzinę. Moim celem jest przekazanie widowni pewnych informacji oraz opowiedzenie historii, która może pomóc nagłośnić pewne problemy i koniec końców sprawić, ze zastanowisz się nad tym, dlaczego sprawy w moim kraju wyglądają dziś tak, a nie inaczej. Jestem tu też, by zadowolić swoją pracą reżyserów, producentów, scenarzystów – to mój cel.

PLAYBOY: W jaki sposób ta historia jest ważna dla współczesnego Meksyku?

Diego Luna: Zaczynamy naszą opowieść, gdy kanały przerzutowe narkotyków przez Karaiby zostają zamknięte przez agentów Stanów Zjednoczonych. Meksyk staje się więc jedyną drogą, którą kokaina może dostać się do USA, stąd wzrost jego znaczenia w oczach Kolumbijczyków, jak i innych karteli. I mówimy tu o najdłuższej na globie graniczy między Pierwszym a Trzecim światem, zmagającej się ze wszystkimi wynikającymi z tego problemami, jak migracja czy przemyt.

Gallardo zrozumiał to przed wszystkimi innymi. To znaczy… oni zrozumieli, on i jego współpracownicy. Przepraszam, mam tendencję do widzenia tego z jego perspektywy. Ale przecież nie działał sam, wielu z tych ludzi było spokrewnionych, albo po prostu wspólnie dorastali. Bo też Gallardo uważał, że kuzyn raczej cię nie zdradzi. To znaczy, ostatecznie pewnie tak, ale może nie tak szybko, jak ktoś obcy.

Nasz serial skupia się więc na tym, jak ówcześni meksykańscy politycy to umożliwili. I na tym, że w tym kraju korupcja występuje na wszystkim poziomach władzy. Oraz na chłonności amerykańskiego rynku i na tym, jak świetny interes można dzięki temu robić.

By coś na to poradzić, musimy zmienić nasze podejście, zacząć edukować. Tak by atak na tych ludzi, gdy już nastąpi, przypuścić ze wszystkich stron. Inaczej nic to nie da, bo jeżeli uderzyć ich w jednym miejscu, natychmiast wzrosną w innym; dlatego walka z nimi jest tak ciężka.

PLAYBOY: Jakie jest więc przesłanie czwartego sezonu „Narcos”?

Diego Luna: Niespecjalnie lubię mówić ludziom, co mają myśleć po obejrzeniu serialu, w którym gram, wolę, by dochodzili do własnych wniosków.

Jestem też jednak członkiem widowni, jako że nigdy nie angażuję się w projekty, których sam nie chciałbym oglądać, mogę więc powiedzieć, co ja odbieram jako przesłanie tego sezonu. I jest to wiedza o tym, co musi się wydarzyć, by kokaina, lub jakikolwiek inny narkotyk, trafił do twoich rąk. Wiedza o tym, co za tym stoi i czego stajesz się w takim momencie częścią. To ważne, by ludzie mieli świadomość przemocy i cierpienia, stojącej za tym wielkiej niesprawiedliwości.

Kino to potężne narzędzie i za to je kocham. Sądzę jednak, że Netflix jeszcze lepiej dociera do widzów, ponieważ robi to w ich prywatnych i intymnych momentach. Produkcje Netflixa oglądamy we własnym domu, we własnych łóżkach, mając na sobie wyłącznie bieliznę, niektórzy też pewnie będą oglądać ten serial w toalecie. To nie to samo, co wyjście do kina. Netflix to głos szepczący ci do ucha.

Wspaniałą jest świadomość, że to, co kręcimy dotrze do widzów właśnie w takich momentach, kiedy są najbardziej odsłonięci i naprawdę możemy do nich przemówić.

PLAYBOY: Widzisz jakąś różnicę między praca na planie serialu Netflixa a innymi produkcjami, w które byłeś zaangażowany?

Diego Luna: Praca nad tym serialem przypomina mi to, jak kręcimy filmy w Meksyku. Bo tu kręcimy nie wiedząc, czy będziemy mieli widownię. Co daje dużą swobodę. W Stanach ciągle słyszy się, że ludziom się to nie spodoba, że nie można robić tego czy tamtego, i w efekcie kończy się w ciasnym korytarzu, gdzie nie sposób nadać projektowi głębi. Tam przemysłem filmowych rządzi strach przed porażką. W Meksyku tego nie odczuwamy, ponieważ kręcimy głównie za pieniądze z funduszy czy ulg podatkowych, a sukces frekwencyjny jest bardzo trudno osiągnąć. Dla nas miarą sukcesu jest więc wyświetlanie naszych produkcji na festiwalach, nagrody oraz swoboda opowiadania historii, które naprawdę chcemy opowiadać, i obsadzanie w nich tych, których chcemy obsadzać. To niesamowita wolność, którą mam i przy tym projekcie.

Nasz zespół ma więc swobodę opowiadania tej historii tak, jak uważają, że mogą zrobić to najlepiej. Wiemy też, że Netflix ma narzędzia, które umożliwią nam dotarcie do widowni; to wspaniałe uczucie mieć świadomość, że twój serial może być obejrzany przez ponad sto milionów ludzi.

PLAYBOY: Jak wygląda praca nad kształtowaniem tej opowieści?

Diego Luna: To wspólny wysiłek. Scenarzyści widzą, co robisz na planie i to może wpływać na ich dalszą pracę. Często zresztą się z nimi komunikuję. Bo też wprawdzie wiemy, dokąd zmierzamy i mamy wyznaczoną trasę, na chwile obecną jednak nie wszystkie scenariusze są w wersjach ostatecznych. To coś innego, niż to, co o pracy nad serialami opowiadają mi znajomi, którzy zwykle dostają dziesięć gotowych scenariuszy i mają wszystko podane na tacy. Oczywiście, to tez dobra metoda pracy, przy „Narcos” jednak istnieje możliwość ewolucji dzięki interakcji z innymi, zmiany historii w momencie, gdy już się ona toczy.

Na przykład nie wiedziałem niemalże nic o Donie Neto, dopóki nie stanąłem na planie na wprost wcielającego się w niego aktora. Joaquín Cosio to zaś wspaniały aktor i inspiruje mnie, rozmawiam więc później ze scenarzystami, przekazuję im swoje pomysły, i czasami widzę, jak są one wprowadzane do kolejnych odcinków.
Historia jest więc żywa i pozostaje taką do końca zdjęć, co czyni moją pracę dużo przyjemniejszą i bardziej ekscytującą, bo pozwala ci na większe zaangażowanie. W ten sposób ma się zagwarantowane, że odciska się na tej opowieści własny ślad.

To wszystko jest bardzo różne od pracy nad filmem. Będąc szczerym, przez pierwsze dwa tygodnie na planie czułem się jak zaraz po zejściu z rollercostera, bo nie wiedziałem, co się wokół mnie dzieje.

Byłem przyzwyczajony do innego rytmu pracy. W przypadku większości filmów, w których albo występuję, albo których jestem reżyserem czy producentem, mnóstwo czasu poświęcamy na przygotowania, ponieważ gdy już wejdziemy na plan zdjęciowy, mamy bardzo wąskie okienko czasowe. Istnieje duże ryzyko porażki. Dlatego tak ciężko pracujemy na wcześniejszych etapach.

Z „Narcos” jest inaczej, ponieważ wiele informacji dostajemy, gdy dotrzemy do określonego momentu. Musimy więc być otwarci i gotowi na to, by reagować na pomysły innych i inkorporować je do historii. To zupełnie nowy dla mnie rytm, gdy już się jednak do niego przyzwyczaiłem, było to coś wspaniałego. Bo brak znajomości wszystkich elementów układanki sprawia, że bardziej przyglądasz się temu, co już masz.

Jest się również członkiem zespołu, jeżeli więc samemu nie ma się jakiejś odpowiedzi, ktoś inny będzie ją miał. Albo czasami są dwie czy trzy opcje, ostatecznie realizuje się je wszystkie i dopiero przy montażu następuje ostateczny wybór.

Opowiadanie historii przez dziesięć godzin daje ci miejsce na oddech i pozwala na podejmowanie ryzyka, którego normalnie by się unikało.

Rozmawiał: Marcin Zwierzchowski

Fot: Commons.wikimedia.org

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska