Policjanci pod przykrywką

2019-01-17
Policjanci pod przykrywką

W policji są elitą. O ich pracy wiadomo niewiele i tak ma być. Bardziej niż przestępców, boją się o swoją psychikę, bo gdy w tym samym czasie jesteś policjantem, udajesz gangstera, a do tego próbujesz prowadzić normalne życie rodzinne, to granice między fikcją a rzeczywistością zaczynają się zacierać.

Każdego roku przeprowadzają setki akcji. W ciszy, bez żadnej medialnej wrzawy. Trzymanie mordy na kłódkę to w tym zawodzie podstawa. Policjanci pracujący pod przykryciem są jak aktorzy: działają zgodnie z wytycznymi scenariusza, wchodzą w role i udają kogoś, kim tak naprawdę nie są. Różnią się od aktorów tylko tym, że nie oczekują owacji publiczności. Liczy się tylko jedno: cel. „Jeśli pan pozwoli, wyjaśnię to mniej obrazowo – proponuje Tomasz Warykiewicz, były policjant, jeden z twórców systemu przykrywkowców. – Nasz zawód polega na robieniu bandytów w chuja. To największa satysfakcja, jaka może nas spotkać. Wrabiamy przestępców, że jesteśmy tacy jak oni, a później wsadzamy ich do więzienia. A oni chodzą po celi i walą łbem w ścianę, bo nie mogą uwierzyć, jak bardzo dali się oszukać”.

Zaczynasz od legendy

System powstał w połowie lat 90. Polska policja z coraz większą bezsilnością przypatrywała się rosnącej w siłę przestępczości zorganizowanej. Bossowie grupy pruszkowskiej i wołomińskiej rozbudowywali wpływy, a ich żołnierze coraz śmielej poczynali sobie na ulicach. Strzelaniny i wybuchy w Warszawie zdarzały się każdego tygodnia. Słabo przygotowani do walki z gangami policjanci bezradnie rozkładali ręce. Priorytetem stało się poszukiwanie sposobu, by w tej nierównej walce odwrócić proporcje. Wprowadzono wtedy nowe prawo – najpierw o „zakupie kontrolowanym”, a później o operacjach specjalnych, w ramach których można było policjantowi nadać nową tożsamość. Stało się ono dla gangsterów prawdziwą zmorą. Nagle to oni zaczęli się cofać.

Funkcjonariusze zaczęli przenikać w struktury przestępcze. Udawali bandytów, handlarzy narkotyków albo sprzedajnych policjantów. Nawiązywali kontakty z gangami, pedofilami, grupami satanistycznymi. Łapali gangsterów na gorącym uczynku. Korzystali z fałszywych dokumentów, nowych personaliów i z wiedzy, jaką udało się zgromadzić na temat danej grupy. I jeśli tylko dostawali zgodę od przełożonych, mogli balansować na granicy prawa.

„Cały zespół ludzi pracował nad stworzeniem odpowiedniej legendy, dzięki której wyprowadzałeś gangsterów w pole – opowiada Jarosław Pieczonka, ps. Majami, były agent kontrwywiadu wojskowego i policyjny przykrywkowiec. – »Legenda« to zmyślone fakty na temat twojej nowej tożsamości. To, czym rzekomo się zajmowałeś, skąd jesteś i jaki splot wydarzeń sprawił, że nagle znalazłeś się w otoczeniu przestępców. Zawsze chodzi w niej o to, aby policjant czuł się z nią dobrze i żeby jego historia była wiarygodna. Pamiętam chłopaka, który miał za zadanie pozyskać dowody w sprawie niewyjaśnionego zabójstwa. My w policji wiedzieliśmy, kto zabił, ale nie umieliśmy tego wystarczająco udokumentować. Przełożeni wysłali go do tego samego więzienia, w którym za inny czyn siedział wytypowany przez nas sprawca. Policjant trafił do pudła pod legendą jakichś zmyślonych zarzutów. Miał nowe papiery i świetnie udokumentowaną historię swojego przestępczego życia.

W efekcie zdobył sobie takie zaufanie u zabójcy, że ten któregoś dnia wyśpiewał mu wszystko. Policjant go nagrał, a materiały przekazał prokuraturze. Facet został skazany”.

Pieczonka wspomina też, że jego legenda w pewnym momencie mocno go uwierała. Prowadzący operację wymyślił mu rolę skorumpowanego gliny, który daje się opłacać gangsterom. Chodziło o pranie brudnych pieniędzy. Pieczonka przyjmował regularną pensję od właściciela jednego z gdańskich kantorów, a równocześnie zbierał dowody na jego oszustwa. Akcja była tajna, nie wiedzieli o niej nawet jego bezpośredni przełożeni. Przez kilka tygodni Pieczonka musiał mierzyć się z pogardliwymi spojrzeniami niewtajemniczonych w sprawę kolegów, którzy mieli go za kapusia. Komendant w pewnym momencie wszczął nawet przeciwko niemu wewnętrzne postępowanie.

Janek Fabiańczyk (także posługujący się pseudonimem „Majami”), który przez lata uczestniczył w operacjach specjalnych, twierdzi, że podstawą legendowania powinno być posłanie przykrywkowca do więzienia. „Jak masz się panoszyć po mafii mokotowskiej, to gdzie się lepiej przygotujesz? Kursów z bycia groźnym gangsterem nikt nie przeprowadza.
A w więzieniu wyrobisz sobie znajomości, nauczysz się ich języka i później nie dasz się nikomu zagiąć – opowiada Fabiańczyk. – Ja siedziałem pod zmyślonym zarzutem... napaści na policjanta. Bandyci mieli mnie za pojebusa, który siedział w pace, bo walnął glinę. Tak się tworzyła legenda. Potem jesteś w grupie i już myślisz inaczej, zachowujesz się inaczej, a oni mają cię za swojaka. Stajesz się innym człowiekiem, choć wiesz, że to wszystko fikcja. I żeby było jasne, gangsterem zostajesz na pełny etat. Nie tylko wtedy, gdy siedzisz z nimi przy whisky, ale też w bardziej kryzysowych sytuacjach. Kiedyś zdarzyło mi się jechać skradzioną furą z członkami mafii »Mutantów«. Na moście Siekierkowskim w Warszawie zatrzymali nas chłopaki z Wydziału Realizacyjnego Komendy Stołecznej Policji. Oni się nie patyczkują. Rzucili nas na ziemię i spuścili solidne manto. Mocno mnie potłukli, ale z punktu widzenia operacji tylko na tym skorzystałem. Nic tak nie buduje zaufania u gangsterów, jak wspólny wpierdol” – śmieje się Fabiańczyk.

Pogoń za „Słowikiem”

Dlatego to nie jest robota dla każdego. Tomasz Warykiewicz, który tworzył pierwszą taką sekcję w Polsce, mówi, że kandydat na przykrywkowca musi przede wszystkim być dobrym policjantem w opinii przełożonych i kolegów. Druga sprawa to bezwzględna uczciwość.

„Zdziwiłby się pan, jak bardzo przykrywkowcy się od siebie różnią – mówi Warykiewicz. – Jeśli ktoś myśli, że wszyscy są groźnymi, napakowanymi mężczyznami, to się grubo myli. Ta sekcja to prawdziwy ogród zoologiczny. Od małych ptaszków do wielkich słoni. Czasem trzeba wsadzić człowieka do brutalnego gangu, ale czasem wystarczy podłożyć policjanta jako ekspedienta w sklepie, do którego regularnie chadza figurant (osoba znajdująca się pod obserwacją – przyp. red.). Nie ma reguły. Oprócz uczciwości, liczy się psychika. Tylko największe charaktery są w stanie perfekcyjnie operować na więcej niż jednej tożsamości” – przekonuje Warykiewicz.

Przykrywkowcami zostają ochotnicy albo policjanci wytypowani przez przełożonych. W jednostce przechodzą specjalne szkolenie, zapoznają się z przepisami i ustawą, w której opisane są ramy ich działania. Są poddawani także badaniom psychologicznym. Dopiero gdy zostaną zalegendowani, mogą rozpocząć działania.

Warykiewicz sam wielokrotnie uczestniczył w operacjach specjalnych. Podczas gdy inni rozpracowywali zorganizowane grupy przestępcze, powstrzymywali uprowadzenia albo wtapiali się w środowisko pedofilów, jego specjalnością stał się rynek nielegalnego handlu dziełami sztuki. „Udawałem kupca drogocennych obrazów. To była skomplikowana operacja, wymagająca wiedzy i ogłady. Nie jest łatwo wkupić się w takie towarzystwo. A jeszcze trudniej w ciągu półtorej minuty ocenić, czy dany obraz jest prawdziwy, czy nie. Żaden konserwator by się tego nie podjął – mówi Warykiewicz. – Czy mnie się udawało? Za to ludzie nam płacą, żebyśmy dawali radę. Niejedną taką transakcję udało mi się udaremnić” – dodaje.

Z kolei Pieczonka brał kiedyś udział w słynnej akcji zatrzymania w Hiszpanii uciekającego przed wymiarem sprawiedliwości Andrzeja Z., ps. Słowik, lidera mafii pruszkowskiej. Miał za zadanie ustalić, gdzie dokładnie znajduje się ten „Słowik”.

Operacja zaczęła się w Polsce. Pieczonka musiał regularnie odwiedzać znaną warszawską agencję towarzyską, po której kręcili się namierzeni wcześniej przez policję handlarze amfetaminą.

„Sęk w tym, że jeden z nich, według naszej wiedzy, utrzymywał kontakt ze »Słowikiem«. Najpierw poznałem się z gościem, od którego zacząłem kupować amfetaminę – opowiada były policjant. – On, krok po kroku, wprowadzał mnie do swojego kręgu. W końcu poznał mnie z bliskim współpracownikiem lidera »Pruszkowa«, a ten wprost naprowadził mnie na samego »Słowika«. Dowiedziałem się, gdzie dokładnie się znajduje i przekazałem informację moim przełożonym. Wkrótce gangster został zatrzymany, o czym trąbiła cała Polska. A my upiekliśmy wtedy kilka pieczeni na jednym ogniu, bo oczywiście handlarze z burdelu też ostatecznie zostali zatrzymani. Najpierw dali nam »Słowika«, a później musieli sami odpowiedzieć za swoje czyny” – mówi Pieczonka.

Kiedy puszcza sprzęgło

„Nie ma co gadać, to jest kurewska robota – mówi wprost Janek Fabiańczyk. – Przyjmie ją tylko ten, kto nie do końca zdaje sobie sprawę, jak bardzo ta praca ryje beret. Na pewno trzeba też lubić adrenalinę. Z drugiej strony, każdego policjanta wkurza bezczelność przestępców, a jako przykrywkowiec dostajesz narzędzia, dzięki którym jesteś bardziej skuteczny.
I to zaczyna się liczyć bardziej niż obawa, że figuranci w każdej chwili mogą się zorientować i odkryć, że jesteś psem”.

Tomasz Warykiewicz twierdzi jednak, że policjantom pracującym pod przykryciem sen z powiek spędza nie groźba dekonspiracji i zemsty ze strony przestępców, a konieczność ciągłego utrzymywania swojego prawdziwego życia w tajemnicy. Mówi o tym tak: „Nie znam dobrego policjanta – a tylko tacy trafiają do przykrywkowców – który na służbie myślałby o tym, że zaraz ktoś go odstrzeli. Zginąć można każdego dnia i nie ma co zaprzątać sobie tym głowy. Prawdziwym zagrożeniem są myśli, że zaraz żona od ciebie odejdzie. Albo że się swoich dzieci nie widziało od tygodnia. I że ani żonie, ani dzieciom nie można opowiedzieć, co robiło się w pracy. My się nie boimy o to, że zginiemy, my się martwimy, że ta praca odbierze nam normalne życie”.

W trakcie kursu kandydatom na przykrywkowców powtarza się jak mantrę, że w każdej chwili mogą zrezygnować. I że nie jest to oznaka słabości, lecz odpowiedzialności. Za siebie i innych. „Każdy, kto choć raz zdecydował się wziąć udział w operacji specjalnej, wykonał zadanie, przeżył i był skuteczny, jest mistrzem świata. A jeśli komuś się nie udało i postanowił się wycofać? Nie ma sprawy. Tylko udowodnił, że pracę dla ojczyzny traktuje na serio. W tej robocie nie stosujemy metody prób i błędów, bo jeden błąd może kosztować życie wielu osób” – mówi Warykiewicz.

Janek Fabiańczyk twierdzi, że moment, w którym „puszcza ci sprzęgło” to ostatni sygnał, by dać sobie spokój. Inaczej można skończyć jak on, z trzyletnią odsiadką na koncie. W 2008 roku, przyglądając się grupie napadającej na starsze kobiety, postanowił wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. Według sądu, od przestępcy u pseudonimie „Kulawy” wymusił przyznanie się do winy poprzez groźby, brutalne pobicie i usiłowanie zabójstwa. Na ławie oskarżonych nie wyraził skruchy, stwierdził, że nie zrobił nic złego, bo działał w imieniu publicznego dobra. „Pokonała mnie bezsilność. Masz wiedzę, która nie przekłada się na dowody procesowe i zamiast rozumu, włączają się emocje. A w tej pracy nie powinno ich być. Kończy się automatyzm i robisz to, co robisz. Naoglądałeś się Brudnych Harrych i odbija ci palma. Zapominasz o procedurach i przepisach prawa. Popełniłem przestępstwo, nie ma co gadać. Swoje odpokutowałem” – puentuje Fabiańczyk.

Nie przekroczyć barykady

Jednak jeszcze większym zagrożeniem jest pokusa przejścia na drugą stronę barykady. Policjant pod przykrywką ani na moment nie może zapomnieć, że uczestniczy w spektaklu i pełni rolę, którą przypisali mu przełożeni. Chwila nieuwagi może kosztować całą karierę. „Pokus jest pełno, nie ma co tego ukrywać – mówi Jarosław Pieczonka. – Jeśli ktoś twierdzi inaczej, to bzdury opowiada. Alkohol, prochy, znajomości, łatwa kasa, szybka sława, czyli wszystko, co wiąże się z gangsterskim życiem. Trzeba być uważnym, żeby nie pójść o krok za daleko. Nie wolno przekroczyć barykady i sprzedać się bandytom. A gdzie leży ta barykada? Trudne pytanie. Wiele zależy od ciebie samego. Nawet jeśli na moment zboczysz z drogi, to musisz natychmiast się ogarnąć. Moja rada: zawsze pamiętać, że to służba państwu jest najważniejszą nobilitacją, nawet jeśli to brzmi górnolotnie” – mówi Pieczonka.

Warykiewicz, który przez lata obserwował z bliska pracę dziesiątek przykrywkowców, podchodzi do tego ze spokojem. „Nie da się pracować przy odchodach, a po powrocie do domu pachnieć Armanim. Ale musisz przestrzegać reguł. W policji granice tego, co wolno, a czego nie wolno, wyznaczamy czerwonym pisakiem. Wytyczamy kwadrat, w którego obrębie możesz się poruszać. Jeśli przekroczysz linię, wylatujesz, dostajesz zarzut i kończysz jak przestępca. Nie po to ludzie płacą podatki i pozwalają nam na takie metody, żebyśmy się przed nimi kompromitowali. Na szczęście wpadki zdarzają się rzadko. Częściej przykrywkowcy rozpracowują niewykryte zabójstwo albo ratują człowieka przed śmiercią czy uprowadzeniem. I wtedy satysfakcja z tej roboty wynagradza ci wszystko”.

Tekst: Janusz Schwertner

Tekst ukazał się w styczniowym (01/2019) numerze miesięcznika Playboy

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska