Komik śledczy: profil Johna Olivera

2019-01-09
Komik śledczy: profil Johna Olivera

Nie prezydent, nie prawnik, nie działacz społeczny ani nawet nie znany aktor. Dziś jednym z facetów, którym obywatele Stanów Zjednoczonych ufają najbardziej, jest komik. W dodatku nie Amerykanin, ale Anglik. Przed państwem John Oliver.

Opinia, że najlepsze seriale na świecie to te wyprodukowane przez HBO, nie wydaje się nadmiernie kontrowersyjna. Nic dziwnego, bo amerykańska stacja ma na swoim koncie choćby takie serialowe megahity jak Gra o tron, Rodzina Soprano albo The Wire. Tym ciekawszy jest fakt, że rekord oglądalności stacji wcale nie należy do żadnej produkcji fabularnej. Wszystkie serialowe przeboje pobił na głowę brytyjski komik John Oliver. Jeden z odcinków jego programu Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem już w ciągu pierwszego miesiąca obejrzano ponad 85 milionów razy. Taką furorę zrobił odcinek z lutego 2016 roku, poświęcony ówczesnemu kandydatowi na prezydenta Stanów Zjednoczonych Donaldowi Trumpowi. Oliver oczywiście nie zostawił na przyszłym prezydencie ani jednej suchej nitki.

Gwiazda wieczoru

Wypada jednak zacząć od początku, bo chociaż dziś w Ameryce każde dziecko wie, kim jest John Oliver, to u nas w Polsce chyba niekoniecznie. Ten czterdziestojednoletni Anglik jest przede wszystkim komikiem. Zaczynał jako stand-uper i do dziś chętnie wykorzystuje ten rodzaj komedii. Największą popularność przyniosła mu jednak kariera telewizyjna. Oliver prowadzi jeden z najsłynniejszych programów rozrywkowych w Stanach Zjednoczonych, czyli Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem. Formuła programu jest prosta, ale genialna. Prowadzący po prostu siedzi w studiu stylizowanym na studio programu informacyjnego i komentuje bieżące wydarzenia, szczególnie te polityczne. Od zwyczajnej publicystyki odróżnia go jednak fakt, że robi to przezabawnie. Oliver streszcza swoim widzom najbardziej oburzające lub absurdalne wydarzenia minionego tygodnia i wykpiwa je tak, że ci ryczą ze śmiechu. Przynajmniej w pierwszym odruchu. Później dociera do nich, że Oliver najczęściej opowiada o rzeczach, które w gruncie rzeczy są raczej przerażające.

Co zrozumiałe, program Olivera największy nacisk kładzie na amerykańską politykę. To sprawia, że część poruszanych w programie tematów może być polskiemu widzowi najzwyczajniej w świecie nieznana. Nie znaczy to jednak, że program Olivera to w stu procentach amerykocentryczny show, którego nie warto oglądać. Jest wręcz przeciwnie: scenarzystów interesują wiadomości napływające z całego świata. Nie mniej ważne od wydarzeń tygodnia w Stanach Zjednoczonych okazują się dla Olivera wybory prezydenckie w Brazylii albo nakreślenie sylwetki następcy tronu Arabii Saudyjskiej Muhammada ibn Salmana (by przypomnieć tylko ostatnie odcinki programu). Zresztą nie tak dawno temu w polskich mediach internetowych zrobiło się głośno o tym, że w ostatnim odcinku piątej serii programu Olivera pojawił się także polski akcent. Podczas fragmentu programu poświęconego krajom, których przywódcy mają zapędy autorytarne, na ekranie mogliśmy zobaczyć uśmiechniętą twarz Jarosława Kaczyńskiego oraz posłuchać wypowiedzi wiceministra sprawiedliwości Łukasza Piebiaka.

Jest kilka powodów, które sprawiają, że Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem ogląda się fantastycznie. Po pierwsze: okazuje się, że w tak luźnej formie wiadomości ze świata przyswaja się po prostu przyjemniej. Po drugie: imponuje ilość materiału, przez który musieli się przekopać scenarzyści programu przed przygotowaniem odcinka. Widać też, że zajmują się tym ludzie, którzy na wyszukiwaniu ciekawych informacji zjedli zęby – skądinąd wiadomo, że wśród researcherów pracujących przy Przeglądzie tygodnia są ludzie z doświadczeniem dziennikarskim. To dzięki nim Oliverowi właściwie w każdym odcinku udaje się rzucić nowe światło na temat maglowany w amerykańskich mediach przez cały tydzień. Po trzecie: to z pewnością jeden z najśmieszniejszych emitowanych obecnie programów telewizyjnych. Wreszcie po czwarte: sama postać Johna Olivera. Ten bardzo inteligentny i równie niepozornie wyglądający facet, który mówi z nieco dziwnym, typowo angielskim akcentem, ma niespotykany talent: potrafi nie tylko błyskawicznie rozbawić człowieka, ale też wzbudzić jego zaufanie.

Anglik w Nowym Jorku

John Oliver urodził się w 1977 roku na przedmieściach Birmingham w rodzinie o inteligenckich tradycjach, jako syn dyrektora szkoły i nauczycielki muzyki. Zdaje się, że dość wcześnie odkrył w sobie talent komiczny, bo od początku starał się go rozwijać. Jako student Christ’s College – jednego z kolegiów stanowiących część Uniwersytetu w Cambridge – został członkiem słynnego amatorskiego klubu teatralnego Footlights. Dlaczego słynnego? Bo wielu spośród jego członków zrobiło spektakularne kariery, jak choćby członkowie trupy Monty Pythona: Eric Idle, John Cleese i Graham Chapman albo znany z roli doktora House’a Hugh Laurie. Dla niektórych zabrzmi to jak bluźnierstwo, ale jeśli nic się nie zmieni, to Oliver ma szansę przerosnąć ich wszystkich.

Karierę rozpoczął od razu po studiach. Występował jako stand-uper, wykorzystując wszelkie okazje do robienia komedii. Był członkiem grupy Chocolate Milk Gang, w której skład wchodzili także inni znani na Wyspach komicy. Po kilku latach razem z Andym Zaltzmanem zaczął prowadzić popularną audycję Political Animal w BBC Radio 4. W końcu dostał propozycję, która wywindowała go dwa piętra w górę – został „angielskim korespondentem” w znanym amerykańskim programie The Daily Show with Jon Stewart (co ciekawe, polecił go sam Ricky Gervais – komicy wprawdzie nie znali się wtedy osobiście, ale Gervais był fanem twórczości Anglika). To na potrzeby tego programu Oliver przeprowadził się do Nowego Jorku, gdzie mieszka do dziś. Co więcej, z bycia „Anglikiem w Nowym Jorku” komik uczynił jeden ze swoich głównych znaków rozpoznawczych.

Kiedy Oliver leciał do Nowego Jorku na casting do programu, to był jego pierwszy raz za oceanem. Po dwóch tygodniach odebrał telefon – dostał tę pracę. W trybie pilnym poleciał do Stanów i następnego dnia po przylocie zadebiutował w programie. Spodobał się i widzom, i twórcom. Od momentu rozpoczęcia pracy w programie Jona Stewarta rozpoznawalność Olivera zaczęła rosnąć. Przestał być „jednym z komików”, a zaczął być „tym komikiem, którego ludzie lubią”. Trudno dojść do ładu ze wszystkim, co robi, bo robi dużo – od stand-upu, przez występy w telewizji i radiu, aż po rolę w filmie (Guru miłości z Mike’m Myersem, Jessicą Albą i Justinem Timberlake’m). Na pewno warto też wspomnieć o jego roli w serialu Community z Chevy’m Chase’m i Donaldem Gloverem, gdzie gra Iana Duncana, profesora kiepskiej uczelni.

Przez parę lat pobytu w Stanach Zjednoczonych Oliver nie tylko robił karierę, ale także układał sobie życie. W 2011 roku ożenił się z piękną Kate Norley, weteranką wojny w Iraku (Kate przebywała w Iraku jako lekarka amerykańskich sił zbrojnych). Dziś Oliver ma z nią dwóch synów, o czym media dowiedziały się z opóźnieniem, bo para raczej nie prowadzi życia typowych celebrytów.

Efekt Johna Olivera

Oliver piął się w górę, aż wreszcie się udało. Zaproponowano mu to, co jest szczytem marzeń każdego komika w Stanach Zjednoczonych – poprowadzenie własnego programu typu „late night show”. Jego program Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem wystartował w kwietniu 2014 roku. Od początku planowany był jako coś oryginalnego – Oliver miał w nim wykorzystywać jeden ze swoich największych atutów, czyli zainteresowanie polityką. Jak twierdzi sam komik, jest on absolutnie uzależniony od newsów i z trudem wytrzymuje choćby kilka godzin oderwania od wiadomości ze świata. Tak się składa, że od 2014 roku do teraz w amerykańskiej i światowej polityce wydarzyło się naprawdę sporo. A to znaczy, że okoliczności pomagały Oliverowi stać się być może najsłynniejszą amerykańską osobowością telewizyjną ostatnich lat.

Jak do tego doszło? Otóż Oliver w swoim programie nie poprzestaje na byciu śmiesznym. On także nie boi się myśleć niezależnie i nieco głębiej. A co za tym idzie, domaga się sprawiedliwości i tolerancji, apeluje do zdrowego rozsądku widzów oraz piętnuje te wszystkie osoby publiczne, które powinny być mężami zaufania, ale niestety nie pełnią swojej funkcji, oszukują i kradną. Jak stwierdzili dziennikarze magazynu Time, który w 2015 roku zaliczył Olivera do prestiżowego grona stu najbardziej wpływowych ludzi na świecie, jest on „komediowym agentem nadchodzących zmian”. Są też tacy, którzy twierdzą, że Oliver jest twórcą nowego gatunku telewizyjnego albo nawet dziennikarskiego – komedii śledczej.
Najlepsze, że wcale nie ma w tym przesady. Oliver w swoich monologach sięga bowiem głęboko i często chwyta akurat za te szczegóły sprawy, którymi dotąd dziennikarze raczej się nie zajmowali. Praca jego researcherów polega nie tylko na wyszukiwaniu informacji, ale także na ich weryfikowaniu. I co najmniej kilka razy udało im się wywołać w Stanach burzę.

Dziennikarze ukuli nawet specjalny termin opisujący wpływ, jaki Przegląd tygodnia wywiera na opinię publiczną – to tak zwany „efekt Johna Olivera”. Przykładów jego działania nie brakuje. Najgłośniejszą sprawą tego typu była sprawa tak zwanej „neutralności sieci”. Nie wiadomo, o co chodzi? Nic dziwnego, sam Oliver stwierdził bowiem, że jedyne słowa na świecie, które obiecują coś równie nudnego, to „featuring Sting”. Sęk w tym, że akurat w tym przypadku za technologicznym żargonem ukryło się coś ważnego. Zasada neutralności sieci to reguła, według której dostawcy usług internetowych i rządy państw nie mogą nakładać żadnych ograniczeń na dostęp użytkowników do sieci. W tamtym czasie miały w Stanach wejść w życie regulacje, które by w to prawo godziły. Mówiąc najkrócej: to John Oliver na masową skalę wyjaśnił Amerykanom, o co właściwie chodzi i w efekcie sprawił, że szkodliwe prawo nie weszło w życie. Podobne przykłady można mnożyć. Swego czasu głośno było na przykład o skandalu wokół konkursu Miss America. Organizatorzy stwierdzili, że „są największą na świecie organizacją przyznającą stypendia dla kobiet”. Oliver stwierdził, że kwota 45 milionów dolarów, którą organizacja deklaruje, że wydaje na te stypendia rocznie, jest niewiarygodna. Ludzie Olivera sprawdzili to i odkryli, że kwota, o której była mowa, jest prawdziwa, ale tylko jeśli bierze się pod uwagę stypendia zaoferowane, a zatem także te, które nigdy do nikogo nie trafiły (bo kobiety, którym je zaoferowano, nie mogły albo nie chciały ich przyjąć). Okazało się, że realną kwotą wydawaną przez organizację na stypendia jest niecałe pół miliona dolarów. Jednak najmocniejsza była puenta – otóż nawet z tą wielokrotnie niższą kwotą organizatorzy Miss America i tak są najhojniejszym sponsorem stypendiów przeznaczonych tylko dla kobiet w całych Stanach Zjednoczonych.

Oliver na każdym kroku udowadnia, że jest nie tylko zabawny i zaangażowany, ale także skromny. Uparcie powtarza, że nie jest dziennikarzem albo że „jest tylko komikiem”. Zgoda, niech mu będzie, niech sobie będzie tym, kim chce. Przynajmniej dopóki robi to, co robi.

Tekst: Radosław Pulkowski

Tekst ukazał się w styczniowym (01/2019) numerze miesięcznika Playboy.

Fot: GettyImages

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska